1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Poplotkujmy o seksie

Poplotkujmy o seksie

Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
W babskim gronie plotkuje się cudownie. O znajomych, dzieciach, pracy, modzie… O seksie? A jakże! Aby czerpać z tych zwierzeń jak najwięcej radości, dobrze jednak nie mówić za dużo.

Psychologowie nie mogą się nachwalić kobiecego upodobania do zwierzeń. Podkreślają, że dzięki intymnym rozmowom z przyjaciółkami kobiety rzadziej lądują na kozetce u terapeuty. Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość.

– Przegadując różne problemy, przekonujemy się, że na wszystko można spojrzeć z odmiennej perspektywy – potwierdza Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – A to wzbogaca nas, nasz świat i poszerza spektrum jego przeżywania.

A jeśli tematem pogaduszek staje się rzecz tak intymna jak seks? Koleżanka płynnie przechodzi od problemów w pracy do narzekania na oziębłość partnera albo opowiada z detalami o wczorajszej szalonej nocy… Jak zareagować? Odwzajemnić jej otwartość? A może skierować rozmowę na inne tory?

Pięć razy „tak”

– Na pytanie, czy rozmawiać o seksie w gronie przyjaciółek, odpowiadam: oczywiście, że tak! – mówi psycholog. – Ale radzę, by opowiadać tylko o sobie. Co lubisz, czego nie lubisz; jakie masz fantazje, jakie doświadczenia; czego się boisz, co cię pociąga, a co niepokoi. Wtedy pozostaniesz lojalna wobec swojego partnera, a jednocześnie będziesz mogła skorzystać z wszystkich profitów, jakie płyną z takich pogaduszek.

A jest ich sporo…

1. Przełamują tabu

Większość z nas pochodzi z rodzin, w których się o seksie nie rozmawiało. W niektórych nawet rodzice się nie przytulali na oczach dzieci. Jeśli zostałaś wychowana w atmosferze seksualnego tabu, prawdopodobnie masz ogromne problemy z odkrywaniem, nazywaniem i ujawnianiem swoich cielesnych potrzeb. Rozmawiając z przyjaciółkami o seksie, oswajasz ten temat, uczysz się otwartości, przełamujesz opór przed rozmowami na łóżkowe tematy.

– Plotkując o seksie, nabierasz swobody w tym temacie oraz ćwiczysz słownictwo. Pozwoli ci to później lepiej komunikować się z partnerem – uważa Anna Gawkowska. – Wiele kobiet zwykle nie wie, jak ubrać w słowa swoje sugestie czy uwagi, tym bardziej że właśnie z partnerem rozmawiać jest najtrudniej – boisz się odrzucenia albo tego, że on poczuje się zraniony. Im większy ładunek emocjonalny, tym gorzej dla takich rozmów. Z przyjaciółką jest prościej: ona wysłucha, zrozumie, przytuli. I – co chyba najważniejsze – pomoże nazwać problem.

2. Dostarczają wiedzy

Opowieści przyjaciółek są nieocenionym źródłem wiedzy o seksie. Bo skąd masz ją czerpać? Filmy? Literatura? Przedstawiają zbyt wyidealizowany obraz erotyki. Pornografia? Jednowymiarowa, bo nakierowana głównie na mężczyzn. W dodatku pokazuje fizjologiczną i psychologiczną nieprawdę. Poradniki? Czemu nie, tyle że to nadal martwy przekaz, nie możesz o nic dopytać. – Poza tym poradniki opowiadają o anonimowych osobach, a przyjaciółki o sobie, czyli o kimś realnym, kogo znasz i do kogo możesz odnieść swoje zachowania czy uczucia – dodaje Gawkowska. Relacja innej kobiety bywa na wagę złota.

3. Oswajają lęki

Twój partner ma wybujałe libido. Zaczynasz się więc obawiać, czy nie jesteś oziębła. Ale kiedy usłyszysz od przyjaciółek, że w ich związkach jest podobnie – poczujesz ulgę, pomyślisz: „nie jestem sama”.

– Nie ma nic gorszego, niż żywić jakąś obawę czy lęk i dźwigać je w samotności – mówi psycholog. – Tym bardziej że seks to dziedzina, która w dużym stopniu wpływa na naszą samoocenę. Gdy przeżywasz wątpliwości tylko wewnątrz siebie, one ogromnieją. Skonfrontowane z życiem innych, nabierają właściwych proporcji.

4. Podsuwają rozwiązania

Przyjaciółki mogą podpowiedzieć, jak one sobie z czymś radzą, na przykład jak tłumaczą partnerowi, co je najbardziej kręci, a co nie, nie raniąc przy tym jego dumy i nie zrywając bliskości. Albo co dodają do sypialnianego repertuaru, żeby znów się zrobiło ciekawie. I często podrzucają rozwiązania, na które sama byś nie wpadła.

5. Otwierają na nowe

Rozmowy to także krok w kierunku większej swobody w łóżku: pomagają przesuwać granice. Na przykład mąż namawia na seks oralny, a żona uważa, że to nie mieści się w pojęciu „normalny seks”. Jeśli podzieli się swoim oporem z koleżanką, może od niej usłyszeć: „Ja to uwielbiam, ale musiałam się przekonać”. I jeśli nawet nasza bohaterka nie zgodzi się od razu ochoczo na propozycję męża, to na pewno zacznie myśleć: „A więc to nie jest zboczenie, ludzie się tym cieszą”.

– Pod wpływem zwierzeń innych kobiet zaczynasz patrzeć na nowe pełna ciekawości, a nie obaw. Zastanawiać się nad nowymi sposobami dostarczania sobie nawzajem rozkoszy – tłumaczy Anna Gawkowska. – W sytuacjach, w których kiedyś automatycznie mówiłaś „nie!”, myślisz: „a może?”. Zaczynasz inny etap: najpierw próbujesz. Nie odmawiasz już dla zasady, ale wtedy, gdy coś ci się rzeczywiście nie spodoba.

Ostrożnie z radami

W intymnych zwierzeniach kryją się jednak i pułapki. Pierwszą z nich jest groźba, że seks z partnerem – w zestawieniu z opowieściami koleżanek – niesłusznie zacznie ci się wydawać nudny.

– Powszechnie wiadomo, że jednym z powodów niezadowolenia z życia jest skłonność do porównywania się z innymi – ostrzega psycholog. – Mam coś, co wydaje mi się fajne. Ale cóż to? Koleżanka ma fajniejsze! I już moje wydaje mi się mniej atrakcyjne, przestaje cieszyć. To dotyczy także seksu. Nie dość, że media kreują nierealne wzorce idealnego kochanka i kochanki, to presja dorównania lub nawet przebicia doświadczeń przyjaciółek może popsuć całą przyjemność uprawiania seksu.

Uważaj też, kogo obsadzasz w roli punktu odniesienia. Bo jeśli swoje obawy powierzasz dość pruderyjnej koleżance, prędzej dodatkowo cię w nich utwierdzi, niż je rozwieje, a nawet wepchnie w irracjonalne poczucie winy czy wstydu. Z drugiej strony zbyt wyzwolona powierniczka może zacząć cię przekonywać do eksperymentu, na który w ogóle nie będziesz miała ochoty, no ale jak tu dyskutować z „ekspertem”?! Zresztą, z radami bywa tak, że najtrafniejsze są w stosunku do osoby, która ich udziela. – To, co sprawdziło się w innych związkach, nie musi zadziałać w twoim – ostrzega Gawkowska. – Każdą radę warto przefiltrować przez to, jaka jesteś, jaki jest twój związek, twój partner oraz czego chcesz w łóżku.

Wszyscy mamy swoje upodobania i wszystkie są jednakowo dobre, musisz tylko zastanowić się, które są odpowiednie dla ciebie.

Bohater drugoplanowy

Nie przesadzaj z uskarżaniem się na partnera w gronie koleżanek. Zwłaszcza takich, które go znają! Może się bowiem okazać, że twoje opowieści wpłyną na sposób, w jaki będą go postrzegać.

– Jeśli zbyt często opowiadasz, że jest kiepski w łóżku, za mało czuły, nieudolny lub, co gorsza, relacjonujesz ze szczegółami jego niepowodzenia – znajome zaczną widzieć twojego męża czy chłopaka jako skończonego fajtłapę i darzyć mniejszym szacunkiem także w innych dziedzinach życia – mówi Anna Gawkowska.

„Może zamiast negatywów skupić się na pozytywach” – myślisz. – „Cóż złego w tym, że pochwalę się wirtuozerią mojego kochanka w gronie wspólnych przyjaciółek?”. Bądź ostrożna, bo zbyt częste opowiadanie o waszych łóżkowych wyczynach niepotrzebnie zbuduje wokół twojego ukochanego erotyczną atmosferę. W konsekwencji niejedna przyjaciółka może spojrzeć na niego innym, łaskawszym okiem.

I nie ufaj bezgranicznie kobiecej dyskrecji. Zwłaszcza jeśli twoje przyjaciółki to jednocześnie żony kumpli twojego partnera! Nawet proszone o dyskrecję, mogą nie oprzeć się pokusie powtórzenia twoich rewelacji swoim mężom albo nawet palnąć jakieś głupstwo w obecności twojego ukochanego. Jak pewna kobieta, która po kilku drinkach żartem powiedziała do męża znajomej „o, samochód też masz malutki…”. Towarzystwo wybuchło śmiechem, a mąż obraził się śmiertelnie. Na żonę na długo, na jej przyjaciółkę na zawsze.

– Ujawnianie intymnych szczegółów na temat twojego związku i partnera bywa ryzykowne – mówi Anna Gawkowska. – W końcu jest to coś, co powinno być waszą prywatną sprawą i nie wykraczać poza próg sypialni. Zwłaszcza zdradzanie łóżkowych wpadek kochanka świadczy o nielojalności wobec niego. Dlatego zawsze z dużym wyczuciem opowiadaj o problemach, które nie dotyczą tylko ciebie samej.

W męskiej szatni

Kobiety, rozmawiając o seksie, zwykle mówią prawdę, bo w takich rozmowach poszukują bliskości. Są też przeważnie na tyle wstydliwe, że poruszają temat, kiedy naprawdę potrzebują pogadać. Mężczyźni odwrotnie: o seksie rozmawiają z łatwością. I jest to ich ulubione pole do głoszenia własnej chwały. Szczycą się ilością, różnorodnością i częstotliwością kontaktów seksualnych. Lubią być podziwiani i by im zazdroszczono. Często, by nie stracić w oczach kolegów, chcą się wykazywać osiągnięciami, nawet jeśli nie są prawdziwe. Trudniej też przychodzi im rozmawianie o problemach w łóżku. Mężczyzna prędzej pójdzie po leki do specjalisty, niż przyzna się kumplowi do swojej niemocy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

W łóżku bez fajerwerków. O tym, jak zapracować na udany seks, mówi Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna

Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Udany seks jest ziemski, nie z kosmosu. I szczery, ale w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie „ja“. Fajerwerki nie są regułą, ale jak fajnie, że się czasem zdarzają. Nasze życie nie musi kręcić się wokół seksu, ale warto, by był jego częścią – tłumaczy edukatorka seksualna Alicja Długołęcka.

Według wschodniej tradycji seks to świętość, wręcz duchowe przeżycie. Ale też radość, czerpanie i dawanie przyjemności. Im bardziej na zachód, tym różniej jest postrzegany – jako obowiązek małżeński, droga do posiadania potomstwa, element dbania o siebie, a także dodawania sobie wartości. Czy seks jest tak wielowymiarowy, czy może o wiele prostszy niż myślimy? A może jest wszystkim tym po trochu? Czy nasz stosunek do niego mówi więcej o naszych potrzebach czy brakach ? – Przez lata byliśmy uczeni, że seks to coś, co przypływa do nas wraz z miłością, pierwszym zakochaniem, coś cudownego, co dzieje się samo, taka wspólnota dusz i ciał – tłumaczy dr Alicja Długołecka.

– Taką ideę wdrukowała nam kultura, wychowanie, religia, ale też sposób opisywania swojej seksualności przez poprzednie pokolenia. Tyle że zwykle towarzyszył im brak wiedzy na temat seksu oraz słabe kompetencje komunikacyjne. Jeśli dodamy do tego sporą domieszkę wstydu, poczucia winy i stereotyp, który głosi, że kobieta ma być wierna bez względu na to, co się dzieje w relacji, i jest skazana na to, co zainicjuje partner – to trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, by coś dobrego w sferze seksualnej się wydarzyło. W konsekwencji osoby w średnim wieku, do których i ja się zaliczam, zderzają się dzisiaj z efektem swoistego rozdwojenia. Nauczono nas oczekiwać seksu kosmicznego, a dostajemy seks ziemski. Ale cóż, taki właśnie jest. Na szczęście wiele zależy od tego, co z nim zrobimy.

Alicja Długołęcka przyznaje, że ma dużo pacjentek, które są zawiedzione tym, jak potoczyło się ich życie seksualne. – Często przychodzą do mnie wtedy, gdy mają kochanka, i są rozdarte. Chciałyby mieć więcej przyjemności i kompetencji, rozleglejszą wiedzę – uważają, że dużo im w życiu umknęło. Coraz częściej pojawiają się kobiety, które są w trakcie rozwodu i właśnie zdały sobie sprawę z tego, że przez lata uprawiały seks, z którego nie były zadowolone - mówi Długołęcka.

- Z drugiej strony sporą grupę stanowią kobiety, które nie chcą odejść od swoich mężów czy partnerów. Często byli swoimi pierwszymi i jedynymi kochankami. Czasem partner już je zdradza, a one jego nie. Nieraz nie wiedzą, czy ten związek da się jeszcze rewitalizować, czy może trzeba się pogodzić, że seksu już nie będzie i lepiej postawić na przyjaźń. To, co mnie bardzo boli, to grupa młodych kobiet, koło 30., po jednym lub dwóch porodach, które na poziomie psychosomatycznym mają ogromną niechęć do seksu. Czyli było fajnie, ale od czasu ciąży coś się popsuło. Coraz bardziej zamykają się fizycznie na seks, mają dolegliwości typu wulwodynia (bolesność narządów płciowych), pochwica (niemożność odbycia stosunku) czy obniżenie libido. Zderzenie nierealnych oczekiwań z rzeczywistością i przekonanie, że jeśli jest uczucie, "to wszystko się ułoży" - daje właśnie taki efekt - tłumaczy ekspertka.

Sprowadzeni na ziemię

Jaki zatem powinien być seks, żeby nas satysfakcjonował? – To trochę jak ze zjawiskiem zakochania. Czujemy się wspaniale, kiedy się zakochamy, i to naturalne, że idealizujemy wtedy drugą osobę, ale taki stan nie może trwać wiecznie. Prawdziwa miłość jest inna. Podobnie z seksem - porównuje dr Długołęcka. - Fajnie zaznać komunii ciał i dusz, jednak prawdziwy seks to nie wieczna erupcja wulkanu. Żyjemy z realnymi ludźmi, którzy są cudowni, lecz mają też wiele cech czy zachowań, które niekoniecznie są wadami, ale też nie wprowadzają nas w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w nasze potrzeby, czyli: najbardziej podoba nam się to, co jest z nami zgodne. Zakochanie takie właśnie jest, dość egoistyczne, trzeba przyznać. Tymczasem kiedy kochamy, bierzemy człowieka takim, jaki jest, a nie takim, jaki chcielibyśmy by był.

Jeśli wyobrażasz sobie, że seks to trzęsienie ziemi, i tak zawsze ma być - to się rozczarujesz. Super, jeśli ziemia kilka razy się zatrzęsie, w dodatku doświadczysz tego z człowiekiem, który ma być na całe życie, ale to jest coś, co bywa, a nie jest na stałe. Takie doświadczenia graniczne powodują, że otwieramy się psychicznie i fizycznie na drugiego człowieka, ale nie ma sensu oczekiwać, że tak będzie non stop.

Błędne wyobrażenia na temat seksu dotyczą tylko tego, że zawsze ma być kosmicznie, ale też tego, że kobieta ma czekać na rozkosz, a mężczyzna ma wiedzieć, jak ją wywołać. Do tego dochodzi brak dobrego kontaktu z własnym ciałem, czego też nie jesteśmy uczeni. A jak zauważa ekspertka, nie ma pracy z seksualnością bez pracy z ciałem. Ona sprowadza nas na ziemię. - Seks jest wielką wartością, ale ta wartość wynika z nas, jest naszą częścią, dlatego dobrze, żeby była pozbawiona poczucia wstydu czy winy - tłumaczy dr Długołęcka. - Na pewnym etapie otwarcia się na siebie możemy powiedzieć: "Tak, jestem istotą seksualną i odczuwam podniecenie. To mi się w seksie podoba, a to nie. Mogę czegoś chcieć lub nie, i to jest całkowicie OK. Zmieniam się i moje potrzeby się zmieniają. Umiem o tym opowiedzieć sobie samej, ale też ludziom, z którymi wchodzę w intymne relacje".

Ciało nie kłamie

W seksie często wszystko zaczyna się psuć od pierwszego zaniechania, przemilczenia, ukrycia prawdy o swoich odczuciach. Od tego pierwszego razu, kiedy udasz, że jest ci dobrze. - W ten sposób oszukujesz siebie i partnera, bo on nie wie, że nie sprawia ci przyjemności. A skoro już raz powiedziałaś, że coś jest OK, to nie możesz nagle stwierdzić, że jednak nie jest OK, więc brniesz dalej, wzmacniając i utrwalając błędne zachowanie u partnera. I nie wiadomo właściwie, kiedy się z tego wycofać - wyjaśnia dr Długołęcka.

-Mówimy tu o kobiecej perspektywie, ale tak samo wygląda to z męskiej. Jedno myśli, co drugie myśli, ale tak naprawdę nie wie. To niedomówienie się powiększa, ludzie się od siebie oddalają. Poza tym zmuszając się do niechcianych zachowań, powodujemy napięcia w ciele, które prowadzą do unikania bliskości w ogóle. Tak się tworzą zaburzenia seksualne i dysfunkcje. Seks, w którym zamieszkało zaniechani, jest tym rodzajem seksu, który może prowadzić do rozpadu całkiem fajnych relacji. Nie chodzi mi nawet o kłamstwo intencjonalne, przecież najczęściej nie mówimy prawdy, bo się wstydzimy, lub nie chcemy zrobić przykrości drugiej osobie.

Czyli udany seks jest ziemski, nie z kosmosu, i szczery. Ale szczery w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie "ja". Nie: "ty czegoś nie robisz albo coś robisz", tylko "uwielbiam to, pragnę tego, potrzebuję" czy: "ja mam problem, ja się wstydzę, ja czuję się skrępowana". - Szczerość to powiedzenie komuś, że mamy jakąś tęsknotę, pragnienie albo że jest we mnie jakaś bariera, ale nie umiem jej jeszcze nazwać - mówi Alicja Długołęcka. - Że jest jakaś część mnie, z którą muszę dojść do porozumienia, ale sama, i nie chcę o tym nikomu na razie opowiadać. Jak już się z tym uporam, to wyjaśnię, ale byłabym wdzięczna gdybyś ty, jako partner mi w tym pomógł i gdybyśmy etapami nad tym pracowali.

Taka praca nie tylko zbliża partnerów, lecz bardzo często uzdrawia także inne obszary naszego życia. - Seks to relacja intymna, czyli wyjątkowa i bardzo terapeutyczna. Ciało wysyła wiele ważnych sygnałów, dlatego lubię z nim pracować - mówi ekspertka. - Seks jest oparty na bliskości i zaufaniu, dlatego jeśli ich brak między ludźmi, w tej sferze od razu będzie to zauważalne. Ale w seksie ujawniają się też nasze lęki i napięcia, i tu również mogą być ukojone.

Bezcenna wiedza o sobie

Nawet jeśli kobieta odkrywa przyjemność w relacji przypadkowej, której nie chce kontynuować, i nawet jeśli jej żałuje, to dzięki temu doświadczeniu może odkryć wiele rzeczy o sobie. - Wyobraźmy sobie, że kobieta jest w stałym związku i nagle ląduje w łóżku z kimś, o kim wie, że nigdy nie będzie chciała z nim być, ale w sensie erotycznym wydarza się między nimi coś niesamowitego, coś, czego oboje nie rozumieją - podaje przykład ekspertka. - To wcale nie oznacza, że ona ma od razu pakować walizkę i iść w świat, bo ani z jednym, ani z drugim nie jest w stanie być szczęśliwa - to jedynie informacja o niej samej. Otóż ten człowiek dotknął w niej jakiejś ważnej potrzeby i może - jeśli chciałaby pozostać w związku z partnerem, z którym jest i którego kocha - należałoby żyć w prawdzie i powiedzieć mu o tym, co odkryła. Nie o zdradzie, ale o tym, czego o sobie się dowiedziała. Chciałabym być dobrze zrozumiana: do takich odkryć nie dochodzi jedynie w trakcie romansu, często jest to rezultat wejrzenia w siebie, zmiany w życiu, emocjonalnego impulsu, skontaktowania się ze swoimi potrzebami, własnym erotyzmem.

Bo w związku, czyli także w seksie, trzeba co jakiś czas aktualizować informacje o sobie - wszyscy się przecież zmieniamy. I im bardziej od serca powiemy, na czym polega ta zmiana, to tym bardziej będzie to wartościowe dla związku i dla relacji seksualnej. I na odwrót, zmiany w innych sferach też przekładają się na jakość seksu. To, że on się od ciebie oddala, wcale nie musi oznaczać, że go już nie pociągasz, tylko że na przykład obawia się utraty pracy, ma spadek nastroju albo czuje się gorzej fizycznie.

Jak pracować nad seksualnością?

-Pierwszym krokiem, zwłaszcza dla kobiety, jest to, by pomyśleć tylko o sobie, dać sobie odrobinę przestrzeni w ciągu dnia, kiedy własna seksualność będzie ważna - mówi dr Alicja Długołęcka. - Nie jest tak, że mamy czuć się pożądane wyłącznie wtedy, kiedy partner nas skomplementuje albo ktoś na ulicy się za nami odwróci i popatrzy z uznaniem, nie - seksualność jest wewnątrz nas. Warto to źródło znaleźć i nauczyć się je karmić.

Co to znaczy? Że robimy kolejny krok - w stronę własnej wyobraźni. Każdego co innego rozbudza, ale to nasza jednostkowa i niepowtarzalna wyobraźnia porusza ciało - w ten sposób możemy się z nim skontaktować i dopiero wtedy poprzez ciało pracować nad seksualnością. Trzeci krok to podarowanie sobie realnego czasu na to, co zmysłowe i pobudzające. Praca nad swoją seksualnością to tak naprawdę praca nad odbieraniem życia wszystkimi zmysłami. Nie tylko dawaniem i obdarzaniem, ale też przyjmowaniem, chłonięciem.

-Bądźmy wdzięczni naszemu ciału za to, że jest sensualne, czyli seksualne, bo dzięki niemu, ale i poprzez nie przeżywamy najcudowniejsze momenty, które wiążą się z przeżywanie świata, a więc także relacji z innymi ludźmi - mówi dr Alicja Długołęcka.

Dr n. hum. ALicja Długołęcka: pedagożka i edukatorka seksualna. Wykładowca na Wydziale Rehabilitacji w Warszawie, gdzie prowadzi zajęcia z psychosomatyki i rehabilitacji seksualnej. Wykładowca na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego na Uniwersytecie Warszawskim.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Kobiety i seks: jak się oddać, a nie poddać? – radzi Katarzyna Miller

Pełnia smaku jest tylko wtedy, gdy się oddajemy seksualności bez reszty. To jest rzecz o odzyskaniu siebie, swojego napędu, swojego życia. Życie jest seksualne. (fot. iStock)
Pełnia smaku jest tylko wtedy, gdy się oddajemy seksualności bez reszty. To jest rzecz o odzyskaniu siebie, swojego napędu, swojego życia. Życie jest seksualne. (fot. iStock)
W seksie króluje dziś równouprawnienie, przynajmniej w sferze deklaracji. Już niemal nie pamiętamy, że prawo do orgazmu zdobyłyśmy zaledwie kilkadziesiąt lat temu. A jednak, gdy przychodzi co do czego, nadal uważamy, że to kobieta oddaje się mężczyźnie, ze wszystkimi tego konsekwencjami – mówi Katarzyna Miller.

Jak to jest z tym oddawaniem się mężczyźnie? Dylemat tylko z dziedziny języka?
Dzisiejsze kobiety mogą mieć z takim sformułowaniem problem. Na co dzień aktywne, często wiodące prym w domu, a co w łóżku? Oddawanie się albo uleganie – bo tak też się mówi o kobiecym seksie – kojarzy się przecież z męską dominacją i przedmiotowym traktowaniem kobiety. Tymczasem oddać się w seksie znaczy zupełnie coś innego. Świadome kobiety powinny się oddawać, ale nigdy nie poddawać.

Czyli?
Należy się oddawać nie mężczyźnie, lecz... seksowi. Mamy się oddać we władanie seksowi. To zresztą dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

Co to znaczy oddać się seksowi?
Kobieca seksualność przeważnie budzi się wolniej niż męska. W dziewczynach najpierw pojawia się chęć patrzenia na chłopaków, przebywania z nimi, snucia marzeń. Do potrzeby stosunku zwykle daleka droga. Chcą oswajać kolejne rejony, nie lubią inwazji. Najlepiej dać im na to czas. Wbrew pozorom dziewczyn od razu nastawionych na seks nie ma tak dużo. Wiele dziś chce uchodzić za „wyzwolone”, ale to poza i pułapka zarazem. Dziewczyna, która nie idzie swoim tempem i ulega modom, jest zniewolona. To jest właśnie poddawanie się. Chłopakowi, modom, społecznym naciskom, własnym lękom...

Przeciwieństwem jest stopniowe oddawanie się własnej seksualności?
Dokładnie. Jedno z moich najintensywniejszych przeżyć seksualnych: siedzieliśmy z chłopakiem w kinie i trzymaliśmy blisko siebie ręce. Nawet się nie dotknęliśmy. Ale to, co przepływało między tymi rękami i po całym ciele, było tak wyjątkowe, że nic tego nie pobije. O tym, jak silnie przeżywamy samą myśl o zbliżeniu, napisano całe tomy. Jeśli się ten etap przeskakuje, brakuje elektryczności. Może być miło, ale to nie ta jakość. Gdy się idzie na skróty, niektóre obszary zostają nieodkryte, nieoddane przyjemności. A przecież każdy obszar jest do oddania i odkrywania – choćby taka szyja czy plecy – ile tam można znaleźć, zanim dojdziemy do piersi.

Ale chłopcy najchętniej poszliby od razu dużo niżej...
...i włożyli rękę między nogi, jasne. Bo nie mają pojęcia, co ta szyja robi dziewczynie. Gdy się ich tego nie uczy, myślą, że seks to tylko „dowód miłości”.

Chcą tego, co im potrzebne.
Czyli błyskawicznego rozładowania. A może raczej chcą tego, co im się wydaje potrzebne, bo to wyćwiczyli w samotności. Faceci, choć często sądzą inaczej, nie potrzebują ejakulacji bezwarunkowo. To mit. Ale tak prymitywnie myślący mężczyzna nie wie, że kobieta może mu dać o wiele więcej na zupełnie innym polu. Nie wie, ile rozkoszy może sam dać ani jakie to daje poczucie mocy.

Paradoks: kiedy dziewczyna się poddaje, czyli przedmiotowo traktuje swoje ciało, dając je mężczyźnie, on nie dostaje wiele – jedynie owo ciało do używania. A przecież w prawdziwej relacji miłosnej mężczyzna czegoś takiego nie chce.
To jest sedno patriarchalnego podejścia – ciało do użycia… W partnerstwie jest szacunek, nikt niczego nie bierze siłą, nikt też niczego nie oddaje bez własnej zgody, w imię jakichś ideologicznych czy kulturowych przymusów. Jest dwoje ludzi, którzy oddają się własnej seksualności. To oddawanie się jest podróżą, procesem, który przebiega we własnym tempie. Niezależnie od tego, czy aktualnie ona, czy on jest czynną stroną, czy powiemy, że ona przyjmuje go w siebie, czy też że on w nią wchodzi – to jest wtórny podział w stosunku do intencji oddania się w całości tej sile.

W stereotypie dotyczącym oddawania się jest też to, że kobieta nie bierze.
Tak. Ale kiedy sama się otwiera, dostaje bardzo wiele. To najważniejszy przekaz. Jeśli się poddajesz, to nic nie dostaniesz, jeżeli będziesz poddaną, obsługujesz pana. Oddać się to wymieniać. Bez wymiany, prawdę mówiąc, nie warto się do tego w ogóle zabierać... Mężczyźni to naturalni zdobywcy, odkrywcy – dlatego dla mężczyzny eksplorować większy kawałek ciała kobiety to jest coś dostać. Odkrywać nowe sposoby dawania i brania rozkoszy to jest coś dostać. Widzieć, jak kobieta ulega tej wielkiej sile, którą on umie tak dobrze kierować, to jest coś dostać.

Samo świadome uczestniczenie, wyczuwanie nastroju jest braniem. Bo można z tego czerpać jakąś bliskość, przyjemność...
W tym kobiety są całkiem niezłe, umieją widzieć, kiedy mężczyzna jest napalony, i to je bierze. Ale obawiam się, że wiele kobiet na tym poprzestaje. Jedyną nagrodą jest to, że on reaguje, że kontakt z nią go rajcuje. A kobieta, która jest cała dla niego, ale która sama niewiele przeżywa, nie eksploruje swojej seksualności, nie jest partnerką. I taki seks zamiera. Bo mężczyznę trzeba uczyć albo od niego wymagać, żeby się przestawił na bogactwo damskiego przeżywania, dawanie rozkoszy, odkrywanie. Sam też będzie miał fajnie, może się niezwykle zdziwić, ile jest sposobów na osiągnięcie przyjemności.

Najbardziej zależy mi na tym, żeby kobiety poczuły, że mają ogromną moc dostarczania sobie rozkoszy i dawania rozkoszy, są kimś niezwykle wyposażonym, że mają wielki skarb. Mówi się, że w tym świecie chodzi albo o władzę, albo o pieniądze, albo o seks. Bo seks to wielka siła. Niektóre kobiety to wiedzą, ale wykorzystują tę siłę w niecnych sprawach, dla zysku, dla tego, by coś załatwić, by kogoś trzymać w szachu.

 
To nadużywanie tej siły dla władzy. Co jest oczywiście kuszące i wpisane w patriarchat, w którym chodzi o władzę. Kobiety, które ulegają pokusie władzy, traktują seks instrumentalnie. Nie eksplorują swoich możliwości dla siebie, czasem nie czują zbyt wiele, czasem udają orgazm. Poddają się dla określonych celów. Ale nie po to odzyskujemy naszą seksualność, moc, którą nam przez lata odbierano, żeby nadużywać władzy, nie dawać do siebie dostępu, mścić się na mężczyznach i zgrywać silniejsze. Chodzi o to, żebyśmy się czuły spełnione i szczęśliwe. A kobieta, która się wyuczy swojego ciała, będzie umiała czuć się spełniona, rozkwitnie. Warto poznawać siebie, pozwalając mężczyźnie na wspólne odkrywanie tych swoich ponętnych połaci...

Dlaczego więc wciąż mamy skłonność do poddawania się, pozwalamy mężczyznom się „zdobyć” albo „wziąć”?
Bo to zwalnia z odpowiedzialności. Niektóre kobiety myślą, że skoro już pozwoliły facetowi wejść do swojego łóżka, nic więcej nie mają do roboty. Ona leży i czeka, aż on wszystko za nią zrobi. I on zwykle robi coś innego, niż ona oczekuje, prawda? A ona jest rozczarowana, niespełniona. Bo nie oddaje się swojej seksualności. Tylko jemu. A on nie wie, jak partnerkę zaspokoić.

Czasem kobieta się boi wychylić, żeby nie zostać odrzucona. Może iść do łóżka z facetem, by czuć, że jest chciana. Niektórym to wystarcza.
Na jak długo? Kiedy się okazuje, że robisz to tylko po to, byś się nie czuła niechciana, co ci to daje? Dużo kobiet mówi tak: „Ulegam, bo nie chcę żyć sama”. Tak mówią, jakby to, że nie zgodzą się na dany wzorzec, oznaczało koniec. I rzeczywiście, z niektórymi mężczyznami to jest koniec drogi. Bo tak samo jak są kobiety, które tak się poddają, są i mężczyźni zainteresowani tylko prostym braniem. Ale z takimi nie warto mieć do czynienia. Albo trzeba ich i siebie uczyć. Seks jest niespodzianką do końca życia.

W każdej chwili można tego doświadczyć?
W każdym wieku i zawsze. Oczywiście ludzie bardzo chorzy, których wszystko boli, nie zawsze są w stanie się przełamać. Ale często właśnie dlatego ich ciało cierpi, że nie było nigdy Ameryką Południową seksu. Odkrywanym kontynentem.

Oddanie się wymaga odpuszczenia kontroli.
Kontrolując się nadmiernie, zamykamy się na uczucia i doznania. Miałam pacjentkę, która mówiła, że zawsze wie, jak się w łóżku ułożyć, żeby dobrze wyglądać. Super. Tylko kogo to obchodzi, jak ona w tym łóżku wygląda? Może w pierwszej chwili. Ale po co się zastanawiać, czy dobrze wyglądam, kiedy chodzi o to, by się dobrze czuć? Gdy w chwili zbliżenia z kimś myślę o tym, jak wyglądam, to opuszczam siebie i tego kogoś. Poddaję się. Jestem gadżetem. Przecież my same nie wiemy, co znaczy dla kogoś ładnie wyglądać. A może nasz partner zapamięta z seksu naszą niezwykle zmienioną twarz, której my same nawet nie znamy, bo nigdy na siebie nie patrzyłyśmy w takiej chwili? Seks jest wielką siłą, jeśli zechcemy dać mu pole, szansę. Warto. Oddawajmy się seksowi, erotyzmowi, ulegajmy rozkoszy, nie mężczyźnie.

Co nie oznacza, że mężczyzna jest nieważny...
Oczywiście. To z nim uczysz się i doświadczasz siebie. Kiedy masz mężczyznę, który pragnie ciebie, a ty pragniesz jego, możecie sobie wzajemnie zaufać, a seks was poprowadzi. Nic na siłę. Nie róbmy wszystkiego od razu, odkrywajmy, bawmy się, cieszmy, bądźmy jak dzieci, które za pomocą jednej łopatki i jednego wiaderka potrafią zrobić naprawdę dużo różnych babeczek...

Przyszło mi na myśl, że seks w wersji „poddaj się” to jest kontakt z seksualnością jakby przez celofan. Niby coś w tym jest, ale bez smaku...
Pełnia smaku jest tylko wtedy, gdy się oddajemy seksualności bez reszty. To jest rzecz o odzyskaniu siebie, swojego napędu, swojego życia. Życie jest seksualne. Kiedy jestem rozbudzona, czuję to życie. Wypływa ze źródła, ze mnie, nieważne, ile mam lat.

I niezależnie od tego, czy jest przy mnie facet, czy nie.
Właśnie. Taniec sprawia przyjemność i solistom, i w grupowym transie, i w parze. Taniec jest tańcem. Życie jest życiem bez względu na to, czy jest mężczyzna, czy go nie ma. Jeśli się wypełniam życiem, choć bez mężczyzny, to gdy on się pojawia, mam mu bardzo dużo do dania i mogę od niego bardzo wiele dostać. Kiedy siedzę wygłodniała, to się rzucam na niego: „Teraz mnie nakarm za te lata posuchy”. I on na początku myśli: „Ależ ona mnie pragnie”. Ale potem się wycofuje, bo wciąż mi mało.

To odwrócenie schematu: kobieta chce wziąć, skoro tak długo nic nie dostawała.
Właśnie o takich kobietach jest dowcip: Czego chcą kobiety? Kobiety chcą więcej. Bo nie mają. Źródło życia jest na zewnątrz, a nie w nich. Uważają mężczyznę za źródło. Żaden mężczyzna nie ma szans tego unieść. A więc odkrywajmy siebie, wszystkie mamy to, czego nam potrzeba, w sobie. Oddawajmy siebie z rozkoszą i nigdy się nie poddawajmy.

  1. Seks

Z jakich powodów uprawiamy seks?

Mędrcy Wschodu już tysiące lat temu uznali akt seksualny za święty i nakazali go celebrować, bo kiedy się kochamy, możemy podczas zbliżenia połączyć się z duszą wybranka. (Fot. iStock)
Mędrcy Wschodu już tysiące lat temu uznali akt seksualny za święty i nakazali go celebrować, bo kiedy się kochamy, możemy podczas zbliżenia połączyć się z duszą wybranka. (Fot. iStock)
Miłość, przyjemność, podtrzymanie gatunku? Bynajmniej! Pod płaszczykiem udanego pożycia często kryje się potrzeba kontroli, rywalizacji czy leczenia własnych kompleksów.

Patrycja do niedawna często zmieniała partnerów, ale od jakiegoś czasu jest w stałym związku. To już siedem miesięcy… Seks jest fantastyczny, ale męczy ją pewien lęk: co będzie, kiedy do sypialni wkradnie się rutyna? Urozmaica więc życie erotyczne na różne sposoby. Bo tak trzeba. Nikt nie chce się przecież nudzić w łóżku. Tylko że teraz seks coraz bardziej przypomina ćwiczenia obowiązkowe. Sporo gadżetów, ale coraz mniej radości.

– Niektórzy chcą, żeby w sypialni zawsze iskrzyło i bardzo się o to starają. Czasem za bardzo – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – W konsekwencji tracą kontakt z tym, co ich naprawdę bawi, a zajmują się tym, co bawić powinno.

Odzierają seksualność z magii i intymności, żeby walczyć z tą groźną „rutyną” – stanem, którego jeszcze nie poznali… Zdaniem Małgorzaty Zarycznej, wiele par za rutynę bierze fakt, że przez miesiąc czy dwa uprawiają seks w tej samej pozycji... No ale jeśli sprawia im to przyjemność, w czym problem?

Paradoks polega na tym, że seks z mnóstwem gadżetów bardzo szybko staje się właśnie rutyną. Gonitwa za nowymi doznaniami zwykle kończy się porażką. Bo ile rzeczy można jeszcze wymyślić? I co jeśli za którymś razem tego nowego przeżycia nie będzie?

Oczekiwanie, że seks zawsze będzie dostarczał maksimum przyjemności, jest nierealne! Czasem nie masz na niego ochoty albo nawet masz, ale coś się nie uda. Czy to naprawdę koniec świata? Jeśli jesteście ze sobą naprawdę blisko, nie ma to większego znaczenia, przytulicie się i po kłopocie.

Mędrcy Wschodu już tysiące lat temu uznali akt seksualny za święty i nakazali go celebrować, bo kiedy się kochamy, możemy podczas zbliżenia połączyć się z duszą wybranka.

Żeby poczuć się lepiej

– Jednym z niewłaściwych powodów, dla których decydujemy się na seks, jest pogoń za wizerunkiem zdobywcy – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ludzie, którzy przeskakują z łóżka do łóżka, zdobywając kolejne seksualne trofea, myślą, że w ten sposób zasłużą sobie na uznanie w swoim otoczeniu. Tak naprawdę jednak ulegają medialnej presji, a jednocześnie kompensują swoje kompleksy.

Postępują tak zarówno mężczyźni, jak i kobiety, najczęściej gdy nachodzą ich myśli, że nie są już atrakcyjni, pożądani. Boją się obudzić w pustym łóżku z poczuciem życiowej klęski. I wolą budzić się nawet koło nieznajomych…

– Żeby mówić o seksualności, między partnerami musi być więź. Niekoniecznie wielka miłość, ale jakakolwiek więź. Inaczej jedynie „używamy” kochanka lub kochanki. Druga strona się tu nie liczy – mówi Małgorzata Zaryczna. – Odbierając znaczenie naszemu parterowi seksualnemu, odbieramy je też seksowi. Czynimy go pustym.

Jeśli naprawdę żywimy przekonanie, że nawet gdy nie jesteśmy w stałym związku, powinniśmy dla formy uprawiać seks – w porządku. – Ale niech to się nie stanie jedynym pomysłem na wolny wieczór – zaznacza seksuolożka. – Rozładowanie napięcia to tylko ułamek seksualności człowieka, jej fizjologia. Nie zaniedbujmy tej większej części – psychicznej.

Poświęcenie zamiast ochoty

Krzysztof doświadczył już rutyny w sypialni. W jego przypadku – małżeńskiej. Są z Justyną razem od 14 lat. Kochają się przynajmniej raz na dwa tygodnie, co z takim stażem jest podobno niezłym wynikiem, ale robią to jakoś tak machinalnie, ich seks stał się automatyczny. Sięgają po siebie z przyzwyczajenia, a zaraz potem idą spać. Krzysztof nie może się oprzeć wrażeniu, że z roku na rok zbliżenia tracą na znaczeniu.

– Jeśli osoba żyjąca w wieloletnim związku nie widzi już w łóżku drugiego człowieka, to tak jakby uprawiała seks przygodny, tylko z kimś, kogo zna – tłumaczy Zaryczna. – Bywa, że niczym nie różni się on od masturbacji.

Niektóre kobiety zaspokojenie mężczyzny traktują jako obowiązek. Takie podejście również zakłada instrumentalność seksu i jego pustkę. W najgorszym przypadku pomiędzy partnerami może się pojawić wrogość, niechęć i seksualna awersja.

– Kiedy używamy ciała do seksu, nie mając na niego ochoty, nadużywamy siebie, a to nie może się dobrze skończyć – ostrzega psycholożka. – Ale kiedy zamiast seksu dajemy partnerowi pieszczoty i robimy to z miłości, wyrażamy szacunek dla jego potrzeb.

W tym jestem lepsza

Po gorącym seksie z Pawłem Grażynie chce się płakać, choć jej kochanek nie odwraca się do niej plecami i nie zasypia. Przeciwnie, wstaje, bierze prysznic i… wychodzi. Wraca do domu, do żony. Nieważne, że Grażyna pozwala mu w łóżku na to, na co nie ma ochoty. Ale czuje, że musi, bo chce być lepsza od jego żony, dać mu to, czego ona mu nie daje. Może wtedy ją doceni i się rozwiedzie?

Grażyna przez seks „załatwiała sobie” uwagę i zaangażowanie kochanka. Liczy, że jeśli ona mu oddaje wszystko, co ma, on to w końcu doceni. Otóż – nie musi. On bardzo chętnie to przyjmie, ale wróci do żony – zaspokojony i zadowolony. Co więcej, prawdopodobnie nigdy nie pomyśli, że kochance może chodzić o coś więcej niż seks. Dlatego przypuszczalnie nic się nie zmieni: Grażyna zostanie z poczuciem wykorzystania i pustki. Sama, chcąc nie chcąc, się na to zgodziła.

– Kobiety często traktują seks jako narzędzie do manipulowania mężczyzną, karania go i nagradzania. To zjawisko znane od wieków – mówi seksuolożka. – Ale uwaga: taki seks staje się coraz bardziej mechaniczny, a coraz mniej istotny dla serca, ciała i umysłu. Po pewnym czasie zaczynamy go taktować jak narzędzie, które ma do czegoś służyć. To nas niszczy i upośledza. Człowiek nie jest w stanie oddzielić ciała od umysłu. Seksualności oddaje część siebie. I kiedy ona staje się pusta, on jest jak wydmuszka.

Częstym powodem uprawiania seksu jest chęć zatrzymania partnera. Boisz się, że odejdzie? Postanawiasz postawić na seks zamiast więzi? Będziesz więc w stanie łamać i przesuwać swoje granice, ale zgubisz ścieżkę do samej siebie. Jak będziesz czuła się potem w takiej relacji? Czy będziesz chciała dalej z nim być, nawet, jeśli zostanie? Takie związki często się rozpadają, bo kobiety czują, że zapłaciły za nie zbyt wysoką cenę. I nie są gotowe, by płacić ją dalej.

Jeśli traktujesz seks jak narzędzie, nawet nie zauważysz, jak szybko rolę się odwrócą, zamiast osoby kontrolującej staniesz się bezwolną ofiarą. Podobno ze wszystkich nałogów uzależnienie od seksu jest najprzyjemniejsze. Podobno… Bo tak naprawdę nie ma w tym stwierdzeniu choćby grama prawdy.

– Uzależnienie to jeden z najsmutniejszych przykładów pustego seksu, bo to naczynie bez dna, wieczna próżnia – mówi Małgorzata Zaryczna. – Ciągłe nienasycenie powoduje wręcz fizyczny ból, uczucie satysfakcji nie trwa zbyt długo. Seksualność przestaje być drogą do rozkoszy, bliskości. Staje się wyłącznie sposobem na uzyskanie chwilowej ulgi. Człowiek uzależniony nie obcuje z drugim człowiekiem, a tylko ze swoim uzależnieniem i seksem.

Pomóc może wsparcie partnera i terapia. Samemu będzie trudno.

  1. Seks

Kobieta nie ma ochoty na seks – rozmowa z psychoterapeutką i seksuolożką Pauliną Trojanowską-Malinowską

Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydaw. Znak).

Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak).

Zaburzenia pożądania? Co to jest w ogóle za problem?!
Czasem, jak komuś mówię, czym się zajmuję, od razu słyszę pytanie, czy pracuję ze zboczeńcami. Odpowiadam, że nie, że najczęściej zajmuję się takimi problemami jak brak pożądania czy orgazmu, a wszyscy reagują tak: „Ale nudne”.

Banał, co to za temat?
Niezbyt spektakularny, ale taka jest często rzeczywistość kobiecej seksualności. Ten problem nie ma metryki, zgłaszają się z nim kobiety w każdym wieku: dojrzałe, 30+, 40+ i bardzo młode dziewczyny. Te, które są w długich związkach, i te, które wchodzą w nową relację. Mówią: „Nigdy nie miałam ochoty na seks. Zaczynam nowy związek, i co teraz?”. Staż związku jest ważny, ale czasem ten problem pojawia się dość szybko.

Przychodzą same czy partner je przysyła?
To mnie zawsze porusza: kobiety zwykle nie przychodzą dla siebie, tylko są oddelegowane przez partnera. Wypchnięte. I kiedy pytam: „Co z nim, gdzie on jest?", słyszę, że się nie pojawi, bo przecież nie ma z tym problemu. A dla mnie samo to już jest problematyczne. Bo znaczy, że ten partner nie widzi podstawowej zasady w życiu seksualnym: ja mam inaczej niż ty. I to, że masz inne potrzeby, wcale nie znaczy, że jesteś zaburzona.

Mam takie przyjaciółki. Raz na jakiś czas słyszę: „Nie mam ochoty na seks, ale mi to nie przeszkadza. Tylko że mój mąż jest potwornie sfrustrowany, nie wiem już, co mam robić, są na to jakieś pigułki?”.
Jesteśmy tak wychowywane, że swoimi potrzebami mamy zajmować się na końcu. A najlepiej wcale. Kobieta rzadko myśli: „Jestem po dwóch porodach, pracuję, zajmuję się domem, dodatkowo mam świetnie wyglądać, a czuję się fatalnie, więc wrzucę na luz”, raczej ma poczucie winy. Myśli, że jest popsuta.

Wybrakowana.
Tak, czegoś jej brakuje. Popularne jest takie podejście, że popęd seksualny to coś wyłącznie biologicznego. Że się go ma albo się go nie ma. Że to jest naturalne, a nie bardzo płynne. Tymczasem zwłaszcza w wypadku kobiet popęd zależy od fazowości życia. Oczywiście nie dotyczy to każdej z nas, ale części tak: w niektórych momentach seks schodzi gdzieś na bok. I nie ma w tym nic dziwacznego ani złego. Niestety nie dostajemy informacji, że możemy sobie na brak ochoty pozwolić.

No i ta nieszczęsna pigułka. Jak ona niby miałaby działać?
Szukamy szybkich rozwiązań. Zwłaszcza jeśli cierpienie było długie, chcemy szybkiej ulgi. Dlatego czepiamy się obietnicy, że powstanie viagra dla kobiet. Z dużą rezerwą podchodzę do tego, że znajdzie się jeden lek na tak złożony aspekt życia. Bo po pierwsze: każda kobieta ma w tej kwestii inaczej, a po drugie: u większości dziewczyn, które przychodzą z tym problemem, nie ma jednej przyczyny. Nie dzieje się tak, że pracujemy, rozmawiamy i nagle okazuje się: „Aha! Chodziło o to!”. Ten problem jest mozaiką różnych elementów, nie ma tu prostych rozwiązań. I jeszcze jedna rzecz: kobiety często dużo od siebie wymagają, czują, że muszą za przeproszeniem dowodzić w każdej kwestii: w związku, w pracy, w wychowywaniu dzieci, zajmowaniu się rodzicami. Nawet jeśli którąś pochłonie jakaś pasja, to i tak będzie ją traktować w trybie zawodowym. A zadaniowość i seks nie zawsze idą w parze. Bo jak się do czegoś zmuszamy, to mniej to lubimy. Poza tym musimy pamiętać, że powodów, dla których uprawiamy seks, jest mnóstwo.

Słyszałam, że siedemnaście, strasznie dużo!
A ja, że 237 – od tego, żeby być bliżej Boga, przez to, że chcemy się zemścić albo kimś manipulować, do tego, że czujemy się samotni albo chcemy podbudować swoje poczucie wartości, ewentualnie rozładować napięcie. Ale prawda jest taka, że czasem uprawiamy seks nie dla siebie, tylko dla partnera albo dla podtrzymania związku. Nie przestaje mnie zaskakiwać to, że podczas zajęć z edukacji seksualnej chłopcy o masturbację zawsze pytają w kontekście przyjemności – jak to robić. A dziewczyny zastanawiają się zwykle, czy w ogóle to robić. Odkrywają seksualność w kontekście związku. Rzadko myślą: „Seks jest mój, dla mnie, dla mojej przyjemności”. Trudności z pożądaniem to kwestia naszego osobistego rozwoju, ale też dynamiki relacji. Niektóre elementy dobrze przepracować indywidualnie, inne razem. Zawsze zadaję kobiecie pytanie: „Nie masz ochoty na seks, czyli na co? Na bliskość? Na wysiłek? A może na seks z tą konkretną osobą?”. Ważne, jak kobieta identyfikuje pożądanie – ma fantazje erotyczne czy nie? Stymuluje się sama czy nie bardzo? Bo może chodzić o to, że ma trudności w związku, a nie w seksie. U większości nie da się wskazać jednej przyczyny braku ochoty na seks, to zwykle skomplikowana sprawa.

Mogłabyś stworzyć listę momentów, w których kobiety cierpią na zaburzenia pożądania najczęściej?
To niełatwe, bo w seksie przejawia się historia naszego życia. To, co się dzieje w naszej sypialni, jest efektem tego, kim jesteśmy, jakie jesteśmy i co się w naszym życiu do tej pory wydarzyło. To bardzo indywidualne. Oczywiście, w pewnych newralgicznych punktach związanych z fizjologią, ochota na seks może być mniejsza: to niektóre etapy ciąży, połóg, menopauza. Ważnym czynnikiem zaburzającym pożądanie jest przemęczenie. I nie mówię o dwóch, trzech nieprzespanych nocach, tylko o zmęczeniu permanentnym. Przez nie wzrasta poziom prolaktyny, a ona wycina seksualność. Albo stres: nie tylko kluczowe momenty, takie jak ślub, przeprowadzka, ważne egzaminy, zmiana pracy, rozwód, ale życie w ciągłym stresie. A poza fizjologią sytuacje związane z relacją z drugim człowiekiem: przewlekła choroba, staranie się o dziecko, różnego rodzaju konflikty, zdrady, brak komunikacji albo emocjonalnej dostępności tej drugiej osoby. Ludzie często są przekonani, że związek i seks to nierozłączna para. Tak nie jest, zwłaszcza w długotrwałej relacji. Podtrzymanie pożądania wymaga dużej aktywności.

(…)

Co dziś kobietom najbardziej w mężczyznach przeszkadza i powoduje, że tracą ochotę na seks?
Przede wszystkim to, że mężczyźni w jakimś sensie zajmują się głównie sobą.

W łóżku?
Nie tylko. W ogóle, w życiu. Zajmują się swoją karierą i już nie mają przestrzeni na wpuszczenie kogoś do swojego świata. Są po prostu nieobecni, nie ma ich. Nawet kiedy uprawiają seks.

Uznają, że skoro już zdobyli kobietę, to mogą zająć się innymi rzeczami?
Tak. Tymczasem to, co rozkręca kobietę, to uwaga, troska, pewien zachwyt, komplementy. Kobiety często nie czują się w swoich związkach widziane. Kolejna rzecz: kiedy seks skupia się na przyjemności mężczyzny. A nie obojga. I bardzo mocno rosnący konflikt. Nieprzegadane sprawy, nienazwane problemy, jak w tym dowcipie, kiedy mąż mówi: „Podaj mi sól”, a słyszy: „Zniszczyłeś mi całe życie!”. Brak komunikacji, zamiatanie pod dywan. Często ludzie żyją obok siebie. Każdy ma swoją listę zadań do wykonania i ta odległość między nimi jest coraz większa. A emocjonalne oddalenie sprawia, że ludzie przestają się sobą interesować. I seksem też. Bo jeśli cały czas funkcjonujemy obok i jakoś to działa, to po co się spotykać, skoro to zabiera tyle energii? Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. Trudno przyznać, że nasze życie seksualne jest słabe, rozczarowuje nas. Partner nas już nie pociąga. Atrakcyjność fizyczna zniknęła, bo druga strona przestała o siebie dbać. Łatwiej mówić o sukcesach, stwierdzenie, że jest niezbyt 25 dobrze, przychodzi z trudem. Bo trzeba stanąć, spojrzeć na siebie z zewnątrz i prześwietlić, gdzie się znajduję w tym momencie życia. Często, jak już jesteśmy w relacji, to zwracamy na nią uwagę tylko wtedy, kiedy pojawia się jakiś problem. Zamiast sprawdzać ją co jakiś czas, zajmujemy się nią wtedy, kiedy trzeba gasić pożar.

Fragmenty wywiadu pochodzą z najnowszej książki Marty Szarejko „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont).

Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)
  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.