1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks

Kreatywny seks – sposób na szukanie nowych doznań

spróbujmy uczynić z seksu coś bogatszego, bardziej równościowego – niech będzie chwilą, która jest dla nas wyjątkowa i za każdym razem inna. (Fot. iStock)
„Zawsze miałam takie smutne przekonanie, że przechodzę obok swojej seksualności. Że czegoś mi brakuje do osiągnięcia pełni satysfakcji. Nie byłam jedyną osobą, która doszła do takiego wniosku, i pocieszał mnie fakt, że jest nas w tej grupie całkiem sporo, ale chociaż długo nad tym rozmyślałam, nie byłam w stanie wskazać, w czym tkwi problem” – pisze Jüne Plã, autorka „Klubu rozkoszy”, książki, która stała się międzynarodowym bestsellerem.

Fragmenty książki „Klub rozkoszy Jüne Plã (Wydawnictwo Znak). Wybór i skróty pochodzą od redakcji.

Chociaż naoglądałam się niemało porno i czułam się swobodnie pod względem seksualnym, niezmordowanie powtarzałam wciąż te same błędy. Czułam ból podczas penetracji, do tego scenariusz z każdym kolejnym kochankiem był wciąż ten sam. Nigdy niczego nie ominęliśmy, zaczynało się zawsze od pieszczot ustami, których jedynym celem było nabranie poślizgu i przygotowanie terenu do jakże oczekiwanego stosunku, a potem BAM! kolizja narządów, PAF! wytrysk (czasem na twarz, bo to przecież ważne) i po sprawie. Zadowalaliśmy się tym i w pewnym sensie było nam dobrze, ale zawsze pozostawał jednak posmak pewnego déjà vu.

Żeby było jasne – nie chodzi wyłącznie o to, żeby mieć orgazm albo go nie mieć. Orgazm to tylko widoczna część góry lodowej, którą jest seks… Nie, przeszkadzało mi głównie to, że okrutnie brakowało nam fantazji. Ta sama scena powtarzała się niezmordowanie, niezależnie od osoby. Wyobraź sobie, że codziennie jesz to samo danie na obiad. W poniedziałek ziemniaki, we wtorek ziemniaki, w środę… No nie powiesz mi, że nie byłoby to cholernie nudne. Dlaczego z takim uporem narzucamy sobie w seksie monotonię? Kupujemy nowe ubrania w zależności od mody, nie boimy się eksperymentów w kuchni, do tego częściej niż kiedyś zmieniamy partnerów, uwielbiamy nowości – konsumujemy je, kiedy tylko mamy okazję. Tymczasem w kwestiach seksu… posucha.

Pewnego pięknego dnia, kiedy tak sobie rozmyślałam, popalając fajkę i wpatrując się w horyzont, zrozumiałam, że to nie przypadek, że zawsze kochamy się w ten sam sposób. Jakim cudem mielibyśmy to robić inaczej, skoro nikt nam nie wyjaśnił, jak się do tego zabrać. Nikt nie podsuwa nam nowych „wskazówek i porad” w temacie bzykania. Jedyne materiały, które można zdobyć za darmo, to mainstreamowe filmy porno, w których akurat już dawno temu zapomniano, do czego służy wyobraźnia. Chociaż w sumie to nie do końca prawda – przecież scenariusze potrafią się bardzo różnić: czasem to historia hydraulika, który przychodzi do gospodyni domowej naprawić zlew, kiedy indziej główną rolę gra występna przyrodnia siostra albo stary satyr, mamuśka i prawiczek, ośmiornica z kosmosu i co tam jeszcze… Tak że nie powiem, jest wybór. Ale tylko pod względem ram fabularnych to zwyczajna zmiana dekoracji. A potem i tak zderzamy się z okrutnym brakiem wyobraźni, kiedy chodzi o najważniejszy moment filmu – czyli sam seks! Pod względem scenariusza bieda z nędzą… Prosty schemat: pieszczoty, stosunek, wytrysk.

*

Filmy oglądane w kinach również nie są bez winy, jeśli chodzi o nasze wyobrażenia na temat penetracji. Każdy z nas na pewno widział niezliczoną ilość scen z cispłciową parą hetero, która uprawia seks i metodycznie wspólnie osiąga orgazm dzięki penetracji. Ile i ilu z nas poczuło, że w ogóle nie przystaje do tych obrazów? Orgazm w wyniku penetracji stał się Świętym Graalem albo nawet gorzej: normą. A jako norma robi wielką krzywdę wszystkim, którzy nie mieszczą się w tym formacie. A Bóg jeden wie, że trochę nas jest!

Krzywdzimy się w ten sposób, próbując być „normalni”… Mimowolnie ściągamy na siebie problemy z erekcją, bóle podczas penetracji, stawiamy sobie ograniczenia, wpędzamy się w przekonanie, że nigdy nie uda nam się doprowadzić Jakjejtam do orgazmu za pomocą członka, no chyba że Jakjejtam trochę poudaje…

Zróbmy sobie reset. A potem spróbujmy uczynić z seksu coś bogatszego, bardziej równościowego – niech będzie chwilą, która jest dla nas wyjątkowa i za każdym razem inna. No bo jasne, „klasyczny” stosunek seksualny jest świetny. Absolutnie nie podważam przyjemności, którą sprawia, staram się tylko zwrócić uwagę na jego powtarzalność i na to, że stawiamy go bezrefleksyjnie w centrum naszej seksualności.

Penetracja jest tak dominująca, że ludzkość wymyśliła określenie „gra wstępna”. Moje rozumienie tego terminu wskazuje na to, że ta cała „gra wstępna” nie jest postrzegana jako seks sam w sobie. Często słyszę uwagi w stylu: „Z moją dziewczyną poświęcamy dużo czasu na grę wstępną, no ale wiesz, kiedy już przechodzimy do seksu, to ją mimo wszystko boli. Co robić?”. Może zacznijcie od tego, żeby skończyć z używaniem tego dziwacznego określenia. To, co zwykliśmy nazywać zbiorowo „grą wstępną”, stanowi w rzeczywistości całkiem osobny stosunek seksualny. Bo co właściwie – w przeciwnym razie wychodziłoby na przykład na to, że seks lesbijski składa się wyłącznie z gry wstępnej. No litości…

*

Dajmy sobie czas na czerpanie przyjemności palcami, ustami, oczami, poprzez pieszczoty. Kochajmy się i szanujmy, do diabła! Wszyscy ciągle nic, tylko się spieszą. „Szybko, bo wystygnie mi zupka chińska”, „Szybko, bo spieszę się do roboty”, „Szybko, powinnam już szczytować”, „Szybko, ten artykuł jest zdecydowanie za długi, przeczytam tylko tytuł”, „Szybko, szybko, szybko!”.

STOOOOOP! Weź głęboki oddech.

Wróćmy do naszego tematu i pogadajmy o kreatywności. Wyjdźmy ze strefy komfortu i wyobraźmy sobie przez chwilę, jak mógłby wyglądać seks, gdyby penetracja była tylko jedną z wielu dostępnych opcji. Trudna sprawa, co? To normalne, nie przejmuj się. Wyjście poza ten schemat wymaga zakwestionowania wielu rzeczy oraz uruchomienia wyobraźni. W przypadku gotowania mamy chociażby książki kucharskie czy blogi, które podsuwają nam różne pomysły. […]

*

Zacznijcie od testowania – za każdym razem, kiedy się kochacie – jakiejś nowej techniki albo fantazji. Zastanówcie się nad dodaniem jakiegoś nowego składnika. Jeden skromny dodatek i danie będzie miało całkiem inny aromat. Nie ma sensu wszystkiego kwestionować, to byłoby zbyt skomplikowane – a przecież nie chcemy, żeby nasz seks przerodził się w sudoku, prawda?

Zaproponuj swoje.j.mu partner.ce.owi – przy każdym kolejnym zbliżeniu – przetestowanie jakiejś nowej pieszczoty. Nie ma potrzeby wywracać wszystkiego do góry nogami (chyba że dosłownie), po prostu dodaj do swojego ulubionego dania szczyptę jakiejś przyprawy, która wcześniej jakoś nigdy nie przyszła ci do głowy…

*

Żeby seks stał się doświadczeniem niosącym przyjemność wszystkim i na długo, trzeba ruszyć głową (no, może nie tylko głową). Na początku każdej relacji – a może nawet w ogóle na początku naszego życia seksualnego, w okresie dorastania – nie trzeba się naprawdę specjalnie starać, bo sam fakt odkrywania swojej seksualności czy ciała nowe.j.go partner.ki.a już sam w sobie jest okropnie podniecający. Odkrywamy siebie nawzajem i od byle czego przechodzą nas dreszcze, nie ma potrzeby się specjalnie nad niczym głowić.

Mniej więcej po 6 miesiącach związku namiętność trochę się ustatecznia, ale pożądanie pozostaje. Właśnie wtedy kreatywność w łóżku może mieć decydujące znaczenie dla waszej seksualności.

Wspominałam już chwilę wcześniej o wtórności scenariusza „cunnilingus/fellatio, stosunek, wytrysk” i wracanie do tego tematu to naprawdę ostatnie, na co mam ochotę. Generalnie nie ma żadnego obowiązku, żeby wszystko zmieniać. Jeżeli taki scenariusz wam pasuje, to nie widzę powodu, żeby go radykalnie modyfikować. Nie – nie ma ciśnienia, bez obaw! Natomiast w seksie, jak to generalnie w życiu, trzeba się trochę postarać, żeby nie popaść w nużącą rutynę.

*

Chociaż osoby komentujące moje posty manifestują swobodne podejście do swoich ciał, z wiadomości prywatnych – których dostaję naprawdę dużo – wynika coś całkiem innego. Jest w nich mowa o całkowitym braku przyjemności z seksu, odrazie, lęku przed bólem, a także o zupełnym braku zainteresowania zabawami solo. Masturbacja i samodzielna eksploracja własnego ciała – o których myślałam, że są powszechnie stosowane i oczywiste – w rzeczywistości okazały się większym tabu, niżbym się mogła spodziewać. Wygląda na to, że wiele osób nie lubi dotykać swojej wulwy/waginy, inne nigdy nie próbowały osiągać orgazmu samotnie lub samodzielnie w towarzystwie partner.a.ki, niektóre pieszczą się, ale nie wychodzą nigdy poza zewnętrzną strefę wulwy itd.

Każdy uczy się swojego ciała na swój sposób, nie ma w tym nic złego i niech każdy robi to, jak chce. Najbardziej jednak zszokowała mnie inna rzecz: wszystkie te osoby mają wspólną cechę, otóż są hetero i najczęściej przerzucają całą troskę o swoją przyjemność z seksu na osoby obdarzone penisem. Zazwyczaj na próżno, bowiem – nie chciałabym tu dołować naszych partner.ów.ek – nikt nie zna lepiej tajemnic naszych okolic intymnych niż my. No a skoro my też nie znamy się na nich prawie wcale… to wpadamy w zaklęty krąg.

*

Małe ćwiczenie do wypróbowania w domu (na początku samodzielnie)

Masturbuj się, wydając takie odgłosy i robiąc takie miny, jakie tylko chcesz. Skup się na swojej przyjemności i postaraj się ustalić, co pomaga ci osiągać orgazm. Niektó.rzy.re krzyczą, jęczą, warczą, nic nie mówią, przestają oddychać… Inn.i.e potrzebują napiąć mięśnie, rozłożyć jak najszerzej nogi, chwycić się czegoś bardzo mocno, zamknąć oczy albo przeciwnie – wytrzeszczyć je, dodając do tego jeszcze szeroko otwarte usta. Jeszcze inn.i.e potrzebują przyspieszyć oddech, żeby wywołać hiperwentylację.

Do tego dochodzi wyobraźnia, na przykład przypominanie sobie scen z filmów porno, wymyślanie własnego scenariusza, wyobrażanie sobie, że liże cię ośmiornica z kosmosu – cokolwiek jest w stanie cię podniecić! A teraz – kiedy już wiesz, co sprawia, że jesteś w stanie odlecieć – opowiedz o tym swoje.mu.j partner.owi.ce (albo tego nie rób), a potem daj się ponieść na maksa!

A przede wszystkim nie wpadaj w poczucie winy, jeżeli ci się nie uda – nie jesteś sam.a. Nie zapominaj też, że do osiągnięcia orgazmu potrzebujesz, żeby twój/twoja partner.ka miał.a minimalną wiedzę na temat twojego ciała. Krótko mówiąc, nie masz obowiązku brać na swoje barki całej odpowiedzialności za wszystkie drobne niepowodzenia. Każd.y.a z nas ma swoje indywidualne upodobania, tak że nie ma sensu grać w grę kogoś innego.

*

Nie ograniczajcie się tylko do waginy i żołędzi łechtaczki! Kiedy się trochę poszuka, można trafić na mnóstwo innych rozkosznych miejsc. […] Istnieją inne strefy erogenne, które czasem okazują się źródłem niesamowitych doznań, a w przypadku niektórych osób ich stymulacja może nawet doprowadzać do czegoś na kształt orgazmu. Jeżeli ich nie znamy, to być może dlatego, że penetracja nie jest w stanie ich objąć – tymczasem na przykład ręce oferują znacznie więcej możliwości pod względem zróżnicowania. To ćwiczenie bardzo przyjemnie wykonuje się we dwoje/dwie/dwóch: sprawdźcie, ile stref sprawia ci przyjemność. A kiedy twoje ciało nie będzie już miało przed tobą tajemnic, wówczas będziesz dysponować odpowiednim materiałem, żeby poprowadzić w bardziej klarowny sposób szczęśliw.ego.ą wybrank.a.ę, któr.y.a otrzyma zaszczytne zaproszenie do twojego łóżka.

Łechtaczka i okolice to aż 12 stref przyjemności! Penis i okolice – 10! Do tego dochodzą punkty erogenne na całym ciele…

„Klub rozkoszy” Jüne Plã to francuski poradnik, w którym autorka skupia się na 1001 sposobach sprawienia sobie i partnerowi/partnerce przyjemności w nieskrępowany i radosny sposób. Jak sama pisze: „Założenie jest takie, żeby nauczyć się rozpoznawać wszystkie strefy przyjemności – swoje własne i partner.a.ki – a także uświadomić sobie wachlarz możliwości w zakresie doznań, ruchów i kreatywności”. Książka uzupełniona jest autorskimi rysunkami, dzięki którym można poznać mapę stref erogennych i najlepsze sztuczki.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze