Porozmawiajmy jak kobieta z mężczyzną: różnice w komunikacji

fot. iStock

Mężczyźni milczą, kobiety mówią za dużo. My o uczuciach, oni o faktach. My słowami pleciemy nici relacji, oni od słów wolą działanie. I jak tu rozmawiać? Czy badania potwierdzają te głoszone przez psychologię różnice? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. W nowym cyklu sprawdzamy to, o czym przekonuje nas popularna psychologia.

Jeśli pytamy o różnice w komunikacji, to prawdą jest, że mężczyźni zastępują słowa czynami? Czy wystarczy, że on posprząta samochód partnerki, żeby ona wiedziała, że ją kocha? Może to jednak nie to samo co: „kocham cię”?

Mężczyźni mają większą niż kobiety trudność w odczuwaniu, identyfikowaniu i wyrażaniu emocji. Do niedawna byli wychowywani pod hasłem „bądź dzielny”, co nie sprzyjało zagłębianiu się w swoją uczuciowość. Zaczytywali się w książkach o bohaterach i wojownikach, a tam niewiele znajdziemy o uczuciach. To, że mężczyźni „rozkrochmalają się” dopiero po alkoholu, nie jest przypadkiem, bo wtedy dopiero nie boją się odsłonić. Mają więc kłopot ze słowem „kocham”, bo nie są pewni, czy to, co czują, można nazwać miłością.

Czyli to ich niemówienie to nie wynik różnic w komunikacji?

Mówimy o różnicy w komunikacji, ale wewnętrznej, czyli w dogadywaniu się z samym sobą. Psychoterapeuci radzą: „Jeśli nie wiesz, co czujesz, popatrz, co robisz”. Jednak to często za mało, by skłonić mężczyznę do powiedzenia „kocham”. On też zdaje sobie sprawę, że „kocham” to zobowiązanie. Mężczyzna przeczuwa, że kobieta potrzebuje takiej deklaracji, bo to obietnica monogamii i lojalności. I to kłopot. Zakochany mężczyzna może nadal odczuwać seksualne zainteresowanie innymi kobietami. Nieukierunkowane libido nie zanika na skutek zakochania. Czasami wzrasta i mężczyzna nie wie, czy ma prawo wyznać miłość. Gdy te trudności ze zdefiniowaniem uczuć zderzą się z męskim etosem, który każe odpowiadać za dane słowo, to deklarowanie miłości staje się jeszcze trudniejsze. Kobiety takie kłopoty mają rzadziej. Gdy serce wybierze, libido na ogół go słucha.

Oj, nie przesadzałabym z tą słownością mężczyzn.

Może masz rację. Mężczyźni coraz rzadziej są słowni. Nie tylko w związkach, lecz także w biznesie, w polityce. Dane słowo już się prawie nie liczy. Liczy się pragmatyzm, manipulacja i skuteczność. Niemniej jednak jakieś pozostałości honoru i szacunku dla danego słowa w sercach części mężczyzn jeszcze przetrwały. Więc gdy taki mężczyzna nie może wydukać „kocham”, warto przyjrzeć się temu, co robi. Jeśli od czasu do czasu zatroszczy się bezinteresownie o potrzeby partnerki – kosztem własnych – to znaczy, że kocha.

Przekonanie, że porozumiewamy się w inny sposób, to leitmotiv masowej kultury – twierdzą autorzy „50 wielkich mitów psychologii popularnej”. Ale z badań, jakie przytaczają, wynika, że to nieprawda. Nawet to, że kobiety mówią więcej, bo obie płci wypowiadają po 16 tysięcy słów dziennie!

Te badania, o ile pamiętam, przeprowadzono na studentach, co może mieć znaczenie. Na skutek egalitarnego wychowania różnice płci mogą zanikać. Młode kobiety mogą mniej paplać, a mężczyźni rzadziej milczeć. Ale gdyby przebadać starsze pokolenia, to różnice byłyby widoczne. Ja na przykład nie spotkałem jeszcze kobiety, która mówiłaby tak wolno i mało jak ja. Wiadomo też, że dziewczynki nadal wcześniej od chłopców zaczynają mówić i mają lepszą dykcję.

Badania tego nie potwierdzają, ale to, że mężczyźni nie mówią o ważnych rzeczach, to częsty temat rozmów między przyjaciółkami. Ona: „Zapłaciłeś ZUS?”. On: „Pół roku temu wyrejestrowałem firmę”. Ona: „Czemu mi nie powiedziałeś?” itd.

Widocznie uznał tę informację za nieistotną. Choć w tym wypadku prawdopodobne, że była to informacja dla niego zawstydzająca. I może dlatego przemilczana? Męskie hormony nastawiają mężczyznę na walkę i rywalizację. Serca im miękną i otwierają się tylko wtedy, gdy poczują się bezpieczni, kiedy kontekst nie mobilizuje ich do żadnej rywalizacji, nawet na ZUS-y.

A jeśli on nie mówi o sobie nawet swojej partnerce?

Jeśli mężczyzna nie odzywa się w istotnych sprawach, nie wyraża swoich uczuć ani nie nagłaśnia myśli, to znaczy, że nie nawiązuje z nią relacji. Albo nie chce, albo nie potrafi. Związek dwojga ludzi polega w ogromnej mierze na tym, że partnerzy dowiadują się o sobie nawzajem coraz więcej, jednocześnie odnajdują swoje odbicie w oczach partnera. Każdy człowiek potrzebuje choć jednej osoby, która wie o nim wszystko – lub prawie wszystko – i mimo to akceptuje, a nawet kocha. Tę niezwykle ważną potrzebę możemy realizować w pełni tylko w miłosnym związku lub w bliskiej przyjaźni. Jeśli ich zabraknie, to warto spróbować ze spowiednikiem albo/i z psychoterapeutą. Niektórzy usiłują nawiązać taką relację w sieci – anonimowo. Niestety, anonimowość i brak bezpośredniego, żywego i nieprzewidywalnego kontaktu z drugim człowiekiem czynią ten wysiłek daremnym. Może mężczyzna, o którym wspomniałaś, zaspokaja potrzebę bliskości w sieci albo w jakiejś innej realnej relacji ? Albo mama mu wystarcza.

Jeśli jakaś kobieta ma poczucie, że wbrew badaniom jej partner nie mówi tyle, co ona, i milczy w ważnych sprawach, to jak może go skłonić do mówienia?

Przede wszystkim nastawić się na słuchanie. Zadeklarować: „Chcę cię poznać, jestem ciebie ciekawa. Powiedz mi coś o sobie, proszę”. Tu też może pomóc lektura „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” Adele Faber i Elaine Mazlish. Zasady i podpowiedzi zawarte w tej książce mogą pomóc w relacjach między dorosłymi. Na szczere rozmowy jest większa szansa w czasie długich spacerów i podróży samochodem – oczywiście bez dzieci na tylnym siedzeniu i z wyłączonymi smartfonami.

Z badań zamieszczonych w „50 wielkich mitach…” wynika, że kobiety i mężczyźni różnią się tylko w jednym, jeśli chodzi o komunikację, a mianowicie kobiety lepiej rozpoznają sygnały niewerbalne, czyli mowę ciała.

Kobiety mają lepszy od mężczyzn kontakt z własnym ciałem, bo miesiączkują, bo są w ciąży, bo empatycznie wyczuwają, o co chodzi niemowlakowi, gdy płacze. Z pewnością więc przeciętna kobieta prędzej odczyta z mowy ciała stan i potrzeby bliskiego mężczyzny, niż mężczyzna zrozumie, co się dzieje z jego ukochaną kobietą. Męskie ciała zakute w mięśniową zbroję, która ma chronić przed bólem i współczuciem, utrudniają komunikację. Dlatego, by nawiązać relację z mężczyzną, najpierw warto go przytulić, a dopiero potem pytać albo nawet spokojnie czekać, aż sam coś powie. Mężczyźni na ogół są bardziej spragnieni ciepłych, wspierających gestów niż dociekliwych, zatroskanych pytań. Stąd powtarzające się obserwacje kobiet, że mężczyźni pozwalają sobie na wyrażanie miłości, a nawet na wypowiadanie słowa „kocham”, dopiero w sytuacjach intymnych.

Kiedy kobieta powie: „Jesteś smutny”, mężczyzna zaprzeczy, ale jeśli zrobi herbatę czy przytuli, to nawiąże komunikację?

Po co mówić, że jest smutny, skoro oboje wiedzą, że jest smutny? Szklanka herbaty daje większą szansę na komunikację. Najlepszym sposobem dotarcia do smutnego, zamkniętego, wycofanego, zmęczonego mężczyzny jest jakiś ciepły, opiekuńczy, wspierający gest: masaż pleców czy położenie dłoni na czole. Wtedy on poczuje się bezpiecznie, zobaczy, że partnerka stwarza mu przestrzeń do okazania jakiejś słabości. Bo mężczyzna potrzebuje sporo czasu, aby zdjąć zbroję, odłożyć tarczę i miecz. Po 20–30 minutach w jego odrętwiałe ciało zacznie wracać czucie i wtedy dopiero odzyska zdolność mówienia. Tak więc atakowanie go w progu pytaniami o to, jak było w pracy, jak się czuje i czy kocha, nie jest dobrym pomysłem.

Lingwistka Deborah Tannen w „Ty nic nie rozumiesz! Kobieta i mężczyzna w rozmowie” pisze, że mężczyźni używają języka statusu, niezależności, a kobiety powiązań i zażyłości. Jeszcze bardziej oddziela nas od siebie John Gray, który przekonuje, że mówimy językami Marsjan i Wenusjanek.

Trzeba uważać z bawieniem się w poszukiwanie różnic. Zdecydowana większość ma charakter kulturowy i biograficzny, czyli wynika z edukacji i dostosowania się do norm grupy odniesienia. Gdy pilnuje się całe życie dzieci i jaskini, to rozmawia się o dzieciach i jaskini. Gdy chodzi się na polowanie, to rozmawia się o polowaniu. Używa się więc innego języka i inne sprawy stają się ważne. Teraz, gdy kobiety i mężczyźni dzielą się obowiązkami i żyją zarówno na polowaniu, jak i w jaskini, te różnice się zacierają. Na razie jeszcze kobiety łatwiej się ze sobą porozumiewają, bo ciągle zachowują i przekazują z pokolenia na pokolenie uważność na relacje i język, który się ukształtował w doświadczeniu rodzinnym. Większość mężczyzn nadal odbiera świat jako pole walki, osiągania celów i dążenia do autonomii – operują więc językiem ukształtowanym przez to doświadczenie i związane z nim przekonania. Myślę, że wkrótce te różnice zanikną, bo obie płcie będą miały podobną biografię. Na razie trzeba się uzupełniać i od siebie nawzajem uczyć.

Mężczyzna nadal uważa, że kobieta za dużo gada.

Bo na polowaniu się nie gada. W każdym razie jest do tego mniej okazji niż w jaskini. Jeśli on zrozumie, że w jaskini komunikacja i współpraca decydowały o przeżyciu, to przestanie się dziwić. Z kolei ona, gdy zrozumie, że mężczyzna jest nastawiony na autonomię, to nie powie: „Weź witaminę C”, bo on jej nie weźmie. Ale jeśli oznajmi: „Myślę, że będziesz zdrowszy i silniejszy, jeśli weźmiesz tę witaminę”, to wtedy on się nad tym zastanowi. Do mężczyzn trzeba mówić językiem korzyści związanym ze sprawnością i autonomią. Copywriterzy dobrze o tym wiedzą.

To więcej słów…

Ale co to dla kobiety za problem wypowiedzieć kilka słów więcej? To żart. Warto pamiętać o tym, co odkryli psycholodzy NLP: każdy ma jeden dominujący zmysł i związany z nim system reprezentacji, czyli jeśli chce coś zakomunikować, to używa metafor związanych z tym zmysłem. A więc gdy dominującym zmysłem jest wzrok, co zapewne statystycznie częstsze u mężczyzn, powie np.: „Szary ten mój świat”. Jeśli dominującym zmysłem jest ten związany z ciałem, co częstsze u kobiet, stwierdzi np.: „Ciężko mi”. I nie dogadają się. Bo „ciężko” dla tego, kto nie ma kontaktu ze swoim ciałem, a jest przyzwyczajony do dźwigania ciężarów, to nic takiego. Z kolei kiedy „wzrokowiec” powie: „Szaro mi”, nic nie osiągnie u kogoś, dla kogo to po prostu ładny kolor. I nie zrozumieją oboje kryjącego się za tymi słowami wspólnego im braku nadziei. Warto starać się o to, by ujednolicać metafory, bo dopiero kiedy mówimy jednym językiem, możemy się dogadać.

A czego ty się musiałeś nauczyć, jeśli chodzi o język kobiet?

Staram się pamiętać, że kobiety używają wielkich kwantyfikatorów, by wyrażać emocje, a nie mówić o faktach. Kiedy kobieta stwierdzi: „Nigdy nie kupujesz mi kwiatów”, a mężczyzna pamięta, że kupował je miesiąc temu, to czuje się niesprawiedliwie oceniany i buntuje się: „Jak to!?”. Warto, by pamiętał, że dla kobiety „nigdy” znaczy „zbyt rzadko”, a „zawsze” – „za często”, a wtedy wszystko zacznie się układać.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »