Czy kryzys może uratować związek?

fot. iStock

Mieli po dwadzieścia kilka lat i wiele wzajemnych oczekiwań. A potem dopadł ich kryzys. Bo on zdradził, ona się nim rozczarowała, bo ujawniły się różnice nie do przejścia. Mogli się rozstać, tak jak to robi dzisiaj wiele par. Postanowili jednak dać sobie szansę. Ich związek nie jest już taki, jaki był. Wymaga sklejania, dogadywania się, pracy. Warto było?

 

Zaczynamy od nowa

Piotr, 59 lat, architekt, w tym roku świętował z żoną Majką, ekonomistką, 35-lecie małżeństwa. W małym domku w Borach Tucholskich, przy domowej roboty nalewce. Tak jak lubią, czyli we własnym gronie: razem z czworgiem dorosłych dzieci
i ich połówkami oraz pięciorgiem wnuków.

O figiel piłbym tę nalewkę sam, może nie robiłbym już nalewki, w ogóle wszystko mogło być inaczej – Piotr zaczyna filozoficznie, ale też nie owija w bawełnę.

– Nasze życie mogło potoczyć się inaczej, bo pozwoliłem sobie na skok w bok, zdradziłem.

Rok 1983, stan wojenny, szarobura rzeczywistość. Piotr zagaduje w pociągu wesołą dziewczynę i odtąd wszystko dzieje się w tempie ekspresowym. Po miesiącu od pierwszego spotkania zamieszkują razem. Po kolejnych trzech biorą ślub i jeszcze w tym samym roku przychodzą na świat córki bliźniaczki, po dwóch latach – synowie bliźniacy.

Byłem wolny jak ptak, a tu w niespełna pięć lat mam żonę, czworo dzieci i jazdę bez trzymanki! Myślę, że nasz związek z Majką opiera się na tajemnicy i paradoksach. Jesteśmy bardzo do siebie podobni: mamy podobne gusta i poczucie humoru, odpowiada nam podobny styl życia, uwielbiamy książki, filmy i święty spokój. Ale równocześnie bardzo się od siebie różnimy. Fundamentalnie wręcz. Ja jestem gostkiem, który wiecznie poszukuje, trochę artystą, trochę egoistą. Majka, tak jak ją rozumiem, podchodzi do życia prosto, jest oddana rodzinie, wie, czego chce. Imponuje mi ten jej ogląd świata, bo ja co chwilę we wszystko wątpię.

Tata chce odejść

Piotr dwoi się i troi: wyprzedaje obrazy malowane na studiach, odśnieża, myje okna, jeździ ciężarówką. W końcu znany architekt proponuje mu u siebie pracę. Majka zajmuje się dziećmi, domem, który kupują na kredyt we frankach szwajcarskich.

Przyjąłem na siebie rolę wojownika, który codziennie wychodzi z domu z maczugą i poluje na zwierzynę. Zarabiałem coraz lepiej, tak jak większość młodych wilków w latach 90. Ale czułem ogromne obciążenie tą nieustanną walką. Żyłem w permanentnym stresie i w poczuciu winy, że poświęcam mało czasu dzieciom. Zacząłem tego wszystkiego nie ogarniać. A jak czegoś nie ogarniam, to przeżywam koszmar. I uciekam.

Ucieka najpierw w rozmowy z koleżanką, singielką, potem w jej ramiona. Jest na haju, nakręcony tym, co zakazane. Pojawia się myśl: „Odchodzę od Majki, zaczynam wszystko od nowa, płacę na dzieci, sprzedajemy dom”.

– Oczywiście, powód tego, co się stało, był także taki, że między mną a Majką zaczęły pojawiać się brak czasu, rezygnacja z własnych potrzeb, bo dzieci, bo zmęczenie, przestaliśmy się dogadywać.

Piotr postanawia powiedzieć Majce całą prawdę. Na Mazurach, daleko od domu. W hotelowym pokoju wyrzuca z siebie jednym tchem: „zdradzam cię”. Majka zastyga w bezruchu, patrzy na niego przerażona. A on po chwili całkowicie się rozkleja, prosi o szansę. Wyjeżdżają z postanowieniem, że spróbują raz jeszcze. Bierze urlop, idą razem na terapię. Pojawia się nadzieja.

Po miesiącu wraca do pracy. A tam dwa biurka dalej ta sama kobieta. Namiętność wraca. Piotr miota się, znów myśli o rozstaniu. Szuka pomocy u guru psychoterapii. I słyszy: „Może nie broń się już przed nowym uczuciem, może to jest ta prawdziwa miłość”.

– Wychodziłem od terapeuty z przyzwoleniem na rozstanie. Ale, o paradoksie, właśnie wtedy zapaliła mi się czerwona lampka: „To, co on mówi, to jakaś ściema, pójście na łatwiznę”.

Wraca do domu i widzi taką scenę: Majka z dziećmi czekają z kolacją, cisza jak makiem zasiał. Wreszcie ona mówi do dzieci: „Kochani, muszę wam coś powiedzieć – tata chce od nas odejść”.

– Zobaczyłem reakcję dzieci i to mną tak trzepnęło, że natychmiast się obudziłem. Dotarło do mnie, że jestem gówniarzem, który chce uciec, że popełniam straszny błąd, że nie jestem w porządku wobec wielu ludzi .

Zamiast kłótni żarty

Z dnia na dzień zmienił pracę. Ponownie poszli z Majką na terapię, najpierw osobno, potem razem. Zobaczyli, że nie potrafią się słuchać, że każde próbuje w drugim coś zmieniać. Ale też – jak bardzo chcą być razem.

– Nie chcę infantylizować tego, co jest teraz między nami, mówić, że jesteśmy w niebie, bo dalej się różnimy, i to w wielu kwestiach. Na przykład Majka nie chce jeździć na rowerze, co ja kocham. Wymyśliłem więc, że gdy wyprawię się w trasę rowerową, ona pojedzie samochodem i spotkamy się w umówionym miejscu. Już taki scenariusz zrealizowaliśmy ostatniego lata w Hiszpanii.

To, co kiedyś było przyczynkiem do konfliktu, teraz jest powodem do żartów. Kiedyś wracał z pracy, ona już w drzwiach pytała, jak tam minął dzień. Chciał mieć święty spokój, więc coś burczał. Ona się obrażała, on złościł. Teraz? Wchodzi do domu, a ona żartuje: „Wiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać”. On: „Wiem, że się czepiasz”. Taka zabawa. Teraz wraca do domu z radością. Lubią przykryć się kocem i leżeć na kanapie przytuleni z książkami w rękach. Śmieją się, że są jak dziad i baba spragnieni ciepła. Dobrze im razem, po prostu.

Dzięki kryzysowi?

Gdyby nie kryzys, pewnie nie zaczęlibyśmy dbać o związek. Ale najbardziej pomogła nam żmudna, bolesna praca nad sobą. Zaowocowała tym, że akceptujemy swoje słabości, że nie próbujemy już zmieniać siebie nawzajem. Majka kiedyś nie znosiła zmian, a dla mnie zmiana jest jak tlen. Teraz ona akceptuje moją chęć do nowego, tak jak ja akceptuję jej niechęć. Próbujemy znaleźć ten złoty środek. Nie chcę dmuchać w balon, ale mam wrażenie, że jesteśmy ze sobą zrośnięci. Dziękuję opatrzności, że nie odszedłem, bo byłbym okaleczony. Wiem, że nadszarpnąłem jej zaufanie, więc zawsze mówię, gdzie, kiedy i z kim się spotykam. Telefon cały czas leży na widoku ekranem do góry. Kryzys pokazał mi, czego nie chcę – życia w kłamstwie, mętnej wodzie. I czego chcę – oddychania czystym powietrzem, bez udawania, bez oszukiwania. Dzięki temu, że przez to wszystko przeszliśmy, nie tracimy energii na rzeczy mało ważne. Jest dobrze.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »