1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Seks z byłym partnerem - tak czy nie?

Seks z byłym partnerem - tak czy nie?

Zanim zdecydujemy się na seks z byłym partnerem, miejmy na uwadze to, że przedłużanie fazy fascynacji erotycznej wiąże się z ryzykiem uzależnienia. (Fot. iStock)
Zanim zdecydujemy się na seks z byłym partnerem, miejmy na uwadze to, że przedłużanie fazy fascynacji erotycznej wiąże się z ryzykiem uzależnienia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Seks z byłym partnerem jest dość powszechnym zjawiskiem. Z jednej strony nie chcemy już mieć nic wspólnego z tą osobą, mamy wrażenie, że się przy niej dusimy, ale z drugiej strony trudno jest zakończyć relację z dnia na dzień i odciąć od siebie wszystko, co się z nią wiązało. Dodatkową przeszkodą może być fakt, że seks w związku był całkiem niezły.

Seks po rozstaniu z byłym partnerem jest dość powszechnym zjawiskiem. Z jednej strony nie chcemy już mieć nic wspólnego z tą osobą, mamy wrażenie, że się przy niej dusimy, ale z drugiej strony trudno jest zakończyć relację z dnia na dzień i odciąć od siebie wszystko, co się z nią wiązało. Dodatkową przeszkodą może być fakt, że seks w związku był całkiem niezły. Dlaczego najczęściej decydujemy się na seks z ex?

Jeśli tak było, to seks po rozstaniu z partnerem wiąże się z masą zniewalających wspomnień. Znaliśmy swoje ciała, potrzeby, reakcje. Poruszanie się w obszarze cielesnej fascynacji było jak utarta ścieżka bezbłędnie prowadząca do celu. W tym przypadku do orgazmu. Daje to gwarancję, że każde kolejne zbliżenie będzie równie satysfakcjonujące. Niewielki pretekst, sprzyjające okoliczności, chwila słabości popychają nas do seksu z byłą partnerką lub byłym partnerem, nawet po rozstaniu, choć ustaliliśmy, że to koniec. Paradoksalnie, koniec bycia razem nie jest jednoznaczny z zakończeniem relacji seksualnej. Wyczerpaliśmy wspólne tematy, zaczęliśmy odczuwać nudę w swoim towarzystwie, niektóre cechy partnera okazały się być nie do przeskoczenia w codziennym życiu, rozminęliśmy się emocjonalnie i duchowo, ale seks zawsze był dobry i nadal może być. Taki układ jest możliwy wtedy, jeśli rozstajemy się z wyżej wymienionych powodów, a nie ze względu na związanie się z nową osobą.

Często chęć podtrzymania relacji seksualnej wynika z trudności radzenia sobie z rozstaniem. Pojawia się obawa przed samotnością. Do głowy przychodzą myśli, czy w ogóle jeszcze kogoś poznam, czy komuś się spodobam, czy uda nam się dogadać? Lęk przed samotną przyszłością często jest na tyle silny, iż powoduje, że wracamy do byłego partnera. Próbujemy na nowo lub spotykamy się na seks po zerwaniu. Decydując się na to drugie rozwiązanie często czujemy, że rozstanie jest mniej dramatyczne i nie jest definitywnym końcem. Samotność nie doskwiera tak bardzo, choć jednocześnie jesteśmy wolni. Seks po rozstaniu z partnerem nie wiąże się z angażowaniem emocjonalnym, bo wiemy, że z tą osobą już nie jesteśmy. Czujemy swobodę psychiczną, bo zbliżenie fizyczne nie umacnia dalej związku, który nie do końca nam pasował. Jednocześnie znamy dobrze partnera, więc czujemy się pewnie i bezpiecznie.

Jednak taki układ ma też wady. Spotykając się na seks po rozstaniu z partnerem, najczęściej doświadczamy tylko pozytywnych wrażeń. Dodatkowo uruchamia to wspomnienia przyjemnych chwil razem spędzonych, co powoduje, że zapominamy dlaczego się rozstaliśmy. Dlatego podtrzymywanie relacji seksualnej po rozstaniu często prowadzi do powrotu do siebie. Niestety po pewnym czasie seks z ex może prowadzić do tego, że euforia wynikająca z faktu ponownego bycia razem znika i wracają problemy, które nas od siebie oddaliły. Znowu się rozstajemy.

Kolejną słabością seksu z byłym partnerem jest nadzieja, jaką podświadomie, bądź świadomie, wiążemy z sytuacją podtrzymywania kontaktu. Często osoba, która nie była inicjatorem rozstania wierzy, że to tylko okres przejściowy, chwila słabości związku, i że za chwilę wszystko wróci do normy. Tym większe jest rozczarowanie, kiedy druga strona oznajmia, że zaczęła się spotykać z kimś nowym i ostatecznie chce zakończyć aktualny układ.

Zdarza się, że kobiety inaczej niż mężczyźni podchodzą do seksu po rozstaniu z byłym partnerem. Jeśli mężczyzna był stroną kończącą relację, a kobieta nadal z nikim się nie spotyka, to często romans z byłym może wzmocnić jej osłabione poczucie kobiecości. Kobietom zdarza się myśleć w ten sposób, że skoro partner nadal ich pożąda, decydując się na seks po zerwaniu, to jednocześnie zależy mu na tym, jakimi są osobami. Tymczasem mężczyznę dalej kręcą nasze fizyczne walory, ale wcale nie zamierza wracać i kontynuować związku. Po porzuceniu przez partnera samoocena spada i jesteśmy rozbici emocjonalnie. Kobiety decydując się na seks po rozstaniu z byłym partnerem czasami kierują się tym, że świetny seks spowoduje, że będzie chciał do nich wrócić. Pojawia się też myślenie, że skoro nie mogę go mieć całego, to chociaż mam go fizycznie. Trzymamy się tej namiastki bliskości, która tylko pogłębia coraz niższe poczucie własnej wartości. Seks z byłym bądź byłą działa również znieczulająco na ból wywołany  myślą o rozstaniu i pozornie taki układ może nieco ułatwić pogodzenie się z sytuacją.

Mężczyźni podtrzymują intymną relację m.in. z poczucia winy, że spowodowali cierpienie. Pojawia się wtedy chęć zadośćuczynienia i odpowiedzialność za bliską niegdyś osobę, co może przełożyć się na tymczasowe zainteresowanie seksualne i decyzję o seksie po zerwaniu. Istotną rolę odgrywa też popęd seksualny – szczególnie jeśli on nie może sobie znaleźć nowej partnerki, a nie chce ryzykować seksu z przypadkową osobą, prędzej czy później wraca na seks do byłej. Kolejny powód to potrzeba podbudowania męskiego ego. W przypadku seksu z byłą partnerką nie trzeba dowodzić umiejętności Casanovy i można sobie pozwolić na bycie sobą. W nowym związku trzeba wykazać się w roli kochanka, co może wiązać się ze stresem przed porównaniem z innymi czy niespełnieniem oczekiwań.

Podsumowując – zanim zdecydujemy się na seks po rozstaniu z partnerem, miejmy na uwadze to, że przedłużanie fazy fascynacji erotycznej z byłym wiąże się z ryzykiem uzależnienia. Obsesja na punkcie straty i zadowalanie się namiastkami związku w postaci seksu z byłym sprawia, że nie jesteśmy w stanie „odciąć pępowiny”, a tym samym zakończyć danego etapu w naszym życiu. A dopóki to się nie stanie, dopóty nie uda się nawiązać nowej, satysfakcjonującej znajomości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Daj sobie szansę na bliskość

Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Coraz częściej brakuje nam zaufania do więzi łączącej nas z innymi ludźmi, nie potrafimy troszczyć się o relacje z bliskimi. Uciekamy w marzenia o związku idealnym, który bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność. Tymczasem budowanie bliskości wymaga wysiłku i zaangażowania, mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E.
: Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” [Prószyński i S-ka 2007] francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.

Dlaczego?
W.E
.: Serge Chaumier uważa, że znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.

Czyli jakich?
W.E.
: Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.

K.M.: Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.

W.E.: Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej – z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu, bólu porzucenia.

Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E.
: Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.

K.M.: Dziś liczy się pozór, fasada, a nie prawdziwe emocje, głębia.

W.E.: Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.

K.M.: Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole. Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymywanie masy pozornych kontaktów i związków.

W.E.: Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.

Bo będzie mniej bolało?
W.E
.: W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.

K.M.: Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.

Czy tak nie było zawsze?
K.M
.: Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów... Więc szukamy dalej.

Albo się rozczarujemy i przestaniemy szukać w ogóle. Ale tęsknota zostaje.
K.M
.: Można ją nieco przyklepać, zagadać. I tu przychodzi z pomocą technologia: coraz więcej jest wirtualnych związków, których emocjonalna intensywność potrafi dorównywać związkom z realnym partnerem, mimo że się tego człowieka nigdy na oczy nie widziało.

Pokazuje to m.in. książka „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego i zrealizowany na jej podstawie film Witolda Adamka.
W.E
.: Internetowe związki bywają urzeczywistnieniem miłosnej iluzji, odgrywaniem marzeń: partner może być ideałem i my sami możemy być ideałami, jakimi przecież nie jesteśmy. Więcej nawet, możemy być kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. To niebezpieczna, uzależniająca gra. Uzależniająca właśnie dlatego, że rządzi się zupełnie innymi regułami. W prawdziwym życiu trudno jest osiągnąć podobną intymność, przełamać emocjonalne bariery. Łatwiej jest, siedząc przed ekranem komputera, wypisywać piorunująco szczere wyznania, niż coś powiedzieć prosto w oczy siedzącej naprzeciwko osobie. Łatwiej jest nawiązać wirtualny kontakt, a przede wszystkim łatwiej go zerwać bez większych konsekwencji.

Ale dla osoby wirtualnie porzuconej konsekwencje bywają podobne jak w realnym związku.
K.M
.: Taka strata bywa nawet trudniejsza do przeżycia niż rozstanie z kimś realnym. Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak się stało, można przy tym wpaść w obsesję, że się wszędzie tej osoby szuka, a nikt realny nie dorasta do ideału.

W.E.: W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.

K.M.: To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...

W.E.: To niepisany pakt o nieagresji: unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.

K.M.: Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, choć takim mitem się karmimy.

W.E.: Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.

K.M.: W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.



Jest z tego inne wyjście?
W.E
.: Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich, Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.

Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W.E
.: Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo i czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.

K.M.: Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.

W.E.: To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.

K.M.: Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany, bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...

Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M
.: Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: Bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy ten, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi, a starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.

Jest dziś szansa na bliskość?
K.M
.: By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motyle. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.

  1. Seks

Jak cieszyć się seksem podczas starań o dziecko?

Wasze życie seksualne jest waszym zasobem, darem na całe życie i nawet tak ważna czynność jak powołanie na świat nowego człowieka nie powinna go uszczuplać. (fot. iStock)
Wasze życie seksualne jest waszym zasobem, darem na całe życie i nawet tak ważna czynność jak powołanie na świat nowego człowieka nie powinna go uszczuplać. (fot. iStock)
Na pytanie - co robić, żeby nie stracić przyjemności, starając się o dziecko, odpowiedź brzmi: nic. I tak się nie da. Najlepiej przestać się wysilać i przyjąć z otwartością nieuniknioną konsekwencję wprowadzenia w życie seksualne celu, jakim jest prokreacja. Nie ma się co oszukiwać - zadaniowość seksowi nie służy.

Jeśli naszą seksualność podporządkujemy prokreacji, co czasem jest konieczne, żeby zajść w ciążę, to seks stanie się realizacją zadania, podporządkowaną określonym wymogom czasowym, rytmowi hormonalnemu kobiety, wreszcie Wielkiemu Zadaniu. Do tego dla części osób staranie o dziecko wiąże się z dużymi trudnościami, a to zwiększa ciśnienie na stosunek, który zakończy się zapłodnieniem. Jeżeli doda się do tego presję czasu, oczekiwań, emocji, a często dramat kobiet i mężczyzn, naprawdę trudno sobie wyobrazić radosny, lekki seks w ich sypialniach.

Jak wobec tego zrealizować marzenie o posiadaniu dziecka i nie obrzydzić sobie do końca czynności, jaka do tego prowadzi? To jest dobrze zadane pytanie. Seks jest jedyną ludzką aktywnością, która spełnia wymogi prawdziwej zabawy: jest podejmowany spontanicznie, emocjonalnie, w celu osiągnięcia przyjemności; działania - nawet jeżeli jest jakiś plan - służą wyłącznie wzmocnieniu przyjemności. Zabawa dorosłych jest niecelowa, bo nawet uznanie za cel każdorazowego osiągnięcia orgazmu, samopotwierdzenia się jako kochanek/kochanka, w końcu zabije radość z seksu.

Poczucie humoru oraz maksymalny możliwy dystans, na jaki zdobędzie się para, stanowią jedyną skuteczną broń przeciwko wpadnięciu w rutynę, sprowadzeniu seksu do zadania oraz zniechęceniu do intymności w ogóle. Zdaję sobie sprawę, że to nie takie łatwe - nie traktować maksymalnie poważnie czegoś, co jest tak ważne dla przyszłości związku. Jednak jestem pewna, że właśnie poczucie humoru stanowi skuteczne narzędzie sprostania równie wielkiemu wyzwaniu. Jak to zazwyczaj bywa w życiu, im poważniejsze mamy przed sobą tematy - tym łatwiej je znieść, wprowadzając do rozmów, działań, myślenia ożywczy dystans. Kochacie się w celu poczęcia dziecka? Trzeba to planować, robić we właściwym momencie, we właściwy sposób? Wymyślcie wokół tego zabawę, która zaprzęgnie wasze fantazje seksualne, pozwoli z planu zrobić pikantny scenariusz, da szansę się przebrać, odegrać kogoś innego.

Traktowanie prokreacji jak świątyni, do której wchodzi się tylko po oczyszczeniu, na bosaka i w pokornym ukłonie stanowi zagrożenie także dla waszego życia seksualnego w ciąży i po porodzie. Za serio jest niedobrze. Co nie oznacza, że lekceważymy uczucia kobiety, która nie może zajść w ciążę, czy mężczyzny, który ma trudności z zostaniem ojcem. To oznacza tylko to, że seks ma swoje prawa. I jeżeli chcecie, żeby długo was cieszył, to warto je zrozumieć i szanować. I że warto widzieć różnicę miedzy seksem a prokreacją, bo tym pierwszym chcecie się cieszyć długie lata. Poczęcie dziecka jest czymś, do czego dążycie i co osiągniecie, realizując wytyczne. Wasze życie seksualne jest waszym zasobem, darem na całe życie i nawet tak ważna czynność jak powołanie na świat nowego człowieka nie powinna go uszczuplać.

Znalezienie własnych dróg radzenia sobie ze zmianami w życiu seksualnym będzie miało dla pary wielką wartość. Jedno, że pozwoli przejść z godnością i bez uszczerbków przez okres starania się o dziecko. Drugie, że gdy dziecko/dzieci już się na świecie pojawią, wspólnie wypracowane metody komunikacji, radzenia sobie ze stresem i obciążeniem sprawią, że wcale nieprosty okres pourodzeniowy ma szansę przebiec łatwiej i z mniejszymi stratami.

Marta Niedźwiecka: pierwsza w Polsce certyfikowana sex coach – pracująca z seksualnością, ciałem, emocjami i relacjami intymnymi.

  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Seks

Dojrzały seks – mądrzejsza i głębsza forma miłości

Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Jest przejawem mądrości, głębszego sposobu kochania. Teraz ważniejsza od ilości staje się jakość zmysłowych doznań.

Eros, syn bogini nieba, jest niebiański i czcić go powinny państwa i ludzie zwyczajni, bo on do pracy nad sobą zmusza, on udoskonala tych, którzy sami kochają, i tych, co sobie miłość zyskać potrafili – pisał Platon w „Uczcie”. Moc Erosa do dziś nie straciła na sile i uniwersalności. Wciąż nas porywa, sprawia, że pragniemy drugiego człowieka bardziej niż czegokolwiek. Ślepniemy na jego wady i go idealizujemy. Uzależniamy się od jego bliskości i chcemy spędzać z nim każdą chwilę. I przeżywamy stany wielkiego, gwałtownego szczęścia. Ale to jedna strona. A druga? Eros jest rozedrgany, miotany skrajnymi emocjami, w których od miłości do nienawiści czasem tylko jeden krok. Jest niepohamowany i dziki. Świetnie się sprawdza jako łóżkowy „zapalnik”, lecz nie rozumie, że drugi człowiek to odrębna istota, która może chcieć czegoś innego, potrzebować własnej przestrzeni. Jest zaborczy i zazdrosny, nie tylko o czyn, ale nawet spojrzenie, gest, myśl. „Miłość takie rzeczy z ludźmi wyprawia, że nieszczęśliwym każe się martwić rzeczami, którymi by się nikt nie martwił, a szczęśliwym chwalić każe takie, którymi się cieszyć nie warto” – to też Platona.

Eros i Philos

Dziś już wiemy, że to kwestia skomplikowanej „kąpieli chemicznej”, wręcz „chemicznego jaccuzzi”, w którego oparach wirują komórki mózgowe – organizm zakochanych produkuje fenyloetyloaminę, hormon sprawiający, że uzależniają się od przyjemności, jaką niesie obecność kochanej osoby. Wzbudza też uczucie całkowitego odrealnienia: zakochani bujają w obłokach, świat wydaje się im piękniejszy, znikają problemy... I podejmują różne dziwne decyzje. Dodatkowy efekt: wyostrzeniu ulegają zmysły, a więc kontakt fizyczny sprawia im ogromną przyjemność. Co więcej, seks jest wtedy szczególnie obfity i satysfakcjonujący, bo w stanie zakochania obie płcie spotykają się w miłości, także fizycznej. Kobiecy organizm produkuje wówczas nieco więcej testosteronu, a to zwiększa apetyt na seks. Z kolei „zmiękczony” działaniem wydzielanej obficie dopaminy mózg mężczyzny skłania go do zachowań pełnych ciepła i czułości, tak bardzo lubianych przez partnerkę.

– Na początku związku seks rodzi się z pożądania – mówi Anna Gawkowska, psycholożka i terapeutka. – Pierwsze miesiące iskrzą od libido, co zaspokaja apetyt na przygodę, potrzebę ekscytacji i silnych przeżyć. Przyspieszone bicie serca, pożądanie, popęd, ekscytacja, motyle w brzuchu, drżenie rąk i nóg… Przyjemne, intensywne i odrywające od zmartwień szarej, nudnej rzeczywistości. Łatwo się od takiego stanu uzależnić i zacząć go gloryfikować. Mało w nim jednak świadomości, refleksji i przeżycia na poziomie duchowym.

To cudowne preludium, ale tylko preludium. Bo kiedy partnerzy są ze sobą dłużej, wszystko się zmienia. Stan zakochania jest stanem wyjątkowym i nietrwałym. Naukowcy uważają, że po mniej więcej dwóch latach (u szczęśliwców ten okres wydłuża się czasem do czterech) mózg uodparnia się na fenyloetyloaminę, pożądanie słabnie, a z nim miłość zmysłowa. Ale może to i lepiej? Eros ustępuje wtedy miejsca (według typologii Platona) Philosowi – mądrzejszej i głębszej formie miłości. Gdy kochanków łączą już nie tylko szalone porywy serca, namiętność i przekonanie, że bez tej drugiej osoby świat przestałby istnieć, pojawiają się inne wartości – może mniej intensywnie przeżywane, lecz równie, lub nawet bardziej, satysfakcjonujące.

– Na tym etapie związku partnerzy są ze sobą nie dla chwili przyjemności, lecz dla obopólnego pożytku – mówi Gawkowska. – Nie tylko się kochają, także szanują siebie i swoją odrębność. Zaczynają się przyjaźnić, ale zmysłowość i erotyka nadal działają między nimi, tyle że gdzie indziej tryska źródło potrzeby zbliżenia: w zażyłości, bliskości, intymności, przywiązaniu, cieple i bezpieczeństwie. To wcale nie jest gorsze niż pierwsze porywy serca, bo ten rodzaj seksu zaspokaja głębsze potrzeby: pozwala nasycić się kontaktem. Jest wypadkową mocnej więzi i bliskiej relacji, mniej sprowadza się do cielesnej przyjemności – jest bardziej znaczący.

Ciepło i zaufanie

W dojrzałej relacji umiemy ze sobą rozmawiać, rozumieć się i rozwiązywać problemy, więc nie przenosimy ich do sypialni i seks nie musi już być używany jako oręż w walce czy moneta przetargowa. Partnerzy poznali się i dotarli, przestają wstydzić się siebie nawzajem, zachowują się swobodnie, bo w pełni akceptują swoją fizyczność. Dobrze znają swoje potrzeby, oczekiwania, czułe miejsca, mapy rozkoszy. A wtedy łatwiej sprawiać sobie nawzajem przyjemność. Odmienność takiego seksu polega między innymi na tym, że chociaż mniej „pełnego” kontaktu seksualnego, to więcej kontaktu w ogóle – i to jest wspaniałe. Nagle to, kto zrobi zakupy, może być rodzajem gry wstępnej… Takie podejście doskonale służy kobietom, dla których seks jest ukoronowaniem związku: rozmów, wspólnej codzienności, usłyszanych od partnera komplementów, ale także... wyniesionych przez niego śmieci czy zmytych po kolacji naczyń. W zorganizowanym kiedyś konkursie na najpiękniejsze zdanie miłości pierwsze miejsce zajęło: „Ty śpij, kochanie, ja ją przewinę”… Potrzeba bliskości z partnerem jest u kobiet tak wielka, że chętnie oddadzą za to nieco namiętności.

– Najważniejsze, że nie musimy niczego cenzurować ani nikogo udawać, co często się zdarza na początku związku – podkreśla psycholożka. – Wzajemne zaufanie pozwala nam czerpać dodatkową przyjemność z seksu. Może już nie jest tak dziki i nie uprawiamy go tak często, ale osiąga inny wymiar. Mądrzy szczęściarze uczą się delektować codzienną bliskością i akceptują fakt, że ekscytacja musi kiedyś opaść. Bo ile można się spalać w poszukiwaniu nowych podniet, przeprowadzaniu coraz bardziej ryzykownych eksperymentów… – Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy – uważa Anna Gawkowska.

Dojrzewa relacja, a wraz z nią dojrzewają również kochankowie. Nie są już tak łapczywi i stale siebie głodni. Młodzi ludzie mają zwykle problem z nasyceniem się partnerem, bo jeszcze nie potrafią tego zrobić, a amplituda ich emocji jest duża – miłość przeplata się z nienawiścią, a to bywa czasem bardzo męczące. Ponadto wydaje się im, że są nieśmiertelni, że cały świat do nich należy, że nic się nie kończy – więc nie dbają zanadto o relację. I kiedy napotkają na jakiś problem, często zamiast go rozwiązać… zrywają ze sobą i zaczynają nowy związek, wchodzą w inną relację, bo to wydaje się najłatwiejsze. Mądry kochanek zdaje sobie sprawę, że nowy partner nie odmieni jego życia, dopóki sam nie zmieni czegoś w sobie.

Ani młodzi, ani gniewni

– Młodzi idą na ilość: mężczyźni przechwalają się, ile to mieli partnerek, a kobiety, ilu facetów się w nich kocha – mówi psycholożka. – Kiedy dojrzeją, wolą jeden wypróbowany związek niż sto przygodnych partnerów. Teraz ważniejsza staje się jakość. Dojrzały seks jest nastawiony zarówno na branie, jak i dawanie. Młodzieńczy bywa bardziej egoistyczny.

Dorosły człowiek znajduje w sobie już tak mocne oparcie, że nie musi się wciąż gimnastykować i potwierdzać swoją wartość poprzez zewnętrzne objawy typu: „mam superdziewczynę, która uważa mnie za superkochanka i chce ze mną być”. Potrafi związać się z kimś dla czystej przyjemności bycia z tą osobą.

– Dla łóżkowej satysfakcji bardzo ważne jest to, że w miarę dojrzewania rozprawiamy się ze swoimi zahamowaniami – tłumaczy Gawkowska. – Każdy ma swoje kompleksy, granice, które zostały nam świadomie lub nieświadomie wpojone przez środowisko, w jakim dorastaliśmy. To wszystko ulega weryfikacji pod wpływem doświadczeń i kolejnych związków. Badamy teren i odkrywamy obszary, na których czujemy się bezpiecznie i komfortowo. Przekonujemy się, że sfery „zakazane” nie są wcale takie straszne i takie zakazane. Rozwijamy się i zmieniamy. Kobieta w wieku dojrzałym czerpie z seksu więcej korzyści niż wtedy, kiedy wchodziła w świat erotyki. Zwłaszcza, że aby pokonać zahamowania, potrzebuje współpracy, pomocy, doświadczenia i czułości partnera. A z tym bywa czasem problem, bo akurat wtedy, kiedy ona pragnie być delikatnie i z wyczuciem przeprowadzana przez kolejne bramy, jej partnerem najczęściej jest równolatek – jurny i buzujący od testosteronu młody mężczyzna, który możliwie najkrótszą drogą „dochodzi do bazy”. Jeśli przy okazji zapomni zadbać o przyjemność i komfort kobiety, pokonywanie zahamowań może okazać się trudne.

– Dojrzały seks daje to, do czego służy: pragnienie przyjemności, bliskości i cielesnego bycia ze sobą – podkreśla psycholożka. – Przestajemy traktować łóżko jako zaspokojenie pozaseksualnych potrzeb, nie szukamy za jego pośrednictwem dowartościowania.

Zdrowa, świadoma swoich atutów i wad osoba może być sama albo z kimś w dobrym związku. Uprawia seks, bo chce, a nie dlatego, że musi. Nie uważa też, że ten dobry jest wyłącznie spontaniczny, spada nagle i znienacka. Wie, że planowanie miłosnego zbliżenia może przedłużać rozkosz i zwiększać na nią apetyt. Ma też zupełnie inny stosunek do eksperymentów niż kilka czy kilkanaście lat wcześniej, kiedy chciała spróbować wszystkiego, co nowe i ma w dodatku walor zakazanego owocu. Eksperymenty niosą dużą dawkę ekscytacji, zarówno pozytywnej, jak i negatywnej. Oba rodzaje są pobudzające i sprawiają, że człowiek czuje, że żyje. Dojrzały kochanek mniej ich jednak potrzebuje. Już zasmakował wielu przyjemności, rozkoszy, poznał swoje czułe miejsca i granice. Już wie, co lubi i z całej palety możliwości wybiera to, na co ma ochotę. A jeśli jest coś, czego do tej pory nie zasmakował, a pragnąłby, łatwiej poprosi o to kochankę, bo jest pewien jej miłości, życzliwości i akceptacji. Wie, że nawet nieudany eksperyment nie wpłynie na stałość czy jakość ich relacji i że w każdej chwili uszanowane zostanie jego „nie”. To dodaje mu odwagi.

  1. Seks

Przyjemność seksualna wzmacnia związek. Jak doprowadzić kobietę do orgazmu?

Jak doprowadzić kobietę do orgazmu? I dlaczego to jest ważne? - Orgazmy karmią seksualną pewność siebie kobiety, wzmacniają chęć bycia razem, poczucie więzi, zespolenia w związku - podkreśla terapeutka seksualna. (fot. iStock)
Jak doprowadzić kobietę do orgazmu? I dlaczego to jest ważne? - Orgazmy karmią seksualną pewność siebie kobiety, wzmacniają chęć bycia razem, poczucie więzi, zespolenia w związku - podkreśla terapeutka seksualna. (fot. iStock)
Kobietom długo odbierano prawa do przeżywania przyjemności z seksu. Dziś rozumiemy już, że dla jakości związku ważna jest satysfakcja obojga partnerów - znaczenie ma nie tylko rozkosz seksualna mężczyzny, ale też doprowadzenie kobiety do orgazmu. O tym, jak poszukiwanie i doświadczanie orgazmu wzmacnia miłosną relację – opowiada terapeutka Marja Kihlström.

Jeszcze niedawno nikt nie mówił o kobiecej satysfakcji z seksu, o tym, jak doprowadzić kobietę do orgazmu, dziś temat regularnie pojawia się w filmach, książkach, prasie. Mam wrażenie, jakby rodziła się jakaś presja odczuwania orgazmu przez kobiety, jakby seks bez tego doświadczenia miał mniejszą wartość...
Każdy ma prawo sam uznać czy określić, jaki seks jest dla niego satysfakcjonujący, jaki daje mu wystarczającą przyjemność. Orgazm to nie przymus, ale każda kobieta powinna mieć prawo do jego przeżywania. To szczyt przyjemności, moment, kiedy możemy poczuć całkowitą wolność, a poza tym uczucie odpuszczenia, utraty kontroli. Kobieca seksualność długo była postrzegana jako nieistotna, a już na pewno nie tak istotna jak seksualność męska. Do tego dochodziły lęk przed ciążą, choroby przekazywane drogą płciową, strach przed utratą reputacji. To wszystko odbierało kobiecie radość z seksu, w ogóle możliwość jego przeżywania. Podróż w stronę kobiecej przyjemności i orgazmów zaczyna się, gdy sama kobieta uświadomi sobie, jak ważne są one dla jej zdrowia psychicznego.

A jak bardzo są ważne?
Radość i przyjemność płynące z seksu poprawiają nie tylko nasze samopoczucie i dobrostan, lecz także samopoczucie naszych partnerów, więc wpływają pozytywnie na związek jako całość. Dlatego partnerzy powinni też rozmawiać o tym, co czują w związku z trudnościami z osiągnięciem orgazmu.

Popkultura i różnego rodzaju poradniki wskazują przede wszystkim stymulację narządów płciowych jako sposób na doprowadzenie kobiety do orgazmu, a przecież kobieta ma strefy erogenne w wielu miejscach ciała i może się okazać, że łatwiej jej osiągnąć go przez pieszczoty innych punktów.
Wszystkie rodzaje i sposoby na osiągnięcie orgazmu są dobre i słuszne. Orgazm pochwowy, łechtaczkowy, przez pocieranie sutków, a nawet po prostu fantazjowanie o kimś... Każdy jest inny, nie ma co robić rankingu. Orgazmy mają dawać rozkosz i wzmacniać związek, a nie być polem do frustracji czy oceny.

Jak przekonać kobiety, żeby zadbały o swój orgazm, że warto o niego zawalczyć?
Ta zmiana myślenia musi wyjść od kobiet. I zaczyna się od kobiet, które chcą poznać swoje seksualne potrzeby i naprawdę o nie zadbać. To ważne nie tylko dla ich własnej przyjemności, ale też po to, by zbudowały własną seksualną świadomość i pewność siebie. A ta pewność jest im potrzebna, by nie bały się ani nie wstydziły mówić o swoich potrzebach i pragnieniach. Uważam, że każda kobieta potrzebuje partnera, który będzie ją wspierał i będzie chciał nauczyć się dbać o jej przyjemność, o doprowadzenie kobiety do orgazmu. Mężczyzny, który będzie umiał zapytać swoją partnerkę: „Co lubisz robić w łóżku?”, i nie będzie się wstydził, gdy ona zada mu to samo pytanie. I nawet jeśli żadne z nich nie będzie znało od razu odpowiedzi, to będą gotowi rozpocząć przygodę pełną radości i dawania sobie nawzajem rozkoszy.

A jakie są korzyści z orgazmu dla związku?
Przyjemność i orgazm to podstawa, jądro seksu. Im bardziej jesteśmy w stanie cieszyć się seksem, tym bardziej go chcemy. Orgazmy karmią seksualną pewność siebie kobiety, wzmacniają chęć bycia razem, poczucie więzi, zespolenia w związku. Gdy mężczyzna widzi, jaką rozkosz daje partnerce, zwykle to go dodatkowo podnieca i sam zaczyna czerpać większą radość ze wspólnego seksu.

Walka o orgazm, o doprowadzenie kobiety do orgazmu, dla niektórych jest zbyt dużą presją. Może po prostu cieszmy się byciem razem?
Warto sobie postawić pytania: Dlaczego w ogóle uprawiamy seks? Czy robimy to, żeby osiągnąć orgazm? Uprawianie seksu powinno przede wszystkim dawać radość i poczucie bliskości. Zamiast koncentrować się na orgazmie, lepiej po prostu skupić się na pieszczocie, czułości, dotyku, pocałunkach, co może być bardzo skuteczną drogą do rozkoszy, choć nie musi. I ważne, żeby to powiedzieć partnerowi, bo nikt nie potrafi czytać w myślach.

Gdyby miała pani przygotować krótką instrukcję dotyczącą tego jak osiągnąć orgazm w parze i jak doprowadzić kobietę do orgazmu, to od czego by pani zaczęła?
Od propozycji, by kobieta spróbowała poznać własną historię seksualną. Żeby pochyliła się nad swoim dzieciństwem, rodziną, edukacją seksualną i wcześniejszymi związkami i zastanowiła nad tym, jak to wszystko wpływa na jej obecny związek. To bardzo ważne, czasem kluczowe, by spróbować rozpoznać i nazwać te trudności, które uniemożliwiają nam osiągnięcie orgazmu, i by móc zacząć je kolejno przełamywać. Następny krok to podarowanie sobie czasu na to, by lepiej poznać swoje ciało. Uświadomienie sobie, co się lubi, jakich pieszczot się potrzebuje. Moim zdaniem dobrze jest zacząć od dokładnego obejrzenia siebie w lustrze, by lepiej poznać i oswoić się z wyglądem własnej anatomii. Takie doświadczenie pomoże lepiej zrozumieć, jak działa organizm. Jeśli jesteśmy w związku, to opowiedzmy partnerowi, co nam się podoba w seksie, co lubimy, możemy też poprowadzić jego rękę, pokazać mu, jak chcemy być przez niego dotykane i pieszczone. A jeśli nie wiemy jeszcze, co i jak sprawia nam radość – to też nie szkodzi. A nawet może być inspirujące. Wtedy możemy po prostu przyznać, że to dla obojga nowe doświadczenie i z chęcią przetestujemy różne rozwiązania. Myślę, że takie wspólne eksplorowanie przyjemności może być bardzo ekscytujące dla pary.

Wydaje mi się, że wspomniana presja osiągania orgazmu maleje z wiekiem kochanków, więc zwiększa się szansa na satysfakcję. Starsze pary mierzą się jednak z innymi trudnościami.
Starsze pary różnią się od młodszych pod wieloma względami. Doświadczenie daje większy spokój i pewność siebie, zwłaszcza dojrzałe kobiety potrafią łatwiej i swobodniej wyrazić swoje potrzeby seksualne, jednak po menopauzie zwykle ich wrażliwość na orgazm maleje. To nie znaczy jednak, że z tej przyjemności trzeba zrezygnować, wręcz odwrotnie. Mam klientki, które zaczęły doświadczać orgazmu dopiero po pięćdziesiątce. Nasza seksualność zmienia się przez całe życie i to jest bardzo dobra wiadomość.

Często czujemy się samotni, także będąc w związku. Wydaje nam się, że świat nie pomaga nam zrozumieć naszych potrzeb. Od czego zacząć, by poczuć się trochę lepiej i bezpieczniej ze sobą oraz partnerem?
Myślę, że często pod poczuciem osamotnienia ukrywa się nasza potrzeba bycia widzianym i słyszanym jako osoba. Dlatego to bardzo ważne, byśmy nie bali się mówić o swoich uczuciach, życzeniach, pragnieniach i potrzebach, zwłaszcza partnerowi, który jest przecież najbliższą nam osobą. W swojej praktyce terapeutki seksualnej widzę, że gdy para uczy się komunikować swoje uczucia, to zwykle prowadzi to do odczuwania większego pożądania. Oczywiście, to wymaga czasu i cierpliwości, dlatego zawsze na początku radzę: „Odłóżcie smartfony i częściej patrzcie sobie w oczy”.

Rozmawiamy w trudnym czasie, gdy koronawirus opanował niemal cały świat. Jak w takim okresie zadbać o siebie, drugą osobę i jednocześnie pozostać zdrowym?
To wbrew pozorom dobry czas, by zająć się sobą, skoncentrować na swoich potrzebach. Single na spokojnie mogą się zająć badaniem i eksplorowaniem własnego ciała i dostarczaniem sobie przyjemności. A parom życzę dużo delikatnego dotyku i przytulania, bycia naprawdę razem. Mam nadzieję, że nie zapomną o tym – zwłaszcza teraz, gdy świat trochę się zatrzymał. Seks nie potrzebuje pośpiechu. Po prostu bądźmy ze sobą, rozmawiajmy, opowiadajmy o swoich pragnieniach i fantazjach, próbujmy spełniać życzenia i pomysły partnera. Szczera i nieskrępowana rozmowa o seksie i seksualności wymaga od nas sporo praktyki, otwartości i nieoceniania. A przyjemność można dawać sobie na różne sposoby, seks to nie zawsze stosunek.

Marja Kihlström, terapeutka seksualna, autorka popularnego w Finlandii bloga na temat seksualności „Puhu muru”, autorka książki „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.