1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Agnieszka Morawińska – w poczuciu misji

Agnieszka Morawińska – w poczuciu misji

Agnieszka Morawińska: Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)
Agnieszka Morawińska: Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)
Była dyrektorką Zachęty i Muzeum Narodowego w Warszawie. Agnieszka Morawińska to wybitna historyczka i krytyczka sztuki. Siłaczka i niezależna myślicielka.

Kiedy dzwoniłem, wspomniała pani o wykładach, jakie ma dla dzieci. Uczy je pani sztuki?
Zaczęliśmy od psa, który zaprowadził dzieci do dziury w ziemi, jak się okazało, wejścia do jaskini – czyli od malowideł w Lascaux. Teraz jesteśmy przy gotyku. Fela ma osiem lat, Edzio pięć. To wnuki przyjaciółki. Wykłady przygotowuję i prowadzę tak samo jak akademickie. Zdarza się, że Fela przerywa: „Czy możesz powtórzyć ostatnie zdanie, bo nie do końca zrozumiałam?”. To dla mnie wielkie doświadczenie, ale i przyjemność. Czy te dzieci będą inne jak dorosną?

W 2016 roku dostała pani nagrodę „O!Lśnienia” za projekt „W muzeum wszystko wolno”. Dzieci od 6 do 14 lat podzielone w zespoły kuratorskie przygotowały wystawę.
Gdybym nie była dyrektorem Muzeum Narodowego, nie mogłabym tego zrobić. Dla pracowników to było organizacyjnie trudne przedsięwzięcie. Dzieci przychodziły w każdą sobotę o 10, zostawały do 15, dostawały obiad. Koledzy kuratorzy musieli przełamać obawy przed wpuszczeniem dzieci do magazynu. Dostały rękawiczki, były bardzo przejęte i dotykały grafiki i przedmiotów sztuki zdobniczej z największą ostrożnością. Jeżeli traktuje się dzieci poważnie i stawia przed nimi zadania, potrafią góry przenosić.

Ma pani wiarę, że kształtuje małego obywatela?
Dzieci to mali obywatele. Należą się im szacunek, uwaga i równe traktowanie. Korczak powinien być lekturą obowiązkową.

Pani wychowała się na Korczaku?
Ja się w ogóle dość specjalnie wychowywałam. Ojciec umarł, kiedy miałam pięć i pół roku, i moje życie zmieniło się dramatycznie. Natomiast ojczym, który się szybko pojawił, był przekonanym korczakowcem.

Pani urodziła się tuż przed powstaniem warszawskim. Rodzice poznali się w czasie wojny?
Moja mama skończyła przed wojną Centralny Instytut Wychowania Fizycznego. Przez rok uczyła w Zamościu i prowadziła letnie kursy w uzdrowisku w Druskiennikach, a w czasie wojny znalazła się w majątku swoich rodziców pod Krasnymstawem i zajęła się tkactwem. Miała talent artystyczny. Mój ojciec wychował się w Moczydłowie pod Górą Kalwarią. Miał bardzo światłą matkę, choć może nie do końca, bo wymarzyła sobie, że jej dziesiąte, cudem urodzone dziecko będzie księdzem. Studiował w Rzymie, w Meranie, a potem historię sztuki w Warszawie – był bardzo dobrze wykształcony. Był katolickim księdzem do roku 1938, kiedy wystąpił z tego interesu. Mama czasami przyjeżdżała do Warszawy. Któregoś razu, a był rok 1943, przyjechała do jakiegoś wybitnego dentysty, a znajoma, chcąc ją pocieszyć po bolesnym zabiegu, zawiozła ją do mojego ojca, który pracował w Muzeum Narodowym. Trzy razy się widzieli i wzięli ślub.

Dlaczego ojciec zrzucił sutannę?
Nie mogłam się tego dowiedzieć od matki, bo była jednak zdroworozsądkową sportówką, bez wglądu w duchowość. Stosunkowo niedawno opowiadała mi pani Maria Brandysowa, że kiedyś w Tatrach, w czasie bardzo złej pogody, mój ojciec był w schronisku, gdzie był też architekt Maciej Nowicki. O czym rozmawiać z księdzem w takim miejscu? No, o Panu Bogu. Potem spotkali się przypadkowo w Warszawie. Nowicki powiedział: „Ksiądz mnie przekonał”. Na co mój ojciec: „A siebie nie”.

Co rodzice robili w czasie powstania?
Ojciec miał skład broni w Muzeum Warszawy, w kamienicy Baryczków. Ale z domu na Służewie nie zdołał się przedostać na Stare Miasto. Z grupą sąsiadów, kobiet z dziećmi, siedzieli w malutkiej piwnicy naszego domu. Dom był na linii strzałów zza Wisły. Kiedy wybuchło powstanie, miałam miesiąc. Przy drzwiach stały torby, tylko brać i uciekać. Tymczasem uciekali oknem, bo Niemcy wstawili karabin maszynowy w okienko piwnicy, kto się uratował, ten się uratował. Wyłapali ich pod tym oknem, kazali iść, nie odwracać się. Ludzie byli więc przekonani, że poleci seria. Tymczasem wpadły na siebie dwa oddziały niemieckie, każdy z innej strony domu, i wywiązała się strzelanina, przez drzwi. Rodzice runęli w zboże, tuż za naszym płotem. Tak doszli do Natolina. Tam ojciec został obarczony łubianką z biżuterią Branickich. Mieli dziecko bez jednej pieluchy i łubiankę biżuterii, której byli niewolnikami. Zatrzymali się w jakiejś marmoladziarni, podobnie jak kilkadziesiąt osób. Łubiankę dostarczono do Nieborowa, gdzie Braniccy zostali zwiezieni razem z całą polską arystokracją.

A gdzie przetrwali rodzice?
W leśniczówce w Chojnowie, mama handlowała mydłem. Ojciec jeździł do spalonej Warszawy z misjami porządkowania muzeum, organizowanymi przez profesora Stanisława Lorentza [dyrektora Muzeum Narodowego między 1935 a 1982 rokiem]. Z całą grupą czekał na ciężarówkę pod gmachem BGK – i wtedy został ranny w kolana strzałami artylerii zza Wisły. Leżąc w szpitalu w Pruszkowie, zarządził, aby matka pojechała zobaczyć, co z jego rzeczy zostało w piwnicy kamienicy Baryczków na Starym Mieście. Wiadomo, co się tam działo. No i mama największym wysiłkiem znalazła pół obrazka. Zaraz go panu pokażę. Pewnie to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie mam. Ojciec kazał jej wrócić następnego dnia i znaleźć drugą połowę. A to było szukanie w trupach, w pierzu… W końcu rodzice znaleźli się w Wilanowie, gdzie ojciec – dawniej kustosz kolekcji Branickich – został mianowany kuratorem Wilanowa jako oddziału Muzeum Narodowego w Warszawie. Dość szybko MSZ powołało go do rewindykacji dzieł sztuki. Wyjechał do Berlina, gdzie z mamą dołączyłyśmy, potem przenieśliśmy się do Baden-Baden. Kiedy nasz dom został odbudowany, wróciliśmy do Warszawy. No i już miało być życie tutaj, ale ojciec został wysłany do Rzymu, by stworzyć Instytut Kultury Polskiej. Zdążyliśmy się tam trochę zadomowić, ojciec pojechał na kilka dni do Warszawy. Anna Branicka zobaczyła go na przystanku trolejbusu, koło ASP, dziwnie się zachowywał. Upadły mu rękawiczki, podniosła je. Upadła teczka. Zawiozła go do szpitala.

Rozumiała pani, co się stało?
To musiało być straszne przeżycie, bo wszystko mam wymazane. Pamiętam tylko, jak moja mama biega po Rzymie, chcąc wejść do kościoła, a jest akurat sjesta i wszystkie są zamknięte. Klamki z mojej perspektywy bardzo wysoko. Druga scena – pociąg. Mama usiłuje mi czytać jakąś książeczkę i powtarza, że to nieporozumienie, że zdarzają się takie przypadki…

To prawda, że mama zaczynała zawsze od „trzeba”?
Albo od „muszę”. Mam to po niej. Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia.

Mija 30 lat od jednej z najważniejszych polskich wystaw, „Artystki polskie”, na której pokazała pani około 200 obiektów.
Ta wystawa była trochę jak apel, żeby się sprawdzić, przeliczyć, zobaczyć, bo temat był tu wciąż nierozeznany. Dość długo byłam w Ameryce, między innymi na stypendiach Harvarda, USIA i IREX. Kiedyś w ciągu sześciu tygodni objechałam 16 ośrodków muzealnych, to były nie tylko Nowy Jork, Boston czy Waszyngton, lecz także Saint Louis, Minneapolis czy Detroit (gdzie przedtem zresztą robiłam wystawę). Formujące doświadczenie, bo zrozumiałam, że amerykańska akademia w swoim najlepszym wydaniu jest rajem. Nazwałabym to poczuciem absolutnej wspólnoty uczonych i wolności myśli, podczas gdy my w tamtym czasie mieliśmy bardzo ograniczone drogi myślenia i działania. Miałam kontakty z rozmaitymi historyczkami i historykami sztuki, wiedziałam, że tam sztuka kobiet jest hot. U nas nikt się nią nie zajmował.

„Następna wystawa będzie łysych?” – zapytała minister kultury.
Wiem, musi cierpieć, bo jej to wypominam. Ale właśnie takie było wtedy podejście.

To była pani najważniejsza wystawa?
Również „Malarstwo polskie XXI wieku” w Zachęcie w 2006 roku, po takim okresie, kiedy wydawało się, że malarstwo jest już dziedziną passé. Tymczasem udało się uzbierać uderzającą wystawę, włącznie z vlepkami, muralami, wideo.

Agnieszka Morawińska: Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)Agnieszka Morawińska: Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)

Gdyby dzisiaj powtarzała pani „Artystki polskie”, na co zwróciłaby pani uwagę?
Na pewno dokonałabym większej selekcji. Wolałabym pokazać, jakie były dobre, a nie jak wiele ich było. Ale kiedy nad nią pracowałam i robiłam dokumentację, to ich przybywało i przybywało…

Którym kobietom najwięcej pani zawdzięcza?
Zaskoczył mnie pan. Niewątpliwie mojej mamie. W Ameryce spędziłam rok w jednym pokoju z Carolyn Kolb Lewis, historyczką sztuki. To była moja wielka przyjaciółka, latami prenumerowała dla mnie „Art Bulletin” i „Art Journal”, widywałyśmy się przy każdej możliwej okazji, odwiedzała mnie w Polsce, czułam, że bez przerwy o mnie myśli. Umarła na raka płuc, chociaż nigdy nie paliła. To od niej zaznałam absolutnego wsparcia. Czasem mam wyrzuty sumienia… Wiele zawdzięczam Hani Wróblewskiej, zachowała bardzo taktowną, lojalną postawę w czasie „przewrotu” w Zachęcie. Muszę wymienić Iwonę Danielewicz-Włodarczyk, w Muzeum Narodowym, nawet kiedy było najtrudniej, stała za mną murem.

A artystki?
Krystiana Robb-Narbutt, malarka. Miała w sobie słodycz życia. Jacek Sempoliński [malarz] mówił, że jest kobietą jedwabną, była arcydelikatna.

Jak wyobrażała sobie pani przyszłość, kiedy na studiach wpadała pani – jak sama mówi – w życie towarzyskie?
Chciałam mieć wolny zawód, myślałam o pracy naukowej, może publicystyce. Pojawiły się możliwości wyjazdów na czyjeś zaproszenie. Kupowało się pięć dolarów i z puszką kawioru do sprzedania jechało się do Paryża. W kawiarni hotelu Bristol spotykała się grupka kolegów historyków sztuki, niektórzy byli rok wyżej, rok niżej. Mieliśmy znakomite pomysły. Robiliśmy kabarecik u mnie w domu. Byliśmy wyraziści, widoczni na Krakowskim Przedmieściu, zatrzymywano nas, pytano, skąd jesteśmy. „Z technologii drewna” – odpowiadało się takim kodem. Moja matka mówiła: „Dolce vita, tylko bez pieniędzy”. Program studiów obejmował tak zwane objazdy. Był autokar i opracowana trasa: „Od zabytka do zabytka wyciągniemy wnet kopytka”. Oglądaliśmy kościół po kościele, pałac po pałacu...

Żadnych marzeń o muzeum?
Muzea były obsadzone wiekowymi osobami. Panował zatęchły styl muzealnej elegancji. Korytarzem Muzeum Narodowego w Warszawie szła pani Maria Markiewicz, kustoszka działu tkanin, i niosła na wyciągniętej łyżce jajko, które ktoś jej ugotował na miękko. Może za głupia byłam, bo jednak muzeum jest świetnym warsztatem pracy. Ale wydawało mi się, że to nie na mój temperament. Po powrocie ze stypendium Harvarda zapytałam o pracę w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. „Proszę pani, to duża instytucja, może jest etat, ale zastanawiam się, czy chcę to zrobić dla pani”. Nie, to nie, podziękowałam temu dyrektorowi. I wtedy dostałam od profesora Lorentza propozycję pracy. Wie pan, jak to jest wrócić z Georgetown i zatrudnić się w Muzeum Narodowym, pięć osób w jednym pokoju i nikt nie chce słuchać, co też w tej Ameryce?

Została pani 16 lat, między innymi tworząc Galerię Malarstwa Polskiego.
Jednak było dużo ciekawej pracy – jako kurator zrobiłam kilka ważnych wystaw malarstwa polskiego za granicą, w Kilonii, Stuttgarcie, Lucernie, Nowym Jorku i Waszyngtonie, no i bardzo ważną wystawę symbolizmu w Detroit. I jeśli chodzi o jakość, to ta wystawa na pewno było najlepsza.

Dyrekcję Zachęty objęła pani po głośnym odejściu Andy Rottenberg.
To był straszny moment. Zachęta była obciążona wielkimi długami. W dodatku nadal rozmaite osoby próbowały zaistnieć, nagłaśniając rzekome skandale w Zachęcie. Nie do końca spełniałam nadzieję tych, którzy oczekiwali, że ugrzecznię Zachętę. Z drugiej zaś strony podszczypywali mnie zwolennicy ostrzejszej linii Andy.

Nie bała się pani porównania do poprzedniczki, charyzmatycznej liderki?
Nie mam żadnych pretensji do charyzmy. Pewnie jeden szef musi być taki, drugi – inny. Starałam się wykorzystać wszystkie talenty i umiejętności współpracowniczek i chyba przez te dziewięć lat nic nie napsułam, a może i coś naprawiłam. To świetne kuratorki, powiększyłam zespół o parę osób. Zachęta w mojej karierze to był pałac cukiereczek. Miałam do czynienia z bardzo chętnymi, młodymi, pełnymi zapału kobietami i fascynującymi współczesnymi artystami z całego świata.

Dlaczego zdecydowała się pani odejść?
Chciałam już przejść na emeryturę. Zajmowanie się sztuką współczesną to sprawa pokoleniowa. Jeżeli nie można artystom towarzyszyć tak jak rówieśnikom, trzeba się wynosić. Każdy krytyk zajmujący się sztuką współczesną na ogół daje radę z jednym pokoleniem, swoim. Zobaczyłam, że Hania Wróblewska, moja prawa ręka, jest doskonale przygotowana, aby kierować Zachętą. Poszłam do ministra, żeby mu to powiedzieć. Zaproponował mi dyrekcję Muzeum Narodowego. Odchodziłam z poczuciem dobrze wykonanej pracy i przekonaniem, że dopiero teraz przede mną przygoda życia.

Tymczasem profesor Lorentz przekonywał, że kobieta nigdy nie była i nie będzie dyrektorem Muzeum Narodowego.
To by się zdziwił. Mam do niego stosunek ambiwalentny. Z jednej strony był zaprzyjaźniony z moimi rodzicami, z drugiej – miał bardzo nieprzyjemną cechę: uważał, że mu wolno więcej niż innym i że cel uświęca środki. Zupełnie inaczej niż [Jan] Białostocki, mój ukochany profesor. Gradacja gradacją, ale był kolegą. Ukochany człowiek, autorytet, dla mnie taki zastępca ojca. Wie pan, ja się w tym muzeum czułam absolutnie na swoim miejscu. W Zachęcie to było stąpanie po kruchym lodzie, tu nie musiałam wychodzić na korytarz, a wiedziałam, co się dzieje. Zadziwiające, jak długo trwają schematy.

Za pani dyrekcji zdarzało mi się stać w gigantycznych kolejkach, choćby na wystawę Gierymskiego.
Otwierałam muzeum wystawą „Wywyższeni. Od faraona do Lady Gagi” pod kierunkiem profesora Krzysztofa Pomiana, poświęconą mechanizmom władzy, hierarchiom społeczeństw od starożytności po współczesność, ikonografii władzy. Entuzjazm widzów wzbudzały wystawy monograficzne, a więc także Olga Boznańska, Józef Brandt. Ważna była wystawa Piotra Rypsona „Krzycząc: Polska! Niepodległa 1918” konfrontująca przedstawienia wydarzeń historycznych i politycznych z przemianami polskiej sztuki na progu niepodległości. Wystawa otwarta już po mojej rezygnacji, niewygrana do końca, bo Piotr Rypson został zwolniony przez nowego dyrektora.

I kiedy maszyneria ruszyła pełną parą, pani złożyła rezygnację.
Bo został zakręcony kurek i przestaliśmy dostawać pieniądze z grantów ministerialnych, z których robiliśmy wystawy. Zabrakło 4 milionów. No więc co miałam robić? Miałam nadzieję, że trochę nastraszę pana ministra. Przeliczyłam się.

Żałuje pani?
Nie, miałam kontrakt do końca 2018 roku, odeszłam pół roku wcześniej, za to z przytupem. Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem.

Dlatego wcześniej, w 1991 roku, objęła pani stanowisko wiceministra kultury?
Marek Rostworowski, ówczesny minister [krytyk i historyk sztuki], był ze mną zaprzyjaźniony, a ja chciałam mu pomóc. Ale przede wszystkim mieliśmy do wykonania ważne zadanie, pracowaliśmy w uniesieniu. Wierzyliśmy, że po latach komunizmu nastąpi w Polsce wielka zmiana. Gdyby żył Rostworowski, może zrobiłby dzisiaj kolejny „Polaków portret własny” [tytuł wystawy z 1979 roku].

Czego byśmy się dowiedzieli?
Że jesteśmy inni, niż kiedyś sobie wyobrażaliśmy.

Czy teraz sztuka może przemówić do społeczeństwa?
Jest donośna w grafice czarnego protestu. Wspaniała jest ta błyskawica. Mówi się, że inter arma silent Musae – w czasie wojny milczą muzy – ale nie wiem, czy to prawda.

Agnieszka Morawińska, dyrektorka Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki (2001–2010) i Muzeum Narodowego w Warszawie (2010–2018). Była podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki (1991–1992) i ambasadorką Rzeczypospolitej Polskiej w Australii (1993–1997). Autorka wielu wystaw, między innymi: „Artystki polskie”, „Malarstwo polskie w czasach Fryderyka Chopina”, „Przedwiośnie. Polska 1880–1920”, „Inwazja dźwięku”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze