1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Zegar biologiczny w związku: Sowa i Skowronek

Zegar biologiczny w związku: Sowa i Skowronek

123rf.com
123rf.com
Naukowcy już dawno dowiedli, że cykl dobowy ma wpływ na nasze zachowanie, czas reakcji, możliwości intelektualne, a nawet proces trawienny. Skowronek osiąga najwyższą temperaturę ciała i poziom hormonu stresu od ok. godziny 5.00 rano i jest gotowy do życia, a u Sowy ten mechanizm jest przesunięty o kilka godzin. Za te różnice odpowiada naturalny zegar biologiczny

Rano wstaje Skowroneczek, głodna tego, co na świecie, pyta Sowy:  Sowo droga, gdzie do świata krótka droga? Sowa bardzo jest zmęczony, nie odwraca nawet głowy - jaka droga, jaki świat? był spalony.... to na bank! Śpię po meczu narodowym, zawracanie tylko głowy!

Tak właśnie często wyglądają poranki, kiedy Ona - Skowronek zasypia przed 22.00 , a On w tym czasie żyje: ogląda mecz, filmy, rozmawia z kolegami, dowiaduje się o wszystkich bieżących wydarzeniach do późnej nocy. Ona w tym czasie śpi. Budzi się rano, najczęściej przed 6.00, wypoczęta, gotowa do życia, pełna wigoru, chętna do rozmowy, picia kawy przy kuchennym stole, gdy dzieci jeszcze śpią.  On w tym czasie śpi. Jeśli natomiast to mężczyzna jest skowronkiem,  to dobrze wiedzieć, że męskie libido zaczyna się zwiększać właśnie o godz. 5.00 -6.00 rano. Dla kobiety Sowy to środek nocy, więc w związku mogą pojawić się trudności we wzajemnym dostrojeniu.

Na tym tle mogą pojawić się nieporozumienia w związku - Ona lub On mogą posądzać to drugie o unikanie kontaktu lub bliskości. Tymczasem nie ma w tym niczyjej złej woli, ponieważ indywidualne różnice w cyklu dobowym wynikają z naturalnego zegara biologicznego. O godz. 3.00 nad ranem nasz czas reakcji znacząco się wydłuża, a możliwość skupienia i koncentracji drastycznie spada. Jeśli pracujesz w nocy, jesteś na przykład pielęgniarką, lekarzem czy kierowcą, musisz o tym pamiętać i zadbać o siebie i wypoczynek po powrocie do domu. Naukowcy zajmujący się wpływem cyklu dobowego na choroby i ich objawy, dowiedli również, że około godziny 9.00  nadchodzi „najgorszy czas” dla ludzi ze skłonnością do depresji czy obniżonego nastroju.

Ciekawostką jest też mały gruczoł (szyszynka), który, wydzielając melatoninę, odpowiada za nasz zegar biologiczny.  Ilość wyprodukowanej melatoniny zależy od światła: kiedy jest ciemno, produkcja melatoniny zwiększa się i dlatego zasypiamy, kiedy jest widno - produkcja melatoniny zatrzymuje się. Poziom melatoniny w organizmie znacząco spada wraz z wiekiem.  Być może, gdy różnica wieku w związku jest duża, mogą występować różnice w rytmie dobowym i podejmowaniu lub nie aktywności.

Czy partnerzy mogą więc dostosować swoje zegary biologiczne?

Żyjemy w świecie ciągłej gonitwy, nowych technologii, zewnętrznych wymagań i nacisków, takich jak:  wielogodzinna praca  czy konieczność pogodzenia wielu interesów jednocześnie i siłą rzeczy przestawiamy swój zegar, nie będąc w zgodzie z naturą. Dopasowanie naszego naturalnego cyklu dobowego do zewnętrznych wymagań jest możliwe, jednak taka próba będzie okupiona konsekwencjami,  na przykład: Skowronek zmuszony do pracy po 22.00 rano wstanie rozdrażniony, zmęczony, poirytowany. Sowa zbudzona wcześnie rano i zmuszona do udziału w rodzinnym śniadaniu będzie śpiąca i jakby nieobecna.

Dlatego tak ważne jest, aby przyjrzeć się naszemu związkowi pod kątem indywidualnych różnic m.in. w wykonywanej pracy, zapotrzebowaniu na aktywności fizyczną czy seksualną, w typie osobowości. Zwróćmy tez uwagę, jakim chronotypem są rodzice i dziadkowie naszego partnera, gdyż na zegar biologiczny wpływają też uwarunkowania genetyczne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Kuchenne sposoby na spokojne noce

Co na dobry sen? Eksperci od zdrowego żywienia zalecają wypić przed pójściem od łóżka szklankę ciepłego mleka z gałką muszkatołową, która według medycyny ajurwedyjskiej wykazuje silne właściwości nasenne. (Fot. iStock)
Co na dobry sen? Eksperci od zdrowego żywienia zalecają wypić przed pójściem od łóżka szklankę ciepłego mleka z gałką muszkatołową, która według medycyny ajurwedyjskiej wykazuje silne właściwości nasenne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wiadomo, że ciężki żołądek zakłóca nocny wypoczynek. Jednak ajurweda mówi więcej – żeby się dobrze wyspać, trzeba uregulować rytm dobowy. Eksperci od zdrowego odżywiania Karolina i Maciej Szaciłło poświęcili temu tematowi swój kolejny poradnik zdrowego stylu życia. Zanim się ukaże, podsuwają kilka „nasennych” rozwiązań. 

Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego żywienia i ekologicznego trybu życia. Wspólnie prowadzą kursy, szkolenia oraz warsztaty zdrowego gotowania i medytacji. Autorzy popularnych poradników dietetycznych. (Fot. archiwum prywatne) Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego żywienia i ekologicznego trybu życia. Wspólnie prowadzą kursy, szkolenia oraz warsztaty zdrowego gotowania i medytacji. Autorzy popularnych poradników dietetycznych. (Fot. archiwum prywatne)

Czy znasz to uczucie po przebudzeniu, gdy w ciele czujesz błogość, zaś twój umysł jest czysty, spokojny i skoncentrowany? Tak działa dobry sen. Niestety, w dzisiejszych czasach coraz więcej osób boryka się z jego zaburzeniami. Zwłaszcza że głębokiemu wypoczynkowi nie sprzyja także współczesna dieta, czyli w przypadku wielu z nas wieczorny obfity posiłek, z którym organizm musi się uporać przez noc. Specjaliści medycyny zachodniej w pierwszej kolejności polecają dbanie o higienę snu: ciemną, wyciszoną i wywietrzoną sypialnię, stałe pory kładzenia się spać i wstawania oraz aktywność fizyczną. Na pewno pomogą też praca z emocjami i zarządzanie stresem. Jeśli bezsenność jest długotrwała, zawsze lepiej skonsultować ją u lekarza, bo może być symptomem innych dolegliwości, np. choroby Hashimoto czy depresji. Jeszcze bardziej kompleksowo podchodzi do problemu ajurweda, najstarsza nauka o zdrowiu.

Nierównowaga żywiołów

Zgodnie z zasadami ajurwedy nie tylko my sami, ale i otaczający nas świat jest „zbudowany” z powietrza, przestrzeni, ognia, wody i ziemi. Poszczególne żywioły składają się na tzw. dosze. Dosza vata to powietrze i przestrzeń, kapha – woda i ziemia, zaś pitta – ogień i woda.

– Określoną doszę mają także pory roku. Wiosna to czas kapha, lato – pitta, mokra i deszczowa jesień – vata i kapha, zaś zima – vata – tłumaczy Karolina Szaciłło, której napisana wspólnie z mężem Maciejem książka „Dobranoc. Ureguluj swój cykl dobowy i śpij dobrze” wkrótce się ukaże. – Podobnie pory dnia. Pomiędzy 2 a 6 rano panuje czas vata. To wtedy powinniśmy się budzić! Jeśli prześpimy odpowiednią porę, wejdziemy w czas kapha – do 10, będziemy ospali i trudniej będzie się dobudzić. Od 10 do 14 trwa pitta. Wtedy słońce jest najwyżej, a nasz ogień trawienny najsilniejszy, zatem to właśnie wtedy, a nie wieczorem, warto zjeść największy posiłek w ciągu dnia. Mamy też najwięcej energii. Następnie rozpoczyna się chwiejna, bujająca w obłokach vata, która kończy się o 18. To czas na wymyślanie, planowanie, tworzenie; czas, w którym pojawia się więcej kreatywności. W tych godzinach w opcji idealnej powinniśmy również zjeść kolację (minimum 3 godziny przed pójściem spać). Między 18 a 22 znów rządzi kapha. Jest to moment wieczornego relaksu, wyciszenia i rozpoczęcia snu – wyjaśnia Karolina.

Tak wygląda ajurwedyjski idealny cykl dnia. Jeśli go zaburzymy, mogą pojawić się kłopoty. – Gdy przeczekamy odpowiedni moment i nie położymy się spać przed dziesiątą wieczorem, organizm wejdzie w rytm pitta (do drugiej w nocy), poczujemy nową falę energii i dużo trudniej będzie nam zasnąć – dodaje Maciej Szaciłło i tłumaczy, że według najstarszej nauki o zdrowiu bezsenność jest stricte związana z zaburzeniem doszy vata w organizmie. To przekłada się na problemy z zasypianiem, ale także wybudzanie się w środku nocy z gonitwą myśli. Z kolei trudności ze wstawaniem rano to zaburzenie doszy kapha.

Nie da się ukryć, że te pory nie wszystkim przypadną do gustu. Co wtedy? – Ajurweda dużo mówi o równowadze. Integralną częścią tej równowagi i jednym z czterech źródeł energii, które wymienia filozofia Wschodu, jest sen – opowiada Maciej. – Często rzeczy, do których nas podświadomie ciągnie i które wydają się naszą naturą, wcale nią nie są, a wręcz nam nie służą. Pamiętajmy, że nie jesteśmy tylko ciałem. Jesteśmy również umysłem i emocjami, naszymi relacjami społecznymi i duchem, duszą czy energią. Jeśli odpowiednio nie zarządzamy emocjami albo je wypieramy, podświadomie ciągnie nas wręcz do tego, co tylko pogłębi naszą nierównowagę – podpowiada Maciej.

By poprawić komfort snu, warto więc czasami wyjść poza swoją strefę komfortu. Ale uwaga: uważnie obserwujmy, czy rzeczywiście nam to służy, bo, jak przypomina Karolina, podstawowym mottem ajurwedy jest: „rób to, jeśli dobrze to na ciebie działa ”!

Sezon na dobrostan

Oprócz tego, co mamy w głowie, zadbajmy też o to, co na talerzu. Według ajurwedy menu, które najbardziej sprzyja stanowi równowagi w organizmie i poprawia jakość snu, powinno być sezonowe. Dlaczego?

– Cztery pory roku to naturalny cykl. Wpływa on na regulację naszego tzw. cyklu dobowego, a więc również na dobry sen. W danej porze roku matka natura daje też nam pokarmy, które pozwalają najlepiej się zrównoważyć. To dlatego w naszej książce skomponowaliśmy menu z rozróżnieniem na wiosnę, lato, jesień, zimę. Nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach bardzo się w tej kwestii pogubiliśmy. Kolorowe warzywa z różnych stron świata dostaniemy w sklepach przez cały rok. Możemy z nich oczywiście korzystać, ale skupmy się na tym, co rośnie w naszej strefie klimatycznej. Im bliżej od krzaka do talerza, tym lepiej – tłumaczy Maciej Szaciłło.

Co więc jeść, by lepiej się czuć i głębiej spać? Karolina wyjaśnia, że wiosną, gdy przyroda budzi się do życia, dieta powinna być lżejsza i oczyszczająca. To czas na kiełki, zielonolistne, kasze, lekkie makarony z dodatkiem warzyw. Latem mamy więcej energii, także dzięki wszechobecnemu słońcu. Śpimy krócej i mamy zapał do działania. Powinniśmy więc jeść dużo świeżych, sezonowych warzyw i roślin zielonolistnych. Możemy też pozwolić sobie na świeży, dobry jakościowo nabiał oraz największą ilość surowego jedzenia w diecie. Jesienią koncentrujmy się na budowaniu odporności i ładowaniu akumulatorów na nadchodzące chłody, dobrze włączyć do menu więcej gotowanych pokarmów. Idealnie sprawdzą się teraz wszelkie zupy warzywne, lecza czy ajurwedyjskie napary, np. woda ziołowa z cynamonem, kminem i kardamonem. Z kolei zimą warto postawić na potrawy pieczone i duszone z niewielkim dodatkiem najczęściej ochładzającej surowizny. Wtedy najlepsze będą warzywa korzeniowe i rozgrzewające zboża, takie jak owies, amarantus, orkisz, gryka czy brązowy ryż.

Słońce na talerzu

W naszej szerokości geograficznej zwłaszcza jesienią możemy czuć się melancholijni i ospali, bo niebo zasnute chmurami i krótki dzień sprawiają, że organizm nie otrzymuje odpowiedniej dawki promieni słonecznych niezbędnych mu do działania. Sezonowe spadki nastroju spowodowane są m.in. tym, że wcześnie robi się ciemno i w związku z tym szybciej wydzielana jest melatonina.

Żeby wrócić do równowagi, Maciej Szaciłło proponuje sięgnąć po tzw. rośliny słoneczne (czyli te, które kumulują w sobie słońce), bo zdaniem starożytnych alchemików każda roślina na Ziemi pozostaje pod wpływem jednej z siedmiu planet Układu Słonecznego. Rośliny słoneczne dają energię do działania, rozgrzewają i wspaniale wpisują się w nasze zapotrzebowanie energetyczne jesienią i zimą. Należą do nich m.in.: goździki, nagietek lekarski, cynamon cejloński, drzewo pomarańczowe (i suszona skórka pomarańczowa), drzewo cytrynowe (i suszona skórka cytrynowa), pieprz czarny i biały, rozmaryn, kardamon czy imbir. Dziurawiec również zalicza się do tej grupy i znany jest ze swoich właściwości antydepresyjnych, jednak nie wolno go przyjmować w ciepłe, słoneczne miesiące i łączyć z farmakoterapią (m.in. antydepresantami). Warto kierować się też kolorem pokarmów – pomarańczowa barwa dyni czy marchewki świadczą o tym, że skumulowały dużo energii słonecznej.

Kakao i migdały

Jeśli marzysz o tym, by porządnie się wyspać, zaplanuj sobie odpowiednią kolację. Nie kładź się do łóżka głodny, ale również się nie przejadaj. Najlepiej zjeść ostatni, lekkostrawny posiłek na trzy godziny przed snem.

– Świetne będą zupy, gęste zupy kremy albo pieczone warzywa. Nie zapominajmy o małej porcji węglowodanów złożonych, które zapewnią uczucie sytości, a do tego sprzyjają również absorpcji tryptofanu w mózgu. Jest to jeden z najważniejszych aminokwasów, który wykazuje relaksacyjne właściwości. (Melatonina – hormon snu, jest właśnie pochodną tryptofanu). Dobrymi źródłami tego aminokwasu w diecie są m.in. spirulina, produkty sojowe (m.in. tofu czy tempeh; najlepiej te z niemodyfikowanej genetycznie soi), jajka, nabiał, drożdże piwne, pestki dyni, sezam, kakao i migdały. Unikajmy wszystkiego, co ciężkostrawne i może uniemożliwić nam zaśnięcie, lepiej wybrać produkty bogate w magnez, który działa rozluźniająco na układ nerwowy, takie jak pestki dyni, zielone warzywa, banany, awokado, bób, kiełki, orzechy włoskie czy komosa ryżowa. Już na około sześć godzin przed snem nie pijmy kawy, herbaty z teiną i unikajmy alkoholu. Wieczorem lepsze będą wody ziołowe, napój owsiany ze szczyptą gałki muszkatołowej czy napary z ziół, np. rumianku, lawendy albo melisy – podpowiada Karolina Szaciłło.

Dieta to nie wszystko. Ajurweda proponuje również rytuały, które poprawiają jakość snu. Masaż stóp ciepłym olejem sezamowym pomoże ci się uziemić i przekierować uwagę z „rozpędzonej” głowy w dół. Medytacja, uspokajające praktyki oddechowe i lekka, rozciągająca joga pomogą się wyciszyć i zrelaksować. Dzięki temu łatwiej będzie ci zasnąć głębokim snem.

Co na dobrą noc?

Dojrzały banan ze sproszkowanym kminem (pomysł ze strony jiva.com). Dojrzałe banany – mają charakterystyczne ciemne kropki – są źródłem fitomelatoniny, która jest roślinnym odpowiednikiem melatoniny. Są również jedynym owocem, którego spożycie ajurweda dopuszcza wieczorem, choć raczej nie w okresie zimowym ze względu na ochładzające i zaśluzowujące właściwości. Jednego pokrojonego w plasterki banana należy zasypać jedną łyżeczką uprażonego na suchej patelni i utartego w moździeżu kminu rzymskiego.

Mleko z gałką muszkatołową (przepis pojawił się już w książce „Leki z roślinnej apteki”). Gałka muszkatołowa zdaniem ajurwedy ma działanie nasenne, jednak wykazuje również właściwości narkotyczne, więc trzeba jej używać w bardzo małych ilościach. Żeby ułatwić zasypianie i poprawić jakość snu, wystarczy dodać szczyptę (1/8 łyżeczki) świeżo mielonej gałki do szklanki ciepłego mleka owsianego.

Uwaga: Kobiety w ciąży mogą stosować bardzo małe ilości (dosłownie szczypta dziennie) gałki muszkatołowej od czasu do czasu. W większych ilościach może wywołać poronienie, a także wady rozwojowe u płodu. Nie można jej zażywać w okresie karmienia piersią ani nie należy podawać dzieciom.

Herbatka nasenna z rumiankiem (to kolejny prosty pomysł konsultanta ajurwedyjskiego Przemka Wardejna, nie wymaga dużego nakładu sił). Wystarczy wrzucić jedną torebkę rumianku, skórkę pomarańczy (najlepiej suchą i ekologiczną), jedną łyżeczkę suchego kwiatu lawendy, 1/2 laski cynamonu cejlońskiego, 1/2 laski lukrecji, 1–2 nasiona kardamonu do 250 ml wrzątku i gotować pod przykryciem na małym ogniu przez 6–7 minut, a potem odcedzić i wypić gorące – najlepiej przed pójściem spać.

Uwaga: Cynamon cassia (cynamonowiec chiński) zawiera znacznie więcej szkodliwych kumaryn niż cynamon cejloński, dlatego lepiej wybierać ten drugi. Bezpieczniej także zrezygnować z cynamonu w przypadku tendencji do krwotoków z nosa lub obfitych miesiączek. Kobiety w ciąży powinny ograniczyć ilość spożywanego cynamonu – mogą używać go w bardzo małych ilościach. W umiarkowanych ilościach może powrócić do jadłospisu karmiących mam. Należy zachować ostrożność w przypadku choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy oraz kamicy wątrobowej, a także zaburzeń funkcjonowania pęcherzyka żółciowego. Wreszcie pamiętajmy, że cynamon jest alergenem zarówno kontaktowym, jak i pokarmowym. Z kolei lukrecji nie powinny używać osoby cierpiące na obrzęki, może ona również zatrzymywać wchłanianie wapnia i potasu. Nie powinno się jej stosować przy nadciśnieniu i osteoporozie. Zaś przeciwwskazaniem do stosowania kardamonu są wrzody. Jego nadmiar może wywoływać problemy z płodnością. Jednak w umiarkowanych ilościach mogą go stosować kobiety w ciąży i matki karmiące. Przeciwwskazaniem do stosowania lawendy jest ciąża oraz laktacja, a do stosowania rumianku – uczulenie na tę roślinę. Rumianek należy również ostrożnie przyjmować z lekami przeciwzakrzepowymi.

Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego żywienia i ekologicznego trybu życia. Wspólnie prowadzą kursy, szkolenia oraz warsztaty zdrowego gotowania i medytacji. Autorzy popularnych poradników dietetycznych.

  1. Psychologia

Gdy jedno chce dominować. O rywalizacji w związku

Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. (Fot. iStock)
Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. (Fot. iStock)
W miłości wszystkiego powinno być po równo. Wsparcia, zrozumienia, ale i własnej przestrzeni. Oto przykład tego, co dzieje się w związku, gdy jedno z partnerów postanawia mieć rację.

Marzymy o partnerstwie, bezpieczeństwie i zrozumieniu, które sprawiają, że słowo „związek” kojarzy nam się z więzią nie do zerwania. Co jednak, kiedy wspomniana więź zamiast łączyć, krępuje, niewoli i coraz bardziej osacza? Dzieje się tak, gdy – zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych – zamiast grać w tej samej drużynie, gramy do tej samej bramki.

Weekend pod napięciem

Jacek i Weronika od roku są parą. Nadal są w sobie zakochani i obdarzają się dużą czułością, ale stopniowo do ich relacji zaczyna wkradać się mniej romantyczna codzienność, związana głównie ze stresem w pracy i wiecznym zabieganiem. Miesiąc temu, aby zregenerować nerwy i ciało, Weronika zaplanowała weekend w SPA z przyjaciółkami w eleganckim ośrodku z widokiem na jezioro. Czuje, że ostatnio z powodu pracy, ale i przeprowadzki do Jacka zaniedbała trochę swoje babskie grono, więc wspólny czas w komfortowych warunkach wydaje jej się idealnym pomysłem.

Zupełnie innego zdania jest Jacek, który właśnie przeżywa plagę zwolnień w firmie. Liczył, że spędzą ten weekend razem, że Weronika wesprze go w tym trudnym okresie. Nie ma ochoty na męski zakrapiany wieczór i użalanie się nad sobą, Weronikę traktuje także jako swoją przyjaciółkę i powiernika. Oczywiście, rozumie (z poziomu umysłu) jej potrzebę odpoczynku, jednak jest zły, że podjęła decyzję bez konsultacji z nim. W jego milczeniu i dystansie, który okazuje na wieść o planowanym wyjeździe, kiełkuje ziarno biernej agresji. Wie, że mocne słowo zrani ukochaną, objawiając jego egoizm lub zaborczość. Dlatego milczy i nie podziela otwarcie entuzjazmu dla jej pomysłu. Z drugiej strony, milcząc, nie daje jej też do zrozumienia, jak bardzo potrzebuje Weroniki właśnie teraz. Może gdyby zaproponował, by wieczór poprzedzający wyjazd z koleżankami spędzili w ulubionej knajpce, atmosfera nie byłaby taka ciężka, oboje odetchnęliby z ulgą i spędzili wspólnie fajny czas… Niestety, stres gra w jego duszy pierwsze skrzypce, a męska duma nie pozwala mu na mówienie wprost o potrzebie bliskości, w obawie przed odkryciem słabości. Okazując oziębłość i starając się wzbudzić w Weronice poczucie winy i niespełnionego obowiązku, niejako przenosi firmową hierarchię do związku. Walczy o dominację, ale jego zwycięstwo może okazać się, niestety, pyrrusowe…

W zaistniałej sytuacji mogą wydarzyć się dwa scenariusze. Pierwszy: Weronika jedzie i tak, ale nie cieszy się pobytem w SPA, świadoma niezrozumienia ze strony Jacka, on zaś zostaje sam ze swą frustracją. Drugi: Weronika rezygnuje z wyjazdu pod presją, sterroryzowana poczuciem winy, a Jacek, choć zadowolony z postawienia na swoim, jednak nie cieszy się wspólnym weekendem, którego spędzenie wymusił na ukochanej. Weronika czuje, że zaniedbała przyjaciółki i dała się zdominować. Wizualizując ich „wymuszony” wspólny weekend, nie trzeba wyobraźni i wiedzy Junga, by oczekiwać w tym czasie raczej spięć i napiętej atmosfery, niż relaksu i ukojenia dla obojga. W rezultacie tej gry o dominację obie strony przegrywają, a przecież obie mogły być wygrane.

Gra o tron: dlaczego chcemy rządzić?

Wyjaśnia Beata Nawrot psycholog, terapeuta rodzinny z Gabinetu Pomocy Psychologicznej Dziecku i Rodzinie w Łodzi.

Jaki powinien być „rozkład sił” w udanym związku? Udane związki to takie, w których spotykamy się z dojrzałością, refleksją i empatią, a oboje partnerzy mają przestrzeń do zaspokajania swoich potrzeb, w tym autonomii, czyli traktowania partnera jako osobę równorzędną, niezależną, która ma prawo do własnego zdania, przekonań i postaw. Różnice w tym zakresie to walor związku, a nie powód do konfliktów i walki o dominację.

Co powoduje, że ta równowaga zostaje jednak zachwiana? Wpływ na nasze funkcjonowanie w związkach ma przede wszystkim wychowanie. To z domu czerpiemy wzorce relacji, również w aspekcie dominacji lub uległości (submisji), a także przekazy i mity rodzinne. We wczesnym dzieciństwie kształtuje się również tzw. styl przywiązania, który decyduje o rodzaju relacji, jaką tworzymy z partnerem. Obserwacja małżeństwa rodziców, więź emocjonalna z matką – to podstawy, na których budujemy własne związki. Oczywiście, każda para ma właściwe sobie zasady dominacji i obszary wpływów (np. stereotypowo mężczyzna jest odpowiedzialny za sprawy finansowe, a kobieta za dom), problem zaczyna się wówczas, gdy dochodzi do totalnego przejęcia władzy. Podstawową zasadą w partnerstwie jest znak równości między dawaniem i braniem. Ktoś, kto każdy dialog zmienia w monolog, a większość zdań zaczyna od zaimka „ja”, odmieniając go przez wszystkie przypadki, jest biorcą, który powinien spotkać się z naszym asertywnym „nie”.

Z jakich powodów partnerzy zaczynają ze sobą rywalizować? Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. Najczęściej to desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi partnera lub też ukarania go za to, że nie daje nam czegoś, co jest dla nas bardzo istotne (uznajemy, oczywiście, że powinien czytać w naszych myślach). Dominujemy też, gdy „siada” energia w związku, ale też kiedy sprawdzamy granice (to skrypt z dzieciństwa: „zobaczę, ile mi wolno”, „zrobię coś na złość tacie”). Dominujemy, ponieważ czujemy się w związku niepewnie, a zachwiane poczucie bezpieczeństwa powoduje, iż na drodze kompensacji wyrównujemy sobie ten deficyt. Dominujemy wreszcie, bo sami nie chcemy dać się zdominować, bo on odgradza się szybą, a ona jest bierna i ustępuje pola.

Rywalizacja w związkach to często ucieczka od tego, co dla nas naprawdę ważne, ale trudne na poziomie emocjonalnym (lęk, sytuacje traumatyczne, małe poczucie wartości, nieprzeżyta żałoba). Zwycięstwo rzeczywiście często bywa pyrrusowe, ponieważ przy okazji niszczy bliskie relacje, bowiem mało prawdopodobne jest, by udała się próba budowania ich w oparciu o rywalizację, zamiast o współpracę. Zdarzają się oczywiście pary całkiem dobrze funkcjonujące, dobrane na zasadzie komplementarności cech i potrzeb (on dominujący, ona uległa, ale łączą ich wspólne zainteresowania, podobne postawy życiowe, priorytety itp.).

Co poradziłaby pani osobom, które zauważyły, że powoli przeradzają się w dyktatora we własnym związku? Warto pamiętać, że dbanie o związek to także dbanie o siebie w związku. Można zacząć od tego, by zadać sobie pytanie: czy wolę być szczęśliwa, czy mieć zawsze rację...?

  1. Psychologia

Za czym tęsknią singielki?

Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Z jednej strony zarzuca się im, że są nastawione tylko na własny komfort, że szukają księcia na białym rumaku… Z drugiej – zazdrości się, że są wolne, niezależne, bez zobowiązań. Jaka jest prawda? Co mówią same zainteresowane?

Basia, 36-latka, zawsze myślała, że będzie mieć dom, męża i dwójkę dzieci. Na potencjalnych kandydatów patrzyła dość krytycznie, wyszukując cechy, które mogą przeszkodzić w dopełnieniu tego obrazu. Z czasem, gdy już uznała, że ideału nie ma, gotowa była związać się z aktualnym chłopakiem, próbując zaakceptować go takim, jakim jest. Był już pierścionek zaręczynowy i miał być ślub… Realna szansa, że plan się ziści, była jednak zbyt przerażająca. Od kilku lat Basia jest sama. Czy tęskni za czymś, gdy patrzy na znajome małżeństwa?

Za ciepłem drugiego człowieka

– Brakuje mi bycia z drugą osobą, dzielenia smutków na dwoje i mnożenia radości przez dwa – wymienia Basia. – Może to wyświechtane, ale w pojedynkę każdy problem, nawet najdrobniejszy, urasta do rangi tragedii, czarnej dziury, katastrofy. Może trochę przesadzam, ale samemu trudniej się „ogarnąć” i znów przyjąć „właściwą perspektywę rzeczy”. Przyjaciele? Pewnie, są bardzo ważni, ale z doświadczenia wiem, że kiedy problem przegada się z osobą bliską sercu, ma się wrażenie, że jest nas dwoje do rozwiązania tej kwestii. A kiedy ten sam problem omawiasz z przyjaciółką – dostajesz rady, wskazówki, a i tak wszystko spoczywa na twoich barkach. Mimo pomocy jesteś sama. Odkąd jestem singielką, brakuje mi na co dzień męskiej energii. Po pracy zazwyczaj nie chce mi się samej iść do kina, na spacer, coś ugotować czy wyskoczyć na piwo. Siadam i czytam książkę, pracuję, oglądam film w telewizji, ale sama. Brakuje kogoś, kto powie: „Chodź, idziemy na spacer”. Tęsknię za ciepłem drugiego człowieka, pocałunkami, seksem, dotykiem. Tęsknię za okazywaniem i odbieraniem tego, że się komuś podobam, że ktoś na mnie zwraca uwagę, że jestem dla kogoś atrakcyjna... Próżne? Może tak, ale bardzo ważne. Bez tego trudno stawić czoło życiu i światu, a kiedy się wie i czuje, że ktoś za tobą stoi i cię wspiera… jest łatwiej. Nie zazdroszczę jednak, i zawsze to powtarzam, bycia w związku, w którym dzieje się źle i w którym ludzie nie wspierają się, lecz ranią. Jeśli wiem, że moja koleżanka nigdy nie może liczyć na swojego męża – to jej nie zazdroszczę, ale wręcz współczuję, bo w zasadzie ma ciężej ode mnie. Bo ja mogę liczyć na siebie albo na przyjaciół (a mam takich, którzy nie zawodzą). Jestem więc szczęściarą, która szuka tylko wzmocnienia swojego szczęścia.

Za wspólnym domem

Bycie na co dzień z drugim człowiekiem nie niesie za sobą samych zalet, o czym przekonała się niejedna mężatka. Frustracje, których on nie rozumie, często znajdują wyraz w pozamałżeńskich romansach i pogaduchach z przyjaciółkami – singielkami. 40-letnia Hanka nie ukrywa braku złudzeń co do możliwości szczęśliwego, zgodnego pożycia po grobową deskę i swoich podejrzeń co do motywacji jej koleżanek, by zostać żonami.

– Generalnie nie zazdroszczę mężatkom, bo odruch wymiotny budzą we mnie zdrada, fałsz i obłuda. I zawieranie małżeństwa po to, by móc się pochwalić obrączką na palcu – mówi Hanka. – Cel główny: nie być starą panną. A gdzie miłość? Gdy patrzę na znajome mężatki, widzę kobiety zmieniające facetów, dzieci mające kilku dziadków i tatusiów, kilkoro przyrodniego rodzeństwa – co w moim przekonaniu nie służy nikomu. Dzieci powinny mieć normalny dom, wzorce i podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Pełna, kochająca się rodzina to dziś zjawisko godne podziwu – wspólne obiady, spacery, wakacje, wzajemny szacunek, dzieci wychowywane w miłości i wsparciu – to wszystko jest bardzo ważne, ale nie każdemu jest dane. Gdybym znała takie małżeństwa, to z pewnością mogłabym zazdrościć im posiadania wspólnego domu, tworzenia rodziny, wychowywania dzieci, zwykłego codziennego życia, jeśli jest w nim miejsce na kompromis, miłość i szacunek. Świadomość, że ktoś na ciebie czeka, że masz do kogo zadzwonić, masz z kim spędzać wspólne niedziele, uprawiać regularnie seks – jest cudowna. Ale ja słyszę raczej: „Całowanie? A co w tym przyjemnego?!”. Z takim podejściem, jakim cudem mają dzieci? Gdy tak patrzę na niektóre mężatki, to mam wrażenie, że trzymają się związku głównie ze strachu, by nie być samą. Są też takie, którym wydaje się, że obrączka na palcu jest wystarczającym powodem, by na niezamężne koleżanki patrzeć ze współczuciem lub pogardą. Jedyne, czego może trochę im zazdroszczę, to tego, że nie muszą bać się o pieniądze – jeśli mężczyzna ma pracę, to przynajmniej mają świadomość, że nie są skazane wyłącznie na siebie.

Za dzieleniem się odpowiedzialnością

Gdy już się spróbowało małżeństwa, a owoc był gorzki, odzyskana wolność wcale nie musi lepiej smakować. Przyznaje 43-letnia Beata. – Jestem singielką z odzysku, z wyboru, a może bardziej trafnie: w wyniku własnej decyzji – mówi. – Nie zostałam porzucona, to ja porzuciłam, nie mam na kogo zrzucić winy, a z tym trudniej się żyje. O ile lżej by mi było, gdybym mogła powiedzieć: „zostawił mnie, poznał inną... a to drań”. Ale tak nie było, za to był brak zrozumienia, wspólnych pasji, fascynacji, brak miłości, a przede wszystkim brak szacunku, a tego nie byłam w stanie znieść. Szkoda życia i szkoda dzieci. Jedni się nie rozwodzą z powodu dzieci, mimo braku miłości i chęci bycia ze sobą, drudzy rozwodzą się dla dzieci, aby tego nie oglądały. Zdecydowanie należę do drugiej grupy. Mężatkom więc nie zazdroszczę niczego, ale zazdroszczę kobietom będącym w udanym związku. Nie w jakimś związku, ale właśnie w udanym, bo taki związek daje poczucie bezpieczeństwa. Zazdroszczę im też dzielenia się odpowiedzialnością, chętnie bym ją zrzuciła ze swoich barków. Poczucie, że tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, dość mocno mnie obciąża. Wiem, że ta współodpowiedzialność często jest złudna, ale na pewno jest większa szansa na zrozumienie. Do tego koniecznie muszę dodać zazdrość o codzienny byt – boksowanie się z życiem jest męczące, we dwójkę zawsze łatwiej.

Nikt nie chce być sam

W kulturze nastawionej na siebie, na dążenie do zaspokojenia indywidualnego prawa do szczęścia, wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. Rozwódki, choć podjęły tę decyzję świadomie, przyznają, że odzyskana niezależność nie jest wcale taka kolorowa. Zmienia się społeczny obraz małżeństwa – już nie jest ostoją wartości (choć czasem jeszcze nią bywa), gwarantem stałości, coraz więcej rodzin jest patchworkowych – nadal jednak do niego tęsknimy. Gdyby ktoś zagwarantował nam, że tam za rogiem czeka ktoś, z kim będziemy szczęśliwi, mało kto powiedziałby „nie”.

Hanka mówi wprost: – Ktoś, kto ucieka przed związkiem, jest w pewnym sensie upośledzony emocjonalnie – tak myślę. Jasne, można całe życie przeżyć samemu, ale właściwie – po co? Są też tacy, którzy mimo że mają żony czy mężów, są sami, ale jednak mają do kogo się odezwać w domu czy nawet z kim się pokłócić! Mają kogo prosić o zakupy czy nawet na kim wieszać psy! To zupełnie co innego niż bycie samemu naprawdę...

Dobra samotność

Jest jednak czas, gdy samotność może być dobra, i jest nam jak najbardziej wskazania. To czas „pomiędzy” – gdy już zakończyliśmy ważną relację, a jeszcze nie nawiązaliśmy nowej. Wtedy możemy bliżej przyjrzeć się sobie, bez pośpiechu, bez zagłuszania deficytów kimś lub czymś z zewnątrz, gdy możemy sprawdzić, jak mi ze sobą jest, z czym sobie dobrze, a z czym gorzej radzę, jakie są moje największe potrzeby, ale i najważniejsze zasoby. Gdy nie patrzymy na potencjalnego partnera jak na kogoś, kto nas wypełni, uzupełni (jakbyśmy sami byli niewystarczająco kompletni). Idealna „druga połówka” może się nigdy nie pojawić. Z prostego powodu – bo jej nie ma. Każdy z nas jest całością, jest kompletny. Dobrze to wiedzieć, zwłaszcza w czasach, gdy małżeństwo nie gwarantuje ani bycia szczęśliwszym, niż kiedy jest się samemu, ani czegoś stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. To poczucie możemy dać sobie tylko my sami. I warto to sobie uświadomić właśnie wtedy, kiedy akurat nie jesteśmy z nikim w związku.

Wojciech Kruczyński, psycholog, autor książki „Wirus samotności”, mówi: – Jeśli umiesz cieszyć się samym sobą, dla innych ludzi jest to sygnał, że masz wiele do zaoferowania – że przebywając blisko ciebie, nie tylko nie będą czuli się wykorzystywani, ale wręcz zostaną w jakiś sposób zainspirowani, wzbogaceni lub ogrzani twym wewnętrznym ogniem.

Basia, choć przyznaje, że tęskni za związkiem, dodaje: – Doceniam bycie samej ze sobą. Za możliwość wykonywania różnych dziwnych rzeczy o różnych porach dnia i nocy. Namiętnie urządzam sobie kąpiele o 13.00 lub 14.00. Nikt mi nie zawraca głowy, nikt nie stuka do drzwi – to czas absolutnie dla mnie. Doceniam to i korzystam z tego. Bezkarnie mogę nałożyć maseczkę na twarz – bez jej utraty przed moim ukochanym.

Dopiero gdy umiemy być sami, gdy kochamy siebie, łącznie z naszymi wadami, to możemy także pokochać kogoś innego. – Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane – mówi Bob Mandel, pisarz i terapeuta, autor książki „Terapia otwartego serca”. – Wówczas możesz wybierać związki, które automatycznie odzwierciedlają miłość, jaką znalazłeś w sobie. I nikomu niczego nie zazdrościć.

Singielki kontra ich matki

Kiedyś kobieta musiała mieć męża i brała pierwszego lepszego – mówi psycholog Katarzyna Korpolewska w książce Magdaleny Kuydowicz „W co grają matki i córki?”. – Teraz zrobiła się wybredna i ma większe poczucie własnej wartości. Chce mieć partnera do rozmów, seksu, sportu, a także kogoś, kto rozumie jej potrzebę samorealizacji. Ponieważ singielki są coraz bardziej wymagające, trudniej jest im znaleźć stałego partnera. Wiele z nich to wykształcone, wartościowe kobiety robiące karierę zawodową, poszukujące na życiowego partnera kogoś, kto ma podobną pozycję społeczną i zawodową. To nie oznacza, że nie chcą być żonami. Chcą, ale na określonych warunkach.

Matki często myślą, że córka z przekory nie chce założyć rodziny – dodaje psycholog. – Dla córki taki punkt widzenia jest ogromnie stresujący. Co ona ma zrobić? Zgłosić się do biura matrymonialnego? Czatować z obcymi mężczyznami na wirtualnej randce? Córka chce znaleźć jedynego mężczyznę na całe życie, ale nie może go spotkać. Pretensje matki są oczywiście wyrazem niepokoju. Matka boi się, że córka będzie samotna. Kiedyś, gdy matka była młoda, samotna kobieta żyła na marginesie życia społecznego. Teraz tak nie jest. Wszędzie jest pełno singielek, które świetnie się bawią i nie są pomijane towarzysko. Kobieta, która żyje sama, nie musi być samotna. Ma przyjaciół i znajomych.

  1. Psychologia

Jak rodzeństwo - co zrobić, gdy wyszliśmy z partnerskich ról?

Jeśli towarzyszą nam liczne deficyty z dzieciństwa, łatwo można wypaść z roli partnera. (Ilustracja Getty Images)
Jeśli towarzyszą nam liczne deficyty z dzieciństwa, łatwo można wypaść z roli partnera. (Ilustracja Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czyli co będzie, kiedy zamiast dwojga dojrzałych ludzi spotka się córeczka z tatusiem, siostra z bratem albo matka z synkiem? Po czym poznać, że nie jesteśmy w związku partnerskim? - wyjaśnia dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

I żyli jak... brat z siostrą, matka z synem, córka z ojcem. Ale niezbyt długo i niezbyt szczęśliwie. Kiedy w związkach coś nie gra, powodem bywa pomieszanie ról. Mówimy wówczas o sobie: „żyjemy jak rodzeństwo”, „jestem dla niego jak matka/ córka”...  Czy można i czy zawsze warto zmieniać takie relacje?

– Mamy wtedy związek, w którym jest przywiązanie, ale nie ma dążenia do bliskości fizycznej i emocjonalnej – mówi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta. – A czy to problem? To zależy od pary. Dla niektórych to właśnie może być udane pożycie.

Braterska więź

Mąż Doroty, biznesmen, przestał z nią sypiać. Cztery lata stanowili białe małżeństwo, w końcu się rozwiedli. Ale nie brak seksu był powodem rozstania. Rodzice Doroty wkroczyli z adwokatem, gdy Darek przegrał wszystkie pieniądze odłożone na kupno domu. Wcześniej  nikt nie podejrzewał, że coś w tym związku jest nie tak. Mieli piękne mieszkanie na strzeżonym osiedlu. Oboje ukończyli prestiżowe uczelnie, modnie ubrani, ustosunkowani – wielu im zazdrościło. Mało czasu spędzali razem? Wiadomo, takie czasy. Ale za to rozumieli się wybornie, wspierali w karierze.

– Żyliśmy jak brat z siostrą – wyznaje Dorota. – Teraz to widzę, ale wtedy myślałam, że tak jest dobrze. Poszliśmy raz do seksuologa, bo chciałam mieć dzieci, a Darek unikał jakichkolwiek zbliżeń. Seksuolog  powiedział, że muszę popracować nad swoim krytycyzmem. Bardzo się tym przejęłam. Później okazało się, że Darek po prostu ma kochankę i wszystkim mydlił oczy. Ale i to też nie stało się powodem rozstania. Obiecał, że z nią zerwie…

– Prawdą jest, że z ról zawsze wynikają ograniczenia – mówi dr Tomasz Srebnicki. –  Życie brata z siostrą wyklucza pożądanie. Atrakcyjność tkwi wówczas w czym innym niż seks. W tym, że można się sobie bezpiecznie zwierzać, potwierdzać swoje wizje świata, poglądy. Ale nie oczekiwać intymności, a nawet się przed nią bronić, stosując różne strategie, w tym podwójne życie.

Mimo chłodu w sypialni „brat” i „siostra” zrobią wiele, żeby być razem. Chronią swoje sprawy przed innymi. Razem budują dom, biorą kredyt, nawet wychowują dzieci. I bywają przekonani, że im razem dobrze, tyle że ich związek oparty na „niebliskości” służy im po to, żeby realizować siebie osobno. – Dobry związek nie musi buchać namiętnością – dodaje dr Srebnicki –  ale ważna jest gotowość do tego, żeby dać zaspokojenie partnerowi, czerpiąc z tego przyjemność.

Jak przyjaciele

Kiedy Dorota rozstała się z Darkiem, wiedziała, że od następnego mężczyzny zapragnie czegoś więcej. Związała się ze scenarzystą, który potrafił zadbać o wysoki standard życia. Miała designersko urządzony dom, znów zaczęło się układać. Do czasu, aż na świecie pojawiła się ich córka – Ala, a razem z nią kłopoty. Gdy Ala miała dwa lata, jej ataki złości zaczęły przerażać matkę. Mała kopała, pluła, biła. Dorota próbowała postępować „jak należy”, dużo Ali tłumaczyła. Kiedy córka zjadała wbrew jej zakazom czekoladę, mówiła: „Zawiodłaś moje zaufanie!”. Ala nie składała samokrytyki, tylko kopała i wyła!

Dorota z mężem poszli do psychologa dziecięcego. Usłyszeli, że to oni muszą zmienić swoje postępowanie.

– Skoro mama i tata nie zbudowali między sobą bliskiej relacji, to pewnie oboje mają także problem ze zbudowaniem bliskości z dziećmi – mówi dr Tomasz Srebnicki. – A więc opierają ją na czymś innym, na wymaganiach albo właśnie na braku wymagań. Kiedy matka mówi do dwulatki, która zjadła bez jej zgody czekoladę: „zawiodłaś moje zaufanie”, dziecko nie rozumie, ale komunikat jest agresywny, więc krzyczy. Tak może powiedzieć tylko matka, która ma problem z bliskością. Pewnie sama jej nigdy nie zaznała.

Terapia bywa pomocna, bo kiedy rodzice zaczynają pracować nad komunikacją z dzieckiem, uczą się też lepiej komunikować ze sobą, a więc budować zaczątki intymnej bliskości. Ale zdarza się, że małżonkowie uciekają z terapii, bo nie chcą spojrzeć w głąb siebie. Bo to boli, gdyż zazwyczaj sami doświadczyli w dzieciństwie niedobrych relacji. Opiekunowie przekraczali ich granice, zagrażali, ranili. Trzeba się jednak z tym dziedzictwem zmierzyć, jeśli chcemy wychować szczęśliwe dzieci i sami zaznać prawdziwej miłości, a nie tylko jej ersatzu, czyli wygodnego życia.

Żona czy mamusia?

Ewa twierdzi, że wszyscy faceci są tacy sami, dziecinni i niedojrzali, że trzeba się nimi opiekować, pomagać, wskazywać dobrą drogę. A przede wszystkim wychować. Nauczyć, jak być we dwoje. Ewa ma w tym spore doświadczenie, bo czwarty już raz związała się z mężczyzną, który nie miał pracy, a kiedy już coś zarobił, wszystko wydawał na swoje hobby. Ewa nie narzekała, aż nadszedł kryzys. Jej pensja zmalała o jedną trzecią, a wydatki wzrosły. Po raz pierwszy pomyślała, że nie da rady sama. Powiedziała Damianowi, że jej zarobki nie wystarczą na ich dwoje i że nie ma pomysłu, skąd wziąć więcej pieniędzy. Damian poklepał ją po ramieniu i powiedział: „Wierzę w ciebie, na pewno znajdziesz jakiś sposób!”, po czym wrócił do tego, czym był zajęty, czyli poszukiwania kolejnego kursu dla płetwonurków. Damian – słodki, duży chłopiec, chciał przed wakacjami zdobyć kolejne uprawnienia.

Ewa nie znalazła sposobu na kryzys. Kiedy zabrakło pieniędzy, zaczęły się awantury, Damian nadal nie zarabiał, za to wycofał się z seksu. I tak rzadko ze sobą spali. Teraz nie robili tego w ogóle. Damian był obrażony, ale Ewa nadal naciskała, żeby zaczął płacić połowę czynszu. On się coraz bardziej  wycofywał z relacji. Narzekał, że awantury go niszczą...

– Siostra Damiana powiedziała mi, że wpędzam go w depresję! – mówi Ewa. – Pomyślałam, że to jakiś żart. Ale też, że faktycznie coś jest ze mną nie tak, skoro utrzymuję dorosłego faceta! Zrozumiałam, że jestem dla niego matką i pewnie z tego powodu nie mamy dzieci.

– Mężczyzna może w związku wejść w rolę dziecka – mówi dr Tomasz Srebnicki. – Jeśli zdarza się to okazjonalnie, np. kiedy jest chory albo ma jakieś kłopoty, to nic się złego nie dzieje. Ale jeśli nie bywa także dającym bezpieczeństwo ojcem czy namiętnym mężem, to pojawia się problem. Mężczyzna grający na okrągło rolę syna zapomina, że kobieta potrzebuje też jego siły i zdecydowania. Jeśli tego nie dojrzy, czeka ich kryzys – mówi dr Srebnicki. – Najważniejsza jest ta elastyczność, raz jestem taki, a raz taki, w zależności od tego, czego oboje pragniemy. Należy też odróżnić oczekiwania od potrzeb. Związek musi zaspokajać nasze potrzeby: miłości, akceptacji i bezpieczeństwa, nie oczekiwania.

Oczekiwanie jest komunikatem wobec drugiej osoby: „ty masz coś mi zrobić, żebym cię zaakceptowała”. To rodzi bunt i frustrację, skazuje nas na porażkę. „Powinieneś być taki czy taki” – to wyraz oczekiwań. Sprawiają, że sztywniejemy w zachowaniach. A ich źródła sięgają przeszłości.

– Jeśli w dzieciństwie nasze podstawowe potrzeby nie były zaspokojone, mamy w sobie ich głód, i to taki, że będziemy od partnera wymagać zaspokojenia w nadmiarze. Czyli oczekiwać: akceptacji bez granic (jak mężczyzna-synek) czy odpowiedzialności za nas (jak kobieta-matka) – wyjaśnia dr Srebnicki.

Rozwiązaniem jest zdanie sobie sprawy z tego, że mamy marzenia dziecka. Dopóki ich nie przepłaczemy, nie zaakceptujemy prawdy, że tego głodu nikt nie zaspokoi  – nie zaznamy szczęścia. Jako dorośli sami możemy wyrównać deficyty z dzieciństwa. Ratunek to otwartość na swój własny smutek i umiejętność komunikowania drugiej osobie tego, co czujemy.

Wieczna córeczka tatusia

Jarek czuł się męski, ważny i kochany, kiedy mógł dawać. Joanna zakochała się w nim i nawet zamierzała wyprowadzić się od ojca, który tak jak Jarek był prawdziwym macho i ofiarowywał córce drogie prezenty: „Wszystko dla mojej pięknej małej kobietki”. Joannie trudno było zostawić ojca, bo ten nasilił swoje starania, gdy poznał Jarka. Była przyzwyczajona do tego, że to mężczyzna daje i niczego nie chce w zamian, że podejmuje decyzje, wie, co dla niej najlepsze. Jarek cudownie czuł się przy kobiecie, która spełniała jego oczekiwania: brała i słuchała, nic poza tym.

– Moja matka była zajęta sobą i ja byłem potrzebny jej o tyle, o ile koiłem samotność, która zagościła w naszym domu po odejściu ojca – mówi Jarek. – Nauczyłem się więc, że za miłość muszę zapłacić. Nie umiałem przyjmować i odrzucałem kobiety, które chciały mi coś dać. Joanna miała dla mnie tylko kaprysy. Nasza miłość była oparta na tym, że ja starałem się zaspokajać jej potrzeby. No i trochę też na tym, że musiałem rywalizować z jej ojcem, co dawało mi dodatkową męską podnietę.

– Jeśli ludzie mają „szczęście” – mówi dr Tomasz Srebnicki – to mogą się tak dobrać, żeby – mimo swoich sztywności w relacjach – być razem. Jeśli kobieta-córeczka spotka mężczyznę, który realizuje swoją potrzebę znaczenia poprzez opiekę, stworzą idealną parę. Oczywiście, zbudują  związek na tzw. strategiach kompensacyjnych, a nie na prawdziwej bliskości. Mimo to mogą w ten sposób znaleźć szczęście na swoją miarę. Często jednak w jakimś momencie zdają sobie sprawę, że to nie to. Myślą, że partner za mało daje, za dużo chce – tymczasem problem jest w nich samych.

Jarek trafił na terapię, bo Joanna z nim zerwała. Przeszedł załamanie. Dał jej wszystko, co miał, z miłości i lęku, że nie będzie kochany, a mimo to został odrzucony. – Joanna wybrała ojca, uwodzącego prezentami i troską znacznie skuteczniej niż ja – żali się Jarek. – Ja dawałem wiecznie za mało albo nie to.

– Ile by Jarek nie dał, byłoby za mało – mówi dr Srebnicki. – Bo nie tego pragnęła Joanna. Ani od ojca, ani od Jarka nigdy nie dostała tego, co najważniejsze: miłości i akceptacji. Nie zdając sobie z tego sprawy, chciała więcej i więcej substytutów, a i tak nie mogła nasycić swojego głodu.

Kiedy Jarek poznał Grażynę, wiedział już, że nie będzie szczęśliwy, budując związek tylko na dawaniu... Pamiętał, że ta strategia nie jest skuteczna, że Grażyna odejdzie, a on zostanie zupełnie pusty. – Teraz ciężko pracuję nad tym, żeby nie wchodzić w rolę ojca, żeby nauczyć się przyjmować – mówi.

– Jedyna droga do szczęścia to poznanie siebie – mówi Tomasz Srebnicki. – I zdanie sobie sprawy, że to my musimy obdarować siebie tym, czego nie dali nam rodzice. Potem dopiero możemy z drugim człowiekiem budować miłość, nie oczekując od niego, że wypełni nasze deficyty.

  1. Psychologia

Granice szczerości - co powiedzieć, co przemilczeć?

Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo opowiadać o tym, co było. (fot. Getty Images)
Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo opowiadać o tym, co było. (fot. Getty Images)
Nie jestem zwolenniczką wywalania wszystkiego na wierzch. Ale ukrywanie ważnych spraw jest jeszcze gorsze: służy temu, żeby związek się nie udał – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Zacznijmy od tego, co przemilczane, zamiecione pod dywan. Co z tym zrobić? Wymiatać? Ale wtedy zakurzymy cały dom. To się dom wywietrzy! Trzeba wymieść. Nie łudźmy się, że to, co pod dywanem, spoczywa tam na wieki wieków! Przemilczane, zatruwa wspólne życie, nawet te jego momenty, które mogłyby być miłe. Powiedzmy, że mężczyzna stracił duże pieniądze, wziął kredyt i źle zainwestował. A co gorsza, podjął te działania bez wiedzy partnerki. Kiedy się wydało, była awantura, a potem cisza i upychanie złości, zawodu i lęku pod dywanem. Niby załatwione, ale kiedy na przykład pójdą do znajomych, bo ci kupili nowy dom, to usłyszy od partnerki dużo złośliwości. I wieczór, który mógł ich zbliżyć, jeszcze bardziej ich od siebie oddali.

No, ale co zrobić? Powiedzieć: „Przez  ciebie nie mamy takiego domu!”? Będzie awantura albo ciche dni. Właśnie o to chodzi, żeby nie było ani awantury, ani cichych dni, ani ukrytych pretensji. Sprawy spod dywanu trzeba wymieść, ale na spokojnie, kiedy nie czujemy złości ani nie kipimy chęcią zemsty. Po to, by zrozumieć, co się stało i dlaczego. Powiedzieć: „Usiądź, proszę, i posłuchaj. Zastanówmy się, dlaczego tak się stało. Co było przyczyną? Jakie wnioski na przyszłość warto z tego wyciągnąć?”. Można też to spisać na kartce i poprosić, żeby partner przeczytał, przemyślał, i potem z nim porozmawiać.

Co nam to da? Szansę na odzyskanie tego, co straciliśmy: zaufania i przekonania, że możemy na siebie liczyć. Jeśli tego nie zrobimy, to dystans między nami będzie rósł. Podczas każdej kłótni będziemy wypominać partnerowi, co przez niego straciłyśmy. I to w toksycznej formie pretensji i ocen. A on poczuje się atakowany i przyjmie postawę obronną, a wtedy żadnego zrozumienia ani żadnej refleksji nie będzie.

A jeśli pod dywanem nie ma jednej wielkiej sprawy, ale jest masa drobnych, też zalecasz wymiatanie? Koniecznie! Ale działajmy tak, żeby nie zaszkodzić naszej relacji. Jeśli pod dywanem jest wiele pretensji, zacznijmy od podziękowań. Wielkim błędem nie jest złoszczenie się czy narzekanie, ale to, że za mało dziękujemy. Zacznijmy więc od tego, co także przemilczane, ale co jest naszym sukcesem, np.: „Jesteśmy razem już 13 lat i teraz mniej się kłócimy o pieniądze”. A potem dopiero przejdźmy do tego, co negatywne, ale w otwierającej na zmianę, pozytywnej formie, czyli na przykład: „Byłoby mi lepiej, gdybyś chciał ze mną chodzić potańczyć”. Unikajmy zdań piętnujących: „Ty mnie wcale nie dostrzegasz”. Najważniejsze jest to, żeby partner poznał nasze pragnienia, o nich trzeba mówić wprost. Ale! Powiem ci więcej: trzeba jasno powiedzieć, czego pragniemy, co jest dla nas najważniejsze i na co nigdy się nie zgodzimy. I powiedzieć to, jeszcze zanim zaczniemy być razem i weźmiemy kredyt.

Bo nasze pragnienia mogą być nie do pogodzenia? Właśnie! Mężczyzna, który jest czułym ojcem dla dzieci z pierwszego małżeństwa, nowej żonie mówi: „Ale ja już więcej dzieci nie chcę!”. A ona jest zdziwiona, bo widząc, jak troszczy się o nie, uznała za oczywiste, że będzie chciał! Nie zapytała, a on nie uprzedził. No, ale u nas nie ma zwyczaju, żeby zawczasu rozmawiać o oczekiwaniach, z których nie zrezygnujemy, o sprawach niemożliwych do odpuszczenia. Poznałam sporo takich par: ona dużo młodsza marzy o byciu mamą. Ale on dzieci już ma i nie chce znów tego przechodzić: kolek, ząbkowania.

Pozostaje im tylko rozstanie? A jakie życie ich czeka we dwoje? Taki związek zacznie się rozsypywać, bo on nie będzie się już z nią kochać tak jak przedtem. Po kilku awanturach o dzieci i próbach doprowadzenia go w łóżku do utraty kontroli, nie będzie jej ufał w sprawie pigułek i zawsze nakładał gumkę. A ona poczuje się odrzucona i się obrazi. Chociaż od kiedy powiedział: „Nie chcę dzieci”, to ona czasem „zapomina” brać te pigułki.

Dlaczego nie mówimy zawczasu tak ważnych rzeczy? Boimy się szczerości. Mężczyzna nie wspomni o tym, że jest spełniony w byciu ojcem, bo obawia się, że wtedy od tej młodej i atrakcyjnej kobiety usłyszy: „To ja sobie poszukam kogoś w moim wieku, z kim będę mieć dzieci”. No a kobieta może się obawiać, że usłyszy: „To pobrykajmy w łóżku kilka miesięcy, a potem pa”. Przemilczając prawdę, zakładają, że i tak ugrają swoje.

Nastawiają się na manipulowanie? Myślę, że nie traktują poważnie tego, co słyszą. Robią tak zwłaszcza kobiety, a to błąd, bo mężczyźni na początku mówią prawdę o sobie. Kobiety jednak to lekceważą, bo uważają, że i tak przerobią faceta. O tym, jak mylimy się co do partnerów, piszemy z Suzan Giżyńską w nowej książce „Mam faceta i mam… problem”. Pamiętasz, w starej polskiej komedii „Człowiek z M-3” kobieta nieszczęśliwie zakochana w pewnym tenorze przebierała wszystkich swoich facetów tak, by wyglądali jak on. No i jakoś te jej związki się nie kleiły.

Przebieranie za tenora?! Zabawne. W życiu konsekwencje lekceważenia tego, co słyszymy, są poważniejsze. Znałam taką parę, on jasno i wprost powiedział do starszej od siebie partnerki: „Chcę pobyć z tobą rok, ale potem ożenię się z dużo młodszą, żeby mieć z nią dzieci i dom”. Ona na to przystała, bo pomyślała: „Jak on ze mną rok pobędzie, to ja go w sobie tak rozkocham, że się ze mną ożeni”. No, ale się nie ożenił. Nasycił się nią, bo było im świetnie i w łóżku, i tak w ogóle, ale chciał czegoś innego. Odszedł do młodszej, a ta kobieta była zdruzgotana.

Była szansa, żeby z nią został? Nie było, bo on miał inne pragnienie. A pragnienia nie można w człowieku zmienić. Można wymusić, można szantażować, uwikłać w relacje, ale to nie da szczęścia. Kobieta może zajść w ciążę z mężczyzną, który tego nie chce, ale po co? Nawet jeśli szczerze kochał, to zacznie się dystansować. Może nie odejdzie, ale uda się na wewnętrzną emigrację.

Czyli powinniśmy traktować poważnie to, co słyszymy. A o sobie też mamy mówić? Nawet to, co stawia nas w złym świetle? Co to znaczy w „złym”? Czy prawda może być zła? Jeśli tak o sobie z myślimy, to za co chcemy być kochani? Za nieprawdę, udawanie? Wszystko, co ukryjemy, służy temu, żeby związek się nie udał, choć niekoniecznie rozpadł. Wielu ludzi grzęźnie na lata w tym, czego nie chcieli. Powodem bywają wygoda, lenistwo, lęk, ale też uwikłanie emocjonalne. Pamiętam, jak trzeźwiejący alkoholik zapytał mnie, czy ma powiedzieć narzeczonej o marskości wątroby, na którą cierpiał. No pewnie! Ona musi wiedzieć, że bierze sobie chorego faceta. Podobnie jak nie wolno mu było ukrywać, że jest alkoholikiem, choć od lat nie pił.

Ale tak na pierwszej randce? „Cześć, jestem alkoholikiem i nie mam wątroby? Chcesz mnie?”. Drugiej randki nie będzie! No, może nie na pierwszej… Chociaż może jednak? Na pewno kiedy już wiemy, że zanosi się na coś poważnego, trzeba wyłożyć karty na stół. Ten drugi człowiek angażuje się, zaczyna marzyć i może budować zamki na piasku. Dajmy na to, narzeczona tego alkoholika marzy o własnej winnicy. No i co z nich za para? Czy mają przed sobą przyszłość? Przecież im razem nie po drodze. On może trafić do szpitala, a ona zamiast sommelierką, która umie dobrać wino do każdego posiłku, zostanie jego pielęgniarką. Może się na to zdecyduje, bo tak go kocha, ale ma prawo wiedzieć. Zanim zaczniemy wspólne życie, trzeba powiedzieć o sobie wszystko, co jest inne, zaskakujące, groźne. Niczego nie zatajać. Nawet ślub kościelny można unieważnić, jeśli udowodnimy, że ta druga osoba ukryła chorobę psychiczną, uzależnienie czy to, że nie chce mieć dzieci. Nie wolno wciągać w uczuciową pułapkę drugiego człowieka.

A jeśli w przeszłości zdarzyło się nam coś bolesnego, jak gwałt, albo nietypowego, jak seks grupowy? Mówić? To delikatna sprawa. Byłabym ostrożna. Kobiety, które zostały zgwałcone, mają kłopot z mówieniem o tym nawet same ze sobą. No to jak mają powiedzieć facetowi? I co on ma z tą wiedzą zrobić? Zapewne najpierw się nad kobietą pochyli z troską. A potem? Może jej to wypominać. Nie jestem zwolenniczką wywalania wszystkiego na wierzch, ale powiedziałabym o tym, co wypaczyło mój seks, spowodowało, że mam nietypowe potrzeby albo że w ogóle ich nie mam.

Ujawnić to, co sprawiło, że mamy odmienne zachowania seksualne? Pamiętam kobietę, która jako nastolatka zaczęła współżycie od relacji ze starszym mężczyzną. Przyzwyczaiła się przy nim do seksu uprawianego z fetyszami i z nutą przemocy. Kiedy zakochała się w kimś innym, okazało się to problemem. Nie miała orgazmu, a jej partner czuł się winny. Zdecydowała się powiedzieć o swoich doświadczeniach. Opłaciła się jej ta szczerość, bo razem skutecznie popracowali nad jej seksualnością i do dziś, a są razem od kilkunastu lat, mają udany erotyczny związek.

Szczerość – nawet gdy nas zawstydza – jednak popłaca? Pamiętasz film „Zapomnij o Paryżu”? Ona powiedziała: „Ja to się chyba lubię kłócić”, a on: „A ja wyciskam pastę do zębów od środka i rozrzucam buty”. Jakie to rozkoszne! Powiedzieli sobie szczerze, jacy są, i się sobie spodobali! No więc szczerość popłaca, ale często ludzie sami o sobie pewnych rzeczy nie wiedzą. No bo czy kobieta, która niczym się nie cieszy, wciąż jest niezadowolona, powie: „Ze mnie to niezła zołza. Udaję, że mnie śmieszą twoje dowcipy, wychwalam tanie restauracje, do których mnie zapraszasz, ale to gra! Ujawnię, kim jestem, dopiero kiedy będziemy razem”?

Ale ten jej absztyfikant może o wiele więcej ukrywać. Zdarzyło mi się spotkać kobiety, które po latach usłyszały: „Zapomniałem ci powiedzieć, że jestem żonaty”.  Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo gadać o tym, co było. Liczy się to, co robimy teraz, razem. Przeszłość ma znaczenie o tyle, o ile czegoś się z niej nauczyłam. Doświadczenie mamy po to, aby z niego korzystać, a nie po to, żeby o nim opowiadać.

Kiedy już wdam się w romans, zdradzę albo partner znajdzie na Facebooku kochankę? Trzeba o tym powiedzieć? Romans mamy dla siebie. A więc nie ma co o nim mówić. Wiele kobiet zresztą o zdradzie nie chce wiedzieć. Udają, że nie widzą szminki na koszuli mężczyzny. A kiedy ten chce o zdradzie powiedzieć, to kobieta zmienia nagle temat: „Oj, a zapłaciłeś ubezpieczenie za mój samochód?”. Nie chcą wiedzieć, bo wtedy musiałyby coś zrobić, może nawet się rozstać.

Nie mówić o zdradzie? Mówić tylko, jak się wyda. A gdy o niej usłyszymy, możemy powiedzieć: „Zdradziłeś? To twoja sprawa, radź sobie teraz z poczuciem winy. Ja w tym ci nie pomogę. I nie interesuje mnie ta kobieta ani to, co robiliście. Interesuje mnie to, co dotyczy nas: czego ci w naszym związku zabrakło, że skoczyłeś w bok. Powiedz mi prawdę. Nie wiem, czy ci będę mogła to dać i czy będę chciała, ale chcę wiedzieć”. Tylko taka postawa ma sens, kiedy mleko już się rozlało. Lepiej, zanim wskoczymy z kimś trzecim do łóżka, zastanowić się, dlaczego rozglądamy się na boki. I powiedzieć o tym partnerowi: „Brakuje mi radości życia we dwoje”, albo „brakuje mi seksu i jeśli to się nie zmieni, to będę się od ciebie oddalać”.

To brzmi jak szantaż... A gdzie tam! To szansa na szczęście we dwoje i uniknięcie zdrady. Tyle tylko, że niezgodna z romantyczną wizją miłości, w której słowa są zbędne. Niestety, mity i zaklęcia romantycznego uczucia niszczą miłość. Pozbawiają kobiety prawa do mówienia wprost, czego pragną i na co się nie zgadzają. Zamykają nam usta i czynią biernymi. Milczenie i niesłuchanie siebie nawzajem szkodzą miłości!