1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks

Dlaczego matki nie uczą córek, jak czerpać radość z seksu? Pytamy Katarzynę Miller

Katarzyna Miller: „Jesteśmy zawstydzane i potępiane, a powinnyśmy być po prostu kochane”. (Fot. iStock)
Dlaczego matki nie uczą córek, jak czerpać radość z seksu? Bo same nie były tego uczone. A często i same tego nie doświadczyły. – Jesteśmy pożądane i pogardzane, zawstydzane i potępiane. A powinnyśmy być po prostu kochane – mówi psycholożka Katarzyna Miller.

W pierwszym sezonie hitowego serialu „Bridgertonowie” główna bohaterka Daphne ma słuszną pretensję do matki o to, że ta nie nauczyła jej niczego o seksie. „Wysłałaś mnie w świat głupią jak but” – mówi jej w złości. A jednocześnie widzimy, że mają bardzo fajną, bliską i czułą relację…
Pani Bridgerton jest zrównoważoną, ciepłą i niegłupią kobietą.

Przekazała córce całą wiedzę na temat tego, jak prowadzić dom, kogo przyjmować, co nosić i jak konwersować w towarzystwie… Nauczyła ją wszystkiego o byciu żoną, poza tym jednym.
Cóż, robią tak prawie wszystkie mamusie. Nic się nie zmieniło od tamtych czasów. Daphne się udało, bo miała męża, który mocno działał seksualnie na nią, a ona działała na niego, ale już na przykład nie rozumiała, czemu on tak dziwnie się zachowuje w łóżku… Lubię „Bridgertonów”, bo są kolorowi i słodcy, dzięki czemu skutecznie odrywają mnie od wszelkich trosk. Poza tym jest tu sporo celnych spostrzeżeń natury psychologicznej. No i dużo seksu.

Lepszym przewodnikiem po tym temacie okazuje się mąż Daphne, książę Hastings, który proponuje jej, by wieczorem dotykała siebie tak jak lubi, myśląc o nim. Matka nie daje dziewczynie żadnych rad, a przecież miała z mężem bardzo udane pożycie.
W jednej ze scen delikatnie sugeruje córce, że to jest bardzo przyjemne. Można więc powiedzieć, że choć przekazała jej na ten temat niewiele, to ta odrobina była przynajmniej zachętą, a nie ostrzeżeniem czy też straszeniem. Matki rzadko dają córkom taki przekaz, ale też dlatego, że same rzadko mają dobre doświadczenia związane z seksem, w tym seksem małżeńskim. Co też po części sprawia, że nie bardzo są szczęśliwe. Więc jeśli dają córkom jakieś rady w tej dziedzinie, to po to, by zaoszczędzić im rozczarowań. Kiedyś to było to słynne: „połóż się, zamknij oczy, zaciśnij usta i módl się, by szybko się skończyło”.

Ale to było chyba strasznie dawno temu, takie rady dawały matki córkom w XVIII wieku.
Myślę, że wiele kobiet nadal spełnia w sypialni powinność małżeńską. A rodzice nie uczą dzieci czerpać przyjemności z seksu. Mówimy o córkach, ale synowie też są w tej kwestii zaniedbywani. Dziś wszystkiego o seksie uczą się z pornografii, co znaczy, że nie uczą się niczego, a jedynie nakręcają i podkręcają. W ogóle nie obchodzi ich partnerka, jedynie ich własna satysfakcja. Dlatego tak łatwo jest łajdakom, którzy znają się na tym, co dziewczyny lubią i czego im potrzeba – czyli zachwytu, uwagi i dopieszczenia – i wykorzystują to dla uzyskania własnych celów. Robią to tak skutecznie, że potem, kiedy już je porzucą, te dziewczyny długo za nimi tęsknią, nawet jeżeli je krzywdzili. Bardzo bym życzyła Polkom i Polakom dobrego, pełnego czułości i radości seksu, ale na ten moment uważam, że polscy kochankowie są, nie obrażając nikogo, zbyt siermiężni.

Nieszczęście facetów, a w ich poczuciu – szczęście, polega na tym, że przeważnie kilka ruchów frykcyjnych przynosi im oczekiwaną ulgę. Rzadko zdają sobie sprawę z tego, że mogliby uzyskać lepszy efekt, który w dużej mierze zależałby od tego, czy uszczęśliwią także partnerkę. Frajdę dają już choćby poszukiwania rozkoszy, próby, eksperymenty. To ogromnie zwiększa satysfakcję. Przecież cała ludzka skóra, wszystkie części naszego ciała są seksualne, nie tylko genitalia. A chłopcy często sprowadzają seks właśnie do nich. Mam nadzieję, że młodsze pokolenia mają już lepsze podejście do tych kwestii. Marzy mi się, by tak było. Z drugiej strony wiem, że czym innym jest myśleć o czymś, zmieniać swoje zdanie na jakiś temat, a czym innym przekraczać kolejne progi zawstydzenia, niepewności, tego zastanawiania się „A czy ja się podobam? Czy on/ona mnie naprawdę chce?”.

Ale też sama mi ostatnio mówiłaś, że wiele kobiet niezadowalający seks czyni jednym z elementów pozwu rozwodowego.
Prawda. Słyszałam też od wielu kobiet, że mówią swoim mężom: „Nie podoba mi się, że nie współżyjemy ze sobą”. Tyle że jeśli w taki sposób formułujesz zdanie, to on bierze to do siebie. Lepiej powiedzieć: „Chciałabym, byśmy uprawiali więcej seksu”, ale też samej go inicjować: dotykiem, uśmiechem, słowem, masażem. Kobiety zdecydowanie zbyt często czekają, by to facet coś zrobił, zmienił się, przejął inicjatywę. Wciąż głęboko tkwi w nas przekonanie, że to mężczyzna musi zapraszać do seksu, wprowadzać kobietę w świat rozkoszy. Owszem, w większości przypadków to chłopcy wcześniej zaczynają eksperymentować w tym obszarze – choć są od tego wyjątki – ale też, jak napisała kiedyś Nancy Friday, facetowi jego członek wchodzi w ręce sam, a kobieta musi swoją dziurkę dopiero odnaleźć. Niektóre odkrywają ją wcześniej, inne – później. Nie mówię tu oczywiście o kwestii molestowania, bo to bardzo smutny kawałek seksu.

Mówiłaś o kolejnych stopniach wstydu, które trzeba pokonywać, i tak sobie myślę, wracając do przykładu matki z serialu „Bridgertonowie”, że to właśnie wstyd powstrzymywał ją przed odbyciem takiej rozmowy. Odkładała ją ciągle na później.
Rodzice stale odkładają takie rozmowy na później. W genialnym filmie „Okruchy dnia” lord zrzuca to zadanie na swojego majordomusa. „Mój siostrzeniec się żeni i trzeba go wprowadzić w… no wiesz, w te pszczółki i kwiatki” – ordynuje. Scena, w której Anthony Hopkins podejmuje ten temat z młodym Hugh Grantem, jest kapitalna. Oczywiście mówimy tu o XIX wieku, ale obawiam się, że moglibyśmy również o XX, a nawet XXI.

Co na przykład zrobiła moja mama? Kupiła mi książeczki z cyklu „O czym każda dziewczynka wiedzieć powinna”, ale tam o seksie nie było nic, prędzej o dojrzewaniu, menstruacji, anatomii. Tatuś ze mną w ogóle o tym nie rozmawiał. Najwięcej uczyłam się oczywiście od koleżanek i kolegów. Ostatecznie każde z nas samo zaczyna się tym interesować, próbować, podczytywać, podglądać w filmach.

Ja o samym akcie seksualnym dowiedziałam się z filmiku na lekcji biologii. Było tam wszystko wytłumaczone i pokazane. Wydało mi się to bardzo, że tak się wyrażę, logiczne. Ale nigdy nie prowadzono z nami rozmów o całej reszcie: o sferze emocji i odruchów ciała, o podnieceniu, pożądaniu, orgazmie…
A przecież my rodzimy się jako istoty seksualne. Już małe dzieci przejawiają naturalne zaciekawienie tym tematem. Kiedy mieszkałam w Szwecji, codziennie rano słuchałam audycji o śmiesznych rzeczach, jakie zdarzają się słuchaczom. Kiedyś jeden opowiadał, jak jego urolog podczas badania powiedział: „O, ma pan motylka z kalkomanii przyklejonego na mosznie”. „No tak, bo myłem dziś zęby nad umywalką, a pod nią bawiła się moja czteroletnia córeczka”. Coś wisiało tatusiowi, to przykleiła mu motylka. Ja, jak byłam mała, widziałam raz tatę, jak z łóżka szedł do łazienki i coś mu się tam między nogami kołysało. Pomyślałam, że to mi się nie podoba i że dobrze, że nie mam czegoś takiego.

I nie ma nic zdrożnego w tym, że czterolatka widzi nagiego ojca? Dziś przez część osób byłoby to nazwane „seksualizacją”.
Jeśli dzieje się to naturalnie i dziecko się nie czuje przestraszone czy zawstydzone, to jest to najbardziej naturalna nauka ludzkiej anatomii. Dziecko widzi, że tatuś i mamusia są zbudowani inaczej, i że to jest OK. Nie należy się wstydzić nagości przy dziecku, bo inaczej dajemy mu przekaz, że ono też się powinno wstydzić swojego ciała. Natomiast w pewnym wieku – zwykle około 6 lat – dzieci nie chcą już oglądać nagości rodziców ani demonstrować własnej; nie pozwalają, by mama wchodziła do łazienki, gdy się myją – i trzeba to absolutnie uszanować. Poza tym jest taka zasada, że dziecko w świat seksu wprowadza się, odpowiadając na jego pytania. Nie przyspiesza się niczego ani nie opóźnia. Bez ściemniania, bez owijania w bawełnę. Czyli jeśli dziecko pyta, co tata ma między nogami, mówimy: „Siusiaka, choć możesz go nazwać członkiem, penisem, fiutkiem”, „E, siusiak najfajniejszy”. I już. Najgorszy jest taki przekaz – wynoszony z domu, a głównie z kościoła – że „o tym nie można!”.

Wszyscy powinniśmy się też raz na zawsze nauczyć, że owszem, orgazm daje przyjemność, ale nieorgazm – też. Podniecenie jest przyjemne, głaskanie jest przyjemne, spanie jest przyjemne, jedzenie jest przyjemne, kąpanie się jest przyjemne… A u nas to albo prokreacja, albo lubieżność, a w środku? No właśnie środek jest najważniejszy. Po co tyle ciąż niechcianych? Po co tyle lęków? Po co tyle łez kobiet porzuconych, uwiedzionych, wykorzystanych?

Ostatecznie największe koszty braku edukacji seksualnej ponoszą kobiety.
Zgadzam się. Jesteśmy pożądane i pogardzane, zawstydzane i potępiane. A powinnyśmy być po prostu kochane. Jeśli już czegoś się uczy dziewczyny, to bać się seksu i chłopaków, bo ci chcą tylko je skrzywdzić. Wracaj do domu przed 10, nie ubieraj się wyzywająco, to się uchronisz. Ale przed czym? Na pewno przed posiadaniem chłopaka. Mam dość tej hipokryzji, że z jednej strony seks rządzi światem, a z drugiej to największe zło i niebezpieczeństwo.

Matki nie mówią córkom o seksie, ale też nie mówią o bliskości między dwojgiem osób.
Ile dzieci ma w domu wzór bliskości między rodzicami? Jak często widzą, że mama i tata się obejmują, mówią sobie coś miłego, przytulają się? Oczywiście są takie rodziny, znam je i uwielbiam, ale jest ich za mało. Mówimy, że matki nie mówią córkom o seksie, a przecież w większość domów ludzie nie mówią sobie nawet o tym, że się lubią, nie pada: „fajna jesteś”, „super, że mam takiego synka”.

Jeżeli ktoś jest pozbawiony w domu czułości, dotyku, uwagi, a pragnie ich bardzo, to często szansę na ich uzyskanie widzi właśnie w seksie. Dziewczyny mówią: „Wystarczy, że się do niego przytulę, a już ciągnie mnie do łóżka. Ja chcę się tylko poprzytulać”. Ale on nie umie się tylko poprzytulać, bo u niego od razu pojawia się erekcja. Oczywiście, kiedy ma 13 czy 14 lat, to pewnie ma erekcję z byle powodu, ale nie zmienia to faktu, że nie umie sobie radzić z bliskością.

Obyczajowość nam się rozluźnia, ale jedno jest stałe – pragnienie, by nas widziano, kochano, akceptowano, dotykano. Zabójstwa, kradzieże, oszustwa, intrygi – to wszystko bierze się z tego głodu. A przecież można żyć dla życia, dla doznawania swojego jestestwa. Także dla doznawania swojego ciała i seksu. Życie jest niesamowicie zmysłowe. Taplanie się w błotku jest zmysłowe. Jedzenie dojrzałych pomidorów. Kąpanie się w jeziorze…

Tego mogliby nas uczyć rodzice.
Wiesz, co mi mówią młode, cudne dziewczyny, kiedy radzę im, by po pracy najpierw pobawiły się ze swoimi dziećmi? „Ja nie umiem”. „Czyli to znaczy, że się w domu nie bawiłaś?”. „No nie, miałam młodszego braciszka, to się nim zajmowałam” albo: „Bo mamusia była w depresji”, albo: „Bo rodzice się ciągle kłócili, więc chodziłam od jednego do drugiego”. Tyle jest różnych odpowiedzi tłumaczących, dlaczego dziecko nie było dzieckiem… Mam wielką ochotę zrobić dla dziewczyn takie warsztaty, że cały dzień taplamy się w błocie, obrzucamy się ciastem albo robimy orła na śniegu i ciskamy śnieżkami. No a na razie takie dziewczyny mi mówią: „Ale jak ja mam bawić się z dziećmi, jak obiad niezrobiony?”. Moja mama przez całe życie powtarzała mi tekst, który pewnie usłyszała od swojej: „Najpierw obowiązek, a potem przyjemność”. A właśnie, że odwrotnie! Bywają obowiązki, których jeśli się nie wykona, to nie będzie przyjemności, ale chodzi mi o to, że na przyjemność wcale nie trzeba sobie zapracować czy zasłużyć. Można i warto ją sobie dać bez zasługiwania.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze