1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Obojętność w związku – jak ją przezwyciężyć? Wywiad z psychoterapeutą Tomaszem Teodorczykiem

Obojętność w związku – jak ją przezwyciężyć? Wywiad z psychoterapeutą Tomaszem Teodorczykiem

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Ze związkiem jest jak z kwiatami. Można je zostawić same, żeby podlewał je deszcz albo sąsiadka. A można samemu o nie zadbać - nie tylko odpowiednio podlewać, ale i ziemię im zmieniać, i doniczki. Od nas zależy jak o niego dbamy. Jeśli dobrze, obojętność się nie pojawi.

Ze związkiem jest jak z kwiatami. Można je zostawić same, żeby podlewał je deszcz albo sąsiadka. A można samemu o nie zadbać - nie tylko odpowiednio podlewać, ale i ziemię im zmieniać, i doniczki. Od nas zależy jak o niego dbamy. Jeśli dobrze, obojętność w związku się nie pojawi. W przeciwnym wypadku się jednak pojawia: obojętność męża wobec żony, żony wobec męża, obojętność emocjonalna i fizyczna… Czy da się ją zwalczyć?

A jeśli już jest, jak się z tej obojętności wydostać? Można w jeden sposób - pracując nad związkiem. Dbając o niego, można sprawić że krzywa opadania temperatury uczuć będzie mniejsza. W naszej kulturze związek zaczyna się jak gdyby od wrzenia, od 100 stopni, potem temperatura spada. Jeżeli spowodujemy, że opadnie łagodnie i zatrzyma się w miejscu, które nas satysfakcjonuje, prawdopodobnie przeżyjemy razem wiele szczęśliwych lat w dobrym zdrowiu na poziomie jasnych snów.

Brzmi trochę jak bajka. Wszyscy jesteśmy we władaniu takiego przekonania, że od życia nie można specjalnie wiele oczekiwać. Nie ma cudów - miesiąc miodowy się skończył, można liczyć że co najwyżej będzie jakoś w miarę sensownie. Jeżeli byśmy zmienili nasze podejście i byli przekonani, że można oczekiwać od związku, który trwa lata, gorącej temperatury, dużo by to zmieniło. Zostawmy jednak maksymalne rejestry, pomyślmy jak zadbać żeby amplituda naszych uczuć nie opadała za szybko, żeby w związek nie wkradła się obojętność?

Jak to zrobić? Z tym jest różnie. Są ludzie, którzy potrzebują dbać o swój związek, rozbudowując sferę domową, bo to jest to, na czym im zależy. A są takie pary, dla których pielęgnowanie będzie polegało na tym, żeby jeździć po świecie, wieść życie towarzyskie, angażować się w działalność społeczną, kulturalną, artystyczną. Każdy związek ma swoją unikalną formułę, w psychologii procesu nazywamy to mitem relacyjnym. Zadbanie o związek jest możliwe i można sprawić, żeby nie wpaść w pułapkę obojętności. To jest profilaktyka.

Zwykle zaniedbujemy wszelką profilaktykę. Tak. I budzimy się w fazie obojętności. W tym miejscu należy uświadomić sobie, że mamy kryzys relacyjny. Nie ma co się łudzić, że sam przejdzie. Obojętność jest jednym z pewnych symptomów kryzysu. Jeśli potraktujemy kryzys jako wyzwanie i informację, że ze związkiem coś trzeba zrobić, zaczynamy szukać rozwiązań.

Jakich? Kryzys to jest szczególne i trudne miejsce zarówno w życiu relacyjnym, jak i w życiu człowieka. Jest sygnałem na to, że system w którym jesteśmy, doszedł do kresu możliwości w danej formule. Konieczna jest jego transformacja. Coś musi się zmienić. Może za bardzo poświęcamy się pracy, domowi albo dzieciom?

Równowaga została zachwiana? Tak. Ten system stał się sztywny, nie reaguje elastycznie. Bo zmieniły się potrzeby między nami, a my cały czas działamy tak jak kiedyś.

O czyje potrzeby chodzi - o własne czy partnera? Różnie. Załóżmy, że jestem człowiekiem wychowanym w dość konserwatywnym duchu - jestem dość spokojny, grzeczny, układny, odpowiedzialny, solidny. Mam w sobie stronę bardziej szaloną, ale ona nigdy nie była wspierana ani przez moich rodziców, ani świat dookoła mnie. Wyrosłem na poprawnego faceta, chodzę do pracy, mam dzieci i do tego wszystkiego mam żonę, która wspiera ten mój styl funkcjonowania. Załóżmy, że w pewnym czasie zaczynam czuć presję upływającego czasu i myślę sobie, że może warto byłoby sięgnąć po inny kawałek życia i zaczyna mi się marzyć podróż dookoła świata. Zmieniły się moje potrzeby. A moja żona może wcale nie chcieć wspierać tych moich nowych dążeń. Ona może działać tak, jakby była z człowiekiem, z którym brała ślub, podczas gdy ja już jestem innym facetem.

Żeby była szansa na zmianę związku, to żona powinna podążyć za zmianą, która dokonała się w mężu? Jesteśmy w momencie kryzysu, który jest sygnałem, że związek musi się transformować albo zakończyć. To jest ten moment dojścia do granic możliwości modelu, który zbudowaliśmy. Jeśli związek zdolny jest do zmiany, to warto nad nią pracować. Wtedy relacja ma szansę jeszcze przetrwać.

Szansa powodzenia jest wówczas, jeśli obie strony chcą zmiany? Tak, inaczej nic z tego nie będzie. Jeżeli jedna strona naciska na zmianę, to druga albo też jej dokonuje, albo zdecydowanie się temu przeciwstawia. Jeśli mamy do czynienia z drugim wariantem albo musimy się rozstać, albo wpadamy w łagodną depresję. Albo żona powie: „Świetnie, ruszamy na wyprawę dookoła świata.” albo „Zgłupiałeś!”. Albo się rozstaniemy, albo obsuniemy się w depresję i będziemy się obwiniać. Ja za to, że ona mnie nie wspiera w moich nowych potrzebach, ona mnie za to, że jej się wydawało że ja jestem inny, niż jestem.

Czasami jest tak, że sami potrzebujemy tej zmiany, ale wymagamy jej od partnera. Wszyscy ludzie są w tym miejscu tacy sami. Chcemy, żeby zmiana została przeprowadzona nie przez nas, tylko przez naszych partnerów. Chcielibyśmy, żeby oni zrobili tą robotę za nas. Zanim uświadomię sobie, że chcę się wybrać na koniec świata, będę zarzucał żonie że jest nudna.

I zwykle jest tak, że zaczynamy od żali, pretensji, czasem od dawna niewypowiedzianych? Tak, jeżeli wytykamy coś partnerowi, sprawa dotyczy tego że potrzebuję zadbać o siebie w tej sferze. To ja potrzebuję zmiany, a druga strona pójdzie za tym, albo nie.

Zdarza się tak, że nie zawsze związek, który znalazł się w fazie obojętności, można uratować. Istotą sprawy nie jest to, żeby związek ratować. Ostatnio przeczytałem mądre zdanie w książce dla lekarzy: „Lecz chorobę, ale umierającemu duchowi daj spokojnie odejść”. Trzeba zobaczyć co z tym naszym duchem.

Jak? W momencie, kiedy jesteśmy rzucani od jasnych snów do ciemnych, zwykle do tego potrzebny jest ktoś z zewnątrz.

Jako terapeuta pewnie to widzisz? Zwykle widzę sygnały, że duch związku umiera. Gdy podczas pracy terapeutycznej kieruję klienta to w stronę jasnych snów, to w stronę ciemnych, obserwuję dokąd bardziej zmierza. Wtedy, w zależności od tendencji, która jest silniejsza, można albo mocniej zawalczyć o swoje marzenia, albo uścisnąć sobie dłonie i powiedzieć „cześć”. Jest jeszcze druga możliwość wyjścia z tej pułapki. Można uruchomić takie miejsce, które nazywamy brakiem snu. Chodzi o to, żebym był w stanie spojrzeć na partnera ani przez różowe, ani przez czarne - tylko bez okularów. Wtedy mam szansę zobaczyć kim ona lub on naprawdę jest. Że nie jest ani aniołem, ani diabłem, tylko człowiekiem o takich i takich cechach. Wówczas łatwiej można podjąć decyzję, czy chcę nadal z kimś takim żyć, czy nie.

Jak możemy pomóc sobie w decyzji o rozstaniu? Rozstanie nie jest niczym strasznym. Jest takim samym zjawiskiem jak każde inne. Chodzi o to w jaki sposób się rozstajemy. Dobrze byłoby zobaczyć, co w naszym związku było wartościowe, czego się nauczyliśmy, podziękować sobie. Zrobić podsumowanie.

Obojętność w małżeństwie może łatwo doprowadzić do tego, że zaczynamy obwiniać tę drugą stronę o to, że wspólne życie nam nie wychodzi. Istota sprawy tkwi jednak w tym, aby zauważyć, że działamy razem i że razem musimy przezwyciężyć ten kryzys – że oboje musimy dać coś od siebie… albo oboje nawzajem się zrozumieć i odpuścić. Obojętność partnera w związku bywa bolesna, ale jak zauważył Tomasz Teodorczyk, bywa oznaką, że potrzebujemy długo wyczekiwanej zmiany – i to niekoniecznie takiej z winy żony czy męża.

Czytaj też pierwszą część wywiadu: Obojętność - sygnał kryzysu w związku

Tomasz Teodorczyk - współzałożyciel Akademii POP Dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje. Tłumacz książek A. Mindella oraz autor artykułów o pracy z procesem. Współpracuje również z firmami przy rozwiązywaniu konfliktów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Męski kryzys seksualny - jak odbija się na związku?

Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Gdy seks w miłosnej relacji staje się obszarem władzy, dominacji czy karania, związek przeżywa ciężką próbę – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Gdy seks w miłosnej relacji staje się obszarem władzy, dominacji czy karania, związek przeżywa ciężką próbę – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On nie ma ochoty na seks – donoszą już nie tylko 40-latki zaniepokojone jego kryzysem połowy życia, ale także 30-latki. Seks przestał był atrakcyjny dla młodych mężczyzn? Kobietom z pewnością chodzi o seks partnerski, intymny, związany z czułością, otwartością…

Właśnie o taki. Coraz częściej nawet młodzi, dwudziestokilkuletni, zdrowi, przepełnieni hormonami mężczyźni czują niepokój na myśl o doświadczeniu seksualnej otwartości. Co innego seks sportowy, fizjologiczny, szybki numerek – każdy mężczyzna to potrafi. Wbrew pozorom ekstaza miłosna dla wielu mężczyzn może być – i jest – źródłem niepokoju, a czasami wręcz przerażenia.

Przerażenia? Czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają kontaktowaniu się ze swoją wrażliwością. Intymny związek, intymny seks wiążą się z głębokim kontaktem ze sobą, z odsłanianiem się, z czułością, i to nie przez chwilę, ale na stałe. To wciąż dla wielu mężczyzn nieznany ląd.

Stąd lęk? Związany także z utratą kontroli. Rozmawiam z młodym mężczyzną, który skarży się, że nie może spać. Pytam, co złego by się stało, gdyby jednak zasnął. Jest zdenerwowany na samą myśl o tym, ponieważ wtedy nie wiedziałby, co się dookoła dzieje. Dlatego najchętniej w ogóle by nie spał. Wyobraźmy sobie takiego mężczyznę w objęciach z ukochaną, oddającego się ekstazie miłosnej… Nie do wyobrażenia, prawda? To, oczywiście, skrajny przypadek, jednak wielu mężczyzn w jakimś stopniu odnajdzie w nim siebie. Boimy się utraty kontroli, ponieważ nie wiemy, co się wydarzy, jakiego siebie wówczas spotkamy. Co innego płatny seks. Tu wszystko jest proste. Nie trzeba czułości, otwartości, jest transakcja – to do mężczyzn przemawia. Znają świat transakcji. Zwierzają się: „Jaka ulga! Wiem, na co się decyduję, usługa wykonana, kładę pieniądze na stół, wychodzę”. Pełna kontrola.

To dopiero skrajny przypadek. Nierzadki. Zwracam uwagę na to, jak trudno współczesnym mężczyznom otworzyć się na miłość, na seks, który nie jest usługowy, produktywny. Ostatnio jeden z mężczyzn podzielił się ze mną niezwykłym dla siebie odkryciem: „Nie ma lepszego lekarstwa na stres niż seks! Są na to badania!”. Znalazł racjonalny powód, zredukował napięcie. Jednak w głębokim miłosnym związku seks nie służy żadnym pobocznym celom, choć, oczywiście, efekty poboczne mogą być. Służy jedynie doświadczeniu jedności, całości, wspólnej ekstazy. To właśnie tego wymiaru siebie mężczyźni tak bardzo się boją. Nie wiedzą, w jaki sposób to nieprzewidywalne, nieracjonalne, trudne do zdefiniowania przeżycie moglibyśmy dopasować do swojej tożsamości. Paradoksalnie boją się tego, za czym najbardziej tęsknią. I przed czym uciekają. Czasem przez całe życie.

A my, kobiety, staramy się, najczęściej neurotycznie, nadmiarowo. Czegóż nie próbujemy! Nie ma ochoty na seks? Schudnę, zrobię wystrzałowy makijaż, spódniczka mini, seksowna bielizna, kolacja przy świecach… Tak, to są częste skargi kobiet: „O co chodzi? Co się stało? To ja mam teraz o niego zabiegać? Prosić o seks?”. Dobre, przyjacielskie związki przeżywają kryzys, ponieważ kobieta nie czuje zaangażowania, namiętności. Im bardziej ona wymaga, tym bardziej on się wycofuje. Ona goni, on ucieka. W końcu idzie jak na ścięcie. To mogłoby być zabawne, gdyby nie rodziło tak wiele cierpienia. Mężczyzna zaczyna więc traktować intymny kontakt jako zadanie do wykonania, obowiązek. Boi się, że nie sprosta; boi się impotencji, wczesnego wytrysku. Nie chce zawieść, rozczarować, popsuć tego, co jest, więc woli unikać, nie narażać się.

To rozwściecza kobietę. Tak, zaczynają się napięcia, spory nie wiadomo o co. Jeśli sytuacja się przeciąga, kobieta zaczyna się interesować innymi mężczyznami i mówi o tym. To z kolei budzi furię zazdrości w nim. Kłopot w tym, że lęki, które mężczyźni odczuwają, nie są przez nich uświadomione. Kobieta wysłuchuje coraz to nowych racjonalizacji. On nie może, bo bierze leki i właśnie doczytał, że takie mogą być skutki uboczne. A poza tym przeciągająca się choroba osłabiła organizm energetycznie. Jest przemęczony. Przeżywa trudny okres w pracy. Kończy duży projekt. Ale gdy już go skończy… Na początku te racjonalizacje brzmią logicznie i rokują na przyszłość – no, bo w końcu kiedyś przestanie brać te leki i skończy projekt. Niestety, najczęściej jest tak, że choroba ustępuje, projekt się kończy, ale problem pozostaje. Jednak mężczyzna się nie poddaje, ma w zanadrzu kolejne racjonalizacje i uniki: teraz po tej wyczerpującej chorobie, po ciężkim okresie w pracy musi doładować akumulatory, wzmocnić się. To kobietę przygnębia, bo ileż można słuchać tego samego. Związek coraz bardziej słabnie. Rozstanie wydaje się nieuniknione.

Wiele kobiet mówiło mi, że mąż, partner „odciął” je od seksu, gdy zaczęły robić karierę, zarabiać więcej od niego… To jest rodzaj biernej agresji, która – niestety, także nieuświadomiona – rządzi psychiką wielu mężczyzn. Taka jesteś we wszystkim świetna, takie masz sukcesy, ale TEGO ode mnie nie dostaniesz. Wielu partnerów znanych artystek, wziętych biznesmenek mówiło mi, jak fatalnie czują się, gdy w towarzystwie, na spotkaniu rodzinnym to one są na piedestale, je się docenia, chwali, podziwia.

A ona potrzebuje jego zachwytu i adoracji. Nie dostaje tego, ponieważ mężczyzna nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Nie zna siebie. Nie rozumie swoich wewnętrznych napięć i konfliktów. Nie wie, co go blokuje, czego się obawia. Nie wie, co czuje i czego potrzebuje. Jest rozdrażniony, zirytowany, obrażony. Zaczyna więc karać i manipulować seksem. Tu ma władzę. Fatalne. Dla związku równia pochyła. Seks to sfera miłosnego spełnienia; spełniony seks jest przejawem spełniającej się relacji. W żadnym razie intymność nie może być obszarem władzy, dominacji, karania czy szantażu. Oczywiście, w świecie to się zdarza. W związkach miłosnych też. Jednak nie o to chodzi. Niczego w ten sposób nie wygrywamy. Osłabiamy siebie i więź z najbliższą osobą.

Na zewnątrz to wygląda jak niechęć do seksu. Co jest pod spodem, w psychice? Niewyrażone frustracje. Żal do losu, do świata, do siebie, przekierowany na partnerkę. Niskie poczucie własnej wartości. Bardzo często niewyrażony ból i smutek wewnętrznego chłopca. Nie sposób namiętnie się kochać, kiedy odczuwa się smutek. Warto poświęcić trochę czasu, aby zająć się wewnętrznym chłopcem, który potrzebuje zaopiekowania, wsparcia. Chłopcy w dzisiejszym świecie nie przechodzą męskiej inicjacji w dorosłość. Mężczyźni nadrabiają edukacją, jednak rzadko zajmują się nierozbrojonymi lękami, obawami, poczuciem winy, wstydu, bezradności. Nie mają okazji zintegrować – jak to się fachowo mówi – serca z miednicą. Oddzielają seks od miłości romantycznej. Bardzo często seks skojarzony jest z poczuciem winy.

Od czego zacząć? Najważniejsza jest świadomość. Jakie cele sobie stawiam? Czego chcę? Na czym naprawdę mi zależy? Bardzo często wygląda to tak, że mężczyzna niby godzi się z tym, że partnerka zarabia dwa, trzy razy więcej od niego. Że odnosi sukcesy. Że nie ma jej w domu, bo wyjeżdża na tournée czy w delegację. Że to on zajmuje się sprawami rodziny, robi zakupy, dba o dzieci. No więc niby się godzi, a jednak ze smutkiem, żalem i wstydem mówi: „Wiesz, jestem taką kurą domową”. A przecież mógłby powiedzieć: „Jestem dobrze zorganizowanym, koordynującym wszystko gospodarzem, troskliwym ojcem”. Gdy nazywa siebie kurą domową, to jaki obraz wyłania się z nieświadomości? Kogoś zaniedbanego, kto prowadzi życie o małej wartości. Czy doceniam siebie? Czy wybieram to, czym się teraz zajmuję? To są ważne pytania.

Czasem odpowiedź brzmi: „I tak, i nie”. Te wewnętrzne konflikty także trzeba dogłębnie zbadać. Pamiętam mężczyzn, którzy na terapii małżeńskiej mówili, że źle się czują w domu. Kobiety deklarowały wówczas, że w takim razie nie przyjmą kolejnego awansu, żeby być więcej z rodziną, zatrudnią pomoc do dzieci, a mężczyzna znajdzie lepiej płatną pracę. Na to mężczyźni: „No nie, przecież dzieci potrzebują ojca, a nie opiekunki!”. Kobiety nie dawały za wygraną: „Zrezygnujmy więc z dużego domu, z drogiego samochodu, żyjmy skromniej, oboje będziemy mieli więcej czasu dla siebie i dla dzieci”. Za każdym razem, gdy ona coś proponowała, on się krzywił, wymyślał kontrargumenty; tak źle i tak niedobrze.

W jakimś sensie mężczyznom jest więc wygodnie tak, jak jest. Nie przyznają się do tego; narzekają, ale nie chcą niczego zmieniać. To najlepszy przykład niepanowania nad sobą, nieświadomości, w jakiej żyjemy; tracę ochotę na seks, ponieważ widzę kobietę jako źródło własnego niespełnienia, frustracji i żalu. Ale to nie kobieta jest tym źródłem. Ja nim jestem. Warto pamiętać, że kryzysy otwierają przestrzeń do rozwijania samoświadomości, uczciwego badania siebie. Przydałoby się lustro, żeby spojrzeć sobie w oczy i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań. Czy sposób, w jaki żyję, mnie satysfakcjonuje? Czego w sobie nie akceptuję? Co mogę zmienić? Co chcę zmienić? W jaki sposób zmiana, której dokonam, wpłynie na mnie i na najbliższe mi osoby?

Zaczęliśmy tę rozmowę od frustracji kobiet… Tu nie chodzi tylko o zaspokojenie kobiety. Nam, mężczyznom, przydałaby się świadomość, że satysfakcja seksualna pozwala przekroczyć problemy rodzinne i zawodowe. Można być ze sobą blisko w różnych obszarach życia, jednak gdy brakuje tej szczególnej bliskości, brakuje doznań szczytowych, mistycznego domknięcia, dopełnienia. Brakuje czegoś, co wykracza poza dobrą organizację, prosperity; poza wszystko, co da się uporządkować, zaplanować, skalkulować i skontrolować. Poza wszystko, co znane. Po co nam mistyka w świecie, który wymaga przede wszystkim operatywności i sprawności?! Okazuje się jednak, że ten brak sprawia, iż to, co tak świetnie zorganizowane i uporządkowane, zaczyna się rozsypywać albo wygasa, wyczerpuje się. Kobiety to intuicyjnie czują. I podnoszą alarm. To dla nas wyzwanie i szansa.

  1. Psychologia

Bez zobowiązań, czyli syndrom królowej śniegu

Życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi. (Fot. iStock)
Życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Zamyka się w swoim zamku i delektuje spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Pozornym, bo życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi.

Każdy z nas chce czasem pobyć sam. Potrzeba samotności jest naturalna. Systemy religijne i filozoficzne wszystkich czasów podkreślają konieczność czasowej izolacji. Bowiem tylko w kontakcie ze sobą, można siebie poznać. Jest to nieodzowny element rozwoju osobistego. Bywa jednak, że przebywanie z innymi ludźmi staje się dolegliwością nie do zniesienia, a samotność okazuje się jedynym sposobem na przetrwanie. Mowa wówczas o neurotycznej izolacji.  Jak ten stan rozpoznać, co powinno nas zaalarmować?

Dystans i obojętność

Najbardziej symptomatyczne jest stopniowe odsuwanie się od ludzi i wyobcowanie wobec własnego „ja”. Przejawia się to w obojętności na wszelkie doświadczenia emocjonalne, niepewność co do tego, kim się jest, co się kocha, czego nienawidzi, czego pragnie, czego się obawia, co się darzy niechęcią i w co się wierzy. Według Karen Horney, lekarki psychiatry i psychoanalityczki niemieckiej, takie wyobcowanie występuje w nerwicy. Neurotycy mogą pracować i funkcjonować, ale wewnątrz są martwi. Osoby, które izolują się, obserwują siebie i swoje życie z obojętnością. Mogą być świadome procesów, które dotyczą ich psychiki. Jednak dojrzałe wchodzenie w relacje, w których zazwyczaj się negocjuje, stawia warunki, wypracowuje kompromisy, jest dla nich trudne. Pojawia się potrzeba dystansu emocjonalnego z innymi ludźmi. A co za tym idzie nie angażowanie się ani w miłość, ani w walkę, ani we współzawodnictwo czy współpracę. Gdy świat wkracza w ich życie, reagują lękiem.

Nie przeszkadzać

Osoby o silnej potrzebie izolowania się od świata można porównywać do Królowej Śniegu. Samowystarczalna i zaradna. Potrafi ograniczać własne potrzeby, by nie przywiązywać się do niczego i nikogo. Bo jeśli ktoś lub coś stanie się niezbędne, nie można zachować bezpiecznej rezerwy. Królowa Śniegu może w miarę dobrze funkcjonować wśród ludzi, pod warunkiem że nie wiąże się to z żadnymi zobowiązaniami. Z tych samych powodów unika prestiżu i sukcesu. Założy własną firmę, będzie freelancerką, oby tylko nie wikłać się w międzyludzkie zależności. Jest skłonna ograniczać potrzeby życia codziennego, by nie poświęcać zbyt dużo czasu i energii na zarabianie pieniędzy. Angażuje się w samorozwój, zdobywając wiedzę z tutoriali, oby tylko nie prosić nikogo o pomoc.

Jest jak hotelowy gość, który wywiesza na klamce kartkę „Nie przeszkadzać”.

Neurotyczna potrzeba niezależności bywa kompulsywna. Objawia się przewrażliwieniem na wszystko, co w jakikolwiek sposób wiąże się z przymusem. Królowa Śniegu może nadmiernie reagować na ucisk paska, kołnierzyka czy butów. Może bać się tłumu, mieć klaustrofobię w windach i tunelach. Unikać podpisywania długoterminowych kontraktów czy umów. Małżeństwo jest dla Królowej Śniegu ryzykiem, bo kojarzy się ze zniewoleniem. Może też mieć kłopoty z punktualnością, bo to rodzaj przymuszania się do jakichś reguł. Niechętnie odnosi się do konieczności podporządkowania się powszechnie akceptowanym normom wychowania czy tradycyjnym wartościom. Nawet, gdy nie kontestuje ich otwarcie, tli się w niej ogień buntu.

Krótka odwilż

Królowa Śniegu ma poczucie własnej siły, zaradności, jest świadoma swojej inności. Bywa wyniosła i niedostępna. Do czasu, gdy samotność zaczyna zbyt ciążyć. Wtedy pojawia się lęk, przejawiający się potrzebą bliskości. Królowa Śniegu wówczas „topi się”, robi wszystko, by być kochaną. Jednak gdy tylko poczuje się silniejsza, wraca do stanu emocjonalnej izolacji. Na nowo mrozi wzrokiem i dotykiem. Broni się przed wtrącaniem się w swoje życie, znów ustanawia sztywne granice. I co najważniejsze - odrzuca uczucia innych ludzi. Jest zdolna jedynie do wchodzenia w krótkotrwałe związki emocjonalne, albo takie w których może pojawiać się i znikać.

  1. Seks

Związek w wibracji 6 - dążenie do harmonii

Związek jest tutaj na pierwszym miejscu. Znalezienie w nim spełnienia - to główny cel w wibracji 6. (fot. iStock)
Związek jest tutaj na pierwszym miejscu. Znalezienie w nim spełnienia - to główny cel w wibracji 6. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dobrze żyć w związku, któremu patronuje tarotowa karta Kochanków. Na pierwszy plan wysuwa się dzielenie się uczuciami, relacyjność, rodzina. I z tego trzeba zdać egzamin.

Kochankowie to przecież dobry symbol relacji. On, ona i miłość.

Mężczyzna i kobieta, których zsumowane urodzeniowe wibracje dadzą 6, jako życiowy priorytet ustanowią sobie związek. Ale taki, w którym będą dążyli do harmonii. Bez niej nie znajdą spełnienia.

Równowaga, dzielenie się uczuciami i materią, dobrze rozumiana wspólnota interesów – to zapewni im szczęście. Ważne stanie się wyrażanie siebie w pełni przed drugą osobą. Bez masek, niedopowiedzeń, gry pozorów, kłamstw. Na karcie Tarota Kochankowie są nadzy wobec siebie. Czy jest coś trudniejszego i piękniejszego zarazem?

Harmonia w aspekcie związku wibracji 6 oznacza też równowagę między życiem uczuciowym a zawodowym, między związkiem a rodziną, między domem a pasjami. Małżonkowie powinni dążyć, żeby i jedno i drugie było spełnione w tych obszarach. Jeśli w związku dojdzie do braku harmonii - kryzys gotowy. Uważnie należy dbać, żeby sfera „my”, kiedy to partnerzy żyją wspólnie, równoważyła sferę „ja” każdego z nich.

Ludzie łącząc się w wibracji 6 chcą zazwyczaj założyć rodzinę i spłodzić dzieci. Nie muszą żyć bardzo tradycyjnie, jednak domowe ognisko jest istotne. To nie są romansowe wibracje numerologicznej 5 lub zawodowe aspiracje na pierwszym planie jak w przypadku wibracji numer 1.

Negatywem tego aspektu może być pewna duszność emocjonalna i postrzeganie domu jako uwięzienia w przykrych obowiązkach. Nie stanie się tak jednak, gdy partnerzy będą pamiętali o życiu w harmonii. Ze sobą samym, ukochaną osobą i światem.

  1. Psychologia

Czy istnieje przepis na małżeństwo doskonałe?

Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. (Fot. iStock)
Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dwa roboty pod jednym dachem. Albo romantycznie oddani sobie kochankowie. Czy to pary idealne? Nie. Ale psychoterapeuta Tomasz Srebnicki zapewnia, że szczęśliwy związek małżeński jest możliwy.

Każde z nich robi karierę, świetnie się razem bawią, dużo podróżują. Pragną siebie zawsze tak samo gorąco. On pamięta o jej urodzinach, ona gotuje jego ulubione potrawy. Nigdy się nie kłócą... Czy tak właśnie wygląda idealny związek? To raczej związek dwóch robotów, które nie wchodzą ze sobą w żadne interakcje, po to, by temu modelowi sprostać. Małżeństwo doskonałe to takie, którego – wychowani w kulcie romantyzmu – nie uznalibyśmy wcale za małżeństwo, a raczej za partnerską umowę. Jest wspólnotą założoną na podstawie świadomej decyzji – bycia razem. Ale bez oczekiwań typu: „on nam na pewno zbuduje duży dom, bo mężczyzna powinien...” albo: „ona będzie gotować mi zupę i nosić erotyczną bieliznę na co dzień, bo kobieta powinna…”. To właśnie oczekiwania doprowadzają do frustracji i rozwodu.

No ale każdy ma jakieś oczekiwania, na przykład chce być kochany. Posiadanie oczekiwań wobec partnera tak naprawdę jest próbą sprawowania nad nim kontroli, przejawem egoizmu. Mąż myśli: „jeśli mnie kocha, będzie mi robiła kolacje, kiedy zmęczony będę wracał z pracy”, żona myśli: „jeśli mnie kocha, będzie co sobota sprzątał ze mną dom”. Tymczasem ona wieczorem woli poczytać niż gotować, a on w sobotę chce poleżeć przed telewizorem. I oboje uważają, że mają do tego prawo. I kto w takiej sytuacji zrobi kolację i posprząta? Nikt, bo tych dwoje egoistów naskoczy na siebie i będzie się licytować: „ale ja tyle pracowałem”, „a ja tyle się namęczyłam!”. I do niczego nie dojdą.

Czy w związku idealnym nie ma konfliktów? Konflikty, niezależnie od tego, czy przebiegają dynamicznie (kłótnie i trzaskanie drzwiami), czy biernie (ciche dni), powinny doprowadzić do rozwiązania problemu. Ale nie tak, że jedno mówi: „powinniśmy się pogodzić”. Po prostu nadchodzi taki moment, że oboje zaczynają do tego dążyć, np. mówiąc: „chcę o tym porozmawiać”, „chciałem cię przeprosić” albo po prostu przytulają się, o ile sytuacja nie wymaga działań. A jeśli wymaga, to oboje (dobrowolnie i świadomie) się na te działania zgadzają. Ona może chcieć mu przygotować kolację, a on może chcieć sprzątać z nią dom. A jeśli nie, decydują, co z tym zrobić.

A może sposobem jest wymiana: ona zrobi kolację, a w zamian za to on posprząta? W małżeństwie doskonałym nie powinno być handlu wymiennego emocjami (np. „Skoro ty się spóźniłeś, to teraz ja wrócę w nocy! Martw się!”) czy potrzebami (np. „Jak ty mi kupisz samochód, to ja ci urodzę dziecko”). Bo tylko wtedy, kiedy nie ma „ekonomii”, pozwalamy sobie i partnerowi, by wszelkie relacje między nami były skutkiem wolnych wyborów. A to podstawa szczęścia we dwoje.

Błędem jest też mierzenie drugiej osoby własną miarką („tylko lenie leżą w sobotę przed telewizorem”). Bo to pociąga za sobą sugestię, że powinna dostosować się do naszych wyobrażeń (nie leżeć przed telewizorem, tylko sprzątać). I sprawia, że pojawia się napięcie (żona myśli: „czy mimo to on się jednak położy przed telewizorem?”, a mąż: „nie mogę spokojnie poleżeć, bo ona się wścieknie”).

Rozumiem, że zamiast na wyobrażenia czy oceny lepiej postawić na porozumienie i wyrozumiałość? Najlepiej zacząć od tego, żeby decyzja o wejściu w związek była naprawdę świadoma. Dlatego taka mądra jest przysięga składana podczas ślubu kościelnego. Mówi właśnie o braku założeń, a podkreśla to, co jest naprawdę istotne: „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”, „będę z tobą w zdrowiu i chorobie…. Za to formuła wypowiadana w urzędzie stanu cywilnego zaczyna się od tego, co właśnie prowadzi do nieszczęścia: „świadomy praw i obowiązków…”. Innymi słowy: mogę żądać i oczekiwać! Tymczasem małżeństwo idealne trzeba chcieć budować, a nie musieć budować czy żądać budowania go od drugiej strony. Tylko jeśli nie będzie oczekiwań i żądań, nie pojawi się poczucie winy, złości, lęku…

A to wystarczy, żeby ludzie byli szczęśliwi? Nie wystarczy, ale jest niezbędne. Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. To nie tak, że tu wszystko mają dostać i wszystko dać. Bo jeśli żona uzależnia swój nastrój od tego, czy mężowi smakuje obiad – przeżywa masę napięć.

Ale czy to możliwe? Być szczęśliwą – niezależnie od tego, co się dzieje z mężem? To nieludzkie… Współmałżonek ma oczywiście wpływ na to, jak się czujesz. Ale determinowanie swojej samorealizacji i szczęścia wyłącznie udanym małżeństwem pozbawia cię szansy na czerpanie radości z innych obszarów: pracy, pasji, życia wewnętrznego.

Hmm, a więc każdy sobie? Nie, nie każdy sobie, ale większość problemów w parze wynika z tego, że małżonkom brakuje życia poza małżeństwem, brakuje innych kontekstów.

Jeśli małżeństwo jest całym moim życiem i widzę, że nagle moja żona jest smutna, to skąd mam czerpać energię, żeby ją pocieszyć? Przecież nie z niej. A jeśli twój mąż przychodzi z pracy wściekły? To skąd masz brać siły, by wytrzymać jego atak wściekłości? Jeśli kobieta przypisuje nadmierną wagę sobie jako żonie, a mniejszą sobie jako prawniczce, lekarce, przyjaciółce, hobbistce malowania na szkle… – to mniej czerpie satysfakcji ze swojej pracy, przyjaźni czy hobby. Nie można całej energii brać jedynie z partnera. Czyniąc tak, będziesz przejmować nie tylko jego pozytywne nastroje, ale też te złe: smutek, wściekłość… I będziecie czuć się razem nieszczęśliwi.

To wszystko, co robimy poza związkiem, służy związkowi? Tak, bo jedynym celem małżeństwa jest rozwój dwóch indywidualności, tyle że w parze. Dlatego mówię, że małżeństwo idealne nie jest małżeństwem w romantycznym rozumieniu. Każde z małżonków rozwija się bez ograniczeń ze strony partnera. Nie ma tak, że partner pozwala ci jechać na wycieczkę do Paryża czy na szkolenie do Konstancina. Po prostu jedziesz tam, bo chcesz, albo nie jedziesz, bo wolisz zostać z nim. Decydujecie się być razem, ale rozwijacie się indywidualnie.

Czy to nie przypomina związku dwóch singli? Nie, bo jeśli każde z małżonków ma dużo swoich kontekstów, może z któregoś z nich zrezygnować, by być razem. Ona nie ma już czasu na fitness, chór i na wizyty w klubie. Zależy jej najbardziej na chórze, więc resztę sobie odpuszcza, bo w wolnym czasie woli z mężem meblować dom i dbać o ogród. On za to przestaje grać w tenisa, bo też woli z nią zajmować się domem. Poza tym w małżeństwie doskonałym wiele kontekstów okazuje się wspólnych – i one zacieśniają więź. Ona na przykład lubi piec ciasta. On kocha podróże. Jak to pogodzić? Na przykład niech wędrują po świecie w poszukiwaniu miejsc sławnych z wyjątkowych wypieków.

Ale dziś wspólna część to zazwyczaj tylko kredyt! Nie chodzi o to, że każde z nich ma żyć własnym życiem i ma ich łączyć tylko jakaś jedna wspólna rzecz, lecz o to, żeby każde dobrowolnie podejmowało codziennie decyzję o wspólnym życiu i z tego czerpało satysfakcję. Nic na siłę.

Mam takich pacjentów: jak on się uprze „jedziemy na łódki”, to cała rodzina jedzie. Czy chcą, czy nie. No i spędzają razem czas, ale napięcie, jakie temu towarzyszy, jest porażające. Dlatego oboje małżonkowie muszą znaleźć własne konteksty, dać sobie przyzwolenie na rozwój w obszarach, które nie są wspólne. Jeśli on chce jeździć na łódki, niech jedzie, ale ona wtedy może iść do muzeum. Jeśli sobie na to pozwolą – z czasem będą się czuli na tyle autonomiczni, żeby z tej autonomii móc świadomie i z radością zrezygnować. Na tym polega bycie w związku. Małżeństwo jest rezygnacją z niezależności, nie drogą do niej. A tak myśli wiele młodych osób, stających przed ołtarzem czy urzędnikiem stanu cywilnego: „Wyrwę się spod kurateli rodziców, wreszcie będę mogła robić to, co lubię: fotografować, nurkować. Przecież on mi tego nie zabroni!”. To przekonanie prowadzi do 60-procentowego wskaźnika rozwodów, bo jest oparte na chęci realizacji tylko własnych celów.

Co jeszcze charakteryzuje związek idealny? Uważność, a nie służalczość. Jeżeli w sklepie stoję przed półką z ciastkami i hołduję modelowi służalczości, to kupię te ciastka, które lubi żona, by spełnić jej oczekiwania, bo: „będzie zła, jak jej ich nie kupię” albo: „czuję, że powinienem”. Towarzyszy mi napięcie. Jeśli hołduję modelowi uważności – kupię ciastka, które lubi żona, bo: „ona je lubi, a ja chcę jej sprawić przyjemność”. I nie muszę odczuwać wówczas wzruszenia, niebywałej radości, ale na pewno nie odczuwam napięcia. Co więcej, przychodząc do domu, nie oczekuję wdzięczności za to, że jej te ciastka kupiłem. Tymczasem w modelu służalczości tej wdzięczności chcę.

A to źle – oczekiwać wdzięczności? Weźmy taki przykład, kobieta przez 15 lat pierze, gotuje sprząta i nagle, po tych 15 latach, mówi: „to ja piorę, prasuję, gotuję i nic z tego nie mam…?”. A przecież to był jej wybór. Dlaczego więc uważa, że ma prawo w zamian czegoś żądać?

To jak pokazać, że się czegoś potrzebuje? Jeśli kobieta chce coś dostać, to o tym mówi, np.: „lubię dostawać kwiaty” i jeśli mężczyzna jest uważny na jej potrzeby, będzie jej te kwiaty kupował. Ale jeśli ona o kwiatach nie mówi, tylko jeszcze więcej sprząta, to partner jej tych kwiatów nigdy nie kupi, no bo jak ma się domyślić! A ona będzie na niego coraz bardziej zła... Okaże mu to, a że on nie wie, o co chodzi, szansa, że kupi jej cokolwiek z własnej woli, jest coraz mniejsza, bo też zaczyna być na nią zły. W końcu ona na nim te kwiaty wymusi, ale on będzie odczuwał napięcie, zarówno podczas ich kupowania, jak i w momencie wręczania. I tak żadnemu z nich nie dadzą one szczęścia. Odwrotnie. Ten bukiet ich od siebie oddali, bo jego podłożem emocjonalnym będzie napięcie: lęk, złość, a nie świadomy wybór. „Dzięki temu, co robię, nam obojgu ma być lepiej” – to motywacja małżonka idealnego.

  1. Styl Życia

Asystenci zdrowienia - po prostu nowe życie

W procesie zdrowienia ważna jest nadzieja i motywacja do wysiłku. To właśnie mogą dać asystenci zdrowienia. (Fot. Getty Images)
W procesie zdrowienia ważna jest nadzieja i motywacja do wysiłku. To właśnie mogą dać asystenci zdrowienia. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Dają nadzieję. Na wyzdrowienie, na powrót do społeczeństwa. Nie są lekarzami ani terapeutami, ale pomagają chorym. Asystenci zdrowienia sami przeszli przez kryzys psychiczny. I wyszli z tego. Dlatego jeśli oni mówią: „uda ci się”, są w tym wiarygodni. A przecież wiara w powodzenie terapii to jeden z podstawowych leków w każdej chorobie.

Pokazują, że możliwe jest pokonanie nawet dużego kryzysu. Że pesymistyczne prognozy, które można wyczytać w książkach, nie muszą być prawdą. – Po latach chorowania, diagnoz, po miesiącach w szpitalu, czasem po próbach samobójczych, jest ciężko. Człowiek rezygnuje z siebie. A ja jestem, przeszłam przez to i żyję. Funkcjonuję, pracuję – mówi jedna z asystentek zdrowienia, Anna Olearczuk.

– Wielu naszych pacjentów poddaje się na starcie, mają poczucie, że ich choroba jest nieuleczalna – i oczekują pomocy typu wyręczanie, od siebie nie wymagają nic – tłumaczy psychiatra, profesor Jacek Wciórka. – W ostrej fazie kryzysu musi być wsparcie zewnętrzne, żeby można było ruszyć do przodu. Ale potem przychodzi czas, kiedy trzeba odzyskiwać teren i ograniczyć straty, które kryzys powodują. Trzeba wytrwałości, pogodzenia się z tym, że czasem to dwa kroki do przodu i krok w tył, powoli się zyskuje tę przestrzeń dla siebie, ale się da. Dlatego tak ważna jest nadzieja i motywacja do wysiłku. To właśnie mogą dać asystenci zdrowienia.

Pracują najczęściej w centrach zdrowia psychicznego, które są zobowiązane zatrudniać osoby z takimi kompetencjami. – To sprawa nowa i jednocześnie nienowa – tłumaczy prof. Wciórka. – Nowa, bo teraz funkcjonują oficjalnie, tworzy się osobny zawód. Ale jednocześnie od dawna coś takiego funkcjonuje w systemie pomagania osobom uzależnionym, instruktorzy terapii odwykowych to trzeźwi alkoholicy, którzy poddali swoje doświadczenie refleksji – i teraz pokazują, że jeśli praca jest wytrwała, może przynosić dobre efekty. Ich największą siłą jest doświadczenie kryzysu. Nie opowiadają o tym, co przeczytali, tylko o tym, co przeżyli. – To pozwala mi wejść w koalicję z pacjentem – mówi asystentka zdrowienia Elżbieta Jełowicka. – Ja nie mam na czole wypisane, że przeszedłem kryzys – mówi Ivan Sitsko pracujący na jednym z oddziałów w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Mówię o tym, kiedy jest okazja, ktoś mnie zapyta. Wydaje mi się, że na oddziale pacjenci wiedzą, że byłem w ich sytuacji i dzięki temu mogę pewne rzeczy lepiej zrozumieć. Choć nie przeżyłem przecież wszystkich kryzysów świata, mój kryzys był moim kryzysem, miał dla mnie wyjątkową jakość, ale to, że go przeszedłem, nie znaczy jeszcze, że zrozumiem każdego. Z drugiej strony faktycznie osoby z podobnym doświadczeniem łatwiej mi wesprzeć. Mogę powiedzieć: „Słuchaj, miałem tak samo”. Kiedyś pewien pacjent powiedział mi, że nie ufa psychologom ani psychiatrom, co oni mogą wiedzieć na temat tego, co on przeżywa, oni mają wiedzę z książek. No więc ja mam wiedzę z życia.

Praca

Ivan parzy herbatę na oddziale szpitalnym. Ale nie dla siebie. Dla pacjentów. Co czwartek. – Wczoraj było wyjątkowe spotkanie – mówi – bo akurat wypadało chińskie święto środka jesieni, bardzo tam ważne, wyrażające wdzięczność za zbiory. Opowiadałem o tym podczas parzenia herbaty. Można w ciszy napić się herbaty, można też w każdej chwili wyjść, jeśli ktoś nie czuje się z nami komfortowo. A jednocześnie to okazja do bycia z ludźmi. Do spotkania. Ma ono charakter uspokajający, ćwiczy się cierpliwość, każda czynność wymaga czasu, nic się nie da przyspieszyć. To nie jest wrzucenie torebki do wrzątku.

Ivan Sitsko: Cieszę się,że daję chorym na oddziale chwilę oddechu. (Fot. archiwum prywatne) Ivan Sitsko: Cieszę się,że daję chorym na oddziale chwilę oddechu. (Fot. archiwum prywatne)

Oczywiście nie jest tak, że to każdemu odpowiada. Czasem ktoś przyjdzie raz i nie wraca. Ale są i tacy, którzy przychodzą często. Bo pobyty na oddziale bywają długie. A Ivan zawsze się stara prowadzić spotkanie w choć trochę inny sposób. – Wczoraj na przykład przyniosłem herbatę kwitnącą – to takie kuleczki, które podczas parzenia rozwijają się w kwiat. Parzyliśmy ją w szklanym, przezroczystym naczyniu, żeby to obserwować. Zapach, kolor naparu, faktura liści, zapach suszu – to wszystko odgrywa rolę w treningu uważności.

Ania Olearczuk od stycznia 2019 roku pracuje jako asystent zdrowienia na warszawskich Bielanach, w Środowiskowym Centrum Zdrowia Psychicznego. Mówi o sobie: „jestem gadaczem”. Pracuje, rozmawiając. I zdecydowanie nie tylko o chorobie. – Mam na przykład w tej chwili uczestniczkę, która nie potrzebuje akurat mojego doświadczenia choroby. Po prostu sobie gadamy, a kiedy widzę, że się robi zbyt smutno, że ona zaczyna płakać, przestawiam wajchę na pogodniejsze tory, na lżejsze tematy. Tutaj to, co przeżyłam, sprawia, że łatwiej mi się z nią skomunikować.

Anna Olearczuk: Teram mogę się dzielić tym, co mam. Doświadczenie choroby okazało się czymś cennym. (Fot. archiwum prywatne) Anna Olearczuk: Teram mogę się dzielić tym, co mam. Doświadczenie choroby okazało się czymś cennym. (Fot. archiwum prywatne)

Elżbieta Jełowicka potwierdza: – Dla mnie też najważniejsza jest rozmowa. I spotkania. Towarzyszenie. Pomoc w próbach wychodzenia z konkretnego problemu. Ale to właśnie podczas rozmowy otwierają się ścieżki, nawiązuje się kontakt, buduje zaufanie. Oczywiście teraz wszystko jest trudniejsze. – Mamy nakładkę pandemiczną, to zmienia charakter pracy. Byłam w trybie kwarantanny, więc w odprawach uczestniczyłam na Zoomie – mówi Elżbieta Jełowicka. – Większość kontaktów teraz to jednak kontakty online, ale nie wszyscy to dobrze znoszą. Coraz więcej pacjentów zgłasza potrzebę spotkania i ja się zgadzam, jeśli to tylko możliwe, to zupełnie inna wartość.

Ivan mówi, że na oddziale nikt mu nie powiedział, co konkretnie ma robić. Musiał sposób na siebie wymyślić. – To nie tylko herbata. Prowadzę zajęcia ruchowe, bo kiedyś ćwiczyłem kung-fu, jogę i pilates, teraz uprawiam tai-chi. Kolejna rzecz to bajkoterapia, czytam jedną z bajek chińskich – ona jest pretekstem, żeby porozmawiać potem na jakiś głębszy temat. To też dobre ćwiczenie z koncentracji. Czasem ktoś powie mi, że moje zajęcia były fajne, już samo to, że ludzie na nie wracają, to dla mnie takie dobre, pozytywne światełka. Cieszę się, że ludziom na oddziale daję chwilę oddechu. Zresztą i ja sam wiele od nich dostaję.

Koalicja

To, co niezwykle ważne, to jakość kontaktu między chorym a asystentem zdrowienia. Inna niż na linii pacjent–lekarz. – Teraz, kiedy pracuję w zespole leczenia środowiskowego, gdzie są wszyscy: lekarze, psychologowie, psychoterapeuci, pracownicy socjalni i asystenci zdrowienia, jest wspólna przestrzeń do wymiany opinii na temat poszczególnych pacjentów, szczerze gadamy, mogą się spotkać różne perspektywy – mówi Elżbieta Jełowicka. – Ale ja jestem osobą najbliższą pacjentowi, to oczywiste, siłą rzeczy tworzę z nim koalicję, ale też staram się być pomostem między nim a lekarzem. Trzeba dopuścić taką możliwość – a z tym psychiatrzy mają trudność – że perspektywa lekarza, do tej pory uważana za najważniejszą, może nią nie być. Coraz częściej zdarza się, że dochodzi do panelu na odprawach, to nowość i skutkuje tym, że oferta płynie od całego zespołu, jest bardziej kompleksowa i uwzględnia stanowisko pacjenta.

Elżbieta Jełowicka: Choroba dużo zabiera, ale może teżsłużyć budowaniu nowych zasobów. (Fot. archiwum prywatne) Elżbieta Jełowicka: Choroba dużo zabiera, ale może teżsłużyć budowaniu nowych zasobów. (Fot. archiwum prywatne)

Asystent zdrowienia, który jest w częstym kontakcie z chorym, często jako pierwszy wyłapuje niepokojące sygnały. Co wtedy? Mówi Ela Jełowicka: – Najpierw rozmawiam o tym z osobą, z którą pracuję. To jest też okazja do pogadania o tym, jak ona się odnajduje w leczeniu. Czasem widzę, że nie ma odwagi porozmawiać z lekarzem, że nie mówi mu na przykład o trudnych dla niej do zaakceptowania efektach ubocznych leków, co z kolei przekłada się na to, czy chce się leczyć. Ja to dobrze rozumiem, sama też miałam takie trudności, odwołuję się więc do swoich doświadczeń, dzielę się nimi w sposób naturalny. Myślę, że daję też odwagę do tego, żeby zrewidować relacje z lekarzem. Żeby starać się być szczerym. A nawet, w ostateczności, zdecydować się na odważny krok i zmienić lekarza.

Choroba

Zanim doszli do miejsca, w którym są dziś, przeszli przez kryzys. Ivan Sitsko: – W pracy asystenta zdrowienia fundamentem jest bolesne, druzgoczące czasem, pustoszące doświadczenie choroby. Ale przecież fundament składa się z różnych części. Jestem inżynierem budowlanym i wiem, że każda część jest ważna. Powiedzmy: hydroizolacja to doświadczenie, a zbrojenia i beton, którym to potem zalewamy, to powinna być miłość, wartości podstawowe, coś, co daje nam siłę. A Elżbieta Jełowicka dodaje, że choroba dużo zabiera, ale jednocześnie może służyć budowaniu nowych zasobów. Czasem takich, których nie spodziewaliśmy się znaleźć. I okazuje się, że to, co wyrzuciło nas poza nawias wszystkich naszych ról, może stać się odskocznią do nowego. – Mnie się udało coś takiego zbudować – opowiada. – Moje chorowanie zaczęło się głęboką depresją. Mam diagnozę ChAD (choroby afektywnej dwubiegunowej) z przeważającą ilością epizodów depresyjnych. Depresja skończyła się próbą samobójczą i to uważam za początek mojego zmagania się z kryzysem i zamknięcie tamtej części życia. Konfrontowałam się z sytuacjami, które mnie przerastały, nie korzystałam z możliwości pomocy – i ostatecznie zostałam z tym sama. Wiele lat zmagałam się z chorobą. Byłam trudną pacjentką, bo nie miałam w sobie zgody na farmakoterapię. Dużo było hospitalizacji, winię za to system, tak nie musiało być. W końcu udało mi się znaleźć lekarza, z którym mogłam rozmawiać szczerze, zdecydowałam się na terapię indywidualną i tak się zaczął mój „kurs na słońce”. Opanowałam problemy, poczułam, że wstępują we mnie siły witalne. Moja pani psycholog zasugerowała, żebym zainteresowała się kursem dla asystentów zdrowienia. I to był genialny pomysł. Inaczej postrzegam siebie, swoje chorowanie, relacje z innymi. Udało mi się odbudować to, co straciłam.
Anna Olearczuk diagnozę ChAD dostała w 2008 roku. Choć po raz pierwszy trafiła do szpitala w 2003, diagnoza się zmieniała. – Miałam pracę, którą z jednej strony lubiłam – mówi Anna – z drugiej – wielu rzeczy nie umiałam zaakceptować; często problemy psychiczne to forma niezgody na rzeczywistość. Tak chyba właśnie było ze mną. Miałam dwie próby samobójcze. W 2014 roku zdałam sobie sprawę z tego, że funkcjonuję coraz gorzej. Że albo coś z tym zrobię, albo to się źle skończy. Postanowiłam, że będę starać się o rentę. Wielu nie rozumiało, mówili: „Masz dobrą pracę, nie rezygnuj z tego”. Ale ja zdecydowałam. Szłam na rentę z założeniem, że zmienię coś w życiu. Zaczęłam prowadzić blog o ChAD, zobaczyłam, że jest odzew, że ludzie na to reagują. Poczułam, że chcę pomagać innym. I kiedy pojawiła się idea kursu dla asystentów zdrowienia, poczułam, że to coś dla mnie. Ivan miał dwa kryzysy psychiczne, ten drugi – jak mówi – był trudniejszy. – Z pierwszego udało się wyjść, pięć lat remisji, zapomniałem, że kiedyś chorowałem, i nagle to się powtórzyło. To mnie zdruzgotało. Byłem kompletnie rozbity. Zacząłem pracę z psycholog, która bardzo mi pomogła po pierwszym kryzysie. I podczas jednego ze spotkań w zespole leczenia środowiskowego, kiedy po raz kolejny narzekałem, jaki jestem biedny, psycholog powiedziała: „Zobacz, tu jest ogłoszenie. Są poszukiwane osoby z twoim doświadczeniem. Ono może być nie garbem, ale wartością. Może służyć tobie i innym. Spróbuj”. Pomyślałem: „Właściwie czemu nie”. Na zakończenie kursu każdy był zaproszony na rozmowę podsumowującą. Usłyszałem wtedy – ku swojemu zaskoczeniu – że to, co wnoszę, może być cenne dla innych i że nadaję się do pracy w roli asystenta zdrowienia. Zacząłem chodzić na oddział szpitalny, na którym teraz pracuję jako wolontariusz. Robiłem moje spotkania herbaciane. To był ten sam oddział, na którym leżałem jako pacjent. Kursy dla asystentów organizują na przykład Fundacja „Leonardo” czy Polski Instytut Otwartego Dialogu.

Proces zdrowienia

Czy w ogóle da się zmierzyć, czy i na ile pomoc asystentów jest skuteczna? To trudne, bo zdrowienie to proces rozciągnięty często na lata, składający się z małych elementów. – Pomyślałam o pewnym panu, którego wspieram – mówi Anna Olearczuk. – Non stop lądował w szpitalu przywożony przez policję, trwało to latami. Jakiś czas temu zaczęliśmy pracować nad wczesnym rozpoznawaniem tego, co się z nim dzieje. I niedawno on znów trafił do szpitala. Ale jak trafił! Spakował torbę i pojechał. Bo wiedział, że musi. Ktoś powie: „Wielkie rzeczy, co to takiego?!”. Dla niego wielkie. Zrobił coś, czego wcześniej zrobić nie był w stanie. Drobiazg, a u niego kosmos! W chorobach duszy w ogóle trudniej oceniać skuteczność terapii. – Na pewno wiele razy widzę, że z kimś jest lepiej, niż było na początku naszej współpracy – mówi Ela Jełowicka. – Choć bywają skrajnie trudne momenty, kiedy jestem bezradna, przerażona ogromem problemów mimo podejmowanych różnych prób wsparcia. Warto jednak – mierząc tę skuteczność – powiedzieć jeszcze o tym, że praca asystenta zdrowienia pomaga też… asystentowi zdrowienia.

– Jest wiele osób, które garną się do podjęcia tej roli – mówi prof. Jacek Wciórka. – To zrozumiałe, bo mają wtedy szansę przekuć to ekstremalnie trudne doświadczenie w wartość. I to pełni też funkcję autoterapeutyczną. Praca, taka, za którą dostaje się wynagrodzenie, jest przecież jednym z elementów zdrowienia i dobrego funkcjonowania. – Daje nam bardzo dużo. Nie pamiętam, kiedy wcześniej miałam pracę, do której chce mi się iść. Która mobilizuje pozytywnie, nie przez stres. Teraz mogę się dzielić tym, co mam, doświadczenie choroby i zdrowienia okazało się czymś cennym. Daje mi poczucie, że to, przez co przeszłam, miało sens. I że warto dbać o siebie, żeby to robić dalej. Widzę to także u osób z mojego kursu – to w wielu przypadkach nowe życie, bo stare skończyło się wielkim kryzysem. Tak, tak właśnie o tym myślę: nowe życie.

Obawy

Bo są i obawy. O asystentów. O to, czy kontakt z osobami w ostrym kryzysie nie naruszy ich równowagi, o którą długo przecież każdy z nich walczył. – Tak, to strach realny, ale powiedzmy sobie szczerze: czasem i psychiatrom ta praca szkodzi – mówi prof. Jacek Wciórka. – Oczywiście asystentom zapewnia się pomoc, superwizję, możliwość rozładowania napięć. Obawa jest, ale nie może paraliżować. Praca z osobami w kryzysach psychicznych, zwłaszcza psychotycznych, zawsze wymaga wsparcia i systematycznej refleksji nad emocjami. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy asystenci wpadają w kryzys. Ale wtedy się wycofują, poświęcają sobie czas, otrzymują pomoc i często wracają. Polska psychiatria się zmienia. Przestaje być monocentryczna, z wszechmocnym i wszechwiedzącym psychiatrą, pojawiają się ludzie o różnych kompetencjach: psycholodzy, psychoterapeuci, terapeuci zajęciowi, pielęgniarki, pracownicy socjalni i właśnie asystenci zdrowienia. Nie wszyscy psychiatrzy przyjmują te zmiany z entuzjazmem. – Na początku na pewno wielu z nich miało obawy – mówi prof. Wciórka. – Niektórzy nadal są nieufni, niektórzy przeciwni, bo przecież psychiatrzy, jak cała populacja, są zróżnicowani w postawach i poglądach. Jedni uważają, że wystarczy wiedza, którą kiedyś zdobyli – to trudniejsza sprawa. Ale jest wielu takich, którzy są otwarci, chcą próbować. I widzę, że po pewnym czasie wszyscy się przyzwyczajają i dostrzegają w tym wartość. To pewien proces. Anna Olearczuk też ma wrażenie, że obawy się nie potwierdziły. – Coraz więcej o nas słychać, coraz więcej osób się przekonuje. Są oczywiście zespoły, w których asystenci przyjmowani są lepiej, wręcz zabiega się o to, żeby byli, i takie, gdzie nie do końca wiadomo, co z nimi zrobić. Ale nigdy przecież nie jest tak, że wszyscy są zadowoleni. A z czasem asystenci będą coraz lepiej przygotowani do pracy, wypracuje się model szkoleń. I z czasem, miejmy nadzieję, będzie ich więcej. Zarówno w centrach środowiskowych, jak i na oddziałach szpitalnych. – Oni potrafią inaczej rozmawiać z chorymi, mają inne kompetencje językowe, nie operują językiem medycyny, tylko życia – podkreśla prof. Wciórka. A język jest ważny. Dużo zmieniło już choćby samo to, że teraz mówi się o kryzysie psychicznym, nie o chorobie psychicznej. – To istotne, bo chorobę oswoili lekarze, to ich język, ich fach, ale okazuje się, że to, co człowieka dotyka w trudnej sytuacji, ma jeszcze wiele odsłon, masek, do których język medyczny nie daje dostępu. A które czasem mają kluczowe znaczenie dla procesów zdrowienia. Słowo „choroba”, zwłaszcza „choroba psychiczna” czy tym bardziej „umysłowa”, jest stygmatyzujące. Ma niedobry osad. Przejście na „kryzys” usadawia całą sprawę w innej perspektywie. Bo kryzysy mogą być różne, silne, krótkie, gwałtowne – i kryzysy się kończą, można je przezwyciężyć. Elżbieta Jełowicka też widzi zmiany. – Na korzyść. Choć przede wszystkim w dużych miastach, po staremu jest w małych miasteczkach, na wsiach – to smutne, bo jednocześnie tam właśnie jest większa stygmatyzacja ludzi chorych. Nie ma psychoedukacji, a ona powinna się przecież zacząć już w przedszkolu. Trzeba rozmawiać o emocjach, uczyć uważności na nie, zrozumienia. Ja tak postrzegam moją pracę – jak niesienie kaganka oświaty. Jestem cząstką tej zmiany, może małą, ale jednak. Jeśli mogę komuś pomóc, jeśli moje doświadczenie może się przydać, to dla mnie wartość.