1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Halina Mlynkova - Szacunek trzeba sobie wytupać

Halina Mlynkova - Szacunek trzeba sobie wytupać

Szybko zyskała popularność i równie szybko odeszła. Ale nie próżnowała: założyła rodzinę, urodziła synka. Teraz wraca na scenę – wydaje solową płytę, śpiewa w teatrze Sabat. – Zaczyna się nowy rozdział w moim życiu – mówi nam Halina Mlynkova

– Halina czy Halinka?

– Zdecydowanie Halina, zawsze chciałam, żeby tak się do mnie zwracano.

– To dlaczego oficjalnie była pani Halinką?

– Wyszło naturalnie. „Halina” dla kolegów z zespołu brzmiało chyba zbyt twardo, więc mówili „Halinka”. Często podkreślałam, żeby przedstawiano mnie „Halina”. Tak samo było z ludźmi, z którymi pracowaliśmy, dziennikarzami, organizatorami. Wszyscy automatycznie mówili i pisali „Halinka”. Śmiałyśmy się z tego z moją przyjaciółką ze studiów. Teraz, z perspektywy czasu, widzę, że ta „Halinka” zaistniała wbrew mojej woli. Sama nigdy bym się tak nie nazwała. W Czechach mówiono do mnie „Hala”, a w domu po prostu „Halina”. Rzadko kto zdrabniał. Gdy jako nastolatka słyszałam „Halinka”, to odwracałam głowę, nie reagowałam.

– Bo brzmiało infantylnie?

– Pamiętam pewną dziewczynkę w szkole podstawowej, która podpisywała się „Dorotka”, a ja nie mogłam zrozumieć, jak można samego siebie tak infantylnie nazwać. Kiedy miałam trzy lata, sąsiadka zapytała mnie, jak się nazywam, a ja podobno odpowiedziałam: „Pani Mlynkova”. Poza tym ojciec zawsze zwracał mi uwagę, że mam się podpisywać „Halina”. W Czechach jest to oryginalne imię, dopiero w Polsce ludzie uświadomili mi, że nosi je pokolenie moich cioć. Ale ostatnio na spacerach z synkiem spotykam coraz więcej Halinek…

– Urodzona na Zaolziu, które raz należało do Polski, raz do Czech... Kim się pani czuje?

– Jest pani jedną z niewielu osób, którym nie muszę tłumaczyć, że mam narodowość polską, a obywatelstwo czeskie. I dokładnie tak się czuję. Połowa mojego serca jest w Polsce, połowa w Czechach. Wychowałam się w polskiej tradycji, ale nie wypieram się czeskiej kultury, którą kocham. Czechy zaraziły mnie humorem, literaturą.

– W domu mówiło się po polsku?

– Nie, mówiło się gwarą zaolziańską, czyli mieszanką polskiego, czeskiego, niemieckiego. To zabawny język, powinno się go pielęgnować, jak każdą gwarę. Nie podoba mi się jedynie to, że każda forma jest dobra, nie ma jasnych reguł, a to strasznie rozleniwia. Dlatego wolimy, żeby syn, który mówi po polsku, nauczył się też czeskiego.

– Po polsku mówi pani bezbłędnie.

– Mam łatwość uczenia się języków. Długo też mieszkam w Polsce, do liceum chodziłam w polskim Cieszynie.

– Sama pani o tym zdecydowała?

– Za namową rodziców. Zawsze chciałam uczyć się muzyki, chodziłam równolegle do muzycznej szkoły podstawowej, ale do średniej rodzice mi już zabronili. Słyszałam: „wymyśl sobie, co chcesz, tylko nie muzykę”.

– Nie wierzyli, że muzyka daje chleb?

– Nie wierzyli i dzisiaj ich rozumiem. Chcieli po prostu chronić córkę przed czymś, czego sami nie znali. To po pierwsze, a po drugie – ojciec chciał mnie jako kobietę chronić przed światem, który uważał za brutalny. Bo był przekonany, że kobieta, by w nim coś osiągnąć, musi przejść przez wiele łóżek. Nie zdążyłam mu udowodnić, że jest inaczej. Niestety zmarł, zanim zaczęłam śpiewać z Brathankami.

– Odnalazła się pani w polskim liceum?

– Nie mogłam się go doczekać, wyobrażałam sobie, że będzie w nim jak w popularnym wtedy musicalu „Grease” – wszyscy weseli siedzimy przed szkołą na poręczy, gadamy, śmiejemy się. Szybko się rozczarowałam. Na lekcjach anatomii, na których strasznie się nudziłam, rysowałam, krok po kroku, układy taneczne. Zawsze byłam dobra z języków, a tu miałam z polskiego tróję. Pamiętam wypracowania podkreślane czerwonymi falami, nie rozumiałam, o co chodzi. Teraz wiem, że myślałam po czesku, pisałam po polsku. Dlatego liceum traktowałam jak przymus, który codziennie trzeba zaliczyć. Chciałam zmienić szkołę, ale rodzice powiedzieli: „zaczęłaś, to skończysz”.

– Byli tak wymagający?

– Wymagający był głównie tata. Ale nic dziwnego, skoro różniły nas dwa pokolenia. Kiedy się urodziłam, miał 47 lat, dorosłe dzieci z poprzedniego związku i wnuki. Nie mam mu niczego za złe, rodzice surowo go wychowywali, dla niego nie było dopuszczalne, żeby dziecko miało swoje zdanie. Życie ciężko go doświadczyło, chciał dla mnie i starszego brata jak najlepiej. Przez wiele lat był dyrektorem polskiej szkoły, nauczycielem... Jego dzieci nie mogły przynosić wstydu. Nam nie wolno było robić wielu rzeczy tylko dlatego, że jesteśmy dziećmi dyrektora. Ojciec całe życie działał społecznie, był prezesem Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego na Zaolziu. Mama (pracowała jako księgowa) buntowała się, że nie ma go całymi dniami w domu, ale też go podziwiała i szanowała. Byliśmy uważani za rodzinę, która się wyróżnia. Nasz dom tętnił życiem. Cały czas ktoś wpadał, a to goście z korpusu dyplomatycznego, a to sąsiedzi, przyjaciele. Dla mnie było to przyjemne, bo dostawałam prezenty. W domu co chwilę były jakieś przyjęcia, imprezy. Uwielbialiśmy to z bratem, choć czasami było to męczące. Zasypiamy w swoim pokoju, a tu nagle cha cha cha i pobudka. W sumie miałam beztroskie dzieciństwo.

– Nie przepadała pani za polskim liceum, a jak młody człowiek nie cierpi szkoły, to w coś ucieka.

– Ja miałam zespół folklorystyczny Olza w Czeskim Cieszynie, najpierw tańczyłam w grupie, potem śpiewałam solo. Na próby pędziłam po szkole jak na skrzydłach. Znaleźć się w Olzie to było naprawdę coś. Dzięki zespołowi miałam też dużo wolności. Nocowałam u koleżanek w Cieszynie, rodzice myśleli, że jestem na próbie, a ja byłam na imprezie. Ale nie zawiodłam ich. Wyfrunęłam z domu w 15. roku życia. Później z przyjaciółmi jeździłam na koncerty, festiwale filmowe. Brat podpuszczał rodziców, że są tam narkotyki, ale nigdy narkotyków nie próbowałam i nikt z mojego otoczenia nie miał z nimi do czynienia. Oczywiście na studiach piło się wino, ale sedno tych naszych spotkań tkwiło w rozmowach.

 
– Czas liceum to czas stracony?

– O tyle stracony, że zawsze chciałam pracować nad głosem. Nie śpiewać, żeby śpiewać, tylko robić to tak, żeby wiedzieć, jak wydobyć odpowiednią barwę głosu. Ale z drugiej strony jestem szczęśliwa, bo mam zdecydowanie bogatsze życie dzięki temu, że rodzice nie spełniali każdego mojego kaprysu. Sama musiałam sobie utorować drogę i teraz bardziej mnie to upewnia, że jestem w odpowiednim miejscu.

– Ani trochę nie ma pani żalu do rodziców?

– Nie mogę mieć żalu do rodziców, bo to oni zarazili mnie muzyką. Mama śpiewała w chórach, ojciec również, grał na różnych instrumentach. W malutkim salonie stał ogromny czarny fortepian, na którym nigdy nie zabraniano nam grać. Żeby koło niego przejść, trzeba było się przeciskać. Ale stał. Był ważnym elementem tego domu. Żal mi, kiedy gram na fortepianie i brakuje mi akordów pod palcami. Staram się to nadrobić.

– Rozmawia pani o tym z mamą?

– Tak, wyrzucałam jej, że mogłam mieć prościej, że liceum przetrwoniłam. Ale to w chwilach słabości, po urodzeniu Piotrusia, wtedy intensywniej się wszystko przeżywa. Moja mama – cudna i bardzo silna kobieta – przetrwała dzielnie te chwile i jestem jej za to ogromnie wdzięczna. Wiedziała, że kiedy minie przemęczenie i burza hormonów, uspokoję się.

– Skąd pomysł, żeby studiować etnografię?

–  Ojciec mi to podpowiedział. Otwierano akurat etnografię w Cieszynie, tata myślał, że zostanę w mieście, ale ja chciałam studiować w Krakowie. Wtedy był tam mój brat, na medycynie. Kombinowałam, że po roku przeniosę się do szkoły muzycznej. Ale zachwyciłam się etnografią. Na trzecim roku postanowiłam uczyć się równolegle w prywatnej szkole jazzowej (jako stypendyści rządu polskiego nie mieliśmy prawa studiować na dwóch państwowych kierunkach). Dostawałam 400 złotych stypendium, 200 płaciłam za szkołę, 200 miałam na życie. Bywało naprawdę ciężko. Pod koniec miesiąca obwarzanek był dla mnie za drogi, a kosztował 50 groszy. Któregoś dnia w barze mlecznym na Grodzkiej kupiłam za ostatnie pieniądze zupę pomidorową. I niechcący ją rozlałam. Do dziś wspominam tamten głód. Innego razu przed wyjazdem do domu, po zdaniu ostatniego egzaminu na trzecim roku, robiłam porządki, wyrzuciłam wszystko do śmieci i wtedy zorientowałam się, że nie mam grosza, więc wyciągałam z kosza suchy chleb. Ale nigdy nie użalałam się z tego powodu, mnie to raczej bawiło. Wiedziałam, że to chwilowe, za to wreszcie mogę uczyć się śpiewać.

– A potem przyszła sława.

– Byłam wtedy na piątym roku studiów. Najpierw dostałam propozycję śpiewania w zespole jazzowym i latynoamerykańskim. Któregoś dnia zadzwonił telefon i odezwał się męski głos z propozycją, żebym zaśpiewała z Brathankami. Oni pierwsi zrobili ze mną próbę. Pomyślałam, że pogramy trochę w Krakowie i się skończy. Nikt się nie spodziewał takiego rozwoju wypadków. To był przełom w moim życiu. Nie zastanawiałam się, czy wrócę do Czech, życie samo mną pokierowało. Zagraliśmy ponad tysiąc koncertów w cztery lata. Nie czułam się sławna, to było dla mnie spełnienie marzeń, a po drugie – wielka odpowiedzialność, żeby podołać obowiązkom.

– Wszyscy panią pokochali, a pani odeszła.

– Musiałam, nie miałam wyjścia. Nic się nie dzieje z dnia na dzień. Byłam jedyną kobietą w tym zespole. Potrafię tupnąć nogą, ale też bardzo szybko zapomnieć. Uważałam, że jak tyle lat razem przeżyliśmy, to jesteśmy jak rodzina.

– Poszło o to, że jest pani w ciąży.

– Tak. I o brak szacunku do mnie.

– Ale pani na takie traktowanie siebie pozwalała.

– Bo byłam naiwna, miałam dużo wiary w ludzi i to wykorzystywano. Poza tym nie byłam solową wokalistką, tylko częścią grupy, a to ma duże znaczenie. Uważałam, że jeśli kogoś darzę szacunkiem, on mi odpłaci tym samym, ale szacunek często trzeba sobie wytupać. Mój wieczny optymizm nie pasuje do tego świata. Walczę teraz z tymi cechami.

– Z jakim skutkiem?

– Chyba nie najgorszym. Jestem traktowana inaczej niż kiedyś. Czuję się dojrzała, odpowiedzialna, zmienił mi się głos na taki, jaki chciałam mieć. Nie próżnowałam w ciągu tych paru lat. Przygotowywałam się do powrotu na scenę. To dla mnie idealny moment, wokalnie, psychicznie, rodzinnie. Kiedy miałam dwadzieścia parę lat, myślałam, że nie chcę mieć ani mniej, ani więcej. Jak czytałam wywiad z Kayah, która była mniej więcej w takim wieku jak ja teraz i mówiła, że czuje się świetnie, myślałam: „Gada tak, bo jest stara i musi się jakoś bronić”. Pewnie dwudziestolatki podobnie pomyślą teraz o mnie, ale przysięgam: Jest super.

– Nawet siedem lat po ślubie, kiedy podobno przychodzi kryzys?

– Towarzyszą nam wszystkie emocje. I dobrze, bo nie doceniłabym dobrych chwil bez tych burzliwych. W związku musi być pewien niedosyt, oddech, wolność. Tym bardziej gdy pod jednym dachem żyje dwoje artystów. Łukasz, ponieważ jest aktorem, rozumiał, jak czułam się przed premierą musicalu w teatrze Sabat. Zabrał Piotrka i pojechał do Zakopanego.

– Jesteście o siebie nawzajem zazdrośni?

– Łukasz podoba się kobietom, wiem. Ale nie daje mi powodów do zazdrości. To ja częściej zauważam ładne kobiety. A jeżeli któraś z nich go prowokuje, złoszczę się (śmiech). Sprawdzian jednak dopiero przed nami. Do tej pory zajmowałam się przede wszystkim wychowaniem synka, pracował Łukasz. Teraz wracam na scenę. Nasz związek jest bardzo dynamiczny, cukiereczki dwa to nie my. Czasami się na siebie obrażamy. Jak ktoś mówi o swoim małżeństwie: „myśmy się jeszcze nie pokłócili”, myślę: co za nudy.

– Nagrywa pani solową płytę, śpiewa w teatrze Sabat.

– Zaczynam nowy rozdział. Propozycja Małgosi Potockiej zaśpiewania w teatrze Sabat to spełnienie jednego z moich wokalnych marzeń, bo zawsze chciałam wystąpić w musicalu. Tym bardziej że śpiewam moją ulubioną piosenkę „Listen” z ukochanego musicalu „Dreamgirls”. Kończę nagrywanie płyty, bardzo kobiecej, nastrojowej. Tak więc dzieje się to, co wydawało mi się kiedyś niemożliwe. Czuję się naprawdę wyjątkowo. Nadszedł czas Haliny. Halinka to przeszłość.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).