1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Seks i czułość – czy zawsze idą w parze?

Seks i czułość – czy zawsze idą w parze?

Pary, które potrafią się bawić granicą między czułością a erotycznością, zazwyczaj mają znacznie bardziej udane życie seksualne. A to dlatego, że znają sposób nawiązywania ze sobą tej intymnej więzi też wtedy, kiedy nie uprawiają seksu jako takiego. (Fot. iStock)
Udane życie seksualne jest jedną z podstawowych wartości w każdym związku. Także gdy jesteśmy singlami. Czy jednak stawiając na seks, nie zaniedbujemy bliskości i czułości? – zastanawia się Agnieszka Szeżyńska, autorka książki „Warsztaty intymności dla par”.

Pani książka to narzędzie edukacji i zbiór ćwiczeń. Wiele w niej o tym, czym jest miłość i dobra więź, bo mają one znaczenie dla jakości seksu. Trudno mi jednak wyobrazić sobie, że dwoje ludzi, którzy mają kłopoty z seksem, wspólnie będzie czytać poradnik.
Poznałam wiele par, które korzystały wspólnie z mojej pierwszej książki, skierowanej do samodzielnej pracy – „Warsztaty intymności”. Te pary z własnej inicjatywy zrobiły z lektury wspólny wieczorny rytuał. Czytali i rozmawiali, robili ćwiczenia. Rozmowy z nimi pomogły mi zrozumieć, jakie kłopoty mogą się pojawić w takim procesie. Wskazówki, jak je pokonać, zamieściłam we wstępie do nowej książki.

No, ale też w mojej filozofii współ/nie/zależności, którą proponuję parom, założeniem jest to, że zdarzają się okresy, kiedy potrzebujemy więcej bliskości i wspólnego działania, ale są też okresy, kiedy potrzebujemy więcej przestrzeni dla siebie, a wtedy wolimy nad swoją seksualnością popracować samodzielnie. Po jakimś czasie jednak możemy chcieć wspólnie przyjrzeć się nie tylko sobie i partnerowi, lecz także systemowi, który razem tworzymy.

Ale co zrobić, kiedy tylko jedno z nas dostrzega problem? Kobieta proponuje wspólną lekturę, a mężczyzna odcina się: „To mi do niczego nie jest potrzebne”.
Całkowita odmowa potrafi nadszarpnąć więź emocjonalną. Nie jest to jednak sytuacja bez wyjścia. Kobieta ma wtedy wybór: pracować sama albo nie pracować. Załóżmy, że chce pracować, czyli czyta i zaczyna lepiej rozumieć dynamikę swojego życia seksualnego, potrzeby i uwarunkowania swoje i partnera. Nabiera większej świadomości, a więc i zachowuje się inaczej. A ponieważ każda relacja to system, zmiana w jej zachowaniu powoduje zmianę w całej relacji.

To nadzieja dla tych, którzy sami starają się, żeby dwojgu było lepiej?
Pracuję z kobietami, które przychodzą samodzielnie, a są w związkach, i ode mnie dostają podpowiedzi dotyczące choćby technik rozmowy, jak ta, żeby zaczynały zdania od „ja”. „Ja bym chciała z tobą dzisiaj spędzić trochę czasu na jakiejś bliskości fizycznej”. Uczą się nie zaczynać wypowiedzi od: „My już w ogóle seksu nie uprawiamy” albo „Ty już w ogóle się mną nie interesujesz”. Wyrażenie potrzeb od „ja” daje większe szanse na to, że partner zrozumie, iż trzeba by się tym zająć.

Pisze pani, że powodem wielu problemów jest to, iż nie rozmawiamy. W takim razie możemy nawet nie wiedzieć, że jedno z nas wierzy w miłość romantyczną, a drugie we współczesną, którą specjaliści nazywają dość technicznie: „współbieżną”. Ale czy to takie ważne?
To, jak rozumiemy miłość, wpływa na nasze oczekiwania wobec partnera, na to, jak sygnalizujemy swoje przywiązanie i jak interpretujemy jego zachowania. A te dwie wizje miłości są bardzo różne. Miłość współbieżna charakteryzuje się między innymi dużym stopniem autonomii partnerów. Miłość romantyczna – chęcią do zlania się w jedno. Miłość współbieżna ma dawać nam tyle satysfakcji, żebyśmy chcieli być dalej razem. Warunkiem jej trwania jest często satysfakcja seksualna. To uczucie jest efektem decyzji. Miłość romantyczna karmi się uniesieniami serca i duszy, a seksu nie trzeba w niej pielęgnować. Ci, którym jest bliska, są zazwyczaj zdania, że prawdziwa miłość i pożądanie są w pakiecie. Jeśli więc pożądanie gaśnie, to miłość należy podać w wątpliwość.

„Współbieżna” z „romantykiem” nie będą się rozumieć?
Jeśli wiemy, że wizje miłości mogą być rozmaite, to lepiej rozumiemy partnera, to, co mówi i czego oczekuje. A więc jeśli powie: „Jesteś moją drugą połówką”, to wiemy, że wyraża idee miłości romantycznej. W seksie to będzie widoczne, gdy po naszym: „Nie dziś, kochanie”, usłyszymy: „To co ja mam teraz zrobić?”. To echo romantycznej wizji miłości i seksu, w której jedna osoba jest jedynym źródłem szczęścia drugiej. Odmowa oznacza brak dostępu do szczęścia. Z kolei jeśli usłyszymy, że partnerowi zależy na autonomii i granicach, to mówimy o współbieżnej wizji miłości. I teraz przynajmniej lepiej widzimy, co się przyczynia do konfliktu. A więc jesteśmy też trochę bliżej porozumienia. Nawet jeśli z drugą osobą nie uczymy się tych rzeczy wspólnie, to nasza wiedza wiele wnosi do relacji.

Ale co zrobić, gdy problemem są różne potrzeby seksualne?
Zazwyczaj okazuje się, że problem tkwi w założeniu, jakie przyjmują, a mianowicie że seks zawsze musi przebiegać według tego samego scenariusza. Że trzeba znaleźć wolne 40 minut, że musi być prysznic przed i po, że wpierw będą się całować tak, potem dotykać tak, a na koniec będzie stosunek penetracyjny i ktoś – jedna, jeśli nie obie osoby – będzie miał orgazm. Zmiana przekonania na takie, że to seks dopasowujemy do siebie, a nie siebie do seksu, jest wyzwalająca. Jeżeli obu stronom zależy na podtrzymaniu wspólnej więzi, to pytanie nie brzmi: „Kto ma dziś dla kogo zrezygnować z siebie?”, tylko: „Co możemy dziś zrobić, by pielęgnować naszą intymną więź, ale tak, żebyśmy oboje mogli być sobą ze sobą?”. Czy oboje mamy chęć na 15 minut miziania bez zobowiązań? Na seks bez penetracji? Na szybki numerek? Na sesję samomiłości jednej osoby, w której druga towarzyszy tak, jak ma na to gotowość? Na wzajemny masaż? Są różne sposoby na intymne bycie razem.

Rysunek przedstawiający związek w pani książce: dwa mające część wspólną koła znajdują się w jednym dużym. Co oznacza?
Symbolizuje związek, który mieści nas całych, takimi, jakimi jesteśmy. Zawiera w sobie nie tylko to, co nas łączy, co mamy takie samo, lecz także to, co nas od siebie różni. Jeśli ja lubię seks szybki, intensywny, a partner – delikatny i trwający długo, to nasze upodobania nie znajdują się w części wspólnej, czyli tam, gdzie koła na siebie nachodzą. Nie oznacza to, że musimy je zwalczyć, że któreś z nas ma „rację”, a drugie musi zmienić preferencje. Odwrotnie! Miejsce różnic jest w dużym kole. To symbol tego, że możemy się różnić i być razem. Rozmowa daje różnicom rację bytu w relacji. Ja powiem partnerowi, jaki lubię seks i dlaczego właśnie taki. Jakie moje potrzeby spełnia. A on mi opowie, dlaczego chce to robić inaczej. Co mu to daje. A wtedy różnice zmieniają się z zagrażającego potwora ukrytego pod łóżkiem w nową warstwę wzajemnego zrozumienia.

Ale czy nie lepiej o tym, co nas różni, milczeć?
To częsty błąd. Zaprzeczamy w ten sposób części siebie, myśląc, że to warunek, żebyśmy mogli być dalej razem. Zamiatając różnice pod dywan, stwarzamy pułapki dla naszej miłości. Wyparcie to potwór pod łóżkiem, który może nas oddzielić od siebie.

Różnice mogą się stać tym, co nas łączy?
Dajmy na to, że pracuję z parą, w której jedno chce się kochać rzadziej niż drugie. Czy któreś z nich będzie musiało się dostosować? Nie dążymy do tego, żeby jedno z nich stało się kimś innym, niż jest, ale żeby nawzajem siebie zrozumieli. Wspólne jest więc zobaczenie: czego każde z nich szuka w seksie? Możemy wtedy odkryć, że obydwoje uważają, iż seks jest po to, żeby była bliskość, i obydwoje chcą jej dużo. Z tym, że jedno odczuwa bliskość, gdy razem siedzą pod kocem i oglądają Netflixa. A drugie – tylko wtedy, gdy wchodzi w jakąś seksualną interakcję.

Co zrobić z różnicami, już wiemy, ale co z tak zwanym marzeniem o fuzji, romantycznym zlaniu się w jedno?
W seksie w pewnym sensie stajemy się jednym ciałem, jednym poruszającym się bytem, więc fuzja w tym obszarze życia bywa silna. Natomiast z marzeniem o fuzji w życiu trzeba się często żegnać. Więź jest kształtowana przez to, co mamy wspólne, więc dążenie do zwiększania tego pola jest wartościowe i piękne. Kiedy jednak przyjmuje formę założenia, że musimy być we wszystkim tacy sami, że w związku nie ma miejsca na autonomię, niezależność, różnicę, możemy się boleśnie zderzyć z rzeczywistością.

Pani definicja więzi mówi, że to istnienie wspólnej wersji rzeczywistości.
Tak, to moim zdaniem piękna funkcja więzi – świadomość, że ktoś inny chce tego, co my, że ma podobne potrzeby i chce je wspólnie z nami spełniać. I znów: warto celebrować wszystko to, co wspólne, ale nie zapominając o tym, że w tym wspólnym związkowym świecie wolno nam się różnić. Marzenie o fuzji często realizuje się przez założenie o tym, że tak samo rozumiemy kluczowe dla relacji pojęcia, takie jak: miłość, czułość, bliskość, seks. Że takie same obrazy budują się w naszych głowach, kiedy na przykład mówię do partnera, że chcę udanego seksu. Nie wyjaśniam tego, bo zakładam, że w naszym wspólnym związkowym świecie istnieje jedna definicja udanego seksu. Jednak może być tak, że w naszych głowach powstają na to hasło inne obrazy. Z moich rozmów z klientkami i klientami wynika, że kiedy ktoś odmawia, to często nie ma ochoty nie tyle na seks, ile na niebycie sobą.

Czy często w seksie nie jesteśmy sobą?
Mamy jakiś obraz seksu, który powstał w naszej głowie w efekcie oglądania filmów, kolorowych magazynów, a może w efekcie uprawiania tego seksu przez wiele lat w ten sam sposób. I jeśli ten obraz nie został na żadnym etapie podany w wątpliwość, to zawsze, jak słyszymy „seks”, mamy w głowie ten obraz. Jeśli na żadnym etapie związku nie pojawi się pytanie, czy ten obraz to jest właśnie to, czego dziś oboje chcemy, jeśli nie ma rozmowy o tym, to ten obraz-skrypt nami rządzi. I nie podążamy wtedy za naszymi potrzebami seksualnymi – tym, czego chcemy dziś – ale kierujemy się spełnianiem oczekiwań, czasem już nawet nie do końca wiadomo czyich. Własnych? Partnera? Całej reszty świata? Nie dajemy sobie przestrzeni na bycie w seksie sobą. Na zadanie sobie pytania: czego moje ciało, serce, umysł chcą z tobą dziś? Seks bywa wtedy nieszczególnie przyjemny i satysfakcjonujący, bo nie ma możliwości dopasowania go do naszych potrzeb. A skoro tak, to po co ma się nam go chcieć?

Jak wykaraskać się z tego skryptu?
Moja pierwsza książka to właśnie narzędzie do pracy nad znalezieniem odpowiedzi na pytanie: kim ja jestem seksualnie i czego chcę w seksie? Czasem wystarczy wziąć kartkę i wypisać na niej to, co sprawia, że seks jest dla nas satysfakcjonujący. Na przykład szukając sposobów dokończenia zdania: „Seks jest fajny wtedy, gdy…”. Ktoś mnie szczypie w pośladki? Mogę się nigdzie nie spieszyć? Czuję połączenie dusz? Wszystko, co nam przyjdzie do głowy. Możemy wówczas odkryć coś, co nas zaskoczy i wiele wyjaśni. Na przykład kobieta może zdać sobie sprawę, że aby seks był dla niej przyjemny, partner może dotykać jej piersi dopiero wtedy, gdy jest mocno podniecona. Do tej pory myślała, że skoro on to tak bardzo lubi, a ona lubi patrzeć na jego radość, to niech pieści jej piersi od początku. Pisząc listę, odkryła, że jednak musi go poprosić, by wstrzymał się z tymi pieszczotami. Zrobił tak, ciesząc się, że może jej dać to, czego potrzebuje, by jej satysfakcja z seksu wzrosła. I oboje poczuli się jakoś lżej, swobodniej. Okazało się też, że nie chodziło o te piersi, ale o to, że kiedy tylko zanosiło się na seks, ta kobieta myślała, że zaraz będzie musiała postawić swoje potrzeby na drugim miejscu i pobyć „nie sobą”. Takie refleksje ujawniają często potrzebę wolności od różnych form presji.

Czyli samoświadomość i rozmowa to tajemnice udanych relacji i seksu?
Słowami można rozwiązać problem z komunikacją dotykiem. Ciekawe są rozmowy na ten temat, skąd wiemy, czy ta osoba, która nas dotyka, chce nas namówić na seks, czy może pokazać, że nas kocha. Często słyszę od kobiet, które mają kłopot z komunikacją dotykiem, że dla ich partnera każdy dotyk to zaproszenie do seksu. One też tak ten dotyk odczytują i mają do partnerów pretensje, że to za często, że nie wtedy, kiedy one tego chcą. A więc okazuje się, że ta granica wcale nie jest taka jasna. Nie każdy dotyk jest początkiem gry seksualnej. Może przekazywać bliskość, czułość, miłość. I na czułym dotyku może się kontakt zakończyć. Dotyk nie musi być początkiem seksualnego skryptu. Pary, które potrafią się bawić granicą między czułością a erotycznością, zazwyczaj mają znacznie bardziej udane życie seksualne. A to dlatego, że znają sposób nawiązywania ze sobą tej intymnej więzi też wtedy, kiedy nie uprawiają seksu jako takiego.

Jak się tego nauczyć?
Nazywam to gotowaniem na wolnym ogniu. To zachowania, które mogą zająć pięć sekund i są tylko po to, żeby nawiązać intymną więź. To może być otarcie się o siebie, kiedy mijamy się w przedpokoju i ubieramy dzieci do szkoły. Dłuższe spojrzenie w oczy, ugryzienie w ucho. W książce proponuję zadanie, w którym para wypisuje, co może zrobić, by pielęgnować intymną więź na co dzień. Chodzi o to, by znaleźć takie formy dotyku i bliskości, które obu stronom przyniosą radość i poczucie więzi. Warto na budowanie więzi zarezerwować czas, pomyśleć o tym jak o budowaniu metaforycznego domu naszego życia seksualnego – domu, w którym żyją dwie różne istoty seksualne, a każda z nich ma swoje seksualne „ja”, własną seksualną historię i prywatną seksualną prawdę.

Agnieszka Szeżyńska coachka intymności, edukatorka seksualności dla dorosłych, autorka książki „Warsztaty intymności dla par”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze