1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Judi Dech: Dama z tatuażem

Judi Dech: Dama z tatuażem

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
Jest zdania, że wytykanie komuś metryki to cios poniżej pasa. Świadczy też o wąskich horyzontach. Najchętniej powiesiłaby sobie w domu tabliczkę (którą widziała kiedyś w sklepie) z napisem: „Nie dorastaj, to wbrew zasadom”.

(Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 9/2017)

Judi Dench twierdzi, że wiek to tylko liczba. Irytująca, ograniczająca percepcję tych, którzy na nią patrzą i studiują jej metrykę. Mówią o niej „stara”? Oczywiście nie wprost, to przecież niegrzecznie, ale na pewno tak myślą. Kiedy chcą być dowcipni, pytają, jak to jest być vintage. Dench nie uważa, że to szczególnie zabawne. Kiedy młodsi od niej aktorzy ogłaszają odejście od pracy w teatrze, bo coraz trudniej zapamiętać im długie role, ona łyka wyciąg z miłorzębu do śniadania i ćwiczy pamięć, ucząc się codziennie czegoś nowego. Jednego dnia będzie to informacja, że matka Williama Szekspira miała na imię Mary i oprócz syna urodziła dwie córki, które zmarły w niemowlęctwie. Innego – że rzemieślnik trudniący się przygotowaniem tkanin i czyszczeniem ubrań to folusznik. Pasjami rozwiązuje krzyżówki, ale ponieważ coraz gorzej widzi i cierpi na zwyrodnienie plamki żółtej, zaapelowała ostatnio do „Timesa” i kilku innych gazet, żeby drukowały je większe. Nie może też już sama czytać scenariuszy, które przysyła agent, więc prosi swoją asystentkę, żeby czytała je na głos.

„Dobre strony podeszłego wieku? Samo słowo »podeszły« sprawia, że jest mi niedobrze... Nie, nie ma ich wiele. Trzeba po prostu skupić się na pozytywach. Chociażby takich, że dziś jestem w stanie sama przejść przez pokój. Wytrwać na scenie przed publicznością przez ponad godzinę i mieć z tego niesamowitą frajdę” – powiedziała w wywiadzie dla „The Telegraph”. „Oczywiście, mnie cały czas się wydaje, że mam pięćdziesiąt kilka lat. Tylko że z lustra patrzy na mnie kto inny. Więc nie patrzę zbyt często w lustro”. A co z wiedzą, doświadczeniem nabytym z wiekiem? „Wolałabym nie wiedzieć aż tak dużo i być znacznie młodsza”.

Gwiazda wieczorna

Faktem jest jednak, że dla pokolenia dzisiejszych 30- i 40-latków dama Judi zawsze była starszą panią. Rzecz jasna nie dla Brytyjczyków – oni mieli okazję podziwiać ją zarówno w całym szekspirowskim repertuarze, m.in. na deskach teatru Old Vic, jak i w telewizyjnych sitcomach i dramatach. Dzięki tym ostatnim stała się znajomą twarzą w angielskich domach, rozbawiając ze szklanego ekranu rodaków na ich własnej kanapie. Z filmem kinowym flirtowała ostrożnie, bo ktoś jej kiedyś powiedział, że „kamera jej nie lubi”. Rola w „Pokoju z widokiem” przeszła niemal bez echa, ale nie mogła oprzeć się propozycji zagrania M w „GoldenEye” – rozstawianie po kątach facetów w słynnej szpiegowskiej franczyzie o Bondzie było ofertą nie do odrzucenia. Ostatecznie przekonał ją do niej mąż, aktor Michael Williams, który „zawsze chciał, żeby jego żona była dziewczyną Bonda!”.

Michaela poznała w pubie w Covent Garden po jego przedstawieniu w Duchess Theatre. Po kilku miesiącach luźnego związku poleciał za nią do Australii, gdy odbywała tam tournée z Royal Shakespeare Company. Oświadczył się jej w Adelajdzie. „Odpowiedziałam, że nie, nie ma mowy. Tu jest za romantycznie, te plaże, zachody słońca. Niech mi się oświadczy w jesienny, deszczowy wieczór w Londynie” – pisała Judi w swoich wspomnieniach. Pobrali się w zimne lutowe popołudnie, a ich prezentem ślubnym od znajomego reżysera był wspólny występ w sztuce „London Assurance”, w której grali młodych kochanków. Ich córka Finty przyszła na świat rok później. Williamsowie byli zgranym zespołem – do tego stopnia, że przez dwa lata mieszkali w jednym wielkim domu z matką Judi i ojcem Michaela. „Kiedy chciałam zrezygnować z pracy, bo nie wyobrażałam sobie, żeby przegapić dzieciństwo mojej córki, Michael wybił mi to z głowy. Opiekował się nią, gdy wieczory spędzałam w teatrze. Gdy poszła do szkoły, przekonał mnie, że w dzień mogę grać w produkcjach telewizyjnych”. Kiedy Finty w wieku 24 lat została samotną matką, zamieszkała z synem Samem z rodzicami. „To było najlepsze, co mogło nas spotkać” – pisała Dench. Michael zawsze czuwał nad jej karierą. Choć sam był uznanym aktorem, wiedział, że jego żona ma w sobie tę iskrę, która dana jest niewielu. I to on zawsze przekonywał ją, że film to medium, które pokocha ją nawet bardziej niż teatr.

Jednak dopiero film „Jej Wysokość Pani Brown”, w którym wcieliła się w rolę królowej Wiktorii, był dla Dench katapultą do międzynarodowej sławy. To opowieść o owdowiałej i pogrążonej w żałobie monarchini, której związek ze szkockim służącym jej zmarłego męża wywołał skandal. Film był początkowo wyprodukowany na potrzeby telewizji, ale na szczęście obejrzał go producent Harvey Weinstein, który przeniósł go na duży ekran. Judi dostała za swoją rolę pierwszą nominację do Oscara, do BAFTA i Złoty Glob i z dnia na dzień została międzynarodową gwiazdą. Miała 63 lata.

– Dotarły do mnie plotki, że Judi wytatuowała sobie na pośladku moje imię z wdzięczności za to, że „podarowałem” jej nową karierę – opowiadał Wein­stein na kanapie w programie Grahama Nortona. – To prawda, że po „Jej Wysokości...” Judi robiła film za filmem i po kilku latach od naszego pierwszego spotkania miała już Oscara za rolę w „Zakochanym Szekspirze” i kilka nominacji. Zaprosiła mnie więc do restauracji Four Seasons Grill, sprosiła mnóstwo znajomych i największych ludzi w branży, a jak już siedzieliśmy przy stole, powiedziała: „To jest prezent dla człowieka, który ma wszystko. Nie wiedziałam, co ci dać, więc...”. Po czym rozpięła spodnie i pokazała mi pośladek, na którym wytatuowane było „JD loves HW”. Nie wiedziałem kompletnie, co mam zrobić, więc po prostu padłem jej do stóp. Dama Judi, wielokrotnie pytana o to, czy tatuaż był prawdziwy, zawsze odpowiadała: „To tajemnica pomiędzy Harveyem, mną a moją pupą”.

„Najzabawniejsze w przyjeździe do Hollywood było to, że wszyscy mnie pytali, czy w czymś już wcześniej grałam” – wspominała Dench w wywiadzie dla Andrew Mortona w BBC. „Owszem, 30 lat wcześniej grałam w sztuce na Broadwayu i było to jedno z moich najlepszych  zawodowych doświadczeń, uwielbiałam każdą chwilę. Zastanawiałam się, czy wobec takich pytań mam udawać naturszczyka, czy może jednak powiedzieć, że mam za pasem cały katalog Szekspira, sporo Czechowa. Ale moich rozmówców znacznie bardziej ekscytowała moja rola w „Bondzie”.

Tych powodów miała dać im jeszcze sporo – w towarzystwie kolejnych Jamesów Bondów spędziła bowiem aż 17 lat, a jako M rządziła w fikcyjnym MI5 w siedmiu filmach. Gdy producenci „Skyfall” wyznali jej przy kolacji w londyńskiej restauracji Ivy, że mają zamiar ją uśmiercić, popłakała się. Jeden z kelnerów oburzony tym, jak potraktowano jego ulubioną aktorkę, zaoferował, że wyrzuci chamów na zbity pysk. Tylko poczucie humoru uspokajającej go Judi zapobiegło awanturze. „Z drugiej strony – w prawdziwym MI5 dawno wysłaliby mnie na emeryturę. Wiem, że taka jest kolej rzeczy, a Ralph Fiennes na pewno od dawna zacierał łapki na tę rolę i wreszcie się doczekał, ale było mi bardzo przykro” – mówiła w wywiadzie dla „Guardiana”. Na szczęście nie miała czasu rozpamiętywać straty, bo w kolejce czekały już kolejne role, a Dench ma jedną receptę na radzenie sobie z każdą przeciwnością losu: rzucić się w wir pracy. Przerabiała to już przecież kiedyś na znacznie większą skalę. Gdy jej mąż Michael zmarł na raka płuc, Judi natychmiast przyjęła rolę w „Kronikach portowych” i w ciągu tego samego roku zagrała jeszcze chorą na alzheimera pisarkę Iris Murdoch w „Iris”. „Żałoba i ból mogą być albo czarną dziurą, albo ogromnym źródłem energii. Moim sposobem na to, aby się nie pogrążyć, było przekucie ich w coś kreatywnego”. Przez wiele lat nie była w stanie rozmawiać w wywiadach o jego śmierci. „Byliśmy razem przez 30 lat i było nam wspaniale. A potem ten drugi człowiek, ta część ciebie tak integralna jak pół twojej głowy, jak twoja ręka, na zawsze znika. Musisz cieszyć się przeszłością, dziękować Bogu za wspólne lata, ale uczysz się żyć na nowo. Nawet tyle lat później żal po stracie jest wciąż taki sam” – pisze Dench w swojej książce „Behind the Scenes”.

Skrzek zupełnie naturalny

Mimo że jej rodzice, ojciec lekarz i matka krawcowa kostiumów, pasjami grali w teatrze amatorskim w Yorku, Judi nigdy jako dziecko nie marzyła o pławieniu się w światłach rampy. Była przekonana, że jej powołaniem jest taniec lub projektowanie dekoracji. „Jako tancerka skończysz karierę przed czterdziestką” – trzeźwo zauważył doktor Dench, a jego praktyczna córka doszła do wniosku, że zdolności plastyczne oferują lepszą pracę. Zaczęła kształcić się jako scenografka, ale starszy brat, który dostał się do szkoły aktorskiej, namówił ją, żeby spróbowała swoich sił. Dostała się, dyplom zrobiła z wyróżnieniem i natychmiast zaoferowano jej nie tylko angaż w teatrze repertuarowym Old Vic, ale i rolę Ofelii. „Młodość nie zna strachu, bo nie ma doświadczenia” – wspominała po latach. – Powinnam była wtedy umrzeć ze zdenerwowania, ale rzuciłam się na głęboką wodę i chyba nawet uważałam, że mi się to należy!”. Jej kreacja została bezlitośnie skrytykowana, ale każda kolejna zyskiwała jej zwolenników. „Miałam szczęście, że dano mi okazję nauki na włas­nych błędach. Grałam w ponad 300 przedstawieniach rocznie i szlifowałam warsztat. Dzisiejsi młodzi aktorzy mogą tylko o tym pomarzyć. Teatrów jest coraz mniej, nie mają się gdzie uczyć. Żyją pod presją, że muszą zdobyć popularność bardzo wcześnie. To smutne i ogromnie mi ich żal” – mówiła w „The Telegraph”. Umiała przekonać reżyserów, żeby dawali jej szanse na występy w najmniej oczywistych rolach. Gdy wygrała casting na główną rolę w musicalu „Kabaret”, cały teatralny światek pukał się w czoło. Dench będzie śpiewać? W foyer teatru powieszono nawet plakat zapewniający publiczność, że aktorka grająca Sally Bowles nie ma chrypy ani kataru – ten skrzek to jej naturalny głos. Spektakl był absolutnym hitem. Judi, nowo narodzona gwiazda teatru muzycznego, mogła zostać na West Endzie i błyszczeć w kolejnych wysoko- budżetowych produkcjach. Zamiast tego wróciła do Szekspira, zgarniając przy okazji kolejne nagrody za swoje kreacje. „Jeśli to nie jest genialne aktorstwo, to nie wiem, co nim jest” – pisał o jej Lady Makbet, zagranej u boku Iana McKellena, recenzent „Guardiana”. „Nie ma nic nudniejszego niż granie w kółko podobnych ról. Ciągle muszę udowadniać, że nie powinno się mnie zamykać w szufladzie. Najchętniej zagrałabym na przykład afgańską kobietę, która uczy się chodzić na linie, a w ostatnim akcie zjada ją lew. Ciągle czekam na tę rolę” – żartowała w rozmowie z Andrew Mortonem. Jej filmografia z pewnością dowodzi tej przekory. Są w niej przecież i urocze starsze panie („Herbatka z Mussolinim”, „Lawendowe wzgórze”), nieugięte, twarde baby („Kroniki portowe”, „Pani Henderson”), jak i zimna psychopatka („Notatki o skandalu”). Do występu w filmie science fiction przekonał ją Vin Diesel, który w ramach perswazji wtaszczył do jej garderoby po spektaklu tak wielki kosz kwiatów, że z trudem zmieścił się na klatce schodowej. „Kroniki Riddicka” były klapą, ale Dench nieszczególnie się tym przejęła. Nigdy nie ogląda własnych filmów, bo albo nie ma czasu, albo nie jest w stanie patrzeć na siebie na ekranie. Pytana o dawne role wybucha śmiechem, bo ich po prostu nie pamięta. „W teatrze wiesz, że jak coś ci nie wyjdzie, to następnego wieczoru możesz to zagrać ponownie. W filmie dokonujesz wyboru raz, nieodwołalnie. Nie widzę powodu, żeby się stresować oglądaniem moich starych popisów i zaśmiecać sobie nimi głowę”.

Zakaz podziwiania eksponatów

Mogłaby spocząć na laurach. Odcinać kupony od międzynarodowej sławy, Oscara i siedmiu do niego nominacji, dziesięciu nagród BAFTA i tak długiej listy wygranych w innych konkursach i festiwalach, że tylko najpilniejsi studenci filmoznawstwa i krytycy potrafiliby je wymienić bez zaglądania do źródeł. Dla Dench nie ma jednak bardziej przerażającej wizji. „Być zakurzoną skamieliną w jakiejś gablocie?! Nie, dziękuję!” – odparowała dziennikarzowi Radio Times na sugestię, że jest narodową ikoną. Przez całe zawodowe życie nie opuszczał jej lęk, że każda rola jest ostatnią i nikt już jej nie zaoferuje następnej. Do dziś nic się w tej kwestii nie zmieniło. Przekonanie o tym, że naprawdę jest najlepsza? Wolne żarty. „Wiem, że w dzisiejszym świecie dobre samopoczucie na własny temat to trzy czwarte sukcesu, ale ja zostałam wychowana w innej epoce i na szczęście to wtedy zdobywałam zawodowe szlify. Doskonale wiem, że jak tylko na chwilę otulę się samozadowoleniem i ponapawam jakąś nagrodą, za chwilę wyjdzie ktoś zza węgła, obleje mnie wiadrem lodowatej wody i ryknie: »Ty menopauzalna karlico!«”. Judi jest kwakierką i choć rzadko mówi o swojej religii, przyznała kilkakrotnie, że wiara pozwala z pokorą dziękować za każdy nowy dzień, nowe wyzwania, a nawet za słowa krytyki – byleby były konstruktywne. Jedno jednak niezmiennie doprowadza ją do szału – kiedy gra jakąś rolę telewizyjną, wymagającą siarczystego przekleństwa, a następnego dnia do stacji wpływa rzeka skarg na jej wulgarny język. Ukochanej przez wszystkich Judi Dench nie wypada przecież w ten sposób się wyrażać! „Zastanawiam się wtedy, czy to, co robię, rzeczywiście ma jakiś sens. Naprawdę nikt nie uwierzył, że to nie mówię ja, tylko grana przeze mnie postać?” – wściekała się w jednym z wywiadów telewizyjnych. „Myślę sobie wtedy, że może powinnam wszystko rzucić w diabły i zaszyć się gdzieś w Szkocji. To bardzo kusząca wizja. Tylko że po miesiącu umarłabym z nudów”.

Judi Dench: urodziła się w 1934 r. w Heworth w hrabstwie Yorkshire. Jej pierwszą rolą był ślimak w szkolnym przedstawieniu. Studiowała w Central School of Speech and Drama w Londynie i zaraz po dyplomie rozpoczęła pracę w kompanii teatralnej Old Vic. Zagrała liczne role teatralne, w tym te we wszystkich sztukach Szekspira. Jest najczęściej nagradzaną aktorką sceny brytyjskiej. Występowała w wielu produkcjach telewizyjnych, a jej międzynarodową karierę filmową zapoczątkowała kreacja w „Jej Wysokości Pani Brown”. Od tamtej pory zagrała w 29 filmach, m.in. w „Czekoladzie”, „Iris”, siedmiu filmach o Jamesie Bondzie jako M, „Dumie i uprzedzeniu”, „Jane Eyre”, „Hotelu Marigold” i „Tajemnicy Filomeny”. Najnowsze filmy z jej udziałem to: „Tulipanowa gorączka”, „powiernik królowej” oraz „Morderstwo w Orient Expressie”. Siedmiokrotnie nominowana do Oscara zdobyła jedną statuetkę, dziesięć nagród BAFTA i dwa Złote Globy. Jej mąż Michael Williams zmarł w 2001 r.; mają córkę Finty Williams, również aktorkę. Dench od siedmiu lat jest w związku z działaczem na rzecz ochrony przyrody Davidem Millsem. W 1988 r. otrzymała tytuł szlachecki – jest damą komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).