1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Piłka nożna, poobijane kolana i politechnika – Grażyna Torbicka kiedyś

Piłka nożna, poobijane kolana i politechnika – Grażyna Torbicka kiedyś

- Jestem osobą, która nie jest w stanie zmusić się do czegoś, czego nie lubi i nie chce - mówi Grażyna Torbicka. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Festiwal Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi”, ale też Euro 2020. Oba te światy w równym stopniu rozpalają jej emocje. Kim była Grażyna Torbicka kiedyś, zanim wszyscy poznali ją jako ekspertkę od światowego kina? Upartą dziewczynką, z wiecznie poobijanymi kolanami, która nie lubiła, by ktokolwiek ograniczał jej wolność.

W moim rodzinnym domu piłka nożna, jeśli tylko gdzieś odbywały się jakieś rozgrywki, była zawsze na ekranie telewizora. Tata oglądał wszystko, jeździliśmy też na mecze. Pamiętam zwłaszcza jedno zdarzenie. Miałam kilka lat i właśnie wracaliśmy z wakacji ładą, która często się psuła. W którymś z austriackich miast tata zarządził: „Słuchajcie, zepsuł mi się starter i jak go wyłączę, to już nie zapalę. Jedziemy więc bez przerwy”. A że mieszkaliśmy wtedy na Śląsku, było to do wykonania. Kiedy po kilku godzinach dojechaliśmy pod dom, tata zgasił silnik i polecił, żebyśmy wzięły tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Na co mama zdziwiona: „A nie wstawiasz samochodu do garażu? Przecież teraz już nie zapali”. „Wychodźcie, wychodźcie, bo ja muszę zaraz jechać dalej” – pospieszał nas tata. Okazało się, że z samochodem było wszystko w porządku, a pędziliśmy tak bez postojów, by mógł zdążyć na mecz na stadionie w Chorzowie. Tak był oddany swojej pasji.

Miłość do sportu odziedziczyłam oczywiście po nim. Piłka nożna mnie fascynuje. Kiedyś porównałam ją do spektaklu rozgrywającego się na arenie, a piłkarzy – do gladiatorów. Wyrzeźbione ciała, wymyślne fryzury i tatuaże, do tego gesty, jakie wykonują po strzeleniu bramki – po prostu współcześni wojownicy. A mecz zagrany na wysokim poziomie przez zgraną drużynę to kapitalne widowisko. Lubię też w piłce to, że jak walczymy, to walczymy, czasem agresywnie, ale jak jest faul i ktoś leży na murawie, to podchodzimy, podajemy rękę, przepraszamy. Zresztą jak byłam w podstawówce, sama założyłam drużynę piłkarską. Było nas pięć i grałyśmy przeciwko chłopakom na zmniejszonym boisku. I byłyśmy w tym naprawdę dobre. Dziś moja córka chrzestna jest zawodniczką w Polonii Tychy. Mają tam świetną drużynę kobiecą. Bo futbol to też miejsce dla dziewczyn. Zarówno na boisku, jak i na trybunach czy przed telewizorami.

Największa trauma

Urodziłam się w szpitalu w Pszczynie, ale tylko dlatego, że mama miała tam swojego lekarza. Moje rodzinne miasto to Tychy. Stamtąd pochodzili rodzice. Dom mojego taty znajdował się vis-à-vis Starego Browaru, a mama mieszkała na Starym Rynku. Dzieliło ich jakieś 400 metrów. Przyznam, że nie wiem, kiedy i jak się poznali. Tata, starszy od mamy o pięć lat, był wtedy tuż po studiach, pracował w stacji ratownictwa górniczego i miał lambrettę. Myślę, że wszystko musiało zacząć się właśnie od tej lambretty. Tata w młodości wyglądał jak Gérard Philipe, francuski gwiazdor filmowy, więc trudno się było oprzeć…

Trzecie miasto na mapie mojego dzieciństwa to Lędziny. Tata jako inżynier górnik dostał tam pracę w Kopalni Węgla Kamiennego „Ziemowit”. Oraz mieszkanie – tam więc rozpoczęliśmy nasze wspólne życie. Spędziłam w Lędzinach osiem cudownych lat. Pamiętam je jako raj.

Maj 1961 r. z rodzicami w ogrodzie w Lędzinach. „To chyba moje drugie urodziny, prawdopodobnie upieram się, że sama pójdę dalej...”. (Fot. archiwum prywatne Grażyny Torbickiej)

Rodzice byli młodzi, a to był początek ich ścieżki kariery, więc bardzo dużo pracowali. Tata miał szychty na kopalni i swoją pasję, którą był sport. Grywał jeszcze jako zawodnik w Polonii Tychy, ale głównie zajmował się organizowaniem różnych wydarzeń sportowych. Mama z kolei jeździła do Katowic na dyżury do telewizji. Na początku nie kojarzyłam, że mama i ta pani na ekranie naszego telewizora lampowego Tesla to ta sama osoba. Ta świadomość przyszła dość szybko, ale nie mam z tym faktem jakichś szczególnych wspomnień. Mama po prostu jeździła do pracy po południu, w nietypowych porach. Inne mamy, nasze sąsiadki, wychodziły rano, a wracały po południu, w związku z czym, ku mojej ogromnej radości, byłam często oddawana pod ich opiekę.

Nasze osiedle było przykopalniane, co oznaczało dużo młodych małżeństw i bardzo dużo dzieci w moim wieku. To nie były klasyczne familoki, tylko budowane w bardziej nowoczesnym stylu budynki czterorodzinne. My mieszkaliśmy na dole, mieliśmy też ogród. A za oknami – pomiędzy domami a hałdami węgla – rozciągały się pola i łąki, na których po prostu szaleliśmy, zbudowaliśmy tam własnymi siłami boisko do siatkówki i skocznię do skoków w dal. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że przeprowadzamy się do Katowic – a było to, kiedy chodziłam już do drugiej klasy – dostałam histerii. Widok samochodu, który podjeżdża pod dom i do którego ładowane są wszystkie nasze meble – to była dla mnie największa trauma dzieciństwa. Nie chciałam się stamtąd ruszać, nie chciałam słyszeć, że w Katowicach będą inne atrakcje, inne koleżanki i inni koledzy. Ci tutaj byli przecież jedyni na świecie.

Tego już nie wytrzymam

Katowice znałam, bo jeździłam tam do Pałacu Młodzieży na zajęcia baletowe, których szczerze nie znosiłam. Zawsze byłam raczej chłopczycą, wolałam ganiać po podwórku z chłopakami, wiecznie miałam poobijane kolana. A tam trzeba było stanąć w rządku przy drążku i w kółko powtarzać te same ruchy. I jeszcze być strofowanym: „Wyżej ta noga, prostuj plecy, ręka krzywo”. No, ale co było robić? Chodziłam grzecznie i nawet sobie dawałam radę. W związku z czym dość szybko doszłam do grupy, która już ćwiczyła na pointach. Dopiero wtedy tupnęłam moją małą nóżką i powiedziałam: „O, nie. Tego już nie wytrzymam”. Już jako dziecko lubiłam czuć wolność we wszystkim, co robię. Mama, jak później mi tłumaczyła, zapisała mnie na balet tylko po to, bym wykształciła dobrą postawę, ładnie chodziła i miała lepsze panowanie nad ciałem. I muszę przyznać, że to akurat udało mi się osiągnąć.

Wrócę na moment do Lędzin. I do mojego pierwszego dnia w szkole. Pamiętam go dobrze, bo długo na niego czekałam. Ale też dlatego, że wtedy właśnie odkryłam jeden z cudownych smaków dzieciństwa. Świeża rzodkiewka i biały serek. Takie kanapki miała dziewczynka, z którą siedziałam w ławce. Pachniały i wyglądały tak smakowicie, że potem przez kilka dobrych tygodni życzyłam sobie taki właśnie zestaw na drugie śniadanie.

Ale pamiętam też taki obrazek: idę z moją przyszywaną babcią, która opiekowała się mną przez pewien okres i zawsze miała na sobie charakterystyczną śląską spódnicę, mijamy bramę szkoły, a ja płaczę i wyrywam się jej, bo tak bardzo chcę tam wejść. W Lędzinach większość moich kolegów i koleżanek była starsza ode mnie o rok, dlatego kiedy zaczęli chodzić na spotkania dla przyszłych pierwszoklasistów, które były organizowane pod koniec wakacji, naturalne dla mnie było, że będę chodzić razem z nimi. Oczywiście zawiadomiono moją mamę, a ponieważ nie mogła znieść tego, że tak to przeżywam, wymyśliła, że w jednym z budynków na osiedlu urządzi się świetlicę, coś na kształt dzisiejszych osiedlowych klubików. Siedziałam w niej bez przerwy, to tam zresztą poznałam pierwsze litery i cyfry.

Sądzę, że jako jedynaczka łaknęłam po prostu kontaktu z rówieśnikami, dlatego też bardzo lubiłam szkołę – to był dla mnie jeden wielki plac zabaw, lubiłam się też uczyć. Później, już w Katowicach, mieszkaliśmy w dużym bloku, ale w bardzo małym mieszkanku, klasycznym M3. Malutka kuchnia i dwa pokoje. Jeden był mój i w tym pokoju zawsze było pełno dzieci. To samo było w liceum w Warszawie – kolejnym mieście na mapie mojego dzieciństwa. Rodzice chętnie się na to godzili, bo wychodzili z założenia, że mądrzej pozwalać na to, bym spędzała czas w zasięgu ich wzroku, niż żebym znikała nie wiadomo gdzie i na jak długo. No i wszystko, co moje, było też moich przyjaciół. Wystarczyło, że coś się komuś spodobało, od razu z radością mu oddawałam.

Wakacje w Zakopanem. „Mam 5 lat i wypatruję z niecierpliwością kolegi. A on już czeka na ławeczce... (Fot. archiwum prywatne Grażyny Torbickiej)

Bardzo nie lubiłam być sama. To pewnie typowe dla jedynaków. Pamiętam, jak jeszcze w Lędzinach tata wrócił raz z szychty i spieszył się na mecz bokserski. Zajmowała się mną babcia, ale ja chciałam, by tata też został. To była zima, schowałam mu więc zimowe buty, żeby nie mógł wyjść z domu. Tata szukał ich gorączkowo, coraz bardziej zły, a ja nie chciałam powiedzieć, gdzie są. A że w tamtym mieszkaniu, gdy otworzyło się wszystkie drzwi, można było biegać w kółko, to tata zaczął mnie w końcu gonić, udając bardzo groźnego, a ja uciekałam. Kryjówkę zdradziłam dopiero wtedy, gdy mecz trwał i wiedziałam, że tata już nie pójdzie.

Zdarzało się też, że mama zabierała mnie na dyżury do telewizji. Strasznie się tam nudziłam. Mama robiła zapowiedź, potem puszczano program, a że wszystko było na żywo, to się siedziało i czekało, aż program się skończy i będzie kolejna zapowiedź. Zawsze kiedy szłam z mamą ulicą, a ona uśmiechała się do przechodniów, pytałam zdziwiona, czy ich wszystkich zna. Mówiła: „Nie, ale oni znają mnie. W końcu codziennie jestem w ich domach”.

Loska zwiastuje wygraną

Nasz blok w Katowicach mieścił się blisko Torkatu, na którym było wielkie lodowisko. Tata zabrał mnie tam, bo bardzo chciał, żebym jeździła na łyżwach figurowych. I rzeczywiście zaczęłam tam chodzić regularnie, tym bardziej że robiło tak dużo innych dzieci i był to czas pierwszych młodzieńczych fascynacji. Ale jazda figurowa to nie moja bajka. O wiele bardziej pociągało mnie coś, co było po drugiej stronie ulicy, a mianowicie korty tenisowe. Dość szybko znalazłam znajomych, również zafascynowanych tenisem; chodziliśmy tam, by ubłagać dozorcę – groźnie wyglądającego mężczyznę z hakiem w miejscu amputowanej ręki – by dał nam zużyte piłki tenisowe. Na początku oczywiście bardzo się go baliśmy, ale on nas od razu polubił i dawał nam nie tylko piłki, lecz także zużyte rakiety, dzięki czemu mogliśmy ćwiczyć przy jednej ze ścian. To był początek mojej wielkiej miłości do tenisa. Zresztą lubiłam praktycznie każdy sport: siatkówkę, koszykówkę, ale też jazdę na nartach wodnych, którą trenowałam dzięki temu, że znajomi rodziców mieli motorówkę na Zalewie Solińskim.

Tata wtedy był już poważnym działaczem sportowym, związanym z Górnikiem Zabrze, a potem z reprezentacją Kazimierza Górskiego. Rodzice przyjaźnili się z wieloma piłkarzami, na przykład ze Staszkiem Oślizłą i jego żoną Helą. Oślizłowie mieli dwie córki, bardzo się lubiłyśmy. Jeździliśmy razem na wakacje, na przykład pod namioty do Jugosławii, na półwysep Istria. Staszek, legendarny obrońca i kapitan Górnika, zawsze z numerem 3 na plecach, robił nam tam różne trampoliny, z których skakałyśmy do wody. Byłyśmy wniebowzięte.

Co zabawne, jakieś cztery lata temu wystąpiłam jako moja mama w filmie „Gwiazdy” Jana Kidawy-Błońskiego, opowiadającym o Janie Banasiu, innym znanym piłkarzu Górnika Zabrze. Śmieję się, że scena trwa dziesięć sekund i wszystko, co zostało nagrane na planie, weszło do filmu, czym może się poszczycić niewiele aktorek. Za to tata na wieść o tym, kogo zagram, skasował mnie jednym zdaniem: „Przecież mama była wtedy dużo młodsza”.

Było powszechnie wiadomo, że kiedy Loska zapowiada w telewizji jako spikerka mecz reprezentacji, to zawsze wygrywamy. Nic dziwnego, że mama była ulubienicą Kazimierza Górskiego i całego świata piłkarskiego. Gdyby teraz sobie o tym przypomniano, może to Euro skończyłoby się dla nas inaczej.

Z Teatru Telewizji do „Kocham kino”

Internet podaje, że zadebiutowałam przed kamerą w programie „Sportowa niedziela”, i to rzeczywiście jest prawda. Jak do tego doszło? Zadzwoniono do mojej mamy z pytaniem, czy syn, który jest podobno wielkim fanem piłki nożnej, nie chciałby wpaść na plan nowego programu, prowadzonego przez Włodka Szaranowicza, bo szukają nowych twarzy. Mama spokojnie odpowiedziała, że proszę bardzo, syn się pojawi. Akurat o reprezentacji Polski wiedziałam wszystko. To był cały dzień studia otwartego i myślę, że wypadłam całkiem dobrze. Rozmawialiśmy z różnymi sportowcami, poznałam na przykład Irenę Szewińską.

Byłam wtedy już studentką Wydziału Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej. Całe moje młodzieńcze życie, aż do trzeciej klasy liceum Batorego – bo mieszkaliśmy już wtedy w Warszawie, dokąd przeprowadziliśmy się, gdy miałam 14 lat – byłam przekonana, że pójdę na politechnikę. Wybierałam klasy o profilu matematyczno-fizycznym i bardzo chciałam być architektem. Aż któregoś dnia wpadła mi w ręce ulotka o naborze pierwszego rocznika na studia pomaturalne Wydziału Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej. A byłam wtedy zafascynowana teatrem.

Zaczęło się jeszcze w Katowicach, gdzie istniał świetnie funkcjonujący Teatr Śląski imienia Wyspiańskiego. Do tego wręcz pochłaniałam poniedziałkowy Teatr Telewizji, w którym grali najlepsi i najpopularniejsi polscy aktorzy. Proszę sobie wyobrazić moją radość, kiedy po przeprowadzce do Warszawy nagle mogłam zobaczyć na żywo tych, których tak kochałam. Pójść na przedstawienie, czuć ich oddech, widzieć ich na żywo. Kiedy dostałam więc do ręki ulotkę, wiedziałam, że to jest to.

Kino pojawiło się długo potem. Pracowałam już wtedy w telewizji, oczywiście w dziale Teatru Telewizji, i robiłam różnego rodzaju programy, związane choćby z Warszawskimi Spotkaniami Teatralnymi, a było ich bardzo dużo i było też dla nich miejsce w Telewizji Polskiej. Właśnie wtedy Program Drugi stał się kanałem poświęconym szeroko rozumianej kulturze. Każda sobota i niedziela to były otwarte studia i spotkania na żywo z gośćmi. Byłam w swoim żywiole. W pewnym momencie Ewa Banaszkiewicz, dziennikarka, która zajmowała się kinem i prowadziła program „Animals”, opowiadający o opiece nad porzuconymi psami, wpadła na pomysł, żeby robić nocne programy poświęcone troszeczkę trudniejszemu, artystycznemu kinu. I zaproponowała, żebym to ja je prowadziła. Zgodziłam się, bo czułam, że kino to jest przyszłość telewizji. Nie sądziłam, że program „Kocham kino” będzie emitowany przez przeszło 20 lat.

Pani architekt w taksówce

Właściwie nigdy nie chciałam być prezenterką, najbardziej interesowało mnie tworzenie programów. A trema przejawiała się u mnie wysokim, drżącym i słabym głosem. Musiałam się nauczyć go opanowywać. Najlepiej wychodziło mi to na scenie lub podczas wywiadu. Jak mam kontakt z widzem lub odbiorcą, od razu się rozluźniam. Najtrudniej było w odizolowanym, zimnym studiu, gdzie naprzeciwko mnie stała tylko kamera i czekałam w napięciu na czerwone światełko, które oznaczało, że jestem na wizji. Jak widzę teraz nagrania z moich początków, to dziwię się, że po kilku próbach mi nie podziękowano. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, byłam też zbyt grzeczna i ułożona. Ale takie były czasy. Do dziś pamiętam, jak raz włożyłam rękę do kieszeni i jak mnie za to zrugano.

Czy myślę czasem, jak by wyglądało moje życie, gdybym poszła na politechnikę? Jestem osobą, która nie jest w stanie zmusić się do czegoś, czego nie lubi i nie chce. Myślę, że jako architekt też byłabym zadowolona z życia, jeśli oczywiście okazałoby się, że się do tego nadaję. Zresztą kiedyś podczas festiwalu w Berlinie przedstawiłam się taksówkarzowi jako pani architekt. Opowiadałam, że przyjechałam tu na konferencję, ale najpierw chcę wstąpić do hotelu. Uwielbiam takie sytuacje. W Polsce przeważnie nie mam ani szansy, ani okazji na takie eksperymenty, ale za granicą, gdzie nikt mnie nie zna, jest cudownie łatwo wcielić się w kogoś innego. Polecam wszystkim. Naprawdę. Nie chodzi mi o oszukiwanie, tylko o zabawę i życie chwilą. Przypuśćmy, że jedziesz taksówką tak jak ja albo poznajesz kogoś przypadkiem i wiesz, że prawdopodobnie już się nigdy nie zobaczycie – pomyśl o tym, kim zawsze chciałaś być. Architektem, aktorką, a może sportowcem? Pobaw się tym. Taka próba innego życia potrafi być bardzo wyzwalająca.

Grażyna Torbicka rocznik 1959. Filmolożka, kinofilka, dziennikarka filmowa i krytyczka. Dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym i Janowcu. Żona kardiologa Adama Torbickiego.

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy dyrekcji i pracownikom Łazienek Królewskich w Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze