1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Gdańszczanka - Tatarka, która pokochała Gdańsk

Gdańszczanka - Tatarka, która pokochała Gdańsk

Susanna Izzetdinowa mieszka i pracuje w Gdańsku, tu prowadzi restaurację i sklep, tu skończyła studia i wychowuje dzieci. (fot. Dorota Borucka-Gan)
Uciekła z Krymu przed rosyjskimi wojskami. Sama, z czwórką dzieci. Wybrała Polskę. I choć większość krymskich Tatarów tworzy wspólnotę w Białymstoku, Susanna Izzetdinowa pojechała do Gdańska. Tu mieszka, tu skończyła studia, tu pracuje. Otworzyła piekarnię, restaurację, sklep. I tu czuje się u siebie.

Kilka lat temu dostałam od prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza jego książkę z dedykacją: „dla naszej gdańszczanki”. I rzeczywiście czuję się gdańszczanką. Czasem zadaję sobie pytanie, kim bardziej. Gdzie tak naprawdę jest moja ojczyzna. Bo niby powinno to być miejsce, gdzie się człowiek urodził. Czyli w moim przypadku Uzbekistan. Ale ja nie czuję związku z tym krajem.

Ojczyzną moich przodków był Krym. Tatarzy zostali deportowani z Krymu przez Stalina w 1944 roku. Cały naród. Do Uzbekistanu. Tam urodzili się moi rodzice, ja też. Mieszkałam tam, w Ferganie, przez 13 lat. Dziadkowie tęsknili za Krymem, wiele razy to słyszałam. Zresztą Tatarzy przez cały ten czas „wygnania” walczyli o prawo powrotu. Nasi liderzy jeździli do Moskwy, działali, Mustafa Dżemilew siedział nawet za to w więzieniu kilkanaście lat. Ale dopóki nie rozpadł się Związek Radziecki, dopóki Ukraina nie stała się niezależna, nie było możliwości wyjazdu. W latach 90. już lepiej nas tam przyjmowali. Lepiej na Tatarów patrzyli. Ale my wyjechaliśmy wcześniej, w 1989 roku. Wtedy w Ferganie, gdzie mieszkaliśmy, wybuchł konflikt, ogłoszono stan wojenny. Babcia cudem zdobyła bilety na samolot, uciekliśmy.
Czy Krym jest moją ojczyzną? Już bardziej. Czuję z nim większy związek. Ale teraz dobrze i u siebie czuję się w Gdańsku. Myślę, że to moje miejsce.

Codziennie płakałam

Na Krymie założyłam rodzinę, urodziła się tam czwórka moich dzieci. Oczywiście miałam znajomych Ukraińców, koleżanki, dobre relacje sąsiedzkie, ale na co dzień żyliśmy w społeczności Tatarów.
Tylko że znowu przyszedł trudny czas. Wkroczyły rosyjskie wojska. Było coraz bardziej niebezpiecznie, coraz więcej na ulicach żołnierzy, czołgów, helikopterów, które nad nami godzinami latały, nie wiadomo było, czym to się skończy, wszyscy mówili o wojnie, nasi mężczyźni nie spali, patrolowali ulice, żeby nas chronić, myśmy spali w ubraniach. Walizki, dokumenty, wszystko przygotowane, gdyby trzeba było nagle wyjść z domu… Nie wiedzieliśmy, co robić, zostać, uciekać. W końcu ludzie zaczęli wyjeżdżać. I ja się przestraszyłam, myślałam o dzieciach, o tym, co im może grozić, jeśli zostanę, jaka tam będzie dla nich przyszłość. Zdecydowałam się. Wyjechałam. To był 2014 rok.
Najpierw do Kijowa. Znajomi mi pomogli, ale wtedy tam też było niebezpiecznie, rewolucja, Majdan. Mówili, że Rosja ich napadnie. Miałam dość życia w strachu o życie swoje, życie najbliższych. Chciałam wreszcie przestać się bać. Zdecydowałam się wyjechać do Polski. Już wcześniej zrobili to moi znajomi, dzwonili, namawiali. Mąż został. Umówiliśmy się, że przyjedzie do nas później, ale tego nie zrobił.

Czemu akurat Polska? Znajomym się tu podobało, zachęcali, język też bliski, my wszyscy znaliśmy przecież świetnie rosyjski, ukraiński, łatwiej się tu było dogadać, dzieci szybciej mogły złapać język. Pierwszy rok szkoły skończyły nawet z czerwonym paskiem. Widziałam, że im dobrze idzie, że jakoś się tu zaaklimatyzowały, „po co zmieniać”, myślałam. Inni namawiali: „Jedź dalej, są bogatsze kraje, lepszy socjal”, ale ja nie chciałam. Zostałam w Polsce i nie zrobiłam źle.
Ale przez pierwsze trzy lata codziennie płakałam. Z tęsknoty. To chyba naturalne, że człowiek tęskni. Za ludźmi, za bliskimi, za całym życiem, które zostawiłam. Było mi trudno. Nie wiedziałam, co będzie dalej, byłam sama z dziećmi, nie miałam stałych dokumentów. Strach i tęsknota – to człowieka dobija.
Najpierw trafiliśmy do ośrodka przejściowego dla uchodźców w Białej Podlaskiej, potem przeniosłam się do Lublina, tam mieszkałam przez dziesięć miesięcy. I stamtąd do Gdańska.

Egzaminy i pierogi

Na początku, jeszcze w ośrodku dla uchodźców, pokazywali nam zdjęcia różnych miejsc w Polsce. Jedno mi się szczególnie spodobało. Pomyślałam, że jeśli mam gdzieś w Polsce mieszkać, to tam. Okazało się, że to Gdańsk. Taka miłość – jak to się mówi po polsku? – od pierwszego wejrzenia. I tak się złożyło, że w Gdańsku właśnie był dom kultury Tatarów. Prezes usłyszał o mnie i mnie zaprosił. Choć większość naszych decydowała się raczej na Białystok, mówili mi: „Chodź z nami, tam będziesz sama, nie ryzykuj, po co ci to”. Ale mnie jakoś ciągnęło do Gdańska.
I okazało się, że to miłość z wzajemnością, bo Gdańsk dobrze mnie przyjął. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. Bardzo jestem zadowolona, że tak wybrałam. A moi przyjaciele z Krymu, jak widzą, co osiągnęłam, to żałują, też by chcieli do Gdańska. No, ale już są w Białymstoku, trudno tak ciągle wszystko wywracać do góry nogami.

Społeczność tatarska bardzo mnie na początku wsparła. Mieszkałam w domu kultury, ktoś się zainteresował, że Tatarka przyjechała, „Dziennik Bałtycki” napisał, dali moje zdjęcie na pierwszej stronie. Przeczytała to polska Tatarka, jej mąż miał biznes gastronomiczny, dał mi pracę kucharki. Profesor Selim Chazbijewicz i jego syn pomogli mi znaleźć mieszkanie, to też nie było łatwe, bo przecież nie wszyscy lubią imigrantów. No i na muzułmanów nie każdy patrzy życzliwie.
Pracowałam dwa lata w gastronomii, w końcu poczułam, że czegoś mi brakuje. Na Krymie byłam aktywna, zarabiałam, najpierw pośredniczyłam w wynajmie pokojów dla studentów, potem miałam restaurację, niedużą, pięć stolików. Gastronomia to był teren mi znany. Gotowałam, widziałam, że ludziom smakuje. Chwalili, a jak chwalą, to lepiej wychodzi. Ale tu, w Gdańsku, w pewnym momencie była tylko praca i dom, a ja jestem przyzwyczajona do ludzi, lubię ich poznawać, lubię ruch. Pomyślałam, że trzeba coś zmienić. Zapisałam się na studia. Trzeba było zdać egzamin z polskiego, a ja wtedy ani czytać, ani pisać po polsku nie umiałam. I nie wiem jak, ale zdałam. Był tam program dla polskich Tatarów, mogłam studiować za darmo. Kierunek: pracownik socjalny, animator kultury, rozwój społeczności. Uczyliśmy się często o tym, co znałam z własnego życia, więc było mi łatwiej. Skończyłam z wynikiem bardzo dobrym.

Teraz, kiedy myślę o tamtym czasie, to szczerze mówiąc, sama nie wiem, jak dałam radę. Bo wszystko było od zera. Miejsce, praca, nowe środowisko dla mnie i dla dzieci, studia, w dodatku w obcym języku, który wtedy znałam gorzej niż dziś. No i zamówienia jeszcze robiłam. Bo jak się ludzie dowiedzieli, że gotuję, to znajomi zaczęli zamawiać, polecali mnie innym – i ci z pracy, i z uniwersytetu, zamówień było coraz więcej i więcej. Przychodziłam z pracy – wtedy byłam już menedżerem, duża firma, 70 osób – i do pierwszej w nocy gotowałam. A o piątej trzeba już było wstawać, szykować śniadanie i jechać do pracy. W weekendy studia. A kiedy była sesja, to do lodówki przyczepiałam sobie karteczki z tym, czego się musiałam nauczyć, lepiłam pierogi i czytałam. Trudno było, oczywiście. Ale wszystko się udało.

Azima znaczy wielka

No i są jeszcze dzieci. Dzieci mam naprawdę wspaniałe, dobrze wychowane. Dwójka starszych już na uniwersytecie, trzeci się uczy i jest modelem, ma umowę z agencją w Warszawie, czwarte też się dobrze uczy, każdy jest mądry po swojemu. Córka Azima ma 22 lata, synowie Osman 20, Halil 18 i Ibraim 14.
Piekarnię nazwałam Azima – Tatarskie Przysmaki, od imienia córki. Zresztą firma jest na nią, na siebie nie mogłam założyć, bo jako uchodźczyni musiałam przejść strasznie dużo formalności, ciężka była ta cała procedura i w pewnym momencie się wycofałam. Tu, w Polsce, ludzie często nazywają firmy swoim imieniem albo nazwiskiem. Nazwisko mamy trudne – Izzetdin – zdecydowałam się więc na imię. A że firma na córkę, to jej. I teraz ludzie myślą, że ja się tak nazywam, mówią do mnie: „pani Azimo”. To piękne imię i ma swoją historię. Wychowywali mnie babcia z dziadkiem, bardzo ich kochałam. Azima to była matka mojego dziadka. Kiedy urodziłam córkę, dałam jej to imię, bo chciałam sprawić dziadkowi radość. I rzeczywiście był szczęśliwy. Zmarł pół roku później, ale jeszcze zdążył się wnuczką nacieszyć. Azima znaczy wielka. Pomyślałam, że to dobra nazwa dla piekarni – i ze względu na tradycję rodzinną, i na znaczenie.
Izzetdin to nazwisko mojego męża. Ojca moich dzieci. Rozwiodłam się z nim dawno, niedługo po narodzinach najmłodszego synka. Nie miałam wyjścia. On był hazardzistą, mieliśmy długi i pustą lodówkę. Musiałam wybrać. I wybrałam. Wzięłam dzieci i wyszłam. Niedługo potem wzięłam ślub drugi raz. Dzieci do mojego męża mówiły „tato”. Ale nie jesteśmy razem. Miał tu do mnie przyjechać i jakoś nie dojechał. Może dlatego, że to nie były jego dzieci, nie chciał dla nich wszystkiego ryzykować? Teraz chyba żałuje, często do mnie pisze, ale już za późno. Ułożyłam sobie życie.

Dlaczego akurat piekarnia? Namawiali mnie, żebym otworzyła restaurację. Ale ja przez całe życie widziałam jakieś kryzysy, katastrofy, kataklizmy. I myślałam: „Jak idzie kryzys, to ludzie do restauracji nie chodzą. A po chleb i bułeczki zawsze przyjdą”. Dobrze zrobiłam. Teraz piekarnia nas ratuje. Bo i na restaurację się w końcu dałam namówić, przekonywali mnie: „W tej piekarni takie dobre rzeczy, a nie ma gdzie usiąść, kawy czy herbaty się do tych pyszności napić”. No i tak wyszło, że restaurację otworzyłam akurat przed pandemią. Trochę nam dali popracować, ze trzy miesiące latem, i było dobrze. Ludzie przychodzili, jeden drugiemu mówił, choć sama lokalizacja wcale nie jest super. Aż przyszedł lockdown. Robimy dostawy, ale dostawy nie utrzymają restauracji. A w piekarni cały czas jest ruch, to się sprawdza. Chleb zawsze w domu musi być, chyba w każdej kulturze jest tak samo. Jest i smaczny, i sycący, nawet jeśli na innych rzeczach się oszczędza, to na pieczywie nie. A nasze pieczywo jest dobre. Tatarzy mają dużo wspaniałych wypieków.

„Mam dobre dzieci”, mówi Susanna. Córka ma na imię Azima, synowie to Osman, Halil i Ibraim. (Fot. archiwum prywatne)

Pomagam, bo i mnie pomogli

Zatrudniam głównie imigrantów – z Ukrainy, Azerbejdżanu, Białorusi, Tadżykistanu, Armenii. Nawet ogłoszeń nie daję, ludzie sobie mówią: „Idź tam, spytaj”. I przychodzą. Teraz dużo ludzi jest bez pracy, jak mogę, to pomagam. Mnie też kiedyś pomogli. Czasem odchodzą, bo wyjeżdżają, ale ze wszystkimi jesteśmy w dobrych stosunkach. Piekarnia działa już dwa lata. I od pierwszego dnia dobrze idzie. Myślałam, że to powoli się będzie rozkręcać, ale już pierwszego dnia takie kolejki mieliśmy, że towaru zabrakło, nie byłam na to przygotowana. Na początku pracowałam tam sama. Po 20 godzin na dobę. Spałam w samochodzie przy piekarni dwie godziny i znowu do kuchni, do pieczenia. Było ciężko, ale dzieci pomagały jak mogły, no i się udało. Potem zaczęłam zatrudniać, w restauracji też. W lecie mieliśmy w sumie 16 pracowników, bo jeszcze sklep otworzyłam. Teraz pracuje mniej, jakieś dziesięć osób.
Ja już raczej nie gotuję. Nie mam na to czasu. Trochę żałuję, bo bardzo lubię gotować, robić ciasto. Ale nie ma jak. Tylko przychodzę zobaczyć, sprawdzić, oni z moich przepisów wszystko robią. Same sprawy organizacyjne, załatwianie papierów – to tyle czasu zajmuje. No i są też prace społeczne. Zaproponowali mi, żebym była w stowarzyszeniu „Dzielimy się dobrem”. A kiedy studiowałam, poznałam pana prezydenta Pawła Adamowicza. Opowiadałam mu o swoim życiu, dziwił się, że daję radę. Zaprosił mnie do Rady Imigrantów i Imigrantek, tam przydało mi się doświadczenie pracownika socjalnego. Jestem już drugą kadencję w tej radzie. Teraz jest pandemia, wiadomo, że mniej się dzieje, wcześniej dużo było konferencji, różne integracyjne rzeczy robiliśmy. Ale to wróci, wszyscy na to czekamy i w to wierzymy.

Susanna w piekarni Azima – Tatarskie Przysmaki. (fot. Dominik Paszliński/gdańsk.pl)

Niedawno nasza firma wygrała plebiscyt „Dziennika Bałtyckiego” w kategorii „Przedsiębiorczość imigrantów”, dostaliśmy 8 tysięcy głosów. Przyjechali filmować piekarnię, były też teksty w gazetach. Myślę sobie, że jesteśmy trochę sławni. To cieszy.
Na Krymie przez ten cały czas byłam raz tylko. Musiałam pozałatwiać jakieś sprawy. Dziwne to było, bo wcześniej w Polsce tęskniłam za Krymem, aż płakałam z tęsknoty. A kiedy tam przyjechałam, to czułam, że mnie mocno do Polski ciągnie, do Gdańska… Już więcej się nie wybrałam. Mama została na Krymie. I kuzyni. Wujek. Pewnie, brak mi ich wszystkich. Ale oni tam mają życie, a ja już tu. Mama ma 65 lat, swój dom, sąsiadki, zakupy razem robią, odwiedzają się, herbatkę piją. Jak tu do mnie przyjechała, to siedziała sama. Dzieciaki biegną do szkoły, ja cały dzień pracuję – a ona co ma robić? Niby jesteśmy jej najbliższą rodziną, ale jak u nas jest, to wcale nas nie widzi. Nawet do sklepu trudno jej samej iść, bo nie zna polskiego.

Czasem ludzie mi mówią, jaka jestem dzielna, że tak sobie poradziłam. A ja tak naprawdę nigdy nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo cały czas byłam zajęta. Myślę, że ludzie lubią usiąść i się użalać: jaki ja biedny, jaka ja nieszczęśliwa. Często jedno dziecko mają i płaczą, że sobie nie mogą poradzić, bo tyle pracują i dziecka nie widzą. Ja wtedy mówię: „A ja sama byłam, czwórkę miałam i dałam radę”. Jak zaczynam swoją historię opowiadać, to nie mogą uwierzyć. Dzieci mam dobre, nie piją, nie palą, nie latają po imprezach, jak mogą, to mi pomagają. I się uczą. Córka studiuje tu w Gdańsku iberystykę, syn biologię. Kiedy były młodsze i coś poszło nie tak, to mówiłam im: „Widzicie, jak mi ciężko, jeszcze mi chcecie dokładać, kłopoty robić?!”. I one wiedziały, że nie mogą, nie chciały mnie rozczarować. Najlepiej przykładem wychowywać, własny przykład więcej daje niż tysiąc słów.
Pewnie, miałam też momenty, że myślałam: „Nie dam chyba rady”. Ale potem trzeba było wstać i robić. Bo są i pracownicy, którym trzeba zapłacić, i ci, co rano po chleb przyjdą, a ten chleb trzeba upiec. Tak to idzie do przodu. W pandemii ciężko, ale wytrzymamy. Jestem dobrej myśli. Całe życie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze