1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Czego o seksualności mogą nauczyć nas nauki Wschodu?

Czego o seksualności mogą nauczyć nas nauki Wschodu?

W tradycjach wschodnich: tantrycznej, wedyjskiej, czy taoistycznej, energia seksualna to główna siła życiowa, która napędza całe nasze istnienie. (Fot. iStock)
W tradycjach wschodnich: tantrycznej, wedyjskiej, czy taoistycznej, energia seksualna to główna siła życiowa, która napędza całe nasze istnienie. (Fot. iStock)
Czego o seksualności możemy się nauczyć z tradycji taoistycznej i dlaczego warto w tej sprawie słuchać wschodnich nauczycieli? O komentarz poprosiliśmy znanego psychoterapeutę i buddystę Wojciecha Eichelbergera.

Wizja seksualności, którą prezentuje Mantak Chia, różni się od naszego, polskiego podejścia do tego tematu już samym założeniem. Dla nas seksualność to przede wszystkim przyjemność związana z miłością, choć nie zawsze, i prokreacja. Można się bez tego obywać, ktoś może nawet uważać, że go to nie dotyczy. Natomiast w tradycjach wschodnich: tantrycznej, wedyjskiej, czy taoistycznej, energia seksualna to główna siła życiowa, która napędza całe nasze istnienie. Owa energia jest odpowiedzialna za nasze przetrwanie, za utrzymanie cielesnej integralności. Seks jako prokreacja i związana z tym gotowość do wejścia w kontakt jest jedynie najbardziej oczywistym sposobem przejawiania się tej energii.

To wyjaśnia, dlaczego na przykład tracimy ochotę na seks w momencie, gdy czujemy ogromny stres. Gdy grozi nam utrata pracy, jesteśmy pod permanentną presją, całą dostępną energię zużywamy na obronę, czyli przetrwanie. Nie możemy jej tracić. A wiadomo, że rozładowanie tej energii, szczególnie u mężczyzn, powoduje osłabienie. Inaczej sytuacja wygląda, gdy mamy wojnę, która zagraża plemieniu. Wówczas zwykle uruchamia się w ludziach silna tendencja do prokreacji. Przynajmniej część energii seksualnej, życiowej spożytkowujemy na to, by nasz ród nie zaginął.

Taoistyczne rozumienie seksualności ma jednak bardzo praktyczne konsekwencje. Skoro energia seksualna jest uznawana za główny motor życia, należy się uczyć nią posługiwać, szanować ją i wzmacniać. Od tego, jak sobie z nią radzimy, zależy jakość naszego życia. Niestety, w judeochrześcijańskiej kulturze przyjęło się uważać seksualność za groźbę dla zbawienia duszy. Stąd m.in. w Polsce edukacja i kultura seksualna praktycznie nie istnieją i brakuje dobrych pomysłów, jak zacząć ją krzewić. Warto uświadomić sobie również, co potocznie rozumiemy przez edukację seksualną. Okazuje się, że przeciętny Polak uważa, że jest to nauka pozycji seksualnych. A to bardzo prymitywne podejście.

Mantak Chia pokazuje, że do seksualności można mieć racjonalny, normalny, a zarazem głęboki stosunek. Że można o niej myśleć tak samo jak o innych naszych zdolnościach i właściwościach, które w sobie rozwijamy. Człowiek generalnie jest istotą, która rodzi się bardzo nieporadna i musi się prawie wszystkiego nauczyć. Seksualność nie jest wyjątkiem od tej zasady. Przede wszystkim powinna być uświadomiona, zostać poznana, oswojona. Na poziomie anatomicznym, fizjologicznym, energetycznym, emocjonalnym i duchowym. Dopiero wtedy może być mądrze kontrolowana.

Seksualność jest groźna tylko wtedy, gdy jest nieuświadomiona. Jeśli ujeżdżając dzikiego konia, będziemy używać wyłącznie cugli, ostróg i bata – to w efekcie jeździec będzie się bał konia i nie zazna chwili spokoju, a koń będzie spięty i nerwowy. Czyż nie lepiej zaprzyjaźnić się z koniem i łagodnie skłonić go do współpracy opartej na wzajemnym zaufaniu? Tak samo jest z naszą seksualnością. By mieć kontrolę nad własnym życiem, w tym nad życiem seksualnym, nie możemy samych siebie traktować jak najgorszych wrogów, usztywniać się z lęku i zamykać w narzuconych stereotypach. Wtedy prędzej czy później nasza seksualność wymknie się spod kontroli. I tak się dzieje. Wystarczy zobaczyć, ile na tym tle wynaturzeń, zbrodni, dewiacji, chorób. Już Freud zauważył, że musimy przede wszystkim uświadomić sobie naszą popędowość. Koncepcja taoistyczna uczy, jak to robić w sposób wolny od autoagresji i wyparcia.

Pierwsze kroki to nauka odczuwania i oswajania tych przestrzeni ciała, które łączą się z seksualnością i wraz z nią padają ofiarą znieczulenia, odrzucenia i wyparcia. Wygląda na to, że niektórzy z nas widzą siebie i innych jako lalki albo anioły, które nie mają płci i pozbawione są tych zawstydzających narządów. Nie wiemy nawet, jak wyglądają i jak funkcjonują. Może to mieć bardzo poważne konsekwencje. Wyparta, odrzucona, „bezpańska” część ciała staje się osłabionym obszarem naszego organizmu, a więc otwartym na infekcje i choroby. Taoiści mówią, że temu obszarowi ciała brakuje energii życiowej chi.

Wielka liczba chorób narządów rodnych kobiet i mężczyzn może być w dużej mierze spowodowana nieświadomą autoagresją i wyparciem. Więc albo będziemy w światły i mądry sposób uczyć się seksualności i wyciągniemy ją wreszcie z lochu wstrętu, wstydu, lęku i pogardy, albo będziemy coraz częściej chorować, słabnąć, będzie nam brakować energii do życia, do seksu i prokreacji – i będziemy mieli kłopoty z kontrolowaniem swojej seksualności. Mądre zarządzanie energią seksualną jest podstawowym warunkiem utrzymania zdrowego organizmu, dobrego samopoczucia, długowieczności. Tao seksualności jest propozycją z zupełnie innego, nieznanego nam świata. W najlepszym sensie tego słowa humanistyczną.

Konsekwencją dobrze płynącej, niezablokowanej energii seksualnej jest również wszelka twórczość. A przede wszystkim twórcze rozwijanie własnego życia. Ta energia napędza życie, a więc i wszystkie obszary, w których człowiek się może rozwijać. Ludzie, którzy mają uświadomioną i zasymilowaną energię seksualną, dobrze sobie radzą w różnych dziedzinach. Nie jadą bowiem na spiętym, przerażonym koniu, tylko na rozluźnionym rumaku, który się cieszy życiem, ruchem. Na nim można daleko zajechać i wysoko skoczyć. Czy nie warto się tego nauczyć? Tym bardziej że zgodnie z tao postępy na drodze duchowej zależą też od swobodnego przepływu energii chi. Powszechne przekonanie, że rozwój ducha jest wprost proporcjonalny do skuteczności seksualnej represji, jest niebezpiecznym nieporozumieniem. Mantak Chia uczy, że duchowość budowana na odcięciu się od energii życiowej zamienia się w egzaltację, odlot. Proponuje więc, by używać energii seksualnej jako napędu naszej duchowości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Medycyna chińska – czym różni się od zachodnich sposobów leczenia?

W medycynie chińskiej oprócz leczenia lekarze starają się moderować również styl życia pacjenta. (Fot. iStock)
W medycynie chińskiej oprócz leczenia lekarze starają się moderować również styl życia pacjenta. (Fot. iStock)
Widzę, słucham, pytam i badam - to cztery filary diagnozowania w medycynie chińskiej. Orina Krajewska pyta dr. Yaira Maimona o to, jakie problemy zdrowotne można odkryć już na pierwszym etapie diagnozy.

Jak wygląda zdrowy człowiek?
W medycynie chińskiej nie mówimy o zdrowiu ani chorobie. Mówimy o równowadze lub jej braku. Zdrowie to równowaga wszystkiego w tobie, a choroba to stan, kiedy tej równowagi nie ma. Jako lekarze chcemy zrozumieć, co w nas straciło równowagę i jak znaleźć najlepszy sposób na jej ponowne osiągniecie. Można powiedzieć, że wszystko we wszechświecie podróżuje w kierunku osiągnięcia tego stanu. Zimą wkładasz więcej warstw, ubierasz się ciepło, ponieważ chcesz zrównoważyć temperaturę w ciele. Latem zdejmujesz ubrania i chętniej przebywasz w cieniu. Jeśli komuś jest zawsze gorąco, nawet zimą wychodzi na zewnątrz w krótkich spodenkach, a jego skóra ma odcień czerwonawy, rozgrzany - to powiedziałabym, że zawsze ma dostęp do ciepła. Będziemy więc szukać leczenia, które zredukuje jego wewnętrzne ciepło. Komuś, komu zawsze jest zimno, damy coś, co to wewnętrzne ciepło wzmocni. Mogę takiemu pacjentowi powiedzieć, by wypił imbirową lub cynamonową herbatę lub coś, co normalnie ludzie piją lub jedzą zimą.

W jaki sposób ten stan braku wewnętrznej równowagi zdiagnozować? Przypuszczam, że nie zawsze jest to tak oczywiste, jak szorty przy ujemnych temperaturach.
Medycyna chińska opiera się na czterech filarach diagnozy. Pierwszy to "widzę" i "obserwuję". Drugi to "czuję" (odnosi się do tego, co czuje pacjent, ale też lekarz) i "słucham". Mam tu na myśli to, co jako pacjent mówisz i w jaki sposób to mówisz, a także to, czego nie mówisz. Trzeci to "pytam", czyli moment, kiedy jako lekarz zadaję pytania. Ostatni do "badam". Zawiera się w tym badanie pulsu i ciała, gdy sprawdzam różne obszary ciała i dotykam konkretnych punktów w celu zbadania, czy są na przykład bolesne. Określamy też jakość skóry i wszelkie nieprawidłowości.

Najciekawsze dwa filary to widzenie i słuchanie. Ucząc przyszłych lekarzy, zawsze mówię, że poprzez obserwację mają zdobyć większość informacji o stanie zdrowia pacjenta. Słuchając - jeszcze więcej, ale generalnie na etapie "widzę" i "czuję" powinni zebrać do 50-80% diagnozy. Następnie zadajemy pytania, aby wyjaśnić to, co już zobaczyliśmy i poczuliśmy, a na koniec badamy ciało, aby domknąć diagnozę. Oczywiście dzisiaj do pełnej diagnozy używamy także technik medycyny zachodniej. Ponieważ leczę wielu pacjentów z nowotworami i innymi skomplikowanymi chorobami, zawsze proszę ich o przyniesienie wszystkich wyników badań medycznych.

Na co dokładnie pan patrzy, obserwując pacjenta?
Przede wszystkim na cerę, rozpoznaję jej koloryt i jakość. Jeśli ktoś jest zbyt blady, to znaczy, że brakuje mu energii zwanej w chińskiej medycynie qi. Jeśli w niektórych miejscach jest trochę czerwony - jest w nim zbyt dużo ciepła. Kobieta w okresie menopauzy będzie miała czerwone policzki, a dzieci dostaną nagłych wypieków w przypadku nawracających infekcji. Jest wiele rodzajów czerwieni, rozpoznanie ich wiąże się z bardzo rozległą wiedzą. Na przykład kobieta, która ma problemy z miesiączką lub innymi kwestiami ginekologicznymi, może mieć nieco fioletowe usta. Ktoś, kto ma trudności z trawieniem, może nawet mieć wokół nich zielony obszar. Pacjent o słabych nerkach będzie miał z kolei czarne cienie pod oczami.

Obserwujemy twarz i oczy na różne sposoby, nie tylko po to, by zobaczyć stan narządów, ale także tzw. jakość ducha. Jasne i błyszczące oczy oznaczają, że stan ducha pacjenta jest dobry. Patrzymy na białko - czy jest trochę żółtawe, na tęczówki i źrenice, na zewnętrzne i wewnętrzne części oka. Czasami ludzie przychodzą do mnie zatroskani czymś konkretnie, na przykład stanem swoich oczu, bo zaobserwowali plamkę lub niepokojący kolor. Dobrą stroną bycia lekarzem jest to że mogę ich uspokoić. Moje doświadczenie mówi, że w 80% przypadków ludzie są zaniepokojeni nie tymi rzeczami, co trzeba. Interesujące jest to, że to również będzie częścią diagnozy - dlaczego coś ich niepokoi.

Wracając do obserwacji, dobry lekarz umie podsumować wszystko, co zaobserwował. Nie patrzy na jeden kawałek układanki. Diagnoza jest jak rozwiązywanie łamigłówki lub układanie puzzli. Musisz zebrać wiele elementów i zbudować z nich jeden obraz. Lekarz, który tworzy diagnozę, opierając się tylko na jednym obszarze, traci z pola widzenia osobę. W zachodniej medycynie jeśli masz problem ze skórą, idziesz do specjalisty od skóry, jeśli problem z żołądkiem - do gastrologa. Kończy się na tym, że diagnozuje cię wiele osób, ale żadna z nich nie jest zainteresowana diagnozą innych specjalistów. A przecież wszystko jest połączone.

W jaki sposób?
Chociażby w taki, że to wszystko dotyczy jednej osoby. Nie możesz podzielić jej na kawałki. Nawet jeśli pewne kwestie czy problemy nie są bezpośrednio połączone, gwarantuję, że są połączone pośrednio i trzeba spojrzeć na tę połączenia - inaczej tracimy osobę. Im więcej ułożymy puzzli w układance, tym bliżej nam do ujrzenia całego obrazu. Rola specjalistów jest niezwykle ważna, dzięki nim możemy uzyskać wiele detalicznych informacji na temat stanu zdrowia pacjenta, ale jeśli nie umieścimy ich z powrotem w układance, nie zestawimy z poprzednimi - to błędnie postawimy diagnozę. Na przykład może się zdarzyć, że w przypadku wielu problemów skórnych otrzymujemy te same wyniki i ostatecznie wszystkie przypadki leczymy kortyzolem. A w rzeczywistości nie leczy on przyczyny problemu, a jedynie tłumi objawy. Jeśli widzimy cały obraz, możemy leczyć dokładnie i przede wszystkim indywidualnie.

Na czym polega największa różnica między chińskim a zachodnim sposobem diagnozowania? Chodzi o to, że diagnoza chińska używa innych metod niż zachodnia, która opiera się na badaniach? Wszystko musi być naukowo udowodnione...
Rozróżnieniem, którego szukasz, jest to, że medycyna zachodnia jest medycyną kwalifikowaną, a chińska - jakościową. Zachodnia poszukuje odpowiedzi w ilości, na przykład sprawdzając, ile masz krwinek, co pokazuje zdjęcie rentgenowskie lub jest konkretnym, policzalnym wynikiem badania. I ta tendencja postępuje. Dawniej lekarze sprawdzali puls i osłuchiwali pacjenta - w ten sposób byli w stanie wyczytać wszystko o stanie jego serca. Dzisiaj wysyłają cię na testy EKG, całkowicie polegające na maszynie. W laboratorium może się okazać, że masz 1000 białych krwinek, ale nie dowiesz się, ile z nich jest aktywnych. W medycynie chińskiej sprawdzamy przede wszystkim ich aktywność, czyli ich jakość. Wszystkie zachodnie testy sprawdzają tylko ilość. Tymczasem możesz mieć bardzo mało białych krwinek, ale są one tak aktywne, że nigdy nie chorujesz.

Na co wiec zwracać uwagę, jeśli nie na wyniki badań?
Załóżmy, że człowiek wstaje rano i czuje się dobrze, je śniadanie, jest pełen sił witalnych, klarownie myśli, ma dobrą energię. Nie jest mu zimno. Ale pod koniec dnia nagle zaczyna wyglądać na bardzo zmęczonego. Nie może się skoncentrować, jest blady i czuje, że jest mu zimno. Jeśli wykona badanie krwi rano i wieczorem - wyniki wyjdą dokładnie takie same, ale jest przecież oczywiste, że czegoś mu brakuje. W medycynie chińskiej powiemy, że brakuje mu qi (energii) i ma niedobór w jakości tej energii. Każdy może to diagnozować - patrzysz i mówisz "och, wglądasz na zmęczonego, idź spać", a rano mówisz: "wyglądasz świeżo". To już diagnoza. My cały czas w ten sposób naturalny się diagnozujemy. Od razu wiemy, czy ktoś czuje się dobrze czy nie, czy jest w depresji lub zmaga się z jakimś dyskomfortem.

W jaki sposób leczy się w medycynie chińskiej ten brak jakości?
Medycyna chińska ma kilka ścieżek leczenia. Odpowiednie pożywienie może być jedną z nich. Jeśli masz zbyt dużo gorąca, nie powinnaś jeść pikantnych rzeczy i pić za dużo kawy. Kolejne ścieżki to akupunktura i ziołolecznictwo. Podam przykład. Jeśli cierpisz na migrenowe bóle głowy, zachodnia medycyna wyśle cię na wiele badań, aby wykluczyć potencjalne przyczyny bólu. To jest jak najbardziej dobra strategia, ale w 90% przypadków nic nie zostanie wykryte i ostatecznie pacjent nie dostanie przepisanego przyczynowego leczenia. W medycynie chińskiej bardzo szybko diagnozujemy przyczynę - dowiemy się, dlaczego masz bóle głowy, których nie powinnaś mieć. Poszukiwania zaczniemy od zadawania pytań: Czy bóle głowy pojawiają się rano czy wieczorem? Po stresie? W weekendy czy bardziej po dniu pracy? Czy występują głównie na skroniach czy w okolicy oczu? Czasami mogą nawet pojawić się podczas urlopu. Próbujemy dowiedzieć się, co i kiedy traci równowagę. W medycynie chińskiej będziemy zwracali uwagę na napięcia, które są związane z bólami głowy. Napięcia ujawniają się nie tylko w okolicy twarzy i oczu, ale także w sposobie, w jakim trzymasz ramiona czy jak chodzisz. Całe ciało może być tak napięte, że nie sposób go zrelaksować, a mięśnie nie poruszają się swobodnie. Mówimy, ze coś w osobie nie może się odprężyć. Kiedy napięcie wreszcie może zostać uwolnione, w weekend lub pod koniec dnia, powoduje to ból głowy.

Świat zbudowany jest na zasadzie dwóch ruchów - zaciskania i odpuszczania. Wszystko najpierw się zaciska, a potem uwalnia. W przypadku bólu głowy działa ta sama zasada. Ktoś bardzo dobrze zna mechanizm zaciskania, ale nie wie, jak odpuścić. Przyczyna może leżeć nie w ciele, lecz w psychice, na przykład nadmiernej potrzebie kontroli. Po jakimś czasie, gdy ta osoba jest zbyt długo zaciśnięta, zatrzymana energia nagle się uwalnia, bo bezpośrednio prowadzi do wzrostu ciśnienia w głowie. To wytwarza ciepło, na tej samej zasadzie jak ciepłe robi się coś, co trzymamy przez dłuższy czas w dłoni. Może to doprowadzić do zapalenia w ciele i wysokiego ciśnienia. Taka osoba będzie bardzo spragniona, a jej skóra może mieć czerwony odcień.

Kiedy już wiemy, że problem jest związany ze stagnacją energii i zaciskiem, używamy określonych punktów akupunkturowych lub ziół, aby uwolnić tę energię i zmniejszyć ciepło wytworzone w ciele. Po postawieniu diagnozy projektujemy całościowe leczenie zgodnie z postawioną diagnozą. Oprócz leczenia staramy się zawsze moderować styl życia pacjenta.

Co to znaczy?
Jeśli jest zbyt spięty, możemy doradzić mu uprawianie sportu lub pomóc znaleźć inne techniki relaksacyjne. Jednej osobie powiem "biegaj regularnie", drugiej "idź na spacer", a jeszcze innej "medytuj". Diagnoza doprowadzi mnie do różnych porad dotyczących stylu życia.

Czy istnieje jakaś hierarchia przepisywania zabiegów: dieta jest najważniejsza? Czy może sen?
Zdradzę ci dwie tajemnice dotyczące medycyny. Pierwsza polega na tym, że dobry lekarz zawsze będzie leczyć pacjenta tak, by ten mógł za tym leczeniem podążać. Patrzę na to jak na drzwi i często widzę, że niektóre drzwi nie są jeszcze dla mnie otwarte. Mam pacjentów chorych na raka, których pytam: "Czy chcesz zmienić dietę" a oni mówią "Nie". Nie osądzam tego. Nie chcą lub nie są teraz na taką zmianę otwarci. Wymuszając cokolwiek na nich, popchnę jedynie leczenie w niewłaściwą stronę. Ostatecznie pacjent nie zrobi tego, co mu zalecę, a jedynie wprowadzę stres i poczucie winy, a to zdecydowanie nie będzie dobre dla jego zdrowia. I może przyczynić się do rozwoju choroby. O wiele ważniejsze jest ogólne zadowolenie z tego, co robisz, niż podążanie za pewną tak zwaną ścieżką zdrowia, ale w stresie i niepokoju. Dobra rada medyczna jest radą osobistą, nie możesz mieć żadnej z góry przyjętej strategii. Dla niektórych osób pierwszym krokiem będzie po prostu brak poczucia winy. Traktowanie siebie lepiej i kochanie siebie - to ważniejsze niż cokolwiek innego.

A druga tajemnica?
Ma ona związek z tak zwanym obieraniem cebuli. Musisz obrać warstwę po warstwie. Podczas leczenia nigdy nie leczę wszystkiego naraz. Krok po kroku, powoli dochodzimy do lepszego zdrowia. Jeśli udzielę pacjentowi 10 porad, to prawdopodobnie to nie zadziała, ponieważ będzie on gotowy na wdrożenie tylko dwóch. Czasami leczysz pierwszą warstwę, przepisujesz na nią jedną radę i nagle cała reszta naprawia się sama. Ludzie, którzy przychodzą z problemami ze skórą, zaczynają nagle obserwować, że mają lepsze ciśnienie lub pozbyli się problemu z oczami, który im wcześniej dokuczał. Czasami zaczynamy od warstwy zewnętrznej i kierujemy się do wewnątrz, czasami od wewnętrznej na zewnątrz, ale w generalnej strategii zwykle skupiam się najpierw na jednej określonej warstwie, zamiast na wszystkim jednocześnie. Ciało ma zdolność do równoważenia się - na tym opiera się cała medycyna naturalna. Robisz minimum, alby pomóc ciału się uleczyć. Potencjał samoleczenia jest ogromny. Leczę ludzi z ciężkimi chorobami takimi jak rak. Czasami nie stosuję tak silnej interwencji a pacjenci dochodzą do zdrowia.

Jak medycyna chińska zapatruje się na profilaktykę?
Głębokim celem medycyny chińskiej jest zapobieganie. Stara historia mówi, że kiedyś lekarz był odpowiedzialny za wioskę i wszyscy płacili mu comiesięczne wynagrodzenie. Jeśli ktoś był chory, przestawało się płacić, ponieważ obowiązkiem lekarza było utrzymane ludzi w zdrowiu. Druga wersja historii mówi, że każda osoba we wsi miała swoją szafkę z ziołami i jeśli ktoś zaczął używać ziół, to lekarz był odpowiedzialny za uzupełnienie jej z własnych zasobów.

Ta wioska to także metafora naszego organizmu. Dajmy na to że mamy łańcuch, którego wytrzymałość wynosi 100 kg. Kiedy obciążenie będzie większe, łańcuch zerwie się w najsłabszym miejscu. Dobra diagnoza identyfikuje najsłabsze ogniwo w organizmie, by wzmocnić je i utrzymać cały organizm w zdrowiu. Dla mnie podstawą diagnozy jest zrozumienie naszych słabości. One nie zmieniają się przez całe życie. Będą dokładnie takie same teraz i za 20 lat. Poza tym dobre leczenie utrzymuje zdrowie nie tylko ciała, dotyka umysł i ducha.

Są jakieś uniwersalne wskazówki, aby utrzymać najlepsze zdrowie?
Odniosę się do czegoś, co nie jest medycyną chińską, ale jest bardzo mądre i wspiera świadomość zapobiegania chorobom. W skrócie można to nazwać zasadą: 0-5-10-30-150.

Zero odnosi się do unikania, a jedną z rzeczy, których należy całkowicie unikać, jest tytoń. Jest niezaprzeczalnie szkodliwy dla zdrowia, powoduje nie tylko raka, ale wiele innych poważnych chorób. Pięć odnosi się do jedzenia co najmniej pięciu różnych rodzajów owoców i warzyw dziennie. Najlepiej różnokolorowych, ponieważ barwa niesie informację o konkretnych substancjach, zapobiegających nowotworom i stanom zapalnym. Dziesięć oznacza 10 minut ciszy dziennie, by zapewnić umysłowi spokój i relaks. Wydaje się, że to niewiele, ale ludzie czasami nie znajdują dla siebie nawet 10 minut. 30 to BMI. Wiemy, że nadwaga jest przyczyną wielu chorób, więc konieczne jest zmniejszenie masy ciała, jeśli zmagamy się z jej nadmiarem. 150 to liczba minut ćwiczeń w tygodniu. Cała formuła jest prosta, ale praktykowana świadomie i systematycznie może naprawdę wiele zmienić.

Orina Krajewska, aktorka, instruktorka teatralna, współzałożycielka i prezes Fundacji Małgosi Braunek "Bądź", autorka książki "Holistyczne ścieżki zdrowia".

Doktor Yair Maimon, autorytet z zakresu medycyny integracyjnej i chińskiej, posiada ponad 30-letnie doświadczenie kliniczne, akademickie i badawcze, jest dyrektorem Tal Center - Integracyjnego Centrum Badań Nowotworów, Instytutu Onkologii - Szpitala Sheba.

  1. Seks

Wielkie kochanice. Kim były? Jaką miały wiedzę o mężczyznach?

Francois Boucher, Madame de Pompadour (Jeanne-Antoinette Poisson; 1721-1764) – markiza, metresa króla Francji Ludwika XV. Organizatorka rautów i balów na dworze królewskim w Wersalu, protektorka artystów, pisarzy i filozofów (fot. BEW)
Francois Boucher, Madame de Pompadour (Jeanne-Antoinette Poisson; 1721-1764) – markiza, metresa króla Francji Ludwika XV. Organizatorka rautów i balów na dworze królewskim w Wersalu, protektorka artystów, pisarzy i filozofów (fot. BEW)
Kleopatra, Katarzyna Wielka, madame de Pompadour, madame Récamier... Potrafiły zauroczyć mężczyzn, ale były nie tylko kochankami. Kobiety, którym udało się przebić do podręczników historii, były wybitnymi znawczyniami ludzkiej duszy. Czego możemy się od nich nauczyć? - wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Zacznijmy od Kleopatry. Była jedną z najlepiej wykształconych kobiet swoich czasów. Miła w obejściu, wręcz ujmująca. Ale, jak pisze Plutarch, urodziwa nie była.
Kobieta, dla której mężczyźni tracą głowę, nie musi się wszystkim podobać. Ale powinna emanować czymś szczególnym. Uroda dla mądrych ludzi nie jest kwestią rysów twarzy czy młodości. Ale tego, co promieniuje z wnętrza człowieka. Jak kobieta ma błysk w oku, żywe ruchy, jest ciekawa świata, ma coś do zrobienia w życiu, to jest ujmująca. I o wielu znanych kobietach mówiono, że ujmowały wiedzą, wdziękiem.

Madame Récamier na portrecie pędzla Davida ma małe oczy i długi nos...
I dlatego nie ma się co przejmować, jeśli nie wyglądamy jak modelka. Zez, trochę krzywy nos czy nogi – to nawet może być nasz feblik, czyli coś, co bierze. Wielkie kochanice były przede wszystkim żywymi osobami. Traktowały siebie jak bohaterki swojego życia. Przeżywały prawdziwe emocje, znały swoje potrzeby i miały plany. Zdobywały mężczyzn nie tylko seksualnością, lecz także umiejętnością rozmowy o tym, co ich interesowało. Tajemnica tkwiła w tym, że wnosiły w relacje z mężczyznami dokładnie to, czego oni potrzebowali, marzenie o idealnej kobiecie, czyli kochance-przyjacielu.

Kleopatra z Juliuszem Cezarem grała w kości, jeździła na polowania. Z Markiem Aureliuszem chodziła w nocy po mieście przebrana za służącą, piła i bawiła się.
Przy kobiecie, która w pełni jest człowiekiem, bo ma rozwinięty nie tylko kobiecy, ale i męski aspekt osobowości, mężczyzna nie musi być nadmiernie męski. Może stawać się ludzki. Rozwijać wrażliwość, czułość, opiekuńczość. A Kleopatra, podobnie jak inne kochanice, musiała dysponować na równi intuicją i rozumem. Przeżywać prawdziwe uczucia, ale też nad nimi panować. Trzeba tu wspomnieć o królowej Elżbiecie, która właśnie panując nad emocjami, stworzyła kwitnące państwo. Umiała siebie powściągać, choć jej ojciec Henryk VIII był seksoholikiem i mordercą. I to ona wydźwignęła swój kraj.

Czyli panowania nad emocjami warto się uczyć.
Wielkie kobiety wiedzą, czego chcą i jak to osiągnąć. Potrafią opanować to, co się nazywa kobiecą emocjonalnością i co zwykle przeszkadza nam zrealizować plany. Pracując z kobietami, często podkreślam: Macie cudowny dostęp do uczuć. Ale więcej myślcie! Zastanawiajcie się, jak osiągnąć cel. Korzystajcie z doświadczeń. Myślcie o tym, co czujecie i dlaczego właśnie to, zamiast ślepo ulegać emocjom. Zastanówcie się też: kim jest ten mężczyzna? A nie tylko: czego ja od niego chcę? Zakochanie sprawia, że nie widzimy człowieka, tylko nasze wyobrażenie o nim. Ale mądre kobiety, nawet kiedy są zakochane, widzą, jaki naprawdę jest ten, którego kochają. Tymczasem my pozwalamy, by sterowały nami uczucia: kiedy mężczyzna przynosi kwiaty, jesteśmy szczęśliwe. Spóźnia się – martwimy się. Uśmiecha się – żyjemy! Odwraca – znikamy. Takie kobiety nazywa się kobiecymi, ale one rezygnują z wpływu na swoje życie. A mężczyźni i tak tracą głowę dla tych, które im imponują. Dla kochanic.

Plutarch pisał, że Kleopatra potrafiła pochlebstwami uwieść każdego. Czy była wielką manipulantką?
Często mówię kobietom: „wasi mężczyźni potrzebują zachwytu, tak jak i wy. Chcą, żeby mówić im miłe, ale prawdziwe rzeczy”. W sztuce „Apollo z Bellac” narrator poucza bohaterkę, że każdy mężczyzna uwierzy w to, że jest piękny. Ja myślę, że uwierzy w to, że się podoba. A mądra kobieta potrafi dostrzec jego mocne strony. Zrozumieć też, czego on się boi, czego pragnie. Dlatego on czuje się w jej towarzystwie luksusowo.

Ale czy to uczciwe?
A czemu ma być nieuczciwe wspieranie tego, co w mężczyźnie dobre? Każdy coś takiego ma. Kiedy słyszę: „Mój mąż akurat nie”, mówię: „To niemożliwe, gdyby miał tylko wady, nie byłabyś z nim”. No, ale kiedy kobieta odkryje, że jednak jej mąż ma jakieś zalety, to znów dziwi się: „To ja jeszcze mam pracować i nad tym, żeby on czuł się dobrze!?”. No tak! Bo po pierwsze: ktoś musi zacząć. A po drugie: jak on będzie się czuł dobrze, to ty też, bo najprawdopodobniej będzie dla ciebie milszy.

Wielkie kochanice potrafiły osiągać swoje cele, panując nad emocjami. Czy tylko dzięki temu były niezwykłe?
Miały poczucie wpływu na swoje życie. Potrafiły poczekać na to, czego chciały. Postarać się. Dostrzec związek między swoimi działaniami a tym, czy uda im się zdobyć to, czego pragną. Wiedziały, że niekoniecznie musi im się udać, ale że warto zrobić to, co możliwe, żeby się udało. Tymczasem wiele kobiet myśli, że one nic nie mogą, że wszystko zależy od mężczyzny. Jeśli on nie kocha, to koniec. Kochanice wiedziały, że warto zrobić coś, żeby jednak pokochał. Potrafiły planować: „najpierw poznam go, zaciekawię i już będę trochę bliżej celu”. Były cierpliwe i skupione na realizacji swoich zamierzeń, gdy tymczasem wiele kobiet tego nie potrafi – od dziecka jesteśmy uczone godzić się na to, co los nam przyniesie.

Kobiety, które walczą o miłość, są przedstawiane jako czarne charaktery. Bo o miłość się nie walczy. Ona przychodzi, mówiąc metaforycznie: jak tchnienie anioła.
Nie anioła, tylko mężczyzny. Bo jak on pokocha, to jest miłość. Jak nie, to nie ma. Tak czuje większość kobiet. A to, że kobiecie nie wolno starać się o kogoś, to patriarchalny mit. Sposób na ogłupienie, zrobienie z kobiet biernych istot, które same nie podejmują żadnych działań, pozwalają mężczyznom się wybrać. Wielkie kochanice nie dały się ogłupić. Wiedziały, że mają wpływ na to, kiedy i jaką miłość przeżyją, że mogą wybrać mężczyznę. Madame de Pompadour zdobyła Ludwika XV, a Kleopatra nie tylko uwiodła Cezara, ale i Marka Aureliusza.

No właśnie! Uwiodły. My o ich sile ducha, a tymczasem o Kleopatrze mówili, że w swoich strojach i klejnotach wyglądała jak bogini.
To nie była dziewczyna z ulicy, którą mężczyzna dostrzega, bo ona jest śliczna. Kiedy spotkała Cezara, była królową Egiptu. Olśniewała. Umiała wykorzystywać swoje atuty. Ale w tym nie ma nic złego. Przeciwnie, takie zachowanie podpowiada nam rozum.

Rozum rozumem, ale piszą, że Kleopatra była też królową oralnej miłości.
Dla mężczyzn to ma ogromne znaczenie. I nie chodzi tylko o szczególną technikę seksualną. Dla nich ich penis, kogut, tygrys to oni sami. Dlatego ważne jest, jak kobieta go traktuje. Czy go kocha? Czy może się brzydzi? Czy chce brać do ust? Jeśli tak, to mężczyzna czuje, że ona go naprawdę chce. Seks z taką kobietą to dla niego niezwykłe przeżycie. Ale nie tylko. Związek z kobietą, która go przyjmuje, docenia i która dzięki niemu jest szczęśliwa, staje się dla mężczyzny sensem życia.

Katarzynę Wielką po śmierci Aleksandra Łanskoja pocieszało dwóch kochanków.
Katarzyna była seksoholiczką. Wybierała kochanków spośród gwardzistów, kierując się wypukłością ich rozporka. Czasem jednego, czasem kilku na jedną noc. Była chyba jedyną znaną kobietą w historii, która korzystała z władzy dla uciech seksualnych. Jawnie czyniła rozpustę. Oczywiście, nieustająca pogoń za seksem to ucieczka. Ale jest coś imponującego w tym, że w czasach, kiedy kobiety nie miały żadnych praw, ona je sobie dała. Zaakceptowała swoją rozbuchaną seksualność. Od niej też możemy się jednak czegoś nauczyć, tego, że mamy prawo do bycia jawnie istotą seksualną. A nas nadal przeraża to, że inni mogliby o naszej seksualności wiedzieć i mówić. Nie bójmy się, seksualność jest zaletą kobiety.

Katarzyna poznała Łanskoja, mając 50 lat. A madame de Pompadour była już żoną i matką, kiedy na balu maskowym poznała Ludwika XV.
Kobieca seksualność rozwija się w nieskończoność, a więc im kobieta starsza, tym bardziej jest otwarta na seks i silniej go przeżywa. Wie już też, że z mężczyzną ma się dobrze czuć. Nie fantazjuje o tym, że on ma być wysoki i niebieskooki. Zdradzone kobiety często dziwią się, jak ich mąż mógł odejść do kobiety starszej i brzydszej niż one. Nie ma czemu się dziwić. On po prostu spotkał interesującą, fascynującą towarzyszkę, partnerkę.

Czyli podejście do życia też było ich tajemnicą. Słynne: „żyjemy hucznie i wesoło, a po nas choćby potop…”, przypisuje się madame de Pompadour.
Nie chodzi o hedonizm, tylko o to, by to, co teraz się dzieje, było najważniejsze. Mistrzostwo życia polega właśnie na tym: jak idę na bal, to po to, by się bawić. Jak się kocham, to tylko to się liczy. A jak rozmawiam, to po mistrzowsku. Francuzi nazywają to „esprit”, ten błysk, celność riposty. Damy, które tak jak madame de Pompadour czy Récamier prowadziły w Paryżu salony, były erudytkami. Bywali u nich Wolter, Diderot, Monteskiusz, Chateaubriand. Miały ambicje, by kształcić się i rozwijać. I sięgać po władzę! Stawały się przecież kochankami władców, żeby rządzić. Mieć wpływ na los swój i swojej rodziny, zdobyć majątek, pozycję. Od wielkich kochanic powinnyśmy się nauczyć, że mamy rządzić swoim życiem, kierować się ambicją, sięgać po to, czego pragniemy, także po władzę.

No właśnie ambicja! My się jej boimy. Słyszymy, że nasza ambicja jest zła, krzywdzi dzieci, rozbija rodzinę.
Mówimy tak, gdy komuś zazdrościmy tego, do czego dzięki ambicji doszedł. Nasze życie spełnia się właśnie wtedy, gdy zdobywamy to, na czym nam zależy. Dziś naszym największym problemem jest to, że nie sięgamy po władzę polityczną. Bo nam wmówiono, że tylko te, których nikt nie kocha, pchają się do góry. I tak „ambitna” ma się łączyć z „nieatrakcyjna, samotna”.

Ale skoro ambicja nam nie szkodzi, to czemu wiele ambitnych kobiet jest samotnych?
Jak się kobieta zajmie pracą, to na bok idzie seks. Rodzice coraz chętniej wspierają ambicje intelektualne córek, ale nadal nie wspierają ich rozwoju seksualnego. I dlatego kobiety nadal mają kłopot z równowagą. Nieświadomie zakładają, że albo kariera, albo seksualność. Skąd mogą wiedzieć, że nie muszą wybierać. Tylko po cichutku mówi się, że Curie-Skłodowska miała kochanka, a gdy Piotr zginął pod kołami dorożki, znalazła nowego partnera. Była seksualną kobietą. W szkołach nie uczy się nas, że Konopnicka pisała świńskie wierszyki. Mamy pseudowyzwolenie, bo nadal obowiązuje podział na żony i ladacznice, tyle że w wersji: albo naukowczyni, albo kochanka. A trzeba być kobietą całą gębą. Istotą intelektualną, kreatywną i seksualną. Wielkie kochanice takie były. Żyły intensywnie na każdym poziomie.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Potrzeby seksualne kobiet i mężczyzn – dlaczego tak trudno je pogodzić?

Czego w seksie pragną kobiety, czego chcą mężczyźni? Czy mamy więcej podobieństw czy różnic? (fot. iStock)
Czego w seksie pragną kobiety, czego chcą mężczyźni? Czy mamy więcej podobieństw czy różnic? (fot. iStock)
W wielu sferach, a w seksualnej na pewno, różnice między kobietami i mężczyznami zawsze były wyolbrzymiane i wykorzystywane do umacniania istniejącego porządku. A to właśnie powoli się zmienia. Na podstawowym poziomie kobieca seksualność ma taką samą siłę jak męska, jest po prostu ludzka – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

Porozmawiajmy o tym, co nas, kobiety i mężczyzn, w seksie różni, co najczęściej powoduje nieporozumienia i niepokój. Wylicz, proszę, szybko i spontanicznie podstawowe różnice.
On szybko się rozgrzewa, a ona powoli. Dla niego przytulanie się i czułość to dodatek, dla niej danie główne. On zawsze ma ochotę, ona potrzebuje specjalnych warunków i wstępu. On może bez miłości, ona nie. On musi się postarać, zabiegać, a ona łaskawie się godzi lub nie. On zawsze chce seksu, chce więcej i częściej. Ona za to chce więcej rozmawiać i się przytulać. Faceci uwielbiają seks oralny, a kobiety nie bardzo. Ona wstydzi się nagości bardziej niż on, więc woli w ciemności, a on – w świetle lampy. Ona chce rozmawiać, wiedzieć, co on myśli i czuje, on niekoniecznie. Jego niełatwo dotknąć, a ona jest wrażliwa i podatna na zranienie. Ona pragnie pocałunków i pieszczot od góry, a on pragnie bezpośrednich pieszczot od dołu. Ona wstydzi się swojego podniecenia, on bez wstydu je pokazuje. I w końcu mężczyźni często świntuszą i są gruboskórni, a kobiety – subtelne i romantyczne. On ma poczucie, że musi być aktywny, ona czuje, że nie powinna wykazywać inicjatywy, boi się wykorzystania, on twierdzi, że wręcz pragnie być wykorzystany.

Uff, sporo tego, a to przecież na pewno nie wszystko. Chyba się zgadzam, tylko jedna uwaga: jesteśmy w trakcie szybkich zmian obyczajowych, np. młode panienki potrafią już używać słów strasznych. I coś jeszcze dodam... Ona boi się ciąży, on ma to zwykle w nosie. Podczas kilkumiesięcznego rozstania ona bez trudu będzie mu wierna, on z wielkim trudem itd. To wyliczenie różnic może być spisem tematów na obszerną książkę, wybierzmy więc na użytek naszej rozmowy te odmienności, które powodują najwięcej nieporozumień.
Dla wielu kobiet bolesna jest odmienność w zapotrzebowaniu na bliskość. Przecież poszukujemy w seksie zaspokojenia także innych niż seksualne potrzeb, np. akceptacji, ciepła, opieki, miłości. Oczekujemy zainteresowania naszymi przeżyciami, rozmowy, przytulania i czułości, szczególnie po. Jeśli tego nie ma, boimy się, że mu nie zależy, że nie kocha, że chodziło mu tylko o seks. Dociekamy więc, pytamy, mamy pretensje i poczucie krzywdy. A tymczasem seks to seks, może spełniać różne funkcje – od prostego zaspokojenia fizycznej potrzeby do wyrażenia głębokiej miłości, a to, czym będzie, zależy od nas.

Mężczyzna na wzrastającej fali pożądania łatwo mówi czułe słówka, potem fala szybko opada. I często znika czułość. Te kobiece szczebioty po bywały dla mnie czasami nie do zniesienia (zdarza się to przede wszystkim wtedy, gdy jest mniej uczuć, a więcej fizycznej fascynacji).
No właśnie, kobieta po seksie pragnie jak najdłużej zachować poczucie jedności, zespolenia, które jest dla niej symbolem miłości – pragnie dzielić się przeżyciami, poznać partnera, przytulać. On, zaspokojony i szczęśliwy, pragnie szybko się z tej „unii” wycofać, wrócić do siebie.

Najbardziej oczywistą odmiennością dla mnie jest to, co też jest obecne w powszechnej opinii – facetom o wiele łatwiej uprawiać seks bez uczuć. Koronnym dowodem na to może być choćby prostytucja. Przecież ta dla kobiet nie rozwinęła się nawet w superliberalnej Holandii, a dla facetów wszędzie nadal kwitnie.
Słyszałam, że jednak się rozwija. A jeśli powoli, to czy nie dlatego, że przez tysiące lat ograniczano seksualność kobiet? Spadek po patriarchacie – przeciwstawne wyobrażenia na temat kobiety: madonny lub ladacznicy – ma się dobrze i funkcjonuje w naszych głowach i obyczajach, a to, co mówisz o prostytucji, jest jego ekstremalnym wyrazem. Powszechnie przyjmuje się, że żona, matka dzieciom musi się szanować (czytaj: ograniczać swoją seksualność) i wtedy zasługuje na szacunek, a kochanki – pociągającej, zmysłowej, lubiącej seks – się nie szanuje. I tu uwaga: nie szanują jej ani mężczyźni, ani kobiety! Aby się od tego uwolnić, musimy szukać naszej prawdziwej kobiecej tożsamości, także seksualnej, uczyć się niezależności i stawiania granic. Jeśli przestaniemy mylić seks z miłością, i my, i nasi mężczyźni będziemy szczęśliwsi.

Było dla mnie szokiem, gdy z ankiet, które kiedyś robiłem, wynikło czarno na białym, że kobiety bardzo interesują się męską pupą, że powinna być kształtna...
Jasne, że kobiety interesują się męskimi kształtami od zawsze! Obyczaje w tej dziedzinie się szybko zmieniają, więc wiele kobiet dopiero teraz odważniej o tym mówi. Myślę też, że wcale nie tak rzadko „rozbierają” mężczyzn w wyobraźni, tak jak mówi się, że mężczyźni to robią z kobietami. Nasze erotyczne fantazje, jeśli tylko sobie na nie pozwalamy, potrafią być bardzo śmiałe.

Przynajmniej o lustracji pupy... Mężczyźni nie mają o tym zielonego pojęcia.
Nie jestem pewna, czy nie mają. Jestem natomiast przekonana, że nawet jeśli kobiety są odważne w luźnych pogaduszkach i fantazjach, to w łóżku mniej mówią o tym, czego chcą. A jeśli już zaczynają mówić na fali poszukiwania orgazmu, to instruują i wymagają, co nie sprzyja bliskości, zabija spontaniczność. A na spontaniczność nadal trudno nam sobie pozwolić. Wam za to o wiele łatwiej robić to, czego chcecie, co nie zawsze nam odpowiada. Skąd macie to wiedzieć, jeśli jesteśmy bierne?

Za to mężczyźni nie potrafią się przyznać do swoich niepokojów i słabości. Dlatego kobiety zwykle nie wiedzą, jak męska seksualność bywa niepewna siebie. Ironiczny uśmiech kobiety może zrujnować cokół, na którym stoi pomnik męskości.
Kobiecie w dominującym facecie trudno dostrzec wrażliwość czy delikatność. Ta trudność wynikać może z tego, że kobiety startują często w życie z pozycji ofiary, więc nie chcą zobaczyć w mężczyźnie człowieka. A on bywa niepewny, jego męskość jest krucha, dlatego nadrabia miną, czasami brutalnością. Był przecież zawsze postrzegany jako ten, kto ma władzę... Przywołam tu wagę czułości, o czym często piszesz. Uważa się, że kobiety są czułe, a mężczyźni nie. Ale na głębokim poziomie moim zdaniem takiej różnicy nie ma. Popatrzmy na małe dzieci. Pierwotnie jesteśmy tacy sami, potem chłopcom grubieje skóra.

Poszukajmy jeszcze tych najbardziej ukrytych różnic.
Mam! Kiedy chłopak spotyka się z dziewczyną sam na sam, intymnie, po raz pierwszy. On zawsze widział swojego penisa, trzymał go w dłoniach, dotykał w stanie wzwodu i prawie zawsze masturbował się, odczuwał przyjemność, zna się od tej strony. A dziewczyna? Ona często nie widziała dokładnie swojej waginy, dotyka się tam, owszem, ale po to, żeby się umyć, może to miejsce oglądać i dotykać lekarz, a jeśli ona robi to sama, to na ogół ukradkiem, w poczuciu, że to coś złego, niestosownego. Kiedy się więc spotykają i czują podniecenie, on wie, skąd ono płynie, a ona nie. Myśli, że to musi być miłość. I zaczyna się ambaras.

Ale jeśli tak bardzo się różnimy, to aż dziw, że tak często udaje nam się jednak spotkać i nawet wejść sobie pod skórę.
Jestem pewna, że nie jesteśmy tacy sami. Myślę jednak, że w wielu sferach, a w seksualnej na pewno, te różnice były i są wyolbrzymiane i wykorzystywane do umacniania istniejącego porządku. A to właśnie powoli się zmienia. Sądzę, że na tym podstawowym poziomie kobieca seksualność ma taką samą siłę jak męska – jest po prostu ludzka. I ma ten sam cel. Na to nakładają się naturalne różnice w przejawach tejże seksualności – te związane z płcią i te wynikające z różnic indywidualnych, niezależnie od płci. Tak jak np. nasza ludzka zdolność chodzenia – wszyscy uczymy się chodzić, mamy tę możliwość, a jednak chód kobiet i mężczyzn różni się naturalnie, ze względu na budowę, fizyczność. Poza tym różni nas indywidualny styl. A na to z kolei nakłada się następna warstwa – społecznokulturowych wpływów. W chodzeniu też można by się jej dopatrzyć. Przez tę ostatnią warstwę trudno dojrzeć to, co podstawowe. Długo i mozolnie przedzierałam się w swoim życiu przez te warstwy. I dopiero kilka lat temu się przebiłam i te doświadczenia, naprawdę odkrywcze, ukierunkowały moje zainteresowania i działania zawodowe. Dlatego z takim entuzjazmem zajęłam się kobiecą seksualnością. Te odkrycia były bardzo poruszające i otwierające. „To, co najbardziej osobiste, jest zarazem najbardziej uniwersalne”, jak mówił Carl Rogers, ojciec psychologii humanistycznej. Potwierdza się to też w moich spotkaniach z kobietami. Tak więc sądzę, że jeśli nawet kobietom np. abstynencja i wierność przychodzą łatwiej, nie jest to kwestia ich naturalnych preferencji. „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, można by zamienić na: „Czego ciało nie czuje, tego serce nie żałuje”. A często nie mamy dobrego kontaktu z naszym ciałem, zwłaszcza z tą częścią „tam na dole”, czyli miednicą i kroczem.

Wróciłbym do problemu wierności.
Jeśli chodzi o tę kwestię, uważam, że trzeba odmitologizować różnice między płciami, wszyscy potrafimy wybierać, kierować swoim zachowaniem, powstrzymywać się i rozluźniać, to ludzka zdolność, którą zaczynamy rozwijać w drugim roku życia. Wierność to jednakowe wyzwanie dla obu płci. Ważne, abyśmy decydowali się na nią świadomie, mając kontakt z naszą seksualnością. Myślę, że mężczyznom łatwiej jest czuć swoje ciało jako własne, w konsekwencji łatwiej im korzystać z przyjemności kontaktu seksualnego. Kobiety raczej się oddają i pozwalają robić coś ze sobą, nie przejawiają inicjatywy, czasem nie wiedzą do końca, czego chcą. Albo odwrotnie: nie dają dostępu i odmawiają – myślą, że nie chcą, liczą się z zakazem, z opinią, co powiedzą mama lub tata. Kobiety w swoim rozwoju muszą odzyskać swoje ciało zawłaszczane przez rodziców, mężczyzn, społeczeństwo. A mężczyźni – otworzyć serce zatrzaśnięte często przed sobą i przed światem, aby lepiej wywiązać się z roli, która przypisana jest im w patriarchalnym porządku. Na szczęście wygląda na to, że kobietom i mężczyznom jest w nim coraz mniej wygodnie.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Kobieta wyzwolona - seksualność jest jej siłą

Twoje erotyczne „ja” wciąż musi być obecne i widoczne – tylko wtedy będziesz w stanie odpuścić i oddać się przyjemności wszystkimi zmysłami. (fot. iStock)
Twoje erotyczne „ja” wciąż musi być obecne i widoczne – tylko wtedy będziesz w stanie odpuścić i oddać się przyjemności wszystkimi zmysłami. (fot. iStock)
Wszyscy oczekują, że będziemy grzeczne. Matki, nauczyciele, krewni i przełożeni prawią nam komplementy, kiedy słuchamy poleceń, dobrze się dostosowujemy i sumiennie wykonujemy naszą pracę – pisze Marja Kihlström, seksterapeutka, autorka książki „Daj sobie prawo do przyjemności”. Czy stać nas na zaakceptowanie i docenienie wyzwolonej seksualności kobiet?

Podczas wizyty w Berlinie trafiłam kiedyś do lokalnego seksklubu. Moją uwagę zwróciła kobieta w średnim wieku, która tańczyła nago, zupełnie nie zważając na otoczenie. Zatraciła się całkowicie w swym niemal zwierzęcym tańcu, a ja wpatrywałam się w nią jak oczarowana. Zupełnie zburzyła mój obraz tego, kim może być kobieta i czym jest jej seksualność. Wszystkie powinnyśmy dążyć do podobnego poziomu wyzwolenia, ale w tym celu wcale nie trzeba wyjeżdżać do Berlina ani wyginać się przed innymi na golasa. Jak Paula McManus trafnie zauważyła w książce „Fittstim”: w oczekiwaniach, jakie stawiamy wobec tańczącej przedstawicielki płci żeńskiej, kumulują się nasze przeświadczenia, że kobieta powinna umieć robić wszystko odpowiednio, nie za dużo, nie za mało. To ważne, żebyśmy najpierw rozpoznały ten mechanizm, a potem rozniosły go w puch.

Chodzi o wyzwolenie naszej cielesności i zaakceptowanie jej na własnych warunkach. Nie jest niczym brudnym, brzydkim czy zabronionym, nie trzeba się jej wstydzić ani ukrywać. Seksualność to życiowa siła, której współczesna kobieta nie musi w sobie negować. Każda z nas jest pod tym względem wyjątkowa i nie warto, żebyśmy porównywały się z innymi. Erotyzm i cielesność dla każdego oznaczają coś innego. Bez względu na to, jak wygląda twój intymny świat, bądź jego częścią. Najważniejsze, byś nauczyła się rozumieć, czym jest twoja własna seksualność i jak możesz ją swobodnie wyrażać. Twoje erotyczne „ja” wciąż musi być obecne i widoczne – tylko wtedy będziesz w stanie odpuścić i oddać się przyjemności wszystkimi zmysłami.

Odejście od przesadnego konformizmu jest często niewiarygodnie trudne, bo nas, kobiety, całe życie chwali się za grzeczność. Wszyscy oczekują, że będziemy grzeczne. Matki, nauczyciele, krewni i przełożeni prawią nam komplementy, kiedy słuchamy poleceń, dobrze się dostosowujemy i sumiennie wykonujemy naszą pracę. Jednocześnie z łatwością przypisuje się nam również odpowiedzialność za innych –  przede wszystkim za chłopców, którzy ze względu na swoją naturę nie są zdolni do podobnego posłuszeństwa. Tak zawsze powtarzano mi w szkole. W najgorszym wypadku grzeczność całkowicie tłumi osobisty głos kobiety i zastępuje go innym, wciąż przypominającym wyłącznie o potrzebach bliźnich. Nie zawsze jednak musimy być dla innych dostępne, zagłuszając własne potrzeby. Kobieta ma prawo mówić głośno, wyrażać swoją opinię i prosić partnera o zaspokojenie jej potrzeb w łóżku. Może się zdarzyć, że ktoś nazwie ją trudną – mimo że nikt nie określiłby tak zachowującego się podobnie mężczyzny. Ten byłby „w pozytywnym znaczeniu wymagający”, „pewny siebie”, „wiedziałby, czego chce”. Kobiety też mają prawo stać twardo na własnych nogach i upewniać się, że ich głos jest przez innych słyszany. Wszyscy na tym skorzystają.

Od przedstawicielek płci pięknej wymaga się również podporządkowania pewnym normom. Zakładamy, że każda z nas marzy o związku i dzieciach. Nawet lider pewnej fińskiej partii politycznej publicznie zwoływał kobiety na „kółko porodowe”. Z tego samego powodu często litujemy się nad singielkami. Zakładamy, że są wyalienowane i straszymy je samotną starością. Często nie jest to jednak kwestia samotności, a autonomii. Nawet bezdzietność – ta, która jest czyimś życiowym wyborem – może wywoływać zdumienie i potępienie. A przecież kobieta ma pełne prawo zadecydować, że chce żyć samotnie, na własnych warunkach i według własnych zasad. Może uprawiać seks z partnerem, z którym nie tworzy związku, chodzić na imprezy swingersów, spotykać się z wieloma mężczyznami bez większych zobowiązań. Nie wszyscy chcą czy potrzebują stałej, bliskiej relacji. Również rodzinę można w dzisiejszych czasach zakładać na wiele sposobów. (…)

Jedna z klientek powiedziała mi kiedyś, że łatwiej udawać „normalną” niż nieustannie bronić przed innymi swoich wyborów. Seksualność to mocno naładowana emocjonalnie intymna sfera życia. To, jaki rodzaj relacji wybierzesz – jeśli w ogóle jakiejkolwiek pragniesz – jest twoim własnym wyborem, a własnych wyborów warto strzec.

Jakie doświadczenia mają kobiety?

Mam dużą rodzinę. Choć prowadzę zabiegane życie, zawsze trzymałam się mocno mojej kobiecości. Uważam, że to jedyna część mnie, która naprawdę odzwierciedla to, kim jestem.

Kobieta, 37 lat

Orgazm to teraz jedna z najważniejszych spraw w moim prywatnym życiu. Chcę go zatrzymywać, chronić, rozwijać, uważać za coś mojego, dzielić się nim tylko z tymi nielicznymi, którzy potrafią go docenić. To coś bardzo cennego – i jestem dumna, że to w sobie odnalazłam.

Kobieta, 35 lat

Nigdy nie byłam w stanie wyzwolić się do tego stopnia, żeby móc choćby tylko wyobrazić sobie, że przeżywam orgazm. Satysfakcja partnera zawsze była dla mnie ważniejsza. Problemy z samooceną odbijały się na moim życiu seksualnym, a nikt nigdy nie był w stanie sprawić, żebym poczuła się na tyle bezpiecznie i pewnie, bym potrafiła być sobą i po prostu odpuścić.

Kobieta, 21 lat

Każda z nas, dzięki swoim działaniom, może przyczyniać się do poszerzenia ogólnego rozumienia tego, czym jest kobiecość i co oznaczają życiowe wybory. Każda z nas rodzi się jako zmysłowa i erotyczna istota, ale ten potencjał musimy ponownie odnaleźć w sobie i wykorzystać już jako dorosłe osoby. Czasami bardzo pomocny okazuje się dobry partner, który jednym spojrzeniem jest w stanie sprawić, że nasza zmysłowość zalśni najjaśniejszym blaskiem. Jednak ostatecznie to my same musimy rozpoznać swoje ograniczenia – i wynieść się ponad nie. Kiedy tego dokonamy, ostrożność, której się nauczyłyśmy, dorastając, może zacząć ustępować przyjemności, a u samego szczytu - całkowitej wolności.

Kobiety twojego życia – jaki miały wpływ na twoją seksualność?

Matka, ciotka, siostra, nauczycielka, przyjaciółka. Wszystkie kobiety, z których na przestrzeni lat bierzemy przykład, od których uczymy się, czym jest kobiecość, jak funkcjonuje nasze ciało. Niektóre mogą być zawsze obok, z innymi łączą nas krótkie spotkania, które na zawsze pozostawiają ślad.

Część z nas bardzo wcześnie zdaje sobie sprawę, że kobietą można być na wiele różnych sposobów. Dla mnie na przykład ważnym doświadczeniem był miesiąc, który spędziłam swego czasu we Włoszech. Miejscowe damy z dumą obnosiły się ze swoją kobiecością, podkreślały ją, emanowały seksualnością w zupełnie inny sposób niż ten, do którego się przyzwyczaiłam, żyjąc w Finlandii.

Kobiety, które otaczają nas, gdy dorastamy, dają nam również wzorce dotyczące cielesności. To, jak wyrażają się poprzez ubiór, makijaż, mowę czy gesty, rzutuje na obraz kobiecości, który kształtuje się w naszych głowach.

Czy twoją mamę zawsze irytowały pomalowane kobiety? Czy głową rodziny był mężczyzna, który w każdej kwestii miał ostatnie słowo? Czy musiałaś zapinać koszule do ostatniego guzika; upewniać się, że każda spódnica ma odpowiednią długość? Czy w twoim środowisku kobieta mogła swobodnie tańczyć, cieszyć się życiem?

Dobrze jest poznać swoje korzenie. Nie zawsze największy wpływ ma na nas matka – czasem może to być starsza siostra, chrzestna, nauczycielka w szkole czy trenerka na zajęciach sportowych. Nawet dzisiaj kobiety często wychowuje się w nastawieniu, że mają zaspokajać potrzeby mężczyzn. Bardzo mało uwagi poświęca się ich własnym potrzebom czy aspiracjom. Jeśli same nie nauczyłyśmy się dopominać o równe traktowanie, nic dziwnego, że mamy z tym problemy w łóżku.

Warto przystanąć na chwilę i zastanowić się nad środowiskiem, w którym dorastałyśmy, i nad panującym w nim rozkładem władzy. Również nasze przyjaciółki (lub przyjaciele) mogą – szczególnie w dzieciństwie – mieć ogromny wpływ na to, jak postrzegamy własną kobiecość i seksualność. Z przyjaciółmi dzielimy się dużą częścią naszego życia, ważnymi momentami i różnymi stanami emocjonalnymi. Między bliskimi znajomymi często panuje też wyzwolony sposób mówienia, co pozwala na swobodne rozmowy o seksualności. Trudności w tej sferze są jednak tak intymne i prywatne, że często podlegają niewypowiedzianej zmowie milczenia. Wiele kobiet, które dzieliły się ze mną swoimi doświadczeniami, zwróciło uwagę na to, jak samotna jest osoba musząca mierzyć się z problemami natury seksualnej – nawet jeśli sama bardzo chce z kimś o nich porozmawiać.

Pomocne ćwiczenie

Zadaj sobie kilka pytań:
  • W jakim otoczeniu dorastałaś jako kobieta?
  • Jaka mogłaś, a jaka powinnaś była być?
  • Czy prowadziłaś z przyjaciółkami głębokie rozmowy na temat seksualności?
  • Jaką byłabyś kobietą, gdybyś potrafiła całkowicie wyzwolić swoją seksualność?
  • Jak wyglądałby twój taniec?
  • Co możesz zrobić, żeby poczuć się wolną?
Spróbuj potańczyć nago w rytm ulubionej muzyki, kiedy będziesz sama w domu. Myśl tylko o tym, co całkowita wolność oznacza dla ciebie, nie zastanawiaj się nad cudzymi uczuciami czy opiniami na ten temat.

Fragmenty pochodzą z książki „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko”, w której Marja Kihlström, fińska seksterapeutka i edukatorka zachęca kobiety do odkrywania i poznawania własnej seksualności.

  1. Seks

Kobieta nie ma ochoty na seks – rozmowa z psychoterapeutką i seksuolożką Pauliną Trojanowską-Malinowską

Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydaw. Znak).

Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak).

Zaburzenia pożądania? Co to jest w ogóle za problem?!
Czasem, jak komuś mówię, czym się zajmuję, od razu słyszę pytanie, czy pracuję ze zboczeńcami. Odpowiadam, że nie, że najczęściej zajmuję się takimi problemami jak brak pożądania czy orgazmu, a wszyscy reagują tak: „Ale nudne”.

Banał, co to za temat?
Niezbyt spektakularny, ale taka jest często rzeczywistość kobiecej seksualności. Ten problem nie ma metryki, zgłaszają się z nim kobiety w każdym wieku: dojrzałe, 30+, 40+ i bardzo młode dziewczyny. Te, które są w długich związkach, i te, które wchodzą w nową relację. Mówią: „Nigdy nie miałam ochoty na seks. Zaczynam nowy związek, i co teraz?”. Staż związku jest ważny, ale czasem ten problem pojawia się dość szybko.

Przychodzą same czy partner je przysyła?
To mnie zawsze porusza: kobiety zwykle nie przychodzą dla siebie, tylko są oddelegowane przez partnera. Wypchnięte. I kiedy pytam: „Co z nim, gdzie on jest?", słyszę, że się nie pojawi, bo przecież nie ma z tym problemu. A dla mnie samo to już jest problematyczne. Bo znaczy, że ten partner nie widzi podstawowej zasady w życiu seksualnym: ja mam inaczej niż ty. I to, że masz inne potrzeby, wcale nie znaczy, że jesteś zaburzona.

Mam takie przyjaciółki. Raz na jakiś czas słyszę: „Nie mam ochoty na seks, ale mi to nie przeszkadza. Tylko że mój mąż jest potwornie sfrustrowany, nie wiem już, co mam robić, są na to jakieś pigułki?”.
Jesteśmy tak wychowywane, że swoimi potrzebami mamy zajmować się na końcu. A najlepiej wcale. Kobieta rzadko myśli: „Jestem po dwóch porodach, pracuję, zajmuję się domem, dodatkowo mam świetnie wyglądać, a czuję się fatalnie, więc wrzucę na luz”, raczej ma poczucie winy. Myśli, że jest popsuta.

Wybrakowana.
Tak, czegoś jej brakuje. Popularne jest takie podejście, że popęd seksualny to coś wyłącznie biologicznego. Że się go ma albo się go nie ma. Że to jest naturalne, a nie bardzo płynne. Tymczasem zwłaszcza w wypadku kobiet popęd zależy od fazowości życia. Oczywiście nie dotyczy to każdej z nas, ale części tak: w niektórych momentach seks schodzi gdzieś na bok. I nie ma w tym nic dziwacznego ani złego. Niestety nie dostajemy informacji, że możemy sobie na brak ochoty pozwolić.

No i ta nieszczęsna pigułka. Jak ona niby miałaby działać?
Szukamy szybkich rozwiązań. Zwłaszcza jeśli cierpienie było długie, chcemy szybkiej ulgi. Dlatego czepiamy się obietnicy, że powstanie viagra dla kobiet. Z dużą rezerwą podchodzę do tego, że znajdzie się jeden lek na tak złożony aspekt życia. Bo po pierwsze: każda kobieta ma w tej kwestii inaczej, a po drugie: u większości dziewczyn, które przychodzą z tym problemem, nie ma jednej przyczyny. Nie dzieje się tak, że pracujemy, rozmawiamy i nagle okazuje się: „Aha! Chodziło o to!”. Ten problem jest mozaiką różnych elementów, nie ma tu prostych rozwiązań. I jeszcze jedna rzecz: kobiety często dużo od siebie wymagają, czują, że muszą za przeproszeniem dowodzić w każdej kwestii: w związku, w pracy, w wychowywaniu dzieci, zajmowaniu się rodzicami. Nawet jeśli którąś pochłonie jakaś pasja, to i tak będzie ją traktować w trybie zawodowym. A zadaniowość i seks nie zawsze idą w parze. Bo jak się do czegoś zmuszamy, to mniej to lubimy. Poza tym musimy pamiętać, że powodów, dla których uprawiamy seks, jest mnóstwo.

Słyszałam, że siedemnaście, strasznie dużo!
A ja, że 237 – od tego, żeby być bliżej Boga, przez to, że chcemy się zemścić albo kimś manipulować, do tego, że czujemy się samotni albo chcemy podbudować swoje poczucie wartości, ewentualnie rozładować napięcie. Ale prawda jest taka, że czasem uprawiamy seks nie dla siebie, tylko dla partnera albo dla podtrzymania związku. Nie przestaje mnie zaskakiwać to, że podczas zajęć z edukacji seksualnej chłopcy o masturbację zawsze pytają w kontekście przyjemności – jak to robić. A dziewczyny zastanawiają się zwykle, czy w ogóle to robić. Odkrywają seksualność w kontekście związku. Rzadko myślą: „Seks jest mój, dla mnie, dla mojej przyjemności”. Trudności z pożądaniem to kwestia naszego osobistego rozwoju, ale też dynamiki relacji. Niektóre elementy dobrze przepracować indywidualnie, inne razem. Zawsze zadaję kobiecie pytanie: „Nie masz ochoty na seks, czyli na co? Na bliskość? Na wysiłek? A może na seks z tą konkretną osobą?”. Ważne, jak kobieta identyfikuje pożądanie – ma fantazje erotyczne czy nie? Stymuluje się sama czy nie bardzo? Bo może chodzić o to, że ma trudności w związku, a nie w seksie. U większości nie da się wskazać jednej przyczyny braku ochoty na seks, to zwykle skomplikowana sprawa.

Mogłabyś stworzyć listę momentów, w których kobiety cierpią na zaburzenia pożądania najczęściej?
To niełatwe, bo w seksie przejawia się historia naszego życia. To, co się dzieje w naszej sypialni, jest efektem tego, kim jesteśmy, jakie jesteśmy i co się w naszym życiu do tej pory wydarzyło. To bardzo indywidualne. Oczywiście, w pewnych newralgicznych punktach związanych z fizjologią, ochota na seks może być mniejsza: to niektóre etapy ciąży, połóg, menopauza. Ważnym czynnikiem zaburzającym pożądanie jest przemęczenie. I nie mówię o dwóch, trzech nieprzespanych nocach, tylko o zmęczeniu permanentnym. Przez nie wzrasta poziom prolaktyny, a ona wycina seksualność. Albo stres: nie tylko kluczowe momenty, takie jak ślub, przeprowadzka, ważne egzaminy, zmiana pracy, rozwód, ale życie w ciągłym stresie. A poza fizjologią sytuacje związane z relacją z drugim człowiekiem: przewlekła choroba, staranie się o dziecko, różnego rodzaju konflikty, zdrady, brak komunikacji albo emocjonalnej dostępności tej drugiej osoby. Ludzie często są przekonani, że związek i seks to nierozłączna para. Tak nie jest, zwłaszcza w długotrwałej relacji. Podtrzymanie pożądania wymaga dużej aktywności.

(…)

Co dziś kobietom najbardziej w mężczyznach przeszkadza i powoduje, że tracą ochotę na seks?
Przede wszystkim to, że mężczyźni w jakimś sensie zajmują się głównie sobą.

W łóżku?
Nie tylko. W ogóle, w życiu. Zajmują się swoją karierą i już nie mają przestrzeni na wpuszczenie kogoś do swojego świata. Są po prostu nieobecni, nie ma ich. Nawet kiedy uprawiają seks.

Uznają, że skoro już zdobyli kobietę, to mogą zająć się innymi rzeczami?
Tak. Tymczasem to, co rozkręca kobietę, to uwaga, troska, pewien zachwyt, komplementy. Kobiety często nie czują się w swoich związkach widziane. Kolejna rzecz: kiedy seks skupia się na przyjemności mężczyzny. A nie obojga. I bardzo mocno rosnący konflikt. Nieprzegadane sprawy, nienazwane problemy, jak w tym dowcipie, kiedy mąż mówi: „Podaj mi sól”, a słyszy: „Zniszczyłeś mi całe życie!”. Brak komunikacji, zamiatanie pod dywan. Często ludzie żyją obok siebie. Każdy ma swoją listę zadań do wykonania i ta odległość między nimi jest coraz większa. A emocjonalne oddalenie sprawia, że ludzie przestają się sobą interesować. I seksem też. Bo jeśli cały czas funkcjonujemy obok i jakoś to działa, to po co się spotykać, skoro to zabiera tyle energii? Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. Trudno przyznać, że nasze życie seksualne jest słabe, rozczarowuje nas. Partner nas już nie pociąga. Atrakcyjność fizyczna zniknęła, bo druga strona przestała o siebie dbać. Łatwiej mówić o sukcesach, stwierdzenie, że jest niezbyt 25 dobrze, przychodzi z trudem. Bo trzeba stanąć, spojrzeć na siebie z zewnątrz i prześwietlić, gdzie się znajduję w tym momencie życia. Często, jak już jesteśmy w relacji, to zwracamy na nią uwagę tylko wtedy, kiedy pojawia się jakiś problem. Zamiast sprawdzać ją co jakiś czas, zajmujemy się nią wtedy, kiedy trzeba gasić pożar.

Fragmenty wywiadu pochodzą z najnowszej książki Marty Szarejko „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont).

Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)