1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Karolina Szaciłło – odnaleźć siebie

Karolina Szaciłło – odnaleźć siebie

Fot. Bartek Korpacz
Fot. Bartek Korpacz
Dziś uważa, że być wolnym znaczy wiedzieć, kim się jest. Ale to wcale nie takie proste. Jej udało się do tego zbliżyć dzięki terapii, medytacji i pracy z oddechem. W swojej książce Karolina Szaciłło opisuje, jak porzuciła używki, imprezy i toksyczne relacje. I odkryła, jak prowadzić szczęśliwsze życie.

Gdy byłaś dwudziestokilkulatką, pracowałaś jako instruktorka nurkowania w Egipcie i dziennikarka popularnego kolorowego pisma w Warszawie, a po godzinach imprezowałaś na całego. Żyć nie umierać.
Życie jak z Hollywood, ale tak naprawdę to była niekończąca się ucieczka. Wokół mnie było zawsze głośno i szybko, bo tak bardzo chciałam odciągnąć uwagę od tego, co w środku. Podświadomie czułam, że gdy się w końcu zatrzymam, powrócą latami wypierane emocje. Grafik wypełniony po brzegi, alkohol w dużych ilościach i okazjonalnie narkotyki – maksimum wrażeń, minimum odpowiedzialności i świadomości.

Jak ci się udawało pomieszkiwać w Egipcie w czasie studiów?
Studiowałam dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, ale zdawałam wszystkie sesje w terminach nawet przedzerowych. Dzięki temu mogłam wyjechać już na początku maja, a wracałam pod koniec października. Zaliczyłam dwa albo trzy takie półroczne pobyty. Egipt przez długi czas był moim drugim, „lepszym” i bardziej kolorowym domem. To tam pierwszy raz pod wodą usłyszałam swój oddech. Tam pojawiły się pierwsze (szybko wyparte) refleksje związane z alkoholem, toksycznymi relacjami, niekochaniem siebie. Na początku traktowałam te wyprawy czysto ucieczkowo. Kiedy tu, w Polsce, miałam dosyć pracy albo ludzi, pojawiał się pomysł wyjazdu. A potem uciekałam z Egiptu do Polski i tak w kółko. Dopiero po wielu latach, po powrocie do Egiptu z moim mężem Maćkiem i synkiem Jasiem, uświadomiłam sobie, że nie ma raju bez haju. Że jeśli się sami ze sobą dobrze nie czujemy, gdy przed czymś uciekamy, to ten niewygodny bagaż podróżuje z nami. Dotarło do mnie, że to nie jest już mój raj na Ziemi, a to, co wydawało mi się kiedyś takie idylliczne, to w dużej mierze były alkohol, imprezy i narkotyki.

Czy na tamtym etapie życia uznałabyś siebie za osobę uzależnioną, czy byłaś po prostu imprezową dziewczyną?
Nigdy nie byłam uzależniona fizycznie od alkoholu, ale psychicznie – absolutnie tak. Narkotyki pojawiały się okazjonalnie. Alkohol towarzyszył mi codziennie przez kilka lat. Wypijałam od połowy do dwóch butelek wina dziennie. Zawsze drogiego i wytrawnego. Mogę powiedzieć, że byłam wysokofunkcjonującą alkoholiczką. W weekendy granice znikały, pamięć często też… Kiedy siadałam ze znajomymi do kolacji, to już przy pierwszej lampce miałam zaplanowane dwie butelki do przodu. Długo się z tą informacją konfrontowałam. Racjonalizowałam sobie swój tryb życia: „Wszyscy tak żyją! Przecież to jest normalne w moim wieku!”. Przestałam pić, mając 28 lat, więc byłam dość młoda.

Ale uzależnienia nie leczyłaś?
Nie brałam nigdy udziału w terapii grupowej, ale przeszłam wieloletnią indywidualną terapię. Dotknęłam powodu swojego uzależnienia, uwolniłam go. Od ponad dziesięciu lat nie piję. Etap życia w ciągłym lęku przed alkoholem mam za sobą. Choć gdy osiem lat temu poznałam Maćka, znów poczułam ochotę na wino. Ta nowa relacja uruchomiła lawinę emocji i lęków. Przed Maćkiem zrobiłam sobie kilka lat detoksu od związków i seksu. Praktykowałam jogę, medytację i potrzebowałam czystości, żeby z czasem, stopniowo, wybudować tę sferę życia na nowo. Po rozmowie z terapeutką zobaczyłam wówczas, że mam dwa wyjścia. Pierwsze – pogodzić się, że lęk przed lampką wina będzie narastał i pozostanie ze mną do końca życia, a drugie – skonfrontować się ze swoim nałogiem. Na tamtym etapie udało mi się coś, co jest warunkiem powrotu do równowagi i zdrowia – przepracować większość powodów mojej choroby. Poszłam więc do restauracji i zamówiłam kieliszek wina, wypiłam dwa łyki i stwierdziłam, że nie mam ochoty na więcej. Pierwszy raz w dorosłym życiu poczułam się wolna od alkoholu. Dziś nie piję, bo czuję, że alkohol nie jest mi już do niczego potrzebny. Nie polecam jednak takiej próby nikomu (zwłaszcza bez gruntownej terapii), ponieważ abstynencja dla nas, uzależnionych, jest absolutnie kluczowa!

To na terapii skonfrontowałaś się z tym, że żyjesz na krawędzi. Podobno wszechświat dawał ci do zrozumienia, żebyś coś zmieniła.
Dużo się działo. Najpierw w Dahabie przeleciałam przez kierownicę roweru podczas przejażdżki po pijaku. Ten etap mojego życia można byłoby zatytułować: „Dziewczyna bez zębów na przedzie”, bo straciłam dwie jedynki. Potem było rozprute kolano podczas wycieczki kajakiem, też oczywiście pod wpływem. Następnie upadek z dachu po imprezie i utrata części wątroby. No i jeszcze wypadek na plaży nad Wisłą, złamana panewka stawu biodrowego. Podobno na piasku nie da się doznać takiego urazu, ale mnie się udało. Moje ciało stało się mapą wspomnień i tych wszystkich nieodrobionych lekcji.

Natężenie wypadków było znaczące. Próbowałam wróżek, bioenergoterapeutów, ale skończyło się na terapii raz w tygodniu. Na początku sprytnie omijałam główny temat naszych spotkań. Dopiero gdy poszłam na kurs medytacyjno-oddechowy, zresztą jako dziennikarka, stopniowo zaczęłam konfrontować się z prawdą. Choć medytacja była dla mnie totalną abstrakcją i wydawała mi się nudna, wydarzyło się kilka rzeczy wyjątkowych. Po pierwsze, wytrzymałam tydzień bez alkoholu, bez papierosów, bo stwierdziłam, że jak już do tego podchodzę, to zrobię to na sto procent. Po drugie, w trakcie medytacji poczułam, jak bardzo się krzywdzę. Dotknęłam szczęścia, które zlokalizowane jest we mnie. Wiem, jak dziwnie to brzmi, ale to było trochę jak powrót do domu. Później nastąpił okres półrocznego potykania się. W tygodniu joga, medytacja, a w weekend impreza. Ten dysonans pomiędzy błogością i spokojem a kacem i „zjazdem” stawał się nie do zniesienia. Rok zakończyłam warsztatami ciszy w indyjskiej aśramie. Zamknęłam tym samym destrukcyjny etap mojego życia.

Jak zadziałała na ciebie cisza?
Doświadczenie bycia w ciszy jest głębokie i trudne. Chodzi się na medytacje, warsztaty i posiłki, ale się nie rozmawia, nie pisze, nie czyta. Zaczynają pukać do ciebie te wszystkie niewygodne emocje, spychane dotąd w podświadomość, zagłuszane alkoholem. Konfrontujesz się z tymi rzeczami, a potem dochodzisz do momentu, kiedy ta cisza w końcu w tobie zaskakuje: że jak jest cicho, może być naprawdę przyjemnie. Poczułam wtedy, że spokój nie musi oznaczać nudy, bo dotąd jak było spokojnie, to było nudno. Przestałam chcieć tych wszystkich fajerwerków, które sobie fundowałam. [Alexander] Lowen nie bez powodu pisze, że euforia graniczy często z depresją. Po powrocie do Polski, kiedy zdarzały mi się momenty euforyczne, takie zachłyśnięcie się tempem wydarzeń, czułam, że skręcają mi się jelita. Pragnęłam jak najszybciej wrócić do tego stanu spokoju wypełnionego błogością.

Po czym zostałaś gorliwą neofitką. Jakbyś swój zapał do imprezowania przeniosła na praktykę jogi i medytacji.
Moja nałogowa osobowość dała o sobie znać. Wróciłam z Indii z przekonaniem, że doświadczyłam mikrooświecenia. Chciałam naprawić wszystkie błędy, ale też przyjaciół, rodzinę i świat. Nie rozumiałam jeszcze, że naprawianie świata najlepiej zaczynać od samej siebie. Zraziłam mnóstwo osób do jogi, medytacji i pracy z oddechem. Rzuciłam się też w wir wolontariatu. Dzięki terapii zrozumiałam jednak, że od pomagania innym i medytacji też można się uzależnić. Tak jak od warsztatów i jogi. Zwłaszcza jeśli motywuje nas podświadomie nie chęć dzielenia się, niesienia pomocy, ale pragnienie naprawienia błędów i poczucia się kimś wyjątkowym. Poszłam daleko w ten wolontariat, była praca w grupach wsparcia dla ofiar przemocy w rodzinie, nawet praca z dziećmi, choć nie mam do niej wielkich predyspozycji. Dużo lepiej pracowało mi się w więzieniach. Współprowadziłam tam warsztaty medytacyjno-oddechowe. Wspominam je fantastycznie.

Co zobaczyłaś w tych więzieniach?
Pamiętam swoje pierwsze zajęcia jogi dla oddziału tak zwanych alimenciarzy na Białołęce. Blondynka, która wygina śmiało ciało przed nimi i pokazuje asany jogi. Delikatnie mówiąc, było to dość niewygodne doświadczenie. Założyłam na siebie pancerz, tak jak w dzieciństwie. Moją kobiecość, wrażliwość i ciepło przykryłam zbroją z kolcami. Im bardziej byłam w takim żołnierskim trybie (czyli: baczność, spocznij), tym bardziej grupa się rozpadała, było jeszcze więcej gwizdów i głupich haseł. Wychodzę z tych zajęć, a Basia, cudowna prowadząca, mówi: „Słuchaj, Karola, super, ale pomyśl, czego im brakuje najbardziej na co dzień. Kolejnego żołnierza czy kogoś, kto podejdzie do nich ze zrozumieniem i empatią? Poczuj szacunek do samej siebie, a nikt nie zabierze ci szacunku na zewnątrz”. Znów miałam ochotę uciec, ale zostałam. Coś się we mnie zmieniło. Nagle zaczęłam być ciepła, bardziej otwarta, ale wciąż stanowcza. Wydarzył się cud! Moi kursanci zaczęli być mili, uciszali się nawzajem. To pomogło mi zobaczyć, że każdy z nas potrzebuje miłości, poczucia bezpieczeństwa i akceptacji. Nie oznacza to oczywiście, że mamy pozwalać innym traktować się źle. Jest granica między byciem dobrym a głupim. Świadomość siebie i szacunek do samego siebie są najlepszą strategią na życie, jaką znam.

W swojej książce piszesz, że przez długi czas nie akceptowałaś własnej kobiecości.
Mam wrażenie, że dziś to, co kobiece i męskie, nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Ten podział się zdezaktualizował, jesteśmy indywidualną mieszanką cech męskich i kobiecych. Filozofia Wschodu mówi to zresztą od tysięcy lat. Jednym z założeń ajurwedy jest to, że płynie w nas męska i żeńska energia i one nieustannie w nas tańczą. Ale ja swój kobiecy pierwiastek bardzo długo wypierałam, bo kojarzył mi się ze słabością. Bałam się, że jak go ujawnię, to ktoś to wykorzysta. Obudowałam się emocjonalnym pancerzem. W końcu dotarło do mnie, że w kobiecości, wrażliwości, empatii tkwi olbrzymia siła. Dziś uważam się za kobietę, która ma wciąż kilka sporo męskich cech, ale zaczęłam je lubić i akceptować. Macierzyństwo, relacja z Maćkiem, z jego córkami pomogły mi odgruzować te pokłady kobiecości. Prawda jest taka, że gdy się poznaliśmy, Maciek miał w sobie dużo wzorca kobiecego, ja miałam dużo męskiego i w czasie trwania naszego związku w pewnym sensie się nimi wymieniliśmy, zrównoważyliśmy się.

Fot. Bartek KorpaczFot. Bartek Korpacz

A jedzenie? Podobno dużo czasu zajęło ci odkrycie, że ma ono związek z miłością.
To o tyle zaskakujące, że moja babcia była genialną kucharką, szefową restauracji, jednej z najlepszych na Śląsku, i wyrażała miłość jedzeniem. Jej sposobem powiedzenia „kocham cię” było nakarmienie mnie. Potem, w dorosłym życiu, jedzenie stało się również dla mnie substytutem miłości. Było tak, bo gdy potrzebowałam miłości i nie byłam w stanie dostarczyć jej sobie w sposób najbardziej oczywisty, czyli kochając siebie i dbając o własne potrzeby, szukałam jej cały czas na zewnątrz. Dopiero na terapii udało mi się rozplątać ten supeł i zobaczyć, że dla mnie jedzenie i miłość mają bardzo mocny link.

Jesteś weteranką diet, zaczęłaś już w wieku 13 lat.
Byłam w stanie katować się jakąś dietą, a potem był moment spadku i nagle 12 kremówek, dziesięć pączków. Odnalezienie takiego modelu odżywiania, w którym czuję się dobrze i jem tyle, ile potrzebuję, nie myśląc cały czas o jedzeniu, trochę trwało. Podobnie jak pożegnanie się z głodem emocjonalnym. Pomogła mi ajurweda. Dzięki niej i terapii zobaczyłam, że mój główny problem tkwi nie na talerzu, tylko w głowie. Zobaczyłam, że słodycz daje nam poczucie bezpieczeństwa, bo mleko matki jest słodkie, a większość diet, umówmy się, tnie nam tę słodycz. Maciek podpowiedział mi, jak sobie tej słodyczy dostarczać w sposób odżywczy i zdrowy. Okazało się, że mogę jeść, cieszyć się smakiem i chudnąć. A właściwie trzymać wagę, bo od lat ważę mniej więcej tyle samo, jedząc tyle, ile nie jadłam nigdy w życiu!

Imponuje mi twoja odwaga w pisaniu o seksie. Choćby o wyłączaniu się z tej sfery na pewien czas.
Robimy z Maćkiem sporo warsztatów i wiele razy pojawiały się pytania na ten temat, podobne historie znam też od swoich znajomych. Terapia, relacja, życie pokazały mi, że przez wiele lat podniecenie indukowało we mnie lęk, a nie miłość. Ten dreszczyk emocji, niepewność, tajemnica. One znikały, a wraz z nimi kończył się związek. W książce piszę otwarcie o wielu sprawach, o pięknym, choć trudnym i często niewygodnym macierzyństwie, o życiu w rodzinie patchworkowej, które jest wypełnione radością, ale też poczuciem winy, a czasami rywalizacją. Chciałabym, żeby „Jestem kobietą” było lustrem, w którym kobiety mogą się przeglądać, ale też znajdować siłę, nadzieję i odwagę. Przez ostatnie lata nauczyłam się przede wszystkim tego, że odpowiedzi są w nas. Jeśli dzieje się w naszym życiu coś trudnego, pojawiają się emocje, z którymi sobie nie radzimy, to odpowiedź zawsze jest w środku i tylko biorąc odpowiedzialność zarówno za wspaniałe cechy naszej osobowości, jak i za te gówniane, możemy uświadomić sobie, kim jesteśmy, i poczuć się wolni.

Wcześniej wolność oznaczała dla ciebie przyjemność bez ograniczeń, ucieczkę od zobowiązań. Twoja nowa definicja wolności jest zupełnie inna.
Opiera się na gruntownym poznaniu siebie, wsłuchaniu się w głos serca i byciu dla siebie dobrym. Na wspomnianym braniu odpowiedzialności za swoje emocje i uwarunkowania. Na przekierowywaniu uwagi na siebie. U mnie ten proces zbliżania się do siebie cały czas trwa. Ale każdego dnia jestem kroczek bliżej.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Karolina Szaciłło, dziennikarka, nauczycielka technik oddechowych i medytacji. Wraz z mężem Maciejem autorka książek kulinarno-lifestyle’owych. Pasjonuje się medycyną Wschodu i jogą. Razem z mężem prowadzi blog Medytujemy.pl, a także webinary i warsztaty. Ostatnio ukazała się jej książka „Jestem kobietą” (Wydawnictwo Znak).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze