1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Majka Jeżowska: "Zupełnie nie boję się mówić ani śpiewać, co myślę"

Majka Jeżowska: "Zupełnie nie boję się mówić ani śpiewać, co myślę"

Majka Jeżowska: Nagrałam "A ja wolę moją Mamę" i zrobił się szał. (Fot. Katarzyna Paskuda)
Majka Jeżowska: "Zdaję sobie sprawę, że jestem megaotwartą osobą. Niektórzy myślą, że to dlatego, że dłużej mieszkałam w Stanach, ale to się wzięło z wychowania. Obserwowałam dorosłych i to mnie kształtowało". O swoim dzieciństwie w domu przy ulicy Kościuszki w Nowym Sączu opowiada Majka Jeżowska.

Kiedy byłyśmy z siostrą małymi dziewczynkami, mama czytała nam codziennie do snu. To był rytuał, ja leżałam z jednej strony, starsza ode mnie o dwa lata Basia z drugiej, a kiedy kończyło się czytanie, prosiłyśmy: „Opowiedz coś! Opowiedz, jak się rodziłyśmy!”. I mama opowiadała. W ten sposób dowiedziałam się, że miałam być chłopcem i nazywać się Michał. Urodziłam się 25 maja, w domu, a ponieważ było gorąco, pootwierano okna. Sypialnia na parterze, dom w samym środku miasta, akurat obok przechodził przyjaciel rodziców Adam, prawnik, i przez okno z ulicy krzyknął do mojej mamy: „Irena, urodziłaś już?”. „Tak”. „A co się urodziło?”. „Córka”. „To poczekaj”. Cofnął się na tak zwany rynek maślany i kupił naręcze konwalii. Do dzisiaj uwielbiam ich zapach, może dlatego, że w opowieści mamy pachniało nimi w całym domu. I tylko to, co mama powiedziała, kiedy odbierała kwiaty, mi się nie podobało: „No zobacz. Nie dość, że dziewczynka, to jeszcze taka brzydka”. A Adam na to: „Co ty opowiadasz, zobaczysz, jaka wyrośnie z niej piękna dziewczyna!”. Mama mi to opowiadała z uśmiechem, z takim wydźwiękiem, że faktycznie, miał rację, mimo to jeszcze długo czułam się trochę brzydkim kaczątkiem.

Wszystko, co potrzebne do życia

Mieszkaliśmy w domu wybudowanym na początku XX wieku przez Stępniewskich, rodzinę mojej babci Marii od strony taty. W Nowym Sączu, na ulicy Kościuszki, przy placu Słowackiego. Placu, przy którym znajdowało się praktycznie wszystko, co nam było do życia potrzebne. Czyli kino Podhale (dziś kinoteatr Sokół), dom towarowy Merkury, kościół Świętego Kazimierza, Szkoła Podstawowa im. Adama Mickiewicza (piękny historyczny budynek z popiersiami królów Polski wbudowanymi w fasadę), a za szkołą planty, gdzie się chodziło na spacery. Przy domu mieliśmy też zielony ogródek. Bardziej należał do nas, ale teoretycznie każdy mógł przez niego przejść. W tamtych czasach przypadał określony metraż na rodzinę i do części budynku przydzieleni zostali lokatorzy. Jedno z pomieszczeń służyło różnym instytucjom, przez jakiś czas działała tam nawet świetlica dla głuchoniemych. W tej części, w której mieszkaliśmy my, był też gabinet dentystyczny mojego taty. Zza ściany słychać było maszynę do borowania, taką starego typu, uruchamianą na pedał. I krzyki pacjentów dochodzące z gabinetu: „Aaaa!”. Czasem tak głośne, że nie mogłam ćwiczyć na pianinie.

Z oczami wzniesionymi ku niebu

Kiedy ktoś zarzuca mi zbytnią otwartość, tolerancję dla kobiet walczących o prawo do aborcji czy dla środowisk LGBT, i zasłania się przy tym Kościołem czy religią, to odpowiadam, że tak się składa, że zostałam wychowana w bardzo religijnym domu. W sypialni, gdzie od małego spałyśmy z siostrą, wisiał – nadal wisi – nad łóżkiem obraz wznoszącej oczy ku niebu Maryi, a w salonie – Jezus w gaju Oliwnym. Co wieczór obowiązkowo odmawiałyśmy razem z tatą modlitwę. Nasz wujek, a jego starszy brat Lesław, był księdzem, mój tata zresztą też czuł powołanie, ale babcia przekonała go, żeby jednak założył rodzinę. Dwóch synów księży mieć nie chciała. Prawdę mówiąc, uważam, że to mój tato lepiej by się do tej roli nadawał, bo miał w sobie mnóstwo miłości do ludzi, potrafił łączyć wiarę z otwartością na drugiego człowieka, zrozumieniem. Udzielał się charytatywnie, był ławnikiem w sądzie, zasiadał w parafialnych komitetach, potem działał też jako prezes Związku Sybiraków na Nowosądecczyźnie. Wszystko to obserwowałam: zajętego zawodowo człowieka, który spełnia się w działaniu na rzecz innych, i to mnie kształtowało.

Majka Jeżowska z mamą, siostra Basia jest w okularach, w Bułgarii (ok. 1971–72). (Fot. archiwum prywatne)

Krótko i na temat

Rodzice nie przekazali nam – mnie i Basi – wojennej traumy. Mroczną historię naszego taty poznałyśmy stosunkowo późno, jako uczennice podstawówki, na jednym z rodzinnych wyjazdów wakacyjnych. Co to były za historie, jakbym słuchała scenariusza filmu fabularnego! I teraz trochę się boję opowiadać, żeby czegoś nie przekręcić, bo potem Basia mi powie: „Co ty znowu wymyśliłaś!? Przecież to nie było tak!”. Ona lepiej orientuje się w historii naszej rodziny. No, ale dobrze: wiem, że dziadek Janek dostał przed wojną pracę w Stanisławowie (dzisiaj to Iwano-Frankiwsk), a zamieszkali z babcią w kamienicy w pobliskim Tłumaczu. Dziadek był starostą powiatowym i jak zaczęło się robić niebezpiecznie, któregoś wieczoru wpadło do nich NKWD i zabrało go zza stołu, od kolacji. Dziadek zginął w obozie jenieckim, a mój tata z babcią Marią zostali zesłani do Kazachstanu i wrócili do Nowego Sącza, dopiero jak można było wrócić, po wojnie. Pamiętam, że kiedy tato nam to opowiadał, my z Basią dopytywałyśmy: „Tato, to ty powinieneś nienawidzić Rosjan, Ukrainy, ZSRR”. „A nie, dlaczego?”. Mówił mi: „Wiesz, o czym marzę, Marysiu? Pojechać chociaż raz jeszcze na te stepy do Kazachstanu. Zobaczyć to chociaż jeszcze raz”. No, cały mój tata. Gdyby pani widziała jego listy do mnie, kiedy zamieszkałam w Stanach! Długie, wyczerpujące, całe stronice pełne emocji. Bardzo to było wzruszające. A na końcu „PS” od mamy. Krótko i na temat: tej znajomej się urodziło dziecko, tamta sąsiadka zmarła, inna wyjechała, jeszcze inna wyszła za mąż. Same konkrety.

Co nie znaczy, że z mamą nie byłam blisko. Ona po prostu miała inną wrażliwość. Nie owijała w bawełnę i ja w stosunku do niej też zawsze byłam szczera. Nie musiałam kręcić, chodzić na wagary, mogłam jej powiedzieć, dlaczego nie chcę iść do szkoły, a ona miała do mnie zaufanie, wiedziała, że mam bardzo dużo obowiązków. Mama była od codzienności, zawsze obok; tata ciężko pracował, od rana w przychodni, potem w prywatnym gabinecie. Często go nie było, wracał zmęczony. Tak naprawdę „odkryłam” go, jak byłam starsza. Ale to mama jeździła, na przykład, ze mną na moje pierwsze przeglądy piosenek, występy. Raz, że byłam niepełnoletnia i wymagany był opiekun, dwa – cierpiałam na chorobę lokomocyjną, więc całą podróż pekaesem czy pociągiem leżałam na jej kolanach. Taka duża, kilkunastoletnia dziewczyna. Mama zawsze miała dla mnie woreczek w pogotowiu i całą drogę głaskała mnie po głowie.

Majka Jeżowska z tatą i starszą siostrą Basią (1962 rok). (Fot. archiwum prywatne)

Majka, nie Maria

Na chrzcie dano mi imiona Maria Zofia. W sąsiedztwie Maryś było mnóstwo, w liceum w naszej klasie aż osiem. Skąd się wzięła Majka? Ja zapamiętałam – zresztą pytałam kiedyś o to mamę, która to potwierdziła – że „Majka” wołała na mnie moja siostra, a mnie się to tak spodobało, że od pewnego momentu już wszędzie tak na mnie wołali, w szkole też, chociaż w dzienniku byłam zapisana jako Maria. To moja wersja zdarzeń, ale kiedy dwa lata temu byłam bohaterką programu telewizyjnego i zaprosiłam ekipę do Nowego Sącza, dziennikarz zapytał o to Basię, a siostra odpowiedziała, że ja kazałam tak na siebie mówić. Nigdy nie zmieniłam imienia oficjalnie, w dowodzie. Nawet debiutancką płytę „Jadę w świat” wydałam jeszcze jako Maria Jeżowska. Ale jak sobie tak pomyślę o przyszłości, dochodzę do wniosku, że muszę się chyba do tego wziąć – no bo jeśli mnie pochowają i na nagrobku będzie „Maria Jeżowska”, kto skojarzy, że to ja?

Z nożem w pogotowiu

Nie dostawałyśmy klapsów, poza jednym wyjątkiem, po którym to zdarzeniu długo się na tatę gniewałam. Była też inna afera – być może ona też skończyłaby się laniem, ale sprawy potoczyły się inaczej. Początek podstawówki albo jeszcze wcześniej, rodzice wyszli do kina, a my bawiłyśmy się w dużym pokoju piłką. Rzuciłam ją tyłem za siebie i uderzyłam w żyrandol. Taki w stylu secesyjnym, przetrwał obydwie wojny światowe. Jak tylko zobaczyłam, co się stało, zamknęłam się w ubikacji. Z nożem. Nóż był po to, żeby w razie czego, gdyby sprawy przybrały bardzo zły obrót, rodziców zastraszyć, że zrobię sobie krzywdę. Ja, córka zagorzałego kinomana, zainspirowałam się oczywiście filmami. Siedzę, siedzę, aż słyszę, że przyszli rodzice. A potem wrzask: „Jezus Maria! Co się stało!?”. Tata serce miał złote, ale też potrafił wybuchnąć, miał szybki zapalnik. Siostra od razu powiedziała, że to ja, co zresztą miała robić, poinformowała też rodziców, że zamknęłam się w w.c. i mam ze sobą nóż, nie dodając już, że jest to nóż z zastawy, obiadowy. Tata chodził po domu w takich skórzanych kapciach-klapkach. Słyszałam każdy jego krok. Klap, klap, klap. „Marysia, wyłaź!”. „Nie!”. „No wyłaź!”. „Nie!”. Siedziałam i myślałam: „No przecież mu się znudzi, ile można tak chodzić w tę i z powrotem?”. W końcu, faktycznie, klapanie ustało. Pod drzwi podeszła mama: „Tata się położył, chodź!”. Mówi pani, że świetnie podkładam głosy? A do dzisiaj nigdy nikt nie zaproponował mi dubbingowania filmu, mimo że o tym marzę. Bardzo proszę, żeby to zostało odnotowane.

Zdjęcie legitymacyjne Marii Jeżowskiej, uczennicy klasy drugiej. (Fot. archiwum prywatne)

To wiele zmienia

Przez większość życia miałam poczucie, że mój nos nie jest mój. Tyle lat graficy musieli mi go na zdjęciach poprawiać, w rezultacie na każdym zdjęciu wyglądał inaczej. W dodatku bolał mnie podczas zmian pogody, jak to złamanie, które nigdy nie zostało złożone. Pierwszy raz na operację uzbierałam jeszcze we wczesnych latach 80., ale przestraszyłam się: usłyszałam w gabinecie, że nos trzeba będzie najpierw na nowo złamać, jest ryzyko, że może mi się zapaść. Poza tym mojemu ówczesnemu partnerowi, ojcu mojego syna, zepsuł się akurat samochód. Jak ja się ucieszyłam, że te odłożone pieniądze są potrzebne!

Nos złamałam jako dziewięciolatka. Oglądałyśmy wtedy namiętnie z siostrą i z rodzicami w telewizji mistrzostwa jazdy figurowej na lodzie. Któregoś roku pojawiło się niemieckie rodzeństwo Buck–Buck [trzykrotni srebrni medaliści mistrzostw świata par sportowych – przyp. red.]. Mieli popisowy numer: ona oplatała nogi wokół jego bioder, robiła jaskółkę i kręcili się w kółko. Uwielbiałyśmy z Basią udawać, że też jesteśmy łyżwiarkami. Na wypastowanej podłodze postanowiłyśmy wypróbować układ rodzeństwa Buck–Buck. Basia, większa, silniejsza, miała mnie podnieść.

Oplatam nogami jej talię, ona zaczyna się kręcić. W pewnym momencie słyszę: „Majka, nie dam rady, puszczam cię!”. No i mnie puściła. Upadłam na twarz: gwiazdy w oczach, prawie zemdlałam. Ja cała spuchnięta, ale nosek był mały, dziecięcy, tato po powrocie z pracy go pomacał, po czym orzekł, że nic mi nie będzie. I nic nie było widać do czasu, kiedy zaczął się okres dojrzewania. Nos rósł coraz bardziej krzywo, pojawił się garbek. Przez tyle lat codziennie przed lustrem ustawiałam go wskazującym palcem tak, żeby wydawał się prosty. Taki gest, przymiarka, jak by to było. Mijały lata, aż pomyślałam sobie: „Może będę babcią, nie chcę wyglądać jak Baba-Jaga. Jak być starszą panią, to z prostym nosem”. I kiedy wreszcie po operacji zeszła opuchlizna i zobaczyłam tę upragnioną symetrię – wspaniałe uczucie!

Nie chciałam zmieniać jego kształtu, chciałam tylko, żeby był w jednym miejscu, ale też nie mam problemu, żeby mówić o tym, że sobie coś poprawiam. Jeśli kobieta się na to decyduje, nie my jesteśmy od tego, żeby oceniać, czy to jej fanaberia. Nawet jeśli jest, co z tego? Nie wiemy, jak to wpływa na jej życie: rodzinne, seksualne, zawodowe. Jedna z nas, żeby dodać sobie poczucia wartości, pójdzie na studia, inna znajdzie nową pracę, a jeszcze inna powiększy sobie biust. Jeśli tylko robimy to dla siebie, a nie dla kogo innego, to naprawdę wiele zmienia.

Kobiece sprawy

Kto mnie uświadomił seksualnie? Oj, z tym w domu było ciężko. To znaczy o kobiecych sprawach się mówiło, o dojrzewaniu, zwłaszcza że siostra miała wcześniej okres, więc też była dobrym źródłem informacji. Ale życie seksualne? Takie dyskusje bardziej się odbywało z ciocią Krysią, siostrą mamy, która też miała córkę i choć w sumie była młodsza od mamy tylko o parę lat, czuło się różnicę pokoleniową. I ja tę rolę po cioci Krysi w jakiś sposób przejęłam, uświadamiałam córki koleżanek. Pamiętam taką scenę – nie byłam już dzieckiem – kiedy zapytałam mamę, czy miała orgazm i jak się człowiek wtedy czuje. Mama się obruszyła: „Nie będę o tym mówić”. Potem już nie drążyłam tematu.

Od razu słychać, że to Ameryka

Długo nie umawiałam się z chłopakami, bo szkoła muzyczna, nie było czasu, robiłam zresztą dużo różnych rzeczy: rysowałam, pisałam wiersze i powieści, dziergałam ciuchy na drutach, no i od pewnego momentu pisałam muzykę, z tekstami i bez. Po raz pierwszy całowałam się, kiedy byłam w liceum. Z perkusistą naszego zespołu w czasie rekolekcji bigbitowych. Te msze były ważnym momentem w moim życiu i w jakimś stopniu mnie ukształtowały. Organizował je ksiądz Józef, który uczył nas też religii. Graliśmy inne utwory niż te, które się zwyczajowo gra i śpiewa na mszach, i młodzież waliła do kościoła drzwiami i oknami. Ksiądz Józef miał do mnie słabość, bo to ja pisałam te pieśni, między innymi wielkopostne, graliśmy moje kompozycje. Przy okazji ksiądz miał do nas wszystkich anielską cierpliwość i dawał nam mnóstwo swobody. Oczywiście widział, że siedzimy z tamtym chłopakiem w kącie za organami i się całujemy. I nie powiedział ani słowa.

Jeszcze przed maturą trafiłam prosto z jednego z przeglądów piosenki na warsztaty wokalne w Lublińcu. Wymyśliłam tam piosenkę w stylu funky i nagrałam ją bez tekstu; my, muzycy, mówimy o tym, że to śpiewanie „po norwesku” albo „po flamandzku”, czyli w nikomu nieznanym języku przypominającym angielski. W warsztatach brał udział Waldemar Parzyński, kompozytor i były wokalista grupy Novi Singers. I jak się warsztaty skończyły – wiem to już z relacji Waldka – przyjechał do Warszawy, do Redakcji Nagrań Polskiego Radia, gdzie pracowała pani Teresa Kowińska – którą, korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam. Waldek do niej zajrzał, a pani Teresa pyta: „I jak tam w Lublińcu? Masz coś fajnego do puszczenia?”. Trochę posłuchali, aż w końcu Waldek puszcza to moje „flamandzkie” śpiewanie, dodając, że to taka dziewczyna ze Stanów. Pani Teresa wysłuchała i mówi: „Widzisz? Od razu słychać, że to Ameryka, to jest kompletnie coś innego!”. Dopiero wtedy Parzyński się przyznał: „A tu cię mam! To jest dziewczynka z Nowego Sącza”. „Dawaj mi jej telefon!”.

Siedzę sobie w domku, podnoszę słuchawkę: „Tu Teresa Kowińska, Polskie Radio, chciałam pani zaproponować sesję nagraniową dwóch piosenek i zaprosić do premier w Opolu”.

Majka Jeżowska w latach 80. (Fot. Forum)

Dla Wojtka

Po wyróżnieniu w Opolu za „Nutka w nutkę” debiutancką płytę „Jadę w świat” nagrałam w wieku 20 lat. To był album z piosenkami jak najbardziej dla dorosłych. Dlaczego zaczęłam śpiewać dla dzieci? Bo krótko po tym zostałam mamą. I wyjechałam do Stanów, chociaż mój syn Wojtek nie miał nawet roczku. Myślałam, że zostanę tam osiem tygodni, może trzy miesiące. Ale ponieważ był stan wojenny, tu nie było w ogóle pracy, koncertów, a tam wolność, swoboda, możliwość grania... Zostałam dwa lata. Po tych dwóch latach mogłam już Wojtka zabrać do Stanów. Przyjechałam tu z poczuciem winy; mieliśmy z moim dzieckiem stały kontakt, taki, jaki można było mieć w czasach bez Skype’a i Zooma, ale nie było mnie przy tym, jak raczkuje, zaczyna chodzić, mówić pierwsze słowa. Przyjechałam i zobaczyłam programy dla dzieci, „5-10-15”, „Teleranek”, wcześniej mnie to w ogóle nie interesowało. Chciałam coś nagrać dla Wojtka jednorazowo. Kiedy szłam korytarzem w Polskim Radiu, zaczepił mnie Jan Borkowski, dziennikarz muzyczny: „Majka, chodź do mnie na chwilę, mam parę tekstów Agnieszki Osieckiej. Może byś co z tym zrobiła? Szkoda, żeby leżały w szufladzie”. Teksty były trzy, w tym „A ja wolę moją mamę”. Nagrałam i zrobił się szał. Najpierw to puszczali w Trójce, a potem na Gwiazdkę zorientowałam się, że kolejka dzieci do mnie po autografy jest dłuższa niż do Świętego Mikołaja. Pierwsza płyta dla dzieci wyprzedała się natychmiast, potem Jacek Cygan napisał musical „Majkowe studio nagrań”. Zobaczyłam, jakie to fajne, jaką mi sprawia radochę, przebierałam się, wygłupiałam, nikt mi się nie wtrącał. Nadal to uwielbiam, nigdy nie powiem, że się czegoś, co robiłam, wstydzę, natomiast po wielu latach takiego grania poczułam się zamknięta w szufladce i niedoceniana. Grałam około 200 koncertów rocznie, a w brukowcu czytałam: „Dawno niewidziana Majka Jeżowska. Co się z nią stało?”. Taka szpilka, która ma coś sugerować. Poza tym kiedy grasz dla dzieci, niektórzy uważają, że to w takim razie nie musi być w pełni profesjonalne. Organizatorzy czasem dziwią się, że gram z profesjonalnym zespołem, że to normalne, pełnowymiarowe koncerty, a nie z playbacku, a mnie zawsze zależało, żeby to było najlepsze, jakie może być.

Majka Jeżowska (Fot. Katarzyna Paskuda)

Szacun

Jestem przeszczęśliwa, że wydarzył się Pol’and’Rock. Po tym koncercie sprzed dwóch lat jakbym dostała wiatru w plecy. Jurek Owsiak tak pięknie mnie zapowiedział, usłyszałam, jak na widowni skandują moje imię, popatrzyłam na to morze ludzi. Jakby zobaczyli kogoś bliskiego i dawno niewidzianego. A potem jeszcze nominacja do Fryderyków za album live w kategorii rock! Czuję szacun hip-hopowców, rockmanów, metalowców, jestem zapraszana na dorosłe festiwale. Był moment, kiedy całkiem serio myślałam, że nigdy nie nagram innego repertuaru, no bo kto by na takie utwory czekał? Aż poczułam feedback i siedzę nad nowymi piosenkami. Jeden z tekstów napisała Dorota Masłowska. Tam u Doroty jest fragment: „Ciągniesz mnie na spacer na cmentarze zmarnowanych marzeń”, a ja robię z tego manifę dyskotekową. Ale też nie czuję presji, nie wyznaczyłam terminu premiery, jesienią pojawi się pierwszy singiel. Nie ograniczam się też do jednego stylu, będą ballady, ostre rytmy. Mam swoje lata, swoje widziałam, zupełnie nie boję się mówić ani śpiewać, co myślę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze