1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Jane Seymour: "Dzięki dr Quinn stałam się rewolucjonistką i pionierką"

Jane Seymour: "Dzięki dr Quinn stałam się rewolucjonistką i pionierką"

Jane Seymour jest laureatką dwóch Złotych Globów za role w serialach „Doktor Quinn” i „Powrót do Edenu” oraz Emmy za rolę w miniserialu „Onassis – Najbogatszy człowiek świata”. (Fot. Gtres/Forum)
Dla kilku pokoleń na zawsze już pozostanie doktor Quinn. Tymczasem sama Jane Seymour różnie wspomina czasy słynnego serialu. Zdecydowanie woli zmiany, jakie teraz zachodzą w show-biznesie. Opowiada nam o swojej najnowszej roli, lockdownie i przeszłości, także tej odległej.

Twoja rodzina pochodzi z Płocka.
To prawda. Dobrze znasz to miasto?

Jeżdżę tam co roku na Festiwal Kultury i Sztuki (dla Osób Niewidomych), na którym niewidoma i niedowidząca publiczność może oglądać filmy dzięki audiodeskrypcji.
Wspaniale, że Płock jest ci znany z tak ważnego przedsięwzięcia. Roznosi mnie duma, kiedy słyszę coś dobrego o mieście, gdzie żył dziadek, po którym odziedziczyłam nazwisko: Frankenberg.

Historia rodziny Frankenbergów jest burzliwa.
Dziadek uciekł z Płocka przed pogromami Żydów, miał wtedy 14 lat. Trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie nikogo nie znał, a na dodatek nie mówił po angielsku. Poślubił moją babkę, dziewczynę z East Endu, mieli czwórkę dzieci, w tym Johna Frankenberga, mojego ojca, najstarszego z rodzeństwa. Pracował z dziadkiem jako asystent fryzjera, dopóki nie wykształcił się jako ginekolog, ale to nie on, a najmłodszy brat był najbardziej znany z całej familii – został profesorem antropologii społecznej. Do 1939 roku Frankenbergowie radzili sobie bardzo dobrze. A potem wybuchła druga wojna światowa i zabrała dużą część naszej rodziny.

Imponujące, jak dobrze znasz ich losy.
Był taki brytyjski program „Who Do You Think You Are?”, jego uczestnicy odwiedzali miejsca, z których pochodzili ich przodkowie. Zgłosiłam się i pojechałam do Polski, gdzie dowiedziałam się niesamowitych rzeczy z przeszłości ojca.

Czego na przykład?
Choćby tego, jak wielką rolę odgrywał w jego życiu spokrewniony z nim sławny ginekolog z Warszawy. To ten człowiek i jego popularność zainspirowała mojego ojca, żeby kształcić się w tym kierunku. Dowiedziałam się też, że dwójka dzieci tego sławnego lekarza trafiła do Treblinki, a on sam zginął w czasie powstania warszawskiego. Ocalały tylko jego żona i jej siostra, która emigrowała do Szwajcarii. Wdowa pojechała do Genewy, by siostrę odwiedzić, zobaczyła, jak wygląda jej szczęśliwe rodzinne życie. Popełniła samobójstwo przed powrotem do Polski. Mówimy o kobiecie, która wojnę przetrwała cudem – ukryła ją rodzina katolików. Mieli niezwykłe szczęście, bo budynek, gdzie żyli, był jedynym, jaki przetrwał bombardowanie na całej ulicy, pozostałe obróciły się w gruz. Tylko dzięki temu, że moja krewna zabiła się po wojnie, a nie zginęła w jej trakcie, miałam szansę dotrzeć do pozostawionych po niej pamiątek: zdjęć, notatek, ale też historii i opowieści, które przekazała ludziom ze swojego otoczenia. Skrupulatnie je wynotowywałam.

Przykro mi, że nasz kraj wiąże się dla ciebie z tak dramatycznymi wspomnieniami.
Nie, wcale tak nie jest. Uśmiecham się na myśl o Polsce. Także dlatego, że jest obecna w moim życiu nie tylko ze względu na przeszłość. Brat mojego byłego męża jest żonaty z Polką – Małgosia jest super, mają dom w Warszawie. Z Polski pochodzi też jedna z moich najlepszych przyjaciółek; znamy się jeszcze ze szkoły baletowej, do której poszłam, kiedy skończyłam 13 lat. Zdecydowanie po drodze mi z Polakami, zresztą byłam w waszym kraju nieraz, przy różnych okazjach. Także zawodowych – kręciliśmy w Krakowie, Warszawie i Oświęcimiu serial „Wojna i pamięć”. I tak, temat, którego serial dotykał, też nie był wesoły, ale takie jest życie. Uważam, że trzeba się pogodzić ze swoją przeszłością, ale nie wolno o niej zapomnieć. Wiem, co mówię, bo w mojej rodzinie byliśmy bardzo blisko utraty pamięci o przeszłości. Kiedy mój wuj pojechał do Polski szukać grobów pomordowanych krewnych, okazało się, że nic po nich nie zostało. To on rozpoczął spisywanie wspomnień po naszych przodkach, dzięki niemu mam dostęp do zapisków, co działo się z naszą rodziną kilka pokoleń wstecz. Wysiłek wuja i udział we wspomnianym programie „Who Do You Think You Are?” umożliwiły mi skonfrontowanie się z tym, skąd pochodzę i co dostałam w genach.

Co daje taka konfrontacja?
Jestem z pierwszego pokolenia ocaleńców, jak mówi się o dzieciach tych, którzy doświadczyli okrucieństwa drugiej wojny światowej. Nigdy nie zapomnę, jak stałam w oknie domu w Warszawie, w którym został zastrzelony mój wuj. Czy kiedy weszłam do mieszkania, gdzie przechowywano moją ciotkę, a potem skonfrontowałam to z mieszkaniem jej siostry w Genewie. To są przeżycia, które zmieniają człowieka. Tym bardziej że historia mojej matki jest nie mniej dramatyczna, bo w czasie drugiej wojny światowej była w Indonezji, gdzie trafiła do japońskiego obozu jenieckiego. To dziedzictwo jest dla mnie bardzo ważne, dbałam, żeby przekazać je swoim dzieciom. Wychodzę z założenia, że musimy pamiętać o trudach przeszłości, z tym, że nie możemy się im poddawać.

Masz swoją receptę na niepoddawanie się przeciwnościom losu?
Kino. Wierzę w pozytywną, kojącą moc filmów.

Wchodząca na nasze ekrany „Wojna z dziadkiem” taka właśnie jest. To ciepła, rozgrzewająca od środka historia.
Jedna z tych, które szczególnie potrzebne są nam dzisiaj, kiedy przeżywamy dramat związany z COVID-19. W czasie pandemii wiele rodzin miało okazję się do siebie zbliżyć i wspólnie oglądać seriale na platformach streamingowych. A teraz najwyższy czas wyjść wspólnie, całą rodziną z domu i udać się do kina, gdzie – oczywiście w reżimie sanitarnym – można dać się porwać tym ciepłym emocjom.

Kiedy wchodziliśmy na plan, nie mieliśmy pojęcia, że temat filmu okaże się tak aktualny. Mam wielu znajomych, którzy w czasie pandemii wzięli do swoich domów rodziców albo dziadków, żeby się nimi opiekować na miejscu, nie narażać ich na podróżowanie czy wychodzenie. „Wojna…” to właśnie opowieść o seniorze, który wprowadza się do swojej córki, zajmuje pokój wnuka. Pokazujemy konfrontację dwóch pokoleń, które muszą zrozumieć, że chociaż dzieli je przepaść, nie są pod jednym dachem za karę. Mogą się wiele od siebie nauczyć.

Jane Seymour z Robertem De Niro w filmie "Wojna z dziadkiem", który do polskich kin trafił 23 lipca. (Fot. materiały prasowe Kino Świat)

Czy to temat bliski ci także w prywatnym życiu?
Czasem napotykam przepaści pokoleniowe, ale pracuję nad ich zasypywaniem. Zabiegam, żeby jak najwięcej czasu spędzać z moimi cudownymi wnukami, których rodzice starali się trzymać z dala od komputera i telewizora. Tymczasem COVID-19 spowodował, że musieli im udostępnić tablety i laptopy, choćby do zdalnej nauki. Moje wnuki poradziły sobie z przejściem z realnego do wirtualnego świata o wiele sprawniej niż ja. Teraz moją rolą jest przypominanie im, że fizyczny kontakt z otaczającą nas rzeczywistością jest cudownym przeżyciem. Kiedy się widzimy, spacerujemy po plaży, uprawiamy ogródek, wyprowadzamy psa, pływamy, tańczymy, opowiadam im o przeszłości mojej i ich mamy. Zachęcam je do rozwijania artystycznych pasji, zależy mi, żeby wykształcić w nich zdolności manualne. Jesteśmy ze sobą blisko.

Chcesz, żeby poszły w twoje ślady?
To nie tak. Nie chcę im narzucić żadnej ścieżki kariery, po prostu uważam, że każdy człowiek ma talent artystyczny, tylko nie każdy go odkrywa. Albo szybko się zniechęca i przestaje się rozwijać. Uwielbiam spędzać z nimi czas w twórczy sposób. Kiedy tylko mam okazję, proponuję wspólne malowanie. Kiedy słyszę: „Ale ja nie potrafię malować!”, pytam: „A umiesz napisać swoje imię i nazwisko?”. A skoro tak, to od takich podstaw zaczynamy, analizujemy, która linia jest prosta, która zaokrąglona, potem tworzymy wariacje liter. Stąd już tylko chwila, by przekonać się, jak wielka jest moc oddziaływania sztuki, która wpływa na emocje, nastroje, ma działanie terapeutyczne.

Nie mogę nie zapytać o serial „Doktor Quinn”. Czas, kiedy w nim grałaś, wspominasz z sentymentem?
W tamtych czasach seriale były w pełni uzależnione od ramówki. Jeśli jedna stacja emitowała coś chwytliwego, druga wiedziała, że nie ma szans przyciągnąć widzów i stawiała na produkcję, w której nie pokładała zbyt dużych nadziei. Teraz dzięki streamingowi to się zmieniło. Każdy serial czy film ma równe szanse, ramówka nie ma znaczenia, bo to widzowie decydują, o jakiej porze i co oglądają. Poza tym nie trzeba już przerywać projekcji reklamami, a stacje telewizyjne nie mogą nam dłużej mówić, co możemy, a czego nie możemy pokazać albo powiedzieć. Te ograniczenia się skończyły. Współczesność jest ciekawsza.

Rola doktor Quinn to był strzał w dziesiątkę. Ty chyba nie mogłaś narzekać na naciski ze strony stacji i producentów?
Żartujesz sobie?! Cały czas słyszałam, że produkcja z kobietą w roli głównej nie ma szans się sprzedać. Serialowi wróżono klapę finansową również ze względu na gatunek. Mówiono, że komedia może jeszcze jakoś by chwyciła, ale historyczny serial obyczajowy o lekarce? Nikt się nie spodziewał, że „Doktor Quinn” trafi do 98 krajów i stanie się globalnym fenomenem. Kiedy odwiedzałam Polskę, Rumunię, Niemcy albo Rosję, ludzie wariowali na moim punkcie. Kto by się spodziewał, że zanurzony w amerykańskiej przeszłości serial może być tak uniwersalny? Pełnoprawna kobieca bohaterka wreszcie na pierwszym planie – śmieję się, że jestem rewolucjonistką i pionierką.

Jak sobie tłumaczyłaś fenomen popularności tego serialu na świecie?
Opowiadaliśmy o rasizmie, napięciach kulturowych, religijnych czy mizoginii, czyli o tym, co jest znane pod każdą szerokością geograficzną. Serial nic a nic nie stracił na aktualności, niestety. Poza tym to była świetna rozrywka. Uważam, że prawdziwa sztuka to taka, która i bawi, i wzrusza, i zmusza do myślenia. Nie zgadzam się, że to, co bawi, nie może być prawdziwe i refleksyjne.

A ty? Dużo oglądałaś filmów i seriali w czasie lockdownu?
Sporo, ale najwięcej czasu, który mi podarowano, zainwestowałam w nadrabianie tego, na co zawsze brakowało mi chwili, czyli przede wszystkim na spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi. Widzieliśmy się przez komunikatory, ale przynajmniej nie było tak, że każdy z nas miał wydzielone pół godziny, po czym musiał dokądś uciekać. Przyłożyłam się też do archiwizowania opowieści o przodkach. Trudno powiedzieć, że lockdown mi się przysłużył, bo doniesienia o kolejnych zgonach napawały mnie przerażeniem i dogłębnym smutkiem. Ale mam taką naturę, że staram się wykorzystywać to, co jest mi dane, niezależnie od okoliczności. Zastanawiałam się, jak mogę przeciwdziałać pandemii.

Chęci zamieniłaś w działanie.
Razem z moją organizacją Open Hearts rozpoczęliśmy zbiórkę pieniędzy na chorych na COVID-19. Pomogliśmy 70 osobom. Organizowałam też kursy malarstwa przez Internet, dokładnie takie same, jak te z wnukami, o których ci opowiadałam. Oprócz tego szyłam maseczki i wystawiałam je na aukcję na rzecz tych, którzy muszą mierzyć się z wirusem. Zachęcałam ludzi, by rozejrzeli się dookoła i zastanowili, jak mogą pomóc tym, którzy pomocy potrzebują. I najważniejsze: prosiłam innych, żeby się nie poddawali.

Jane Seymour właśc. Joyce Penelope Wilhelmina Frankenberg. Rocznik 1951. Aktorka i producentka telewizyjna i filmowa. Laureatka dwóch Złotych Globów za role w serialach „Doktor Quinn” i „Powrót do Edenu” oraz Emmy za rolę w miniserialu „Onassis – Najbogatszy człowiek świata”. Prywatnie mama czwórki dzieci i babcia szóstki wnucząt.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze