1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks

Terapeutyczna samomiłość – jak przyjemność solo poprawia nasze życie?

Słowa mają znaczenie. „Samomiłość" brzmi inaczej niż „masturbacja". Wpisuje się w trend pełnego czułości dbania o siebie. (Fot. iStock)
Każda z nas powinna nauczyć się tego wyjątkowego kontaktu z własnym ciałem. W samomiłości nie chodzi tylko o przyjemność, ale też samostanowienie – przekonuje Agnieszka Szeżyńska, coachka intymności i edukatorka seksualna dla dorosłych.

Co jakiś czas uczestniczę w warsztatach dla kobiet i zazwyczaj w którymś momencie temat schodzi na seks. Okazuje się, że jest całkiem spora grupa kobiet, które nie przeżywają orgazmu z partnerem, ale też nie przeżywają go same ze sobą i nie bardzo nawet wiedzą, jak się za to zabrać. Czy ty też to obserwujesz?
Rzeczywiście zgadza się to z moim doświadczeniem. Lubię na to patrzeć z wielu poziomów, ale zwłaszcza systemowego. W rozmowach wiele kobiet mówi o poczuciu odcięcia od własnego ciała. Łączę to z jego uprzedmiotowieniem. Ciało kobiety nie należy do niej, co w naszym kraju jest usankcjonowane prawnie, ale również kulturowo. Przywołam choćby świat reklamy, w którym często ma ono coś sprzedać, jest przedmiotem użytym do jakiegoś celu. W świecie wypełnionym takimi komunikatami bardzo ciężko mieć poczucie, że ciało należy do mnie. Za to zrozumienie, że to nie jest indywidualny problem, że to nie ze mną jest coś nie tak, bywa bardzo uwalniające dla wielu kobiet, z którymi pracuję.

Od najmłodszych lat jesteśmy też poddawane treningowi czystości…
Podczas warsztatów, które prowadzę, najczęściej spotykam się z nim w formie zawoalowanych przekazów. Czasami śmiesznych, czasami nie bardzo, choćby o trzymaniu nóg razem. Moja babcia mawiała „myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny”. Jako dziecko oczywiście nie miałam szansy poddać tego porzekadła refleksji. Nauczyło mnie, że skoro ja nie znam dnia ani godziny, to jeśli coś się będzie ze mną działo, nie będzie to mój wybór. Do tego moje ciało ma być cały czas czyste, gotowe – znowu, na czyjąś decyzję o tym, co z nim zrobić, nie moją własną.

Do tego dochodzi traktowanie intymności jako czegoś brudnego.
Trening czystości rozumiany jako zniechęcanie do masturbacji to szeroki problem bez względu na płeć, jednak zdecydowanie więcej kobiet zostało na jakimś etapie rozwoju skarconych za zainteresowanie tym, co mają między nogami. Jest to oczywiście również kwestia fizjologii – chłopcy mają swoje genitalia dosłownie jak na dłoni. My mamy logistycznie trudniej, musimy się naprawdę postarać, żeby zobaczyć swoje intymne narządy. To niesprawiedliwość matki natury, o którą mam sporą pretensję! (śmiech). A z drugiej strony niektóre kobiety, z którymi pracuję, mówią, że ta tajemniczość jest fajna, że mamy coś do odkrycia. Nie da się jednak ukryć, że jeśli jako dziecko zostałyśmy skarcone za zainteresowanie intymnymi partiami ciała, w dorosłym życiu możemy być od nich oddalone. Nie będziemy np. wiedzieć, która część ciała daje nam największą przyjemność. Nadal dla wielu z nas wielkim zaskoczeniem jest, że chodzi przede wszystkim o łechtaczkę, a nie pochwę, co jest wynikiem wciąż żywego penisocentryzmu.

A jak można ośmielić kobietę, która jest bardzo mocno pozamykana na sferę przyjemności i nie wie, od czego zacząć. Co może robić?
Flagowym zaleceniem w pracy seksuologicznej jest wzięcie lusterka i obejrzenie w nim tego, co mamy między nogami. Zaciekawienie się kolorem, fakturą, kształtem i wyłączenie głosu oceniającego. Oczywiście dla wielu z nas to może jeszcze nie być ten etap. Wtedy możemy zacząć od prostej praktyki polegającej na tym, że siadamy sobie w ubraniu na pięć minut i delikatnie kładziemy dłoń między nogami. Po prostu. W trakcie takiego siedzenia nie musi się wydarzyć nic magicznego, żadna transformacja, po prostu mamy sobie posiedzieć, okalając cipkę dłonią. Być w kontakcie ze sobą i nie uciekać od tego. W ten sposób budujemy w sobie przekonanie, że mamy prawo dotykać się tam, gdzie chcemy i w sposób, jaki chcemy.

Zdarza się jednak, że to również jeszcze nie jest ten etap. Pracowałam z kobietami, które opowiadały mi o swojej trudności z myciem się. Bardzo szybko próbowały mieć to z głowy, by kontaktu z intymnymi częściami ciała było jak najmniej. Wtedy podpowiadam, by odrobinę wydłużać proces higieniczny, wprowadzać do niego czułość i dbałość. Zamiast karcącej energii czystości, pewnego rodzaju troskę. Zobacz, jak wiele zależy od tego, na jakim etapie jesteśmy!

A co z tymi wszystkimi kobietami, które kwestie kontaktu z własnym ciałem mają już oswojone, a nadal nie przeżywają orgazmów?
W sytuacji, w której kobieta nigdy jeszcze nie miała orgazmu, pierwsze pytanie pada o samomiłość. Powód jest prosty – dużo łatwiej jest odkryć, co sprawia nam przyjemność, używając do tego własnych dłoni, nie cudzych. Głównym sposobem wzmacniania kobiecej orgazmiczności jest tzw. trening masturbacyjny.

Na czym polega?
Zaczynamy od delikatnego masowania swojej okolicy intymnej. Sprawdzamy, co tam jest fajnego, które miejsca reagują na dotyk, jaki nacisk jest przyjemny, a jaki nie. Bywa, że bardzo szybko znajdujemy miejsce, którego stymulacja daje przyjemność. Ale może być i tak (i to zupełnie ok), że będziemy potrzebować innego rodzaju bodźca, który sprzyja podnieceniu. Wiele kobiet, z którymi pracuję, lubi erotykę, głównie słuchaną. Pozwala im rozpalić zarówno ciało, jak i umysł. Warto też pomyśleć, że samomiłość nie ogranicza się do dotykania wyłącznie przestrzeni między nogami. Fajnie jest dotykać całego swojego ciała, sprawdzać, co sprawia mu przyjemność, które zakamarki są wrażliwe na dotyk. Chodzi o poczucie, że wolno nam dotykać samej siebie i dawać sobie przyjemność.

A co z erotycznymi gadżetami?
Mogą się bardzo przydać w treningu masturbacyjnym. Zazwyczaj pracujemy tak, by dotykać się zarówno dłońmi, jak i zabawką. Gadżet erotyczny może nam pomóc odnaleźć ten konkretny rodzaj stymulacji, który lubimy i który jest dla nas przyjemny.

Wsród moich koleżanek hitem jest tzw. pingwinek, który stymuluje łechtaczkę poprzez zasysanie wokół niej powietrza. Jedna z moich znajomych też go sobie kupiła, ale na razie nie jest w stanie go użyć.
Czasami trzeba dać sobie czas, by otworzyć się na przyjemność. To jest ok. Nie biczujmy się za to, że pingwinek leży nieużywany. Niech sobie poleży, niech dojrzeje.

A co z osobami, które funkcjonują w swojej głowie, są bardzo odcięte od tego, co czuje ciało?
Większość osób, która identyfikuje ten stan, pyta mnie, jak wyłączyć myślenie. Ale tego nie da się zrobić. Chodzi o co innego. Myślenie jest takie głośne, bo ciało jest takie ciche. Należy więc je obudzić, poczuć swoją skórę, włączyć zmysły. Fajnym pomysłem jest zbudowanie sobie pudełka sensorycznego. Wrzucamy do niego kilka przedmiotów, które mogą służyć zmysłowej przyjemności: szczotkę, którą będziemy się drapać po skórze, kawałek szmatki frotte do miziania, olejek, którego zapach nam się podoba, itp. Później robimy sobie kilkuminutowe albo dłuższe seanse przyjemności, zastanawiając się, co mamy dziś ochotę wybrać, by się zmysłowo rozbudzić. Po jaką rzecz sięgnąć, by dotykać swojego ciała. Usłyszeć to ciało, kiedy mówi „o tak, to fajne, nie, to za mocno, nie w tym miejscu, w tamtym”.

A co zrobić z myśleniem, że masturbacja to coś złego, brudnego, grzesznego? Że usychają od niej ręce? Myślę, że takie przekonania na jej temat ma wdrukowane niejedna z nas…
Masz rację. Jeszcze nie tak dawno temu powstawały naukowe książki, które głosiły, że od masturbacji można oślepnąć. Oczywiście były kompletnie nierzetelne i unurzane we wszelkiego rodzaju niemoralnościach. Co więc możemy zrobić z przekazami, które w sobie nosimy? Lubię je nazywać drepczącymi przekonaniami. Wiemy o nich, że są nieprawdziwe, ale ponieważ słyszałyśmy je tyle razy w ciągu naszego życia (zwłaszcza w okresie dojrzewania), to one do jakiegoś stopnia wciąż będą za nami dreptać. Nie ma co się z nimi boksować i próbować sprawiać, że myśl o złej masturbacji nigdy już nie przyjdzie nam do głowy. Wychowanie i kultura robią swoje. Kiedy jednak czujemy, że to przekonanie znów dochodzi do głosu, odwracamy się do niego i mówimy: „dobra, ty sobie za mną drepcz, ale nie będziesz mnie prowadzić. Ja sama wybieram kierunek, w którym idę. Wiem, co jest rzetelne i prawdziwe, w co wierzę i co jest dla mnie dobre.”

No właśnie – dlaczego samomiłość jest wartością? Co wnosi w nasze życie?
Wydawałoby się, że chodzi po prostu o odczuwanie przyjemności. Ja natomiast uważam, że są jeszcze ważniejsze wartości. Główną jest poczucie podmiotowości. Samostanowienia! Tego, że moje ciało należy do mnie i potrafię być swoim własnym źródłem przyjemności. Moja ekspresja seksualna nie czeka na drugą osobę, która łaskawie przyjdzie i ją uruchomi. Jestem istotą seksualną zawsze. Nie czekam na księcia, który wespnie się po moim warkoczu i powie: dobra, to teraz już możesz być istotą seksualną.

Dam ci orgazm.
Jakby to był prezent zapakowany w pudełko z kokardką.

Istnieje też jednak przekonanie, że masturbacja tworzy jeden wzorzec dochodzenia do przyjemności i że może to zakłócić przeżywanie orgazmów w seksie partnerskim.
Może tak być, a co więcej nie ma w tym nic niezwykłego. Ten proces bywa błędnie nazywany uzależnieniem, tymczasem trafniejsze byłoby słowo „przyzwyczajenie”. Nasz układ nerwowy uczy się bodźców, których mu dostarczamy. Następnie reaguje na te, które poznał jako prowadzące do przyjemności i tych też się domaga. By poszerzać swoje orgazmiczne spektrum, warto więc urozmaicać sobie samomiłość. Spróbujmy innych bodźców, nacisku, zabawek, włączmy w ten proces drugą osobę. Na luzie i bez presji, bo nasz mózg ma za zadanie korzystać ze ścieżek, które dobrze działają. Nie wypominajmy mu tego. To przecież super, że je poznał!

W przypadku kobiet bardzo ważne jest jednak, by nie odmawiać sobie tej ścieżki podczas seksu partnerskiego. To bardzo częsty powód tego, że kobieta nie dochodzi podczas seksu z partnerem, natomiast nie ma z tym problemu podczas masturbacji. Wszystko dlatego, że typowy heteroseksualny skrypt nie przewiduje takiego elementu, jakim jest masaż łechtaczki. Któraś ze stron musi podjąć świadomą decyzję, by go wprowadzić.

Wyobrażam sobie, że to może być olśnienie dla wielu kobiet, które myślą, że coś jest z nimi nie tak, skoro nie są w stanie doświadczyć orgazmu podczas stosunku.
Pamiętajmy, że 70 proc. kobiet potrzebuje stymulacji łechtaczki, żeby mieć orgazm. Filmowy skrypt, w którym orgazm następuje dzięki penetracji, jest możliwy zaledwie u 20-30 proc. kobiet.

A co z kwestią słownictwa? Jakie znaczenie ma to, że to jednak samomiłość, a nie masturbacja?
Gdy rozmawiam z kobietami słowo „masturbacja” wydaje się naznaczone starymi przekazami. Oczywiście nie w takim stopniu co „onanizm” czy „samogwałt” – tych słów szczęśliwie nie spotykam już zbyt często. Słowo „masturbacja” jest czasem odbierane jako nieneutralne, mało ciepłe, medyczne. Do tego funkcjonuje w silnej dychotomii z seksem. Masturbacja bywa określana jako zastępstwo seksu, gdy nie jesteśmy w relacji i jakoś sobie musimy radzić. Najwyraźniej jest w nas potrzeba, by znaleźć słowo, które nie jest obarczone tą dychotomią, tym wstydem, grzechem

Samomiłość jest równorzędną formą miłości dla tej partnerskiej?
Zdecydowanie tak. W swojej książce „Warsztaty intymności dla par” narysowałam grafikę, w której seks partnerski zaznaczony był jako duże koło, samomiłość zaś jako małe, zawierające się w tym większym. To nie jest albo-albo. Kiedy wchodzimy w relację dotyku z drugą osobą, nie oznacza to, że musimy przestać dotykać siebie. Te dwie rzeczy współistnieją, a nie się wzajemnie wykluczają.

Może więc warto zbudować sobie wokół samomiłości jakieś rytuały?
Pewnie, dlaczego nie. Dużo kobiet zaczyna swoją przygodę z samomiłością od miejsca, w którym są przekonane, że absolutnie nie znajdą na nią czasu ani przestrzeni. Bo mąż, dzieci, praca, małe mieszkanie. W pierwszej kolejności należy więc pomyśleć, jak mogłybyśmy wygospodarować sobie na nią ten własny pokój, o którym pisała Virgina Woolf. Często okazuje się, że takim miejscem, w którym mogę mieć święty spokój, jest łazienka. Możemy połączyć czas w wannie z samomiłością i nie chodzi absolutnie o przeżywanie 13 orgazmów pod rząd, tylko raczej przyjazne, pełne czułości przebywanie z własnym ciałem, dawanie mu przyjemności.

Jak to wpłynie na nasze życie?
Bywa, że w zaskakujący sposób. Kiedy to się udaje, wiele kobiet odkrywa, że świat nie zawalił się, kiedy skupiały się na swoich potrzebach. Że mogą sobie pozwolić na chwilę przyjemności, a nikt nie umrze z głodu ani nie wznieci pożaru. To bywa rewolucyjnym odkryciem w życiu. Samomiłość bywa dźwignią w zrozumieniu swojej relacji z otoczeniem i sprawieniu, że staje się ona lepsza.

Agnieszka Szeżyńska, coachka intymności, trenerka seksualności dla dorosłych, językoznawczyni, ekspertka od psycholingwistyki i komunikacji. Pomaga być sobą, ze sobą, w seksie i relacjach. Prowadzi warsztaty, szkolenia oraz procesy coachingowe stacjonarnie i online. Autorka książek „Warsztaty intymności” i „Warsztaty intymności dla par” oraz kart dla par „Intymne rozmowy”. Współtworzy Instytut Pozytywnej Seksualności w Warszawie.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze