Mit relacji, czyli po co ludzie są ze sobą

snów, w rzeczywistości są tym, czego nie akceptujemy w sobie samych. W psychologii mówi się, że stosujemy projekcje, przeniesienia, zaśnienia, śnimy jasne i ciemne sny, integrujemy procesy wtórne. Chyba do tego poziomu odnosi się metafora dwóch połówek jabłka – jako spotkania dwóch osób, które się w magiczny sposób uzupełniają, właśnie nie do końca będąc tego świadomi.

Kolejnym, ostatnim już wymiarem mitu relacyjnego, a przynajmniej ostatnim, który potrafimy nazwać, jest poziom śnienia. Tutaj mit jawi się jako tendencja, według której relacja tworzy się i żyje. Pięknie opisuje to zagadnienie maksyma Aborygenów – To nie dwoje ludzi tworzy „pieśń relacji”, ale to pieśń zwołuje tą dwójkę, aby ją wspólnie wyśpiewali. Oni, w tej konfiguracji, tak jak się spotkali, są sobie dedykowani, aby wypełnić bycie razem w jakiś określony, szczególny sposób. Kiedy ludzie się spotykają, mit relacji już jest, już stoi za nimi. Pozostaje go rozpoznać. Tak jak Michał Anioł wydobywał z bloku marmuru rzeźbę. Zanim przystąpił do pracy, na wszystkie możliwe sposoby go badał: oglądał, smakował, dotykał, wąchał. Odkrywał kształt, który według niego był, żył już w tym kamieniu.

Mit relacji to sens spotkania ludzi, to, co ich połączyło, to, po co się spotkali. Mit relacji chce się wypełnić we wszystkich swoich wymiarach, a każdy z nich odwołuje się do innych aspektów naszego człowieczeństwa. Kiedy, jako para, potrafimy przyjąć zaproszenie do realizowania naszej relacji na każdym poziomie, do wypełniania mitu w jego całościowym kształcie, mamy gwarancję żywego, eneretycznego, tętniącego życiem spotkania z drugim człowiekiem.

Więcej o micie relacji w styczniowym numerze miesięcznika SENS