1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Justyna Mazur – końce świata z happy endem

Justyna Mazur – końce świata z happy endem

Justyna Mazur znana jest przede wszystkim jako autorka podcastów „Piąte; nie zabijaj” i „Słuchowisko. Pogadajmy o życiu”. W sierpniu ukazała się jej debiutancka powieść „Małe końce świata”. (Fot. Marta Machej)
Miłośnicy historii kryminalnych z pewnością znają jej nazwisko, bo "Piąte: nie zabijaj" jest jednym z najpopularniejszych podcastów true crime w Polsce. Debiutancka książka Justyny Mazur nie jest jednak kolejną mrożącą krew w żyłach opowieścią, a zbiorem historii z życia autorki. I choć to pozycja niezwykle osobista, tytułowe "Małe końce świata" łatwo odnaleźć w życiu każdego z nas.

Jesteś pesymistką?
Bardziej realistką, ale ten realizm jest wypadkową walki pesymizmu z optymizmem.

Pytam o to, bo twoja debiutancka książka to zbiór historii z życia, które określiłaś mianem tytułowych „Małych końców świata”. I chociaż po każdym końcu przychodzi początek czegoś lepszego, ty zdecydowałaś skupić się na tym, co najtrudniejsze.
Pomysł na książkę, z czego nie jestem do końca dumna, nie wyszedł ode mnie. Zgłosiło się do mnie pewne wydawnictwo, które roboczo nazwało tę książkę właśnie „Małe końce świata”. Nie wiem dlaczego, ale ja zaczęłam ją pisać tak, jakbym pisała o swoich pierwszych razach – pierwszy raz kiedy jestem zakochana, kiedy ktoś ważny umiera, kiedy jestem w trudnym związku. I dopiero podczas pisania zdałam sobie sprawę, że to przecież nie o tym ma być książka. Okazało się, że tak jak od miłości do nienawiści jest cienka granica, tak paradoksalnie początki są blisko końca.

Końce świata z happy endem.
Akurat w moim przypadku były to głównie nieprzyjemne historie, aczkolwiek doświadczyłam też pozytywnych końców świata, jest to na przykład zmiana poglądów, czy wykształcenie feminizmu.

Są też takie końce, które w ogóle nie niosą za sobą pozytywnego waloru, na przykład czyjaś śmierć. Gdy myślę o śmierci mojego taty z perspektywy czasu, to być może sprawiła ona, że szybciej stałam się samodzielna. Ale czy to było mi potrzebne? Jeżeli traktować śmierć jako początek, to tylko początek życia bez kogoś. Podobnie z toksycznym związkiem. Nigdy nie jest tak, że po wyjściu z toksycznego związku od razu myślimy, że życie jest super. Jest dużo lepsze, niż było, ale zostaje w nim wiele trudnych spraw. Nie ma co naiwnie patrzeć na to, że po każdej przykrej sytuacji nagle los się odwraca i zdarzają się same dobre rzeczy.

Podjęłaś w książce wiele ważnych tematów, oprócz toksycznego związku i śmierci rodzica, są w niej też historie dotyczące samoakceptacji, dylematów związanych z religią, mobbingu w pracy. Czułaś misję, pisząc o tym?
Miałam poczucie, że ludzie odnajdują się w historiach innych ludzi. Bardzo nie chciałam jednak, żeby książka była poradnikiem. Pisząc ją myślałam, że fajnie by było, gdyby choć jedna osoba odnalazła siebie w tych historiach, by coś w niej uruchomiły, były katalizatorem do przemyśleń, może sprawiły, że pozwoli sobie pomóc. Mi w tamtym życiu, o którym piszę w książce, czyli gdy miałam 20-26 lat, najbardziej brakowało właśnie osoby, która by się ze mną podzieliła takimi doświadczeniami, co by mogło mnie uchronić przed błędami.

Ciężko było ci ją pisać?
Bardzo. Pierwszy powstał rozdział o Bogu i to był jedyny rozdział, podczas którego nie wstawałam sprzed komputera, dopóki nie skończyłam. I to też jedyny rozdział, który praktycznie nie został przeredagowany. Pisało mi się go niezwykle łatwo, bo się ze mnie po prostu wylał. Ale też bardzo dużo przy nim płakałam.

Najtrudniejszy i najdłuższy rozdział to „Wyszłaś z tego całkiem dobrze”, czyli ten o toksycznym związku. To była historia, do której najbardziej nie chciałam wracać, a po napisaniu go byłam kompletnie niezadowolona, bo miałam wrażenie, że był o niczym. A moja redaktorka po przeczytaniu stwierdziła, że jest to najmocniejszy rozdział z całej książki, bo dokładnie opisałam to, czym jest toksyczny związek, wciągając po kolei czytelnika w tę pułapkę. Natomiast najwięcej nerwów kosztował mnie rozdział o mamie i o wychowywaniu w wymagającej rodzinie. Pojawiło się pytanie, na ile mogę sobie pozwolić opowiedzieć tę historię po swojemu, a na ile moja mama pozwoli o sobie w ten sposób opowiedzieć.

Jaka była jej reakcja?
Przeczytałam jej go przez telefon i kiedy skończyłam usłyszałam po prostu ciszę. Potem powiedziała tylko, że tak po prostu było i przyznała, że jest to dla niej straszliwie ciężkie, ale również bardzo potrzebne, nie tylko jako matce, ale też jako dziecku. Teraz, w wieku ponad 50 lat, moja mama rozwiązuje podobne sprawy ze swoimi rodzicami. Rozmawia z nimi, pyta dlaczego w taki sposób ją wychowywali, bo oni też mieli swoje problemy.

Ja w tym rozdziale oczywiście nie pastwiłam się nad mamą. Swoje wspomnienia okroiłam do kilku konkretnych scen, które świetnie oddały ciężką atmosferę panującą wtedy w wielu domach. I absolutnie nie mówię tutaj, że kilka klapsów złamało mi życie, bo wiele dzieci miało i ma gorzej, ale złamało mnie jako człowieka. Wydaje mi się, że opowiedzenie historii o bardzo wymagającym rodzicu, który myśląc, że robi dobrze, wyrządzał o wiele więcej niedobrego, jest bardzo potrzebne. To takie rozliczenie się z modelem wychowania, który kiedyś był na porządku dziennym, a jest bardzo szkodliwy. Chciałabym, żeby ludzie zaczęli rozmawiać ze swoimi rodzicami. Warto pozbyć się żalu, on musi wybrzmieć.

(Fot. Marta Machej)

Jakie były reakcje twoich bliskich znajomych? W książce jest wiele wątków, dotyczących twoich przyjaciół, którzy nie do końca wiedzieli wtedy, z czym się borykasz.
Jedna z moich przyjaciółek powiedziała, że jej największym błędem, którego nie potrafi sobie wybaczyć, jest to, że gdy mówiłam jej, że coś z moim ówczesnym chłopakiem jest nie tak, ona myślała, że to tylko moje mechanizmy ucieczki z poważniejszej relacji. Tłumaczyła mi wtedy, że to wykształcony gość, stabilny finansowo, podczas gdy ja miałam jeszcze jakieś resztki rozsądku, żeby się z tego wyrwać. Moje przyjaciółki nie wiedziały, co się ze mną dzieje, bo ja się przed nimi zamykałam. I myślę, że to jest standardowy mechanizm ofiar przemocy. Natomiast, ku mojemu zaskoczeniu, nikt nie napisał do mnie z pretensjami.

Bałaś się tego?
Tak, bo każdy ma swoją historię, nawet jeżeli dotyczy ona tego samego zdarzenia. Właśnie z tego względu musiałam pisać tylko prawdę. I może to jest największa siła tej książki, że ja w niej po prostu nie ściemniam. Znajomi pocieszają mnie, że żadna z opisanych w książce negatywnych postaci się nie odezwie, bo nikt się nie chce przyznać, że to historia o nim.

Czytając twoją książkę, ale też słuchając podcastu „Słuchowisko. Pogadajmy o życiu”, można poznać cię jako wrażliwą dziewczynę, która uwielbia obserwować świat. Czy twoje zamiłowanie do historii true crime, o których opowiadasz w swoim najpopularniejszym podcaście „Piąte: nie zabijaj”, to wypadkowa tych dwóch cech?
Wstydzę się do tego przyznać, ale gdyby to nie było karalne, pewnie siedziałabym codziennie z lornetką i oglądała, co ludzie robią w domach. W dzieciństwie miałam ksywę „gumowe ucho”, bo wszystko podsłuchiwałam, zupełnie nieświadomie. Uwielbiałam, gdy mama z moją ciocią plotkowały przez telefon. Pewnego dnia, będąc nastolatką, zobaczyłam jakiś dokument o zbrodniach i bardzo zainteresował mnie ten mroczny świat. A najbardziej moment, w którym ktoś ze zwykłej Dominiki, staje się Dominiką S., która pewnego dnia chwyta za nóż i zabija kogoś sobie bliskiego. Ta ciekawość – kto, kiedy i dlaczego dopuścił się jakiegoś strasznego czynu – jest kluczowa w tworzeniu podcastu „Piąte; nie zabijaj”, który też na pewno nie odniósłby takiego sukcesu, gdyby nie aspekt mojej wrażliwości.

Twoja twórczość to jednej strony historie true crime, które są ogromnym odstępstwem od normy, a z drugiej te o najzwyklejszym życiu. Zarówno twój blog „Krótki poradnik jak ogarnąć życie”, jak i podcast „Słuchowisko. Pogadajmy o życiu”, opierają się na opowieściach z dnia codziennego, widzianych twoim okiem.
Bo ja też lubię słuchać o zwykłym życiu i uważam, że nie ma nic złego w banale, bo nasze życie z banałów się głównie składa. „Słuchowisko. Pogadajmy o życiu” wzięło się stąd, że chciałam stworzyć podcast, który towarzyszy ludziom przed snem, kiedy szykują się rano do pracy, jako odskocznia w trudnych chwilach.

Wydałaś pierwszą książkę, prowadzisz podcasty, z czego jeden jest w gronie najpopularniejszych w swojej dziedzinie, chwilę temu wyszłaś za mąż. Masz teraz dobry okres w swoim życiu.
Horrory zawsze zaczynają się od superszczęśliwych scen i boję się, że skoro mi się teraz tak wszystko udaje, to koniec tego będzie bardzo spektakularny. Niestety mam w sobie coś takiego, że gdy dobrze się układa, w głowie pojawia mi się: „Aha, czyli zaraz coś się spieprzy”. Ale fatycznie, mam dobry okres, może to jakiś rodzaj karmy, która teraz do mnie wraca.

Polecamy: Justyna Mazur, "Małe końce świata", wyd. Helenka. (Fot. materiały prasowe)

Justyna Mazur autorka podcastów „Piąte; nie zabijaj” i „Słuchowisko. Pogadajmy o życiu” oraz współprowadząca „Piąte przez dziesiąte”. Jej debiutancka książka „Małe końce świata”, wydana przez małe wydawnictwo Helenka, to podzielona na jedenaście rozdziałów podróż przez życie, usłane końcami świata. Dostępna jest również w formie audiobooka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze