1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jej orgazm najpierw. Jego orgazm później - lektura obowiązkowa

Jej orgazm najpierw. Jego orgazm później - lektura obowiązkowa

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Ian Kerner to seksuolog kliniczny. Dzięki swoim licznym publikacjom i wyróżniającemu się poczuciem humoru, nazywany jest The Sex-Doctor dla Generacji X & Y. Mieszka w Nowym Jorku z żoną i dwoma synami.

Swoje dwie książki - "Jej orgazm najpierw" oraz "Jego orgazm później" - swego rodzaju instrukcje obsługi dla obydwu płci, poświęcił tematowi jakości seksualnego aktu i pieszczot oralnych, które jego zdaniem najlepiej tą jakość tworzą. Książki oferują nie tylko techniczny opis tego, jak się zabrać do miłości francuskiej i dobrze doprowadzić ją do końca, ale mówią także o emocjach, budowaniu atmosfery i podniecenia. Pokazują, nawet swoimi tytułami, że kobieca satysfakcja seksualna wymaga puszczenia przodem, stworzenia warunków w których może się rozwinąć.

Coś w tym jest, że nie doceniamy wystarczająco seksu oralnego. Nawet gwiazdor porno Ron Jeremy, właściciel 25-centymetrowego penisa przyznał, że więcej kobiet doszło dzięki jego językowi, niż przyrodzeniu. Zdaniem Kernera cunnilingus w naszym menu seksualnym powinien przesunąć się do dań głównych. I z humorem objaśnia nam, jak owe potrawy smakować. Obydwie książki powinny przeczytać obydwie płcie - kobiety część o sobie traktując jako źródło inspiracji do poświęcania większej uwagi swojemu ciału. Mężczyznom też się to przyda.

W pierwszej części każdej książki skupia się na historii, antropologii, anatomii. Zaś w drugiej części podaje szczegółowy tutorial tego, co i jak trzeba robić, żeby było jak najlepiej. Bo w to, że można sięgać wyżyn bez stosunku z penetracją, Kerner nie wątpi. Uważa też, że dla typowego seksu waginalnego seks oralny jest najlepszym wprowadzeniem. Także dlatego w podręczniku dla mężczyzn rozpisuje się o roli łechtaczki i wadze, jaką ma ona w budowaniu podniecenia seksualnego i w uzyskaniu zaspokojenia. Tom dla kobiet również podaje wiele technik, ale głównie uczy uważności emocjonalnej. Czy mylimy pożądanie z pobudzeniem? Tak. Nie jest sztuką podniecić mężczyznę, ale dopiero sztuką jest zrobić tak, żeby był tak samo podniecony na widok swojej kobiety po 10 latach bycia razem. Ian Kerner dorzuca kilka pomysłów na to, jak świadomie  i umiejętnie budować napięcie i pożądanie. Coitus in ore dostaje tutaj rolę najbardziej intymnej, pełnej szacunku i wdzięcznej formy zbliżenia. Gdyby nie nazwisko na okładce, czasem ciężko mi by było uwierzyć, że książkę napisał mężczyzna. Jednak sporo oddziela panów mówiących o seksie w Polsce i w Nowym Jorku.

Dla sceptycznie nastawionych do tematu proponuję kilka pytań zaczerpniętych z książki. Jeśli nie znacie na nie odpowiedzi lub w jakiś sposób was zaskoczyły, zachęcam do lektury.

•    Czy wiesz, że łechtaczka składa się z osiemnastu części, z których każda odgrywa istotną rolę w dostarczaniu przyjemności? •    Czy wiesz, że ogromna większość zakończeń nerwowych, które odpowiadają za kobiecy orgazm jest skupiona wokół wejścia pochwy, a więc penetracja nie jest konieczna, żeby doprowadzić ją do orgazmu? •    Ilu różnych rodzajów orgazmu jest w stanie doświadczyć kobieta? •    Czy możesz z całą pewnością powiedzieć, jak odnaleźć punkt G i wskazać inne ukryte strefy rozkoszy? •    Czy masz pewność, że twoja partnerka nigdy nie udawała orgazmu i potrafisz jednocześnie odróżnić oryginał od imitacji? •    Jaka jest najlepsza zabawka seksualna, której nie można kupić? •    Jakich trzech typów erekcji doświadczają wszyscy mężczyźni? •    Czy twój facet udaje? •    Jak prawidłowo zastosowany masaż miednicy może naprawdę pomóc w powiększeniu członka partnera? •    Jakie są naturalne stymulatory seksualne, oddziałujące na nasz mózg i jak je wyzwolić? •    Czy znasz różnicę pomiędzy męskim orgazmem lokalnym i globalnym i jak doprowadzić do tego drugiego?

"Jej orgazm najpierw", "Jego orgazm później", Ian Kerner, wyd. Czarna Owca, 2010

Artykuł pochodzi z portalu

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Pożądanie w związku. To, co sprzyja namiętności, nie zawsze służy harmonii...

Czy gorący seks w związku i bliskość idą ze sobą w parze? Czego tak naprawdę pragniemy? (fot. iStock)
Czy gorący seks w związku i bliskość idą ze sobą w parze? Czego tak naprawdę pragniemy? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy nie zdarzyło wam się marzyć, żeby był tak jak za pierwszym razem? Żeby po pięciu, dziesięciu, trzydziestu latach dało się poczuć motyle w brzuchu, jak wtedy, kiedy wzajemnie się poznawaliście? Żeby seks był namiętny, nasycony i żeby pachniał nowością.

Esther Perel, belgijska psychoterapeutka, zajmuje się od ponad 30 lat poradnictwem małżeńskim i terapią rodzin. Owocem jej pracy jest m.in. książka pt. „Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze”. Autorka przekonuje w niej, że to, co buduje nasze poczucie bezpieczeństwa, naszą stabilność rodzinną – poznanie się, przyjaźń, intymność i bliskość – bardzo często nie sprzyja ekscytującemu pożyciu seksualnemu. Brzmi to bardzo nieprzyjemnie, no bo jak to: przecież wszystkie te składniki udanego małżeństwa, właśnie porozumienie i bliskość, to najbardziej deficytowe towary na rynku uczuć. Jeśli wejdziemy do sauny z pięcioma przyjaciółkami z wieloletnim małżeńskim stażem, znacznie częściej usłyszymy, że przestały się dogadywać ze swoimi mężami, niż że seks jest do niczego. Do diabła z seksem, skoro „on mnie nie rozumie”. Jeśli się jednak dobrze zastanowimy, to ta „amerykańska myśl techniczna” nie jest niczym rewolucyjnym. Profesor Bogdan Wojciszke w „Psychologii miłości” pisze, że namiętność wygasa, gdy pogłębia się intymność. Z kolei psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzesińska napisała kiedyś w jednym ze swoich felietonów, że „nie pożąda się wnętrza własnej kieszeni” – czy nie jest to więc w gruncie rzeczy to samo?

Nie dla każdej i nie dla każdego utrata namiętności będzie problemem. Istnieją takie pary, dla których spokojne, poukładane życie będzie wartością ponad wszystkie. Ale... nie wszystkim zależy na tym samym, dlatego może warto zastanowić się, jak działa namiętność.

Metamorfozy namiętności

Dawniej małżeństwo widziane było jako swoista umowa: para spotykała się, aby na korzystnych dla obu stron warunkach stworzyć dobrze funkcjonującą „firmę”, która pozwoli na wychowanie w dostatku potomstwa. Namiętność (nie mówiąc o miłości) nie była warunkiem sine qua non tego układu. Dziś sprawy mają się inaczej. Rewolucja seksualna, ruch feministyczny, wynalezienie tabletki antykoncepcyjnej pociągnęły za sobą nieodwracalne zmiany w zbiorowej świadomości. Seksualność stała się własnością jednostki, jednym z elementów naszej tożsamości. Tym, co pcha nas w stronę drugiego człowieka, jest przede wszystkim silna chemia. Każdy, kto tego doświadczył, wie, jak jest na początku: ogromne pragnienie drugiej osoby, chęć zbliżenia do niej i posiadania jej. I ogromna niepewność.

To właśnie ona i lęk przed utratą podsycają namiętność. Im bardziej relacja jest niepewna, niepoparta kontraktem (rozumianym nie tylko jako małżeństwo, ale np. jako szczera deklaracja), tym większe jest pragnienie. Im większa jest ciekawość, tym większa namiętność. Im więcej barier i przeszkód do pokonania, tym większy nasz zapał. Z tych silnych emocji wykluwają się owe słynne motyle w brzuchu. Jeśli jednak związek uzyska stabilność, para zna się już dobrze, wie, czego po sobie wzajemnie oczekiwać, i przypieczętowała uczucie sakramentalnym (bądź niesakramentalnym) „tak”, relacja powoli zaczyna przechodzić metamorfozę.

To, co sprzyja namiętności, niekoniecznie służy harmonijnemu pożyciu. Na co dzień chcemy się bowiem czuć bezpiecznie, wiedzieć, na czym stoimy, tworzymy związek oparty na porozumieniu i kompromisach. Gwałtowne emocje nie są dobrym fundamentem dla budowania domu, wychowywania dzieci. A człowiek to kontinuum, nie zawsze jest w stanie włączyć silne emocje, wchodząc do sypialni, by zaraz potem wyłączyć je, biegnąc do dziecinnego pokoju na przykład. Zwykle w tym „obiegu energetycznym” straty sytuują się po stronie sypialni. I cóż począć, skoro żyjemy właśnie w czasach, gdy udany, emocjonujący seks stał się konieczny, byśmy czuli się spełnieni? To, że we wszystkich mediach, w filmie, literaturze, a także przez psychologów jesteśmy przekonywani, że mamy prawo do szczęścia, przyjemności i dbania o swoje potrzeby, z jednej strony popycha nas do odważnego sięgania po swoje, z drugiej natomiast czyni nas seksualnymi frustratami. Bo namiętność, niestety, przemija. Czy jednak musi?

 

Znany nieznajomy

Psychologia podpowiada nam, że jeśli nie możemy zmienić elementów rzeczywistości, powinniśmy zmienić swoje nastawienie do tego, co nas uwiera. Autorka „Inteligencji erotycznej” przekonuje nas, że pewność i stałość, które są składnikami bezpiecznego związku, a jednocześnie z czasem zabójcami namiętności, są tak naprawdę złudzeniem. Opisujemy siebie wzajemnie serią dogmatów: „on nie zrobiłby nigdy tego”, „ona zdecydowanie nie lubi tamtego”, i święcie wierzymy w to, że nasz partner będzie się zachowywał zgodnie z przypisaną mu rolą. A przecież niczego w życiu nie możemy być pewni, łącznie z tym, czy dożyjemy jutra. Tak naprawdę też nigdy nie znamy naszej drugiej połowy tak dobrze, jak nam się wydaje. Każdy nosi w sobie element nieprzewidywalnego, nawet jeśli na co dzień zachowuje się rutynowo.

Jeśli przyznamy sobie wzajemnie autonomię, prawo do tajemnicy – powróci oczywiście niepewność, ale też pożądanie napędzane tym, co nieznane. Jeśli od czasu do czasu spojrzymy na starego poczciwego męża jak na zupełnie obcego mężczyznę, który być może ma swoje niewypowiedziane pragnienia, zapewne uda nam się poczuć tę ekscytację, która pchnęła nas kiedyś w ramiona tego mężczyzny.

Nie rozmawiajmy o tym

Ileż to razy słyszeliśmy, że dla stworzenia dobrego związku konieczne jest porozumienie. Słowa, słowa, słowa. Rozmowy, jasne deklaracje, przejrzystość i czytelne manifestowanie swoich potrzeb. Dzięki nim osiągamy bliskość, poczucie intymności. Talenty komunikacyjne to domena kobiet. To kobiety wnoszą do związku otwartość w mówieniu o emocjach, o uczuciach – rzesze psychologów twierdzą, że to dobrze. „Powiedz mi, co czujesz, porozmawiajmy o tym”, słyszymy to i czytamy w co drugim poradniku. Tymczasem ogromna część męskiej tożsamości opiera się na samokontroli i niewrażliwości. Zdolność do wyrażania (słownego) emocji nie jest cechą „prawdziwego mężczyzny”. A takiego przecież każda z nas chciałaby mieć w sypialni. Jeśli pragniemy ognistego seksu, trzeba się na to zgodzić – twierdzi Perel. Komunikacyjne ograniczenia mężczyzn często prowadzą do rozwinięcia innych, niewerbalnych sposobów narracji. Ciało może pomóc w wyrażaniu bliskości emocjonalnej. Warto mieć w pamięci, że bardzo często seks jest jedynym sposobem, w jaki mężczyzna wyraża bliskość. Zamiast się zastanawiać, czy on rozumie, co mówię, czy nie, lepiej pozwolić mu mówić, tak jak potrafi. I druga rzecz: bezgraniczne otwieranie się przed drugą osobą, mówienie jej wszystkiego jak na spowiedzi eliminuje z życia tę niezbędną tajemnicę. I może szkodzić namiętności.

Z perspektywy swojej ponadtrzydziestoletniej praktyki terapeutycznej pani Perel twierdzi, że wiara w równouprawnienie, budowanie zgody, kompromis, uczciwość i wzajemną tolerancję może prowadzić do bardzo nudnego seksu. Świat erotycznych fantazji nie ma nic wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim.

Często bywa tak, że przedsiębiorcze i nadodpowiedzialne kobiety marzą o tym, by ich mężczyzna rządził nimi w sypialni, chcą być zniewolone. I przeciwnie: mąż, który nienawidzi, gdy żona wydaje mu polecenia w kuchni i w salonie, uwielbia, gdy dyryguje nim w sypialni. Dystrybucja władzy i kontroli jest bardzo ważnym elementem życia erotycznego. Lepiej, co sugeruje autorka, pozwolić sobie na opuszczenie stanowisk, na których się okopaliśmy. To, że pozwolimy się zakuć w kajdanki z futerkiem, nie sprawi, że będziemy niewolnikami poza sypialnią. Element lekko perwersyjnej gry (za zgodą obu stron) tylko podgrzewa atmosferę. Przekraczanie granic, łamanie tabu i tracenie kontroli – bo poddanie się własnym fantazjom to właśnie tracenie kontroli – daje nam dostęp do ogromnych pokładów namiętności.

Niepoprawna wyobraźnia

Trzeba się z tym pogodzić: to, co nas podnieca, czego pragniemy i o czym fantazjujemy, często nie pasuje ani do preferowanego obrazu ja, ani do moralności, ani do ideologii, którą się kierujemy. Mężczyźni marzą o seksie z prostytutką, aby namiętniej się kochać z żoną, kobiety pragną rozkosznych chwil w ramionach brudnego motocyklisty (choć mężowie noszą garnitury od Hugo Bossa, które im same kupują) albo z psychopatycznym eks-chłopakiem, za którego w życiu by nie wyszły. Erotyczna wyobraźnia zasilana jest uczuciami dalekimi od poprawnych: agresją, zwierzęcą żądzą, infantylnymi potrzebami, władzą, zemstą, egoizmem i zazdrością. Gdyby je dopuścić do głosu, mogłyby zniszczyć związek. Bezpieczniej zepchnąć je do sfery wyobraźni. Mądrzej – potrafić czerpać z nich radość.

Jeśli zaakceptujemy własne fantazje, radośniej i pełniej będziemy korzystać z seksu. Dla niektórych par dzielenie się nimi jest elementem gry miłosnej. Jeśli zgodzimy się na to, co w nas drzemie, o niektóre rzeczy będziemy umieli poprosić. Jeśli nas to bawi, można się posunąć do inscenizacji wymarzonych scenek, odgrywać zupełnie inne role, powędrować w świat Emmanuelle. Nie ma w tym nic złego. Wyobraźnia to tylko wyobraźnia. Jak słusznie zauważa autorka, sceny gwałtu, o których fantazjują kobiety, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością: gwałciciele z fantazji są nad wyraz łagodni. Za takim wyobrażeniem kryje się często pragnienie bycia zdominowaną, bo tylko taki wyobrażony przymus wyzwala rozkosz: sama sobie na to nie pozwolę, ale przecież zostałam zmuszona.

Odmówienie sobie prawa do namiętności jest tym balastem wynikającym z purytańskiego wychowania, który kobiety dźwigają od stuleci. Bo nam nie wolno. Bo mamy być jak Matka Boska.

Spontaniczne planowanie

Wśród wielu rad Esther Perel kluczowa wydaje się jedna: dobry seks trzeba planować. Trzeba się nad nim zastanawiać, dopuścić do głosu własne pragnienia i robić, co nam się podoba. Jeśli pożądamy pożądania, czasem trzeba odstawić inne sprawy na bok i zająć się rozniecaniem ogniska, ale nie domowego, tylko w sypialni.

Planowanie nie musi być rozumiane jako brak spontaniczności (przecież nie będziemy rozpisywać całego aktu na minuty). To czekanie, pragnienie i tęsknota. Niepewność, czy się uda. Słowem, wszystko to, co sprzyja namiętności.

Tekst archiwalny

  1. Psychologia

Na czym polega prawdziwa bliskość w związku? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Co sprawia, że stajemy się dla siebie wyjątkowi i jedyni? Jakie są składniki miłości, bez których to uczucie jest tylko ściemą? Intymność i bliskość. Jak je budować? Zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dla tych, którzy mają szczęście być od lat w trwałych związkach, oczywiste jest, kto jest im najbliższy. Ale jeśli ktoś ma kilku byłych, trudno mu czasem się rozeznać. Miłość bez bliskości i intymności nie istnieje. Na wszystkich poziomach: emocjonalnym, cielesnym i duchowym – lub przynajmniej na jednym z nich – naturalnie i odruchowo dążymy do bliskości. Bierze się to z głębokiej potrzeby, by przynajmniej jedna osoba na tym świecie wiedziała o nas wszystko i mimo to nas kochała, a przynajmniej akceptowała. I żebyśmy my kochali jakąś drugą osobę, mimo że wiemy o niej wszystko. Tak więc w związku umieszczamy nasze głębokie pragnienie bycia kochanym bezwarunkowo, absolutnie. Na tym się zasadza dążenie do bliskości i tym jest prawdziwa bliskość. Ale możność obdarzenia kogoś absolutną miłością jest równoznaczna z tym, co nazywa się przebudzeniem. W relacjach międzyludzkich manifestuje się ono tym, że umiemy wybaczać i kochać innych, ale i siebie mimo wszystko. Niestety, niewielu z nas uświadamia sobie, jak głębokie wyzwanie jest uwikłane w miłość. Nie traktuje więc jej jako wehikułu duchowego treningu. A ci, którzy sobie to uświadamiają i podejmują wyzwanie, przekonują się, że to chyba najtrudniejsza z duchowych ścieżek.

Dlaczego najtrudniejsza? Po pierwsze, jeśli tylko jedno z uczestników związku dostrzega w nim szansę na duchowy rozwój i poważnie ją traktuje, to prędzej czy później drugie się zniechęci. Na przykład jeśli partner nas krzywdzi, poniża i wykorzystuje, a my mu to nieustannie wybaczamy – nie widząc z jego strony żadnej skruchy, chęci zmiany czy zadośćuczynienia – to nas demoralizuje. Sami wtedy uprawiamy świętoszkowatość, a nie świętość, uznając za cnotę swój brak odwagi w stawianiu granic.

Po drugie, często mamy pokusę bycia w związku wyłącznie biorcą wybaczającej, wszechogarniającej miłości, zapominając o świętej zasadzie wzajemności, czyli nie wymagaj i nie oczekuj od partnera tego, czego nie wymagasz od siebie.

Po trzecie, w bliskim związku łatwo odżywają i odzywają się wszystkie nasze traumy, zranienia i rozczarowania wyniesione z relacji z rodzicami i innymi ważnymi dla nas w dzieciństwie ludźmi. A te negatywne emocje bywają tak silne, że jeśli ich szybko nie ogarniemy z pomocą terapeuty, to rozwalą nam związek w kilka miesięcy. Wtedy zamiast bliskości pojawia się dystans, walka w imię obrony przed kolejnym zranieniem.

Po czwarte, bliski związek demaskuje wszystkie pozory i hipokryzję, czyli każdy rozdźwięk pomiędzy tym, co deklarujemy i uważamy na własny temat, a tym, jak się zachowujemy. Bliskość wymaga rezygnacji z masek i pozorów, co budzi lęk przed kompromitacją i odrzuceniem…

Chronimy się chyba szczególnie, jeśli przeżyliśmy miłosne zranienie już w dorosłym życiu… Każdy poczuł się kiedyś odtrącony, ale robimy ogromny błąd, jeśli z tego powodu zamykamy się na dojrzałą, ewoluującą ku doskonałości miłość i na objęcie nią drugiego człowieka. Warto zaryzykować. Ale czasem tak się boimy rozstania i zranienia, że wolimy połowiczną, a przez to bezpieczną bliskość z kilkorgiem ludzi niż ryzykowanie całkowitej  bliskości z wybraną osobą. Zwłaszcza że bliskość i intymność są możliwe bez miłości, na przykład w przyjaźni, a te dziś bywają trwalsze niż małżeństwo. W przyjaźni odczuwamy czasem większą zażyłość niż w miłości. Bo na przykład przyjaciela mamy od szkoły średniej, a partner, z którym jesteśmy, to już nasz szósty związek. Takie są czasy, że relacje zbudowane na przyciąganiu seksualnym nie muszą mieć miłosnego wymiaru, więc są z definicji nietrwałe. Dlatego przyjaciel czy przyjaciółka, z którymi nie mamy seksualnej intymności, są nam często bliżsi niż partnerzy seksualni. Wspólnota seksualna traci rangę wskaźnika bliskości i siły związku.

A więc wspólny seks nie jest już przestrzenią, która pozwala nam uznać, że łączy nas coś jedynego, wyjątkowego? Coraz częściej nie jest. W ogromnej mierze decyduje tu emancypacja ekonomiczna i obyczajowa kobiet, które już nie muszą sprawdzać determinacji, wytrwałości i dojrzałości swoich seksualnych partnerów, bo w razie pomyłki i tak sobie same poradzą. Oczywiście, są jeszcze tacy, dla których wspólnota seksualna oparta na wyłączności nadal jest wyznacznikiem relacji najbliższej i najważniejszej. Obawiam się jednak, że wkrótce trafią do kategorii obyczajowych dinozaurów. A ja nie powiem ci, czy to dobrze, czy źle…

Może więc zdefiniujmy intymność i bliskość. Ale na nowo. Na czym polega dzisiaj  intymność i bliskość w związku? Zaryzykuję tezę, że o intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. Wtedy istnieje większa szansa na wzajemny szacunek, miłość i trwałość, a także na to, co tak ważne w związkach – że zamiast nieustannie z płonną nadzieją, że ten drugi jest źródłem szczęścia, gapić się na siebie nawzajem, będziemy patrzeć i podążać w tym samym kierunku. Seks też powinien być wtedy bardziej udany. A w razie pojawienia się dzieci wychowywanie ich będzie też bardziej spójne i bezkonfliktowe.

A co ze szczerością? Często się zdarza, że żona czy mąż, partner lub partnerka nie są tymi osobami, którym możemy najwięcej o sobie powiedzieć. Głównie dlatego, że większość z nas pozostających w stałych, bliskich związkach zazwyczaj po maksimum pięciu latach zaczyna przeżywać trudności, które są zamiatane pod dywan i w związku z tym toczy z partnerem/partnerką różne gry i batalie. Wprawdzie mieszczą się one w przestrzeni wzajemnej relacji i nie dewastują tego, co ich łączy, ale sprawiają, że po obu stronach rośnie przestrzeń sekretów. Bo gry najczęściej polegają na udawaniu i blefowaniu. I tak kończy się marzenie o absolutnej szczerości. Wtedy przyjaciel czy przyjaciółka są lepszym adresem.

Gry? Rozumiem, że trzeba je zakończyć? Tak byłoby najlepiej. Jednak często obawiamy się tego, co by się stało, gdybyśmy powiedzieli prawdę, boimy się przesadzonej reakcji drugiej strony. Na przykład straciliśmy pracę. A mamy taki uraz z rodzinnego domu czy z poprzedniej relacji, że jak przyznamy się do porażki, to zostaniemy odrzuceni.

I naprawdę można wtedy mówić o bliskości? Tracę pracę i nie mówię mężowi? Trochę to dziwne. Ale ludzie tak właśnie robią. Mąż może się załamać, a ty możesz dziś nie mieć na to siły. Bywa, że cudny człowiek ma na jakimś punkcie uraz. I co? Czekasz na dobry moment, żeby mu o tym powiedzieć. Albo liczysz na to, że znajdziesz nową pracę i wtedy dopiero powiesz, co się wydarzyło. W międzyczasie nosisz to w sobie, choć ci ciężko. A kiedy już nie dajesz rady unieść tego sama, idziesz do przyjaciela: „Mój facet o tym nie wie i nie mogę mu o tym powiedzieć, boby się załamał”. A w tym samym czasie twój facet idzie do przyjaciela i mówi: „Wiesz, moja kobieta jakoś dziwnie się zachowuje, jest wycofana, może przeczuwa, że ukrywam przed nią to, o czym ostatnio rozmawialiśmy…”.

No właśnie. I to nie jest w porządku! Nie ma co oceniać, czy to jest porządku, czy nie. Każdy związek jest inny i nie można narzucać ludziom, jak mają razem żyć. Para może żyć przez lata na dystans, nie rozmawiać ze sobą i jakoś korzystać choćby z tej odrobiny bliskości i wsparcia, jaką mogą sobie dać i jaką mogą przyjąć. Seks, jeśli w ogóle jest, niewiele tu zmienia w wymiarze ich bliskości. Dla ciebie to byłoby tak mało, że nie do zniesienia. Ale dla nich to prawdopodobnie szczyt bliskości. Czy mamy im zakazać milczenia przy kolacji i chodzenia na pogawędki do przyjaciół? Jeśli ktoś boi się bliskości, to niech choć z przyjacielem pobędzie bliżej.

Ale wraca podstawowe pytanie: czy łączy nas wtedy bliskość? Tak, bo ona nie wymaga stuprocentowej gotowości do zwierzeń i całkowitego odsłonięcia. Każdy ma prawo do myśli i uczuć, którymi się nie dzieli. Zagrożeniem jest przemilczanie ważnych spraw, takich jak na przykład seks. Często gdy seks staje się problemem, nie jesteśmy szczerzy. Ona nie powie mu, że jest kiepski w łóżku, więc udaje orgazmy. A on, jeśli nie ma w sobie pożądania, nie powie, by jej nie robić przykrości. Bierze więc viagrę po kryjomu i milczy. Albo pogada z przyjacielem… Niestety, bywa, że jak za dużo przemilczamy, w końcu dochodzi do rozstania. Dlatego warto pamiętać, że sprawy dotyczące tego, co nas łączy, a szczególnie te intymne, powinny być znane obojgu. Tylko wtedy możemy je wspólnie rozwiązywać.

Granice, co komu wolno mówić, chyba przesunęły się na skutek wzrostu liczby rozwodów i związków partnerskich. Co pewnie też sprzyja rozstaniom? Pewnie tak. Ludziom coraz trudniej dziś rozmawiać bezpośrednio i szczerze. Chętniej ujawniamy prawdę o sobie tam, gdzie czujemy się bezpieczni, czyli anonimowo w Internecie. Ale warto pamiętać, że jeśli ma być blisko, nie może być anonimowo.

Przyjaźń to szczerość, bliskość i bywa, że intymność, ale bez seksu. Tylko co, jeśli zwierzamy się z problemów w związku swojemu eks, bo teraz to, co nas łączy, nazywamy przyjaźnią? Jeśli nie ma w tym podtekstu erotycznego ani sugestii, że przyjaciel czy przyjaciółka byliby lepszymi partnerami lub kochankami, to dlaczego nie mają się sobie zwierzać? Pod warunkiem że mogą liczyć na dyskrecję i lojalność. Nasi byli, jeśli przyjaźnimy się po rozstaniu, mogą być cennymi doradcami i obserwatorami. Ale w tym wypadku trzeba uważać na to, żeby nie opowiadać o nowych partnerach, lecz wyłącznie o sobie.

No co ty? Mogę pierwszemu mężowi opowiedzieć o tym, jak sobie żyję z obecnym partnerem? Podkreślam: możesz mówić o tym, co ciebie dotyczy, nigdy o tym, co jest  wyłącznie sprawą partnera, i tylko wtedy, kiedy jesteś pewna dyskrecji i lojalności słuchacza. Ważna jest twoja świadomość intencji, która stoi za tym, że tej właśnie osobie się zwierzasz: czy nie dążysz do wskrzeszenia dawnego uczucia między tobą a byłym partnerem. A może prowadzisz grę z byłym o to, kto ma teraz lepiej albo gorzej? Czy to na pewno zwykła rozmowa z kimś, kogo lubisz i kto cię rozumie?

Zamieszanie wynikające z tego, że związki są nietrwałe, powoduje, że czasem angażujemy się bardziej w sprawy byłej żony czy męża niż obecnych partnerów. To kwestia tego, gdzie w tej sprawie stawiają nam granice obecni partnerzy. I trzeba zapytać także siebie: „Z kim teraz jestem najbliżej?”. Ten problem dotyczy najczęściej mężczyzn, którzy odeszli od poprzednich partnerek i mają z nimi dzieci. Wtedy albo poczucie winy, albo poczucie odpowiedzialności sprawia, że mężczyzna przesadzi z pomaganiem byłej. A powinien poukładać sobie priorytety. Odradzam dążenie do sytuacji, w której każdy dorosły człowiek ma tylko jedną osobę do dzielenia się ważnymi dla siebie sprawami. I że to ma być tylko ta osoba, z którą sypiamy i żyjemy na co dzień. Bliskie związki to teren tak trudny i zaminowany, że poruszający się w nim potrzebują często grona doradców i konsultantów. Umówienie się na to, że o ważnych sprawach rozmawiamy tylko we dwójkę, kazałoby nam błądzić po omacku, zamiast pytać przechodniów o drogę. Byłoby to więc nierozsądne. A często też niezdrowe, bo tworzyłoby w związku nadmierne ciśnienie spraw niezałatwionych.

  1. Seks

Co faceci myślą o kobiecym orgazmie?

Dla wielu mężczyzn rozkosz seksualna partnerki świadczy o wzajemnej bliskości, dla innych doprowadzenie kobiety do orgazmu jest kwestią ambicji. (fot. iStock)
Dla wielu mężczyzn rozkosz seksualna partnerki świadczy o wzajemnej bliskości, dla innych doprowadzenie kobiety do orgazmu jest kwestią ambicji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jak wyglądają męskie przemyślenia na temat naszych orgazmów? Z myślą o książce „Daj sobie prawo do przyjemności” zebrałam listy i komentarze również od przedstawicieli płci przeciwnej. Ogólnie rzecz biorąc, wynika z nich, że kobiece szczytowanie daje mężczyznom ogromną radość  – pisze Marja Kihlström.

Jak wyglądają męskie przemyślenia na temat naszych orgazmów? Z myślą o książce „Daj sobie prawo do przyjemności” zebrałam listy i komentarze również od przedstawicieli płci przeciwnej. Ogólnie rzecz biorąc, wynika z nich, że kobiece szczytowanie daje mężczyznom ogromną radość  – pisze Marja Kihlström.

W wielu wypowiedziach wyraźnie się potwierdza, że przyjemność partnerki jest dla nich równie ważna, co ich własna satysfakcja z seksu.

Podczas stosunku skupiam się na orgazmie partnerki co najmniej tak samo, jak na swoim własnym. Kiedy upewniam się, że doszła, jestem w stanie się zrelaksować i jeszcze bardziej cieszyć z tego, co sam przeżywam. Orgazmy mojej kobiety stają się też coraz silniejsze, kiedy dochodzi kilka razy. Oboje możemy tylko wygrać.

Mężczyzna, 45 lat

To dla mnie szczególne ważne, aby móc doświadczać tego, jak moja kobieta szczytuje. Jeśli tylko mogę, chcę w tym aktywnie uczestniczyć. Chodzi tu trochę o to, żebym mógł później powiedzieć do siebie w myślach: ” to ja jej to dałem”. Jestem co najmniej rozczarowany, jeżeli okazuje się, że tylko ja osiągnąłem orgazm, a jeszcze większym problemem jest dla mnie sytuacja, gdy dochodzi do tego często. W skrócie: jeżeli moja kobieta nie jest zadowolona, ja też nie jestem.

Mężczyzna, 47 lat

Orgazm kobiety jest cudowny także dla jej partnera, bez względu na to, w jaki sposób został osiągnięty. Jeden z mężczyzn uznał za ważną lekcję to, czego nauczył się już w młodym wieku – że dla kobiety stosunek niekoniecznie jest zawsze na pierwszym miejscu. W pracy terapeutki seksualnej często radzę klientom, aby poszerzyli swoje rozumienie seksu i przestali stawiać w centrum samą penetrację.

Moja pierwsza dziewczyna doświadczała bólu podczas stosunku. Na dobrą sprawę, był on tak silny, że penetracja była praktycznie niemożliwa. Musieliśmy wymyślić inne sposoby na uprawianie seksu. Później zrozumiałem, że okazało się to dla mnie błogosławieństwem. Od razu, jeszcze jako młody facet, dostrzegłem, że seks to coś innego niż parominutowe pieprzenie. W myślach żartobliwie mówię sobie, że pieprzenie to tylko jego ostatnia prosta. Wcześniej trzeba przebiec długą drogę. Tamten związek nauczył mnie wiele o kobiecych orgazmach. Dowiedziałem się, jak sprawiać partnerce przyjemność palcami i językiem.

Mężczyzna, 41 lat

Często mężczyźni o mniejszym doświadczeniu w relacjach seksualnych z kobietami odczuwają ogromną presję, żeby doprowadzić partnerkę do mety. Mądry partner odważnie zapyta kobietę, co daje jej największą satysfakcję. Jak już wcześniej wspomniałam, panuje błędne przekonanie, że mężczyzna wie o  kobiecej przyjemności wszystko i zawsze musi być tą bardziej aktywną stroną. Kobieta tak samo może przejmować inicjatywę i prowadzić partnera w nowe obszary seksualności, tym samym uwalniając go od ciężaru pełnej odpowiedzialności za ich oboje.

Kiedy byłem młodszy, czułem presję, żeby zapewnić kobiecie podczas stosunku przynajmniej jeden orgazm. Nie do końca wierzyłem, kiedy mówiła, że nie musi za każdym razem szczytować. Zastanawiałem się, czy może nie jestem przypadkiem kiepskim kochankiem – a ona mówi tak tylko dla świętego spokoju. Z wiekiem sam przestałem dochodzić za każdym razem. Seks może dawać mnóstwo satysfakcji, nawet jeśli żadne z partnerów nie osiąga orgazmu.

Mężczyzna, 45 lat

Zgodnie z moimi doświadczeniami, już na początku intymnej relacji opłaca się w zrelaksowanym tonie porozmawiać o kobiecym orgazmie. Wydaje mi się, że moje partnerki doceniły to, że zainteresowałem się tematem, że wprost zapytałem je na przykład, jak zazwyczaj najłatwiej jest im dojść.

Mężczyzna, 25 lat

Każda kobieta, którą doprowadziłem do orgazmu, chciała dojść. Każda wiedziała, czego pragnie, a ja byłem tylko częścią całego tego wspaniałego procesu.

Mężczyzna, 39 lat

Kobiece trudności z  osiągnięciem orgazmu mają wpływ również na mężczyznę – niektórzy mówią wręcz, że jest to dla nich bardzo trudne. Szczególnie milczenie na temat problemu, z którego oboje partnerzy zdają sobie sprawę, może na dłuższą metę pogorszyć sytuację. Jedną z  możliwych konsekwencji jest zniechęcenie i  apatia – które z kolei prowadzą do tego, że obie strony czują się wybrakowane.

Moja żona była w stanie dojść tylko podczas masturbacji. Źle się z tym czułem, choć próbowałem to sobie tłumaczyć na wszelkie możliwe sposoby. Seks zaczął mi się wydawać jednostronny i nudny. Muszę przyznać, że czuję, jakbym zawiódł jako mężczyzna, skoro nie potrafię nawet zadowolić swojej kobiety. I w żaden sposób nie pociesza mnie myśl, że niekoniecznie jest to moja wina. To uderza w moją męskość. Rozumiem świetnie, że niektóre kobiety udają orgazmy, żeby nie przynosić mężczyznom rozczarowania. Sam nigdy nie chciałem, żeby ktokolwiek przede mną udawał. Lepiej być szczerym i bezpośrednim, bo to może być kluczem do zmiany. Jeżeli mężczyzna szanuje i kocha swoją partnerkę, to nie obrazi się na jej szczerość, tylko odbierze takie zachowanie jako oznakę zaufania.

Mężczyzna, 41 lat

Doświadczenia tych mężczyzn pokazują, że zagadnienie kobiecej przyjemności budzi ogromne emocje również u płci przeciwnej. Kiedy partnerka nie szczytuje, faceci łatwo zaczynają podważać swoją wartość i męskość. Nic dziwnego, że rozmowy na ten temat są trudne – poruszamy się po polu minowym uczuć obu stron. Obnażamy się bardziej, niż kiedy zdejmujemy ubrania. Ale właśnie w takich momentach rozmawianie jest szczególnie ważne – nie możemy pozwolić, żeby przykre uczucia stanęły między nami a naszymi partnerami. Kobiety jednak także mogą odbierać wsparcie partnera jako frustrujące, bo dla nich samych sytuacja jest często jeszcze bardziej osobista i trudna.

Dzisiaj bardziej denerwuje mnie, tylko kiedy facet robi z tego wielkie halo. Każdy partner zna moją historię i chce być tym wyjątkowym – lepszym od poprzedników – któremu uda się doprowadzić mnie do orgazmu. Wszystkim ktoś powiedział, że są dobrzy w łóżku, że dobrze liżą czy mają wielkie jaja. Mnie to wcale nie przeszkadza; nigdy nie zakładam, że komukolwiek powinno się udać sprawić mi przyjemność za pierwszym razem. Ale dla faceta to z jakiegoś powodu okropnie trudny orzech do zgryzienia, kiedy nie rozumie, że sam też jest tylko człowiekiem. ” Chcę tylko, żebyś się dobrze bawiła” – to pełne rozczarowania pojękiwanie, kiedy po seksie leżymy w łóżku, znam aż za dobrze. Sama myśl jest dobra i ujmująca, ale mam już dość ciągłego podbudowywania czyjegoś ego.

Kobieta, 20 lat

A jak nasz orgazm wygląda w oczach mężczyzn? Sama się nad tym zastanawiałam. Poniżej jedna z najpiękniej ­ szych odpowiedzi, które do tej pory słyszałam:

W tych chwilach, kiedy patrzę, jak jej kark lekko wygina się do tyłu, zrelaksowany po orgazmie – mam przed sobą piękno, którego istnienia wcześniej nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić. Jest moją najpiękniejszą, wymarzoną kobietą.

Mężczyzna, 41 lat

Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko”.

  1. Seks

Skąd biorą się problemy seksualne?

Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W Internecie znajdziemy taki obrazek: mężczyzna pyta zgromadzony tłum: "Kto chce zmiany?" Wszyscy podnoszą ręce. "A kto chce się zmienić?” Nikt nie podnosi. Podobnie jest z życiem seksualnym. Wszyscy chcemy lepszego seksu, ale nikt nie chce zmienić siebie. Liczymy na to, że na wszystkie problemy pomoże nam tabletka – mówi Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta.

Mężczyzna, lat 36. Trzy stosunki w życiu. Nigdy nie był w związku. Seks za każdym razem kończył się zaburzeniami erekcji. – Nie ma w tym nic dziwnego, bo jeśli kochasz się kilka razy w życiu i zawsze z nowymi partnerkami, to nie masz doświadczenia jako kochanek i twój poziom lęku jest bardzo duży – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta. – Mężczyzna zastanawia się wówczas: „Co ona o mnie pomyśli? Może mam za małego? Może za dużego?”. Podobnie, kiedy nie buduje z kobietą bliskości. Wówczas wyobraża sobie, że jak gwiazdor porno musi się wykazać. No, a jeśli wgra sobie to przeświadczenie, płynie do jego ciała lęk, strach, przerażenie, a to nie są zbyt podniecające uczucia. Naturalną koleją rzeczy są w tej sytuacji zaburzenia erekcji. A kolejnym statystycznym krokiem jest zamówienie leków na potencję w Internecie, jednak one niewiele pomogą.

Bo czymś, co wyeliminuje obawy takiego mężczyzny, a więc i problem ze wzwodem, jest zbudowanie ciepłych relacji z kobietą. Ale najczęściej pacjent nie chce o tym słuchać, on chce dostać tabletkę, która załatwi sprawę. Podczas rozmowy z terapeutą przyznaje, że ma poczucie, że żadna kobieta się nim nie zainteresuje, bo jest brzydki, ma nieciekawe życie. Andrzej Gryżewski: – Mężczyzna przychodzi ze zrujnowaną samooceną. I wierzy, że farmakologia pomoże mu poczuć się pewnym siebie, umieć prowadzić dialog z kobietą, poderwać ją, a potem w łóżku się wykazać. Ale żeby tak się stało, w takiej tabletce musiałyby być geny z umiejętnościami społecznymi, które zmieniałyby osobowość. Jak go przekonać, że potrzebna jest mu psychoterapia?

– Zapytałem pacjenta, który przyznał się do niskiej samooceny, jak długo ktoś mu tę samoocenę dezawuował – opowiada Andrzej Gryżewski. – Babcia mnie wychowywała i przez lata ośmieszała w zemście za dziadka, który ją opuścił. Rodzice? Robili karierę i w ogóle się mną nie zajmowali. Nie, nie miałem żadnej dobrej relacji.

– A gdyby chciał się pan nauczyć chińskiego, to ile by to trwało?

– Ze 400 roboczogodzin.

– No właśnie. A jeśli chodzi o budowanie relacji, bycie dobrym kochankiem, to ile czasu na to trzeba?

– To co innego!

– A gdyby chciał pan popracować nad sylwetką, poszedłby pan na siłownię. Ile czasu trzeba, żeby były efekty?

– No, kilka miesięcy...

– A czy nie może być podobnie z seksem?

– No, nie...

Specjalista szuka kolejnej metafory, by wreszcie trafić do wyobraźni pacjenta i spowodować, by pomyślał, że jest inne rozwiązanie niż pigułka. Że zamiast łykać medykamenty, lepiej wzmocnić poczucie wartości, nauczyć się budowania relacji i nabyć rzetelną wiedzę dotyczącą seksualności człowieka.

– Tak właśnie pracujemy w gabinecie, w dużej mierze w najbardziej skutecznym nurcie, psychoterapii poznawczo-behawioralnej – mówi psychoterapeuta.

Złudzenie czy pomoc?

Zalewają nas reklamy cudownych środków na potencję dla mężczyzn, ale trafiają się też leki dla kobiet. Rynek konsumencki jest ogromny – aż 42 proc. mężczyzn i 46 proc. kobiet ma zaburzenia seksualne. Tylko 10 proc. z nich się leczy. A reszta?

– Suplementy reklamowane w prasie i w telewizji jako leki są dostępne w Internecie – mówi Andrzej Gryżewski. – Są popularne, gdyż co czwarty mężczyzna ma zaburzenia erekcji. Do 25. roku życia 60 proc. cierpi na przedwczesny wytrysk, a po 25. roku – 30 proc.

Tabletki na potencję reklamowane w mediach wydają się znakiem końca pruderii. Czy to znaczy, że psychoterapia seksuologiczna jest w odwrocie?

Andrzej Gryżewski: – Doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie przyczyna zaburzeń tkwi w psychice, skuteczną pomoc znajdziemy, zmieniając myślenie, pracując ze zniekształceniami poznawczymi i ucząc się, czym jest seksualność. Wiara we wszechmoc tabletek bierze się m.in. stąd, że do niedawna wszyscy, którzy zajmowali się seksuologią, to byli lekarze: Michalina Wisłocka, Kazimierz Imieliński, Zbigniew Lew-Starowicz, Andrzej Depko. A co za tym idzie, stosowali pomoc medyczną, leki. Dziś nadal wielu seksuologów to medycy. Jeśli więc przychodzi klient do seksuologa, który ma wykształcenie medyczne, to może liczyć na leki. Te zapisują też lekarze interniści, rzadko będący seksuologami.

– Gdy chodzi o zaburzenia wzwodu, które nie mają fizjologicznej przyczyny, leki mogą pomóc na chwilę, ale problem wróci, jeśli jego źródło tkwi w emocjach, mitach seksualnych, zniekształconych procesach myślowych – dodaje Gryżewski.

Ale mężczyźni upierają się przy tabletkach, bo mają poczucie, że jeśli wezmą niebieską pastylkę, to będą szaleć w łóżku przez wiele godzin. – To jeden z mitów, jakie ciągną się za lekami na potencję. Mitów, bo jak ktoś nie jest aktorem porno, a jego łóżko to nie scena, na której liczą się tylko wygibasy, nic z tego nie będzie. Dopasowanie się, uważność na to, jak dana kobieta układa się w rękach danego mężczyzny, decydują o erotycznym szaleństwie zmysłów – mówi Andrzej Gryżewski. Natomiast mężczyźni mają poczucie, że jedna pigułka rozwiąże wszystkie problemy i w seksie, i w związkach.

Czas żałoby

Matka umarła, kiedy miał 12 lat. Ojciec się psychicznie rozpadł. I on, dziecko jeszcze, musiał się zająć organizacją pogrzebu, załamanym ojcem i młodszą siostrą. Kiedy dorósł, poznał kobietę z depresją i się zakochał. A potem pojawiła się dwójka dzieci. Nie miał więc nigdy czasu na to, by przeżyć żałobę po matce. Dziś ma lat 43. Kiedy stoi na poczcie w kolejce i widzi kobietę podobną do mamy, zaczyna płakać. W radiu leci piosenka, którą ona lubiła – płacze. A w seksie... Właśnie dlatego przyszedł do seksuologa. Od wielu lat ma zaburzenia erekcji. – W czym nie ma nic dziwnego, bo jego organizm całą energię kieruje na nieprzeżywanie żałoby, odcięcie się od niej – mówi Gryżewski. – Na zwyczajne życiowe czynności zostaje mu 10 procent dziennej energii. By to zmienić, musiałby puścić te emocje, zmoknąć łzami do suchej nitki. Inaczej się nie da. Ale on tego się boi. Zaburzenia erekcji to czubek góry lodowej.

Ten mężczyzna myślał, że pomogą mu pigułki. Na szczęście dał się przekonać do pracy nad emocjami i po roku psychoterapii zaburzenia erekcji pojawiają się już tylko podczas jednej czwartej stosunków. Wcześniej zdarzały się za każdym razem.

Terapia polega na tym, że pacjent opowiada o matce, mówi, z czym ona mu się kojarzy. Odreagowuje swoje emocje. Ja mu pomagam je przeżyć w bezpieczny sposób.

Inny przypadek. 38-letni syn prawicowego polityka. W jego domu o ciele za wiele się nie mówi. To, co powyżej pasa, jest w porządku, co poniżej – zostaje przemilczane. Więc nikt z nim nie rozmawiał na temat seksu. Miał wgrane, że genitalia są nieczyste, że seks to choroby weneryczne, więc lepiej nie zajmować się tą sferą życia. Oczywiste więc było, że będzie miał problemy z erekcją. By się ratować, kupował tabletki w necie.

– Wszystkie, jakie można tam nabyć, są podobne do niebieskich tabletek, z tym że substancja czynna to koło 10 proc. składu, reszta (skrobia, cement) nie wpływa na wzwód – mówi Gryżewski.

Pacjent uzależnił się od tych leków psychicznie. Był przekonany, że tylko jak weźmie tabletkę, będzie dobrze funkcjonować w seksie i w ogóle w życiu. A jeśli nie weźmie... No właśnie! Nie dopilnował i skończył się zapas. Był pewny, że partnerka go odrzuci, a nawet jeśli nie, to seks na pewno się nie uda. To nie tylko cały dzień będzie do niczego, ale i życie. Żadnej innej kobiety już nie pozna.

– Mężczyźni, którzy mają niską samoocenę, już po dwóch razach mogą się uzależnić psychicznie od środków na potencję – mówi Andrzej Gryżewski. – Całą swoją samoocenę wyrzucają na zewnątrz i lokują w tabletce. A ten pacjent był marzeniem każdej kobiety: wysportowany, wysoki, trzy języki, a do tego miły. Przyszedł do mnie, bo przeczytał, że tabletki z netu nie są najlepsze i mają prawo nie zadziałać. A ostatnio właśnie przestały. Dlaczego? Jego przedostatnia partnerka stała się jego stalkerem. Po dwóch miesiącach bycia razem zauważył, że bierze narkotyki, i chciał się z nią rozstać. Powiedziała, że się zabije, i zaczęła wysyłać zdjęcia z inscenizacją samobójstwa: lina, tabletki, ostre narzędzia itp. Więc jednak nie zrywał z nią ostatecznie, a ona w tym czasie zaczęła wydzwaniać do jego matki. Matka interesowała się ogrodem i książkami Jane Austen. Dziewczyna zaznajomiła się więc i z ogrodnictwem, i z powieściami, by mieć o czym z nią rozmawiać. Dzwoniła do niej codziennie. Gdy więc matka się dowiedziała, że jej syn chce się z tą kobietą rozstać, zagroziła, że go wydziedziczy.

Nie poddał się, zaczął się spotykać z inną. Ale wtedy nasiliły się problemy z seksem. A tabletki przestały pomagać.

Andrzej Gryżewski: – Pacjenci często przychodzą i mówią: „To jest superskuteczne, czytałem w ulotce. Ja to brałem, ale nie pomogło, czyli to moja wina”. Mają tak zaniżoną samoocenę, że nie przyjdzie im do głowy, że ten lek może być do niczego. Przypisują więc winę wyłącznie sobie i ich poczucie wartości jeszcze dostaje dodatkowe baty. Załamują się.

Leki pomagają mężczyznom, którzy mają z seksem problemy z powodów organicznych. Na przykład cierpią na choroby kardiologiczne, w ich żyłach osadził się cholesterol, substancje smoliste itd. Viagra była początkowo podawana dzieciom chorym na serce, gdyż poprawiała jego ukrwienie. Gdy zobaczono, jak jest skuteczna, zaczęto podać ją dorosłym, a wtedy okazało się, że skutkiem ubocznym jest wzwód. Ale jeśli źródłem zaburzeń jest psychika, trzeba leczyć psychikę, leki działające na ciało nie rozwiążą problemu duszy, nie zmienią procesów myślowych. Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną.

Kobieta, która nie ma orgazmu

– Nigdy się nie masturbowała. Nie ma pozytywnych doświadczeń z mężczyznami. Dodatkowo jej rodzina nigdy pozytywnie nie mówiła o seksie. No, to ona ma prawo nie mieć orgazmów. Ale kiedy przychodzi do gabinetu, mówi: „Wie pan, słyszałam, że jak weźmie się niebieską tabletkę, to trzy noce można szaleć. Słyszałam, jak przez całą noc jęczała sąsiadka, kiedy ją zażyła. Pomyślałam więc, że jeśli ja, która mam problem z seksem, wezmę tę cudowną pastylkę, to i mnie pomoże. Wejdę wtedy w jakąś dobrą relację z mężczyzną, bo on będzie inaczej mnie traktować, jak mi lepiej pójdzie w łóżku” – relacjonuje Gryżewski. – Ale, niestety, nie tędy droga do szczęśliwego związku. Tabletka nie odmieni całego jej życia. A więc mówię do niej: – To ciekawe, ale warto zobaczyć, co też pani czuje. Zebraliśmy jej wszystkie problemy i policzyliśmy, ile czasu trzeba, by je rozwiązać. Razem wyszedł nam rok pracy. Zaleciłem jej trening masturbacyjny i lekturę książki „Monologi waginy”, która pomoże jej polubić własne genitalia.

To niezwykle ważne, bo jak kobieta chce uprawiać seks z sukcesem, to musi siebie tam też polubić. Jeśli nie ma świadomości, czym seks jest, jeśli nie ma wiedzy, jak się kochać i czemu to może nie wyjść, nie będzie miała udanego seksu.

Homoseksualni kochankowie

– W świecie homoseksualnej miłości jest większy nacisk na to, aby się wykazywać sprawnością – mówi Andrzej Gryżewski. – Gdy przychodzą do mnie geje z problemami seksualnymi, stosujemy model psychoterapii poznawczo-behawioralnej, tzw. ABC, gdzie A to sytuacja aktywizująca, B – przekonania, C – konsekwencje. Sytuacja: chcę mieć z kimś seks. Przekonanie: muszę się wykazać, bo od tego zależy, czy zbuduję relację; wszystko stawiam na jedną kartę. Konsekwencje: czuję duży lęk, niepokój.

Z takimi uczuciami obciążającymi nie zbudują niczego dobrego, bo to tak jakby nie tylko nieśli na plecach 50-kilogramowy worek, ale chcieli z nim przebiec maraton.

Psychoterapia polega na zdjęciu z nich tego obciążenia. Jak? Potrzebna jest analiza. Pytam: – Jak pan myśli, czego partner od pana oczekuje?

– Żebym przez cztery godziny miał sztywność członka.

– O! Ciekawe – odpowiadam. Myśli pan, że to realne?

– Tak!

– Owszem, coś takiego zdarza się w naturze, ale to jest choroba i nazywa się priapizm. Mówimy o niej, gdy sztywność członka utrzymuje się powyżej dwóch godzin. Wówczas trzeba jechać do szpitala, bo to grozi stałym uszkodzeniem prącia.

Mity, które rujnują życie seksualne oraz emocjonalne i hetero-, i homoseksualistów, biorą się głównie z filmów porno.

50 minut superharcowania? Ale to nagranie trwało cały dzień, było wiele przerw i stop-klatek. Osoba, która nie ma partnera na stałe, może ulec złudzeniu, że w łóżku wszystko polega na wytrzymałości i sprawności. A to idealne podłoże myślowe do poszukiwania superleku na potencję. Wówczas nie jest dostrzegane to, co ktoś inny czuje, myśli, czego pragnie. Liczy się sprawność. Jak w takiej sytuacji zbudować intymną, ciepłą i szczerą relację? No, nie da się, a gdy jej brak, problemy z seksem się nasilają, więc znów zaczynają się poszukiwania silniejszego leku.

  1. Seks

Seks bez miłości? Nie myl zakochania z pożądaniem

Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy naprawdę zawsze chodzi o miłość? A może pod tym grzecznym „ja – nim pójdę z kimś do łóżka – najpierw muszę się zakochać”, ukrywa się jakaś tajemnica? Może tak po prostu nie mamy odwagi przyznać, że lubimy seks? A jeśli tak jest, to co z tym zrobić – wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Często słyszę od singielek, które narzekają na brak seksu: „muszę się zakochać, zanim pójdę z kimś do łóżka”. Na początek podzielę się pewnym spostrzeżeniem z mojej praktyki, które dawniej mnie zdumiewało. Kiedy mówi się z kobietą, zazwyczaj jeszcze młodą, o szanowaniu siebie, to jej się to kojarzy wyłącznie z tym, żeby nie spać z byle kim. Czyli z porządnością seksualną, żeby być taką, jak mamusia sobie życzyła. Kobiety, zwłaszcza młode, myślą, że szanują siebie, gdy są grzecznymi dziewczynkami. Wiedzą, co jest właściwe. A że przy okazji są nieszczęśliwe, to zupełnie inna sprawa. Jakoś nie widzą związku między byciem nieszczęśliwą a tym, że się nie umieją „puścić”, a ja to słowo stosuję w szerokim kontekście. Opłaca się puścić wszystko, co ogranicza, co zabrania, co przeszkadza żyć w zgodzie ze sobą. Puścić się to przestać się bać, przestać się hamować w mówieniu „nie”, w okazywaniu złości, ale też w przeżywaniu radości, swobody. Puścić się to być sobą.

A w takim razie czym jest prawdziwy szacunek do siebie? Jeśli myślimy, że szanowana kobieta to taka poza seksualna, to trudno nam zrozumieć, że szacunek do siebie jest szacunkiem do osoby, dla mojego bytu, dla mojej wartości, dla mojej całości. Szacunek dla siebie jest niezwykle ważną postawą wobec siebie. Umiejętnością, którą wiele kobiet zdobywa dopiero w trakcie świadomej pracy nad sobą. A mówiąc najkrócej, szanuję siebie, czyli robię to, co mi jest potrzebne.

I tak znów wracamy do seksu, jeśli to on jest nam potrzebny? I do kolejnej rzeczy, która dziewczynkom przeszkadza robić to, czego pragną. Otóż nikt ich nie nauczył, że seks i miłość to co innego. I mamy dziewczynkę, która rozwija się i zaczyna mieć potrzeby, ale nie nazwie ich seksualnymi, chociaż je czuje. Ona pomyli pociąg fizyczny z miłością. No bo skoro myśli o kimś, chciałaby czuć go koło siebie, chciałaby, żeby ją dotykał, skoro nie chciałaby się z nim rozstawać, no to musi go kochać. A ona nawet jeszcze nie wie, co to znaczy kochać. To seksualność jest pierwsza. To chemia, feromony. Najpierw poznajemy swoje potrzeby fizyczne, które przecież także są ważne i także są duchowe, tyle że przeżywane na poziomie ciała. Ale żeby to wiedzieć, trzeba uznać, że poziom cielesny jest piekielnie ważny. Tak samo ważny jak psychiczny i społeczny. No bo jak tu żyć bez ciała? Wiemy już, że trzeba o ciało dbać, ale nadal nie szanujemy tej wiedzy, że trzeba o nie zadbać także seksualnie.

Czyli nasze zainteresowanie mężczyznami zaczyna się od pożądania? A my nazywamy je miłością, bo tak nas wychowano? Zaczyna się od pożądania. Oczywiście, może być też tak, że dziewczyna  interesuje się chłopakiem, bo on jest mądrzejszy od innych, potrafi zrobić coś jak żaden inny. No i tu zaczyna się pojawiać traktowanie kogoś jako osoby. Ale zdecydowanie bazą pierwszych niby-miłości jest to, że on się jej podoba, działa na nią, sprawia, że w niej buzują hormony. Mądra matka powinna córce powiedzieć: „kochanie, wielu mężczyzn może ci się podobać, mogą w tobie wywoływać roznamiętnienie, drżączkę, ale to nie znaczy, że ich będziesz kochać”. Ale matka tego nie mówi i dziewczyna myśli, że kocha tego chłopaka. Kiedy więc on mówi: „to daj mi dowód miłości”, ona mu daje, bo ma wizję, że kocha. A tak naprawdę pragnie i chce się sprawdzić, chce poczuć, że już weszła w życie, że coś się dzieje nowego, dorosłego, ekscytującego. A tu ma dać dowód miłości, bo inaczej on ją rzuci albo pójdzie z inną, albo ona okaże się dziecinna lub nieseksowna. I to jest jeden z powodów, dla których dziewczyny za wcześnie zaczynają współżycie. Kolejny bywa taki, że jak się chłopak do dziewczyny dobiera, to jej się na początku to podoba, bo ona chce się poprzytulać, popieścić, pocałować, więc jest zachwycona, podniecona, ale potem przestaje. Tylko nie wie, co zrobić? Bo jak mówi: „nie dotykaj mnie tam, na dole”, „boję się”, „przestańmy już”, to on się obraża albo straszy, że odejdzie, albo gwałci. No to ona myśli: „jak to tak ma być, to ja zamknę oczy i jakoś to wytrzymam”. I dzieje się coś, na co ona wcale nie ma ochoty i co wcale nie sprawia jej satysfakcji. No a potem jeszcze się tego wstydzi. Bo przecież nasze katolickie wychowanie wbija nam do głowy same zakazy. My je oczywiście przełamujemy, ale im bardziej, tym większy odczuwamy wstyd. Matka, pamiętająca własne przeżycia, mogłaby powiedzieć: „masz prawo zawsze powiedzieć stop”. A ojciec pouczyć syna: „Prawdziwy kochanek nie zmusza i nie gwałci. Słuchaj, kiedy ona mówi stop”.

Po takiej typowej inicjacji można stracić ochotę i na seks, i na miłość. Po takiej inicjacji można nie szanować seksu, ale też nie wiedzieć, gdzie jest ta miłość? Bo to wiedzieć mogę dopiero, kiedy popróbuję, czym jest jedno i drugie. Wszyscy ludzie są (mniej lub bardziej) wyposażeni w libido i pożądać można wielu, natomiast kocha się tylko poniektóre osoby.

No ale jak to rozpoznać? Miłość czy pożądanie? Rozpoznawać to można w ciele. Ale zazwyczaj to się wyjaśnia dopiero w praniu. Mija seksualne zauroczenie i jakże często mija związek. Jeśli to przeżyjesz świadomie, to zaczniesz widzieć różnicę. Ja na przykład nauczyłam się rozpoznawać, wiesz po czym? Przez długie lata młodości, zmarnowanej w pewnej części (bo mamusi udało się wcisnąć mi kit, że wszystko dopiero po maturze), wmówiłam sobie, że mnie interesują wyłącznie mężczyźni intelektualnie rozwinięci. I taki był mój pierwszy chłopak. Lubiłam, żeby mężczyzna miał okulary, bardzo mi się też brody podobały. Najważniejsze było, żeby pogadać, ponazywać coś mądrze i twórczo. Ale (po maturze oczywiście) do mnie dotarło, że mnie kręci zupełnie inny typ mężczyzn, typ drwala, że on nijak się ma do tych książek i do tych intelektualnych lotów. Że mnie bierze szelmostwo w oku, ruch ciała, męska, fizyczna siła. I zaczęłam widzieć, że inne części mojego ciała reagują na tych panów, a inne na intelektualistów. I wtedy pomyślałam: „Kurde, to jednak chodzi o ciało! To cudne!”.

No i inne z nimi możemy potrzeby zaspokoić, bo jak chcemy pogadać… Jak mi się zapala ochota na eksplorowanie przestrzeni artystyczno-duchowych, to wcale nie oznacza, że należy zejść także poniżej. A słowo „poniżej” wcale nie jest deprecjacją. Seks jest w środku naszego ciała. Tam w brzuchu jest też nasz mózg emocjonalny, o czym jestem przekonana, bo on się do mnie odzywa. I seksualność jest tam – więc mam słuchać, która część mojego ciała do mnie gada w sprawie tego pana. Kobiety mogą się tego nauczyć. Na taką naukę nigdy nie jest za późno.

Nie zawsze wymóg miłości działa jak ślub czystości. Znam kobietę, która co prawda mówi: „ja muszę się najpierw zakochać”, ale sądząc po ilości kochanków, zakochuje się co chwila. Musi się bidula zakochiwać, bo inaczej nie da sobie przyzwolenia na seks. I to jest ogromny temat. Żyjemy w ciągłym kłamstwie. Wiele kobiet i część mężczyzn ustawicznie manipuluje własnymi uczuciami. Oczywiście nieświadomie. Żąda od siebie i od innych: więcej, wyżej, ambitniej. A to najczęściej niemożliwe i stąd psujące radość życia pretensje. No bo gdybyśmy nie mieli obsesji na punkcie pseudomiłości, tobyśmy się po prostu pociupciali i wtedy zobaczyli, czy się polubimy, czy się pokochamy? Powolutku, ale też nie za wolno, żeby narosło coś fajnego, żeby nie zrywać zielonego jabłka i nie zjadać czegoś, co nie jest słodkie. No ale jak się zmuszamy do  miłości, to tak naprawdę nie mamy szans nikogo pokochać. Odwrotnie: manipulacja emocjami daje uzależnienie. Skoro muszę kochać, by zrobić to, czego naprawdę potrzebuję, czyli uprawiać seks, to uzależniam się od tej rzekomej miłości i pewnie już jestem uzależniona od seksu. A w takiej sytuacji, aby przeżyć prawdziwą miłość, musiałabym sobie zrobić długą abstynencję, żeby dotrzeć z powrotem do samej siebie, do swoich prawdziwych uczuć.

A tak zupełnie po ludzku, kiedy sobie wmówię, że to miłość, to będę cierpieć, marzyć, latać za tym facetem, bo ten jedyny, tylko on… A to był po prostu – świetna rzecz – udany seks. Ale my myślimy: „Ojejku, bzyk nam wyszedł! Jesteśmy dla siebie stworzeni!”. No, może, ale niekoniecznie. Mogę go kochać za to, że nam bzyk świetnie wyszedł, ale to wcale nie znaczy, że to miłość. Ja go tylko kocham za ten seks. I mogę siebie bardziej kochać za to, że potrafiłam znaleźć faceta, z którym tak fajnie się bzykać. Że się okazało, że moje ciało ma tyle cudnych możliwości, że się rozwija erotycznie. Że sama siebie nie zatrzymuję w pół kroku. Więc ten człowiek ma w moim sercu na całe życie wdzięczność. Ale to nie znaczy, że go kocham. Może, choć nie musi, okazać się, że i pod wieloma innymi względami pasujemy do siebie. Ale trzeba czasu na to, by sprawdzić, czy jesteśmy dla siebie stworzeni.

Można tak pięknie myśleć tylko dlatego, że jest nam superdobrze w seksie? No pewnie: jestem ekstra, skoro przeżywam takie fajne rzeczy. A może spotkaliśmy się właśnie po to, żeby przeżyć super-seks? To jest naprawdę wystarczający powód: poprawić swoją seksualność, rozwinąć ją, dać jej wyższe loty. Oczywiście, po takim doświadczeniu rosną oczekiwania. Chcemy, żeby następnym razem było tak samo świetnie, a nawet lepiej. Ale ja bym powiedziała: im mniej oczekiwań, tym więcej udanych relacji. Nie wszystko nam wyjdzie. Na przykład są związki, które trwają jakiś czas, a potem się kończą. My wtedy lamentujemy: „na co mi to było, skoro się skończyło”. No ale czy to znaczy, że ważne jest tylko to, co trwa? No to ile musi trwać, żeby było warte przeżycia? Dziesięć lat, może 30? Przecież większość rzeczy w życiu się kończy. Znika siła, a pojawia się wrażliwość. Kończy się poszukiwanie nowości, a pojawia szacunek dla trwałości. Kiedyś wartością była zabawa, a dziś grzanie się w słońcu. Przecież dla staruszków to taka sama wartość jak dla młodych taniec.

Może jednak coś jest w tej miłości, bo z badań wynika, że seks przywiązuje kobiety do mężczyzn, z którymi sypiają. Nie mamy wiarygodnych badań. Kobiety przez miliony lat były wyuczone, że mają chcieć mężczyzny na zawsze, bo inaczej brak im będzie szacunku społecznego, bezpieczeństwa, a ich dzieci nie będą się mieć tak dobrze, jak dzieci tych kobiet, które mają stałych partnerów. To wpłynęło na naszą mentalność. Przypomnijmy sobie jednak, jaką rewolucją dla świata były badania Kinseya, a potem Mastersa i Johnsona, które pokazały, że kobiety mają więcej potrzeb seksualnych, że są lepiej wyposażone erogennie, że przeżywają głębsze orgazmy niż mężczyźni. A więc może to przywiązywanie się jest też tylko mitem, tylko wyuczone?

Można się przed tym bronić. Znam kobietę, która miała zasadę: raz i do widzenia, po to, by się nie przywiązać. To też jest manipulowanie swoimi namiętnościami. Robimy tak, bo nikt nam nie radzi, nie wspiera. Uczymy się więc sami metodą prób i błędów. Z drugiej strony to nasze przekleństwo, że mamy wizję romantyczną, według której miłość to taki słodki ulepek, który ma wiecznie trwać. No nie. Na początku jest chęć, żebyśmy się splątali, a potem trzeba wziąć się do roboty i zbudować relację. Samo pożądanie to za mało. Ale czuć się zakochaną – to nam się podoba, więc dawaj – jedno zakochanie po drugim. Ale ile razy tak można? Za którym razem przestaje nas to rajcować? Powiedzenie: jeden mężczyzna to wszyscy mężczyźni, jest prawdą – więc ciekaw się kobieto, co się dzieje między tobą a twoim partnerem. Możecie się pokłócić, możecie się przymilić, możecie się podroczyć, zrobić tysiące niezwykle ciekawych rzeczy, pod warunkiem że sobie na nie pozwolicie i naprawdę będziecie ciekawi, co się między wami dzieje, jacy jesteście, a nie jacy macie być.

Moja znajoma udawała, że jej nie zależy, że to tylko seks, żeby być blisko pewnego mężczyzny. Więc on czasem z nią sypiał, a czasem czytał maile od innych kochanek. Aż w końcu nie wytrzymała, powiedziała mu, że to jednak miłość. Wtedy okazało się, że dla niego ona też jest ważna… „Musisz się szanować, nie wolno powiedzieć chłopu, że ci na nim zależy” – to mądrość naszych matek. I teraz powiem coś ważnego: my jesteśmy wyzwolone społecznie, ale niewyzwolone intymnie. I to się ludziom myli. To, że baba umie negocjować milionowe kontrakty, to nie  zawsze znaczy, że potrafi ze swoim facetem wynegocjować to, czego chce, a czego nie chce. Więc często woli być sama. I do mnie trafiają cudownie piękne kobiety, które nie wiedzieć czemu wciąż są same, które nie uprawiają seksu. Ja je uczę, że seks jest wszędzie. Jest w powietrzu, jest w trawie, jest w jabłku, które jedzą. Uczę je, że jeżeli jadą z taksówkarzem, który jest miły i atrakcyjny, to mogą z nim flirtować. Jeśli jedzą w restauracji, niech flirtują z kelnerem (jeśli jest fajny i seksowny).  Zacznijmy świat traktować zmysłowo. A znajdziemy i miłość, i seks, i radość spełnionego życia. I one znajdują!