1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Agata Kulesza: "Dostaję w kość, wyciągam wnioski i idę"

Agata Kulesza: "Dostaję w kość, wyciągam wnioski i idę"

Agata Kulesza: "Wolność to czyste sumienie. Patrzę w lustro bez zażenowania. Zaczęłam odzyskiwać spokój, ciągle zdarza się jeszcze, że go nie mam. Jestem rozwibrowana. Pracuję nad tym". (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Agata Kulesza - aktorka totalna. Nawet grając małą rolę, zbliża się do widza tak bardzo, że ten nie przestaje o niej myśleć. Ostatnio Agata Kulesza wystąpiła w serialu TVN „Skazana” i nowym filmie Wojciecha Smarzowskiego „Wesele”. To jest jej czas. Właśnie świętuje 50. urodziny i zaczyna życie na nowo.

„Skazana” jest o próbie przetrwania w ekstremalnych warunkach. Jak się z tym mierzyłaś?
Gram sędzię, która została niesłusznie oskarżona o morderstwo i trafia do więzienia dla kobiet z wysokimi wyrokami. A tu na nią polują. Spotyka osobę, którą sama kiedyś skazała. Musi się nauczyć nowych praw. Scenariusz opiera się na książce Ewy Ornackiej „Skazane na potępienie”. Mieliśmy konsultacje z jej bohaterką, Beatą Krygier. W tym samym czasie, w więzieniu w Grudziądzu, odsiadywały wyroki również siostra Bernadetta i matka Madzi z Sosnowca. Pani Beata mówiła, że głównie płakała. Ale udało jej się zaprzyjaźnić z niektórymi dziewczynami. Kiedy jedna z osadzonych chciała ją pobić, druga stanęła w jej obronie. Pani Beata zapytała ją: „Dlaczego mi pomogłaś?”. „Bo jesteś z innego świata. Jesteś inna niż my”. Przychodziłam na plan, przebierałam się w bardzo nieefektowny uniform, a po chwili wszyscy mnie wyzywali, napadali na mnie albo mnie dusili. Spędzałam tak po 12 godzin. Żartowałam, że będę musiała iść na terapię. Grając, zastanawiałam się, czym jest powrót do wolności po długim pobycie w więzieniu. Czy jest przed nią lęk? Beata Krygier siedziała dwa lata i cztery miesiące. To jak wyobrazić sobie wyrok 25 lat? Mama Tomka Komendy mówiła, że kiedy wyszedł z więzienia, pytał o wszystko – czy może się napić, pójść do toalety.

Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Dedykowałaś jej Orła, którego dostałaś za tę rolę.
Ta nagroda bardzo mnie cieszy, to jasne. Ale zagrałam jakiś wycinek tego, co przeżyła mama Tomka. Była na każdym widzeniu. Zapytałam, czy miała choć moment wątpliwości w jego niewinność. „Nie, nigdy” – powiedziała. Pojawiali się na planie. Mówiliśmy: „rodzina będzie”, to znaczy Tomek, bracia, Teresa z mężem. Spotkanie z Tomkiem i Teresą było ciosem. Kiedy spojrzałyśmy sobie w oczy i spojrzeliśmy sobie w oczy z Tomkiem, zrozumiałam więcej niż z komentarza w „Uwadze!” TVN czy reportażu w gazecie. Rozmawialiśmy z nimi, a potem chodziliśmy w kąt ocierać łzy. Z tej niezgody na to, co się stało. Z ich krzywdy. System ich zdewastował. Ale Teresa podjęła walkę.

Jak to jest grać „silne ofiary”?
Każdy ma jakąś energię w kamerze. We mnie kamera widzi smutek, ale i siłę. Że ktoś tę postać skrzywdził, a mimo to nie przestaje walczyć o przetrwanie, poukładanie życia na nowo.

Kiedy zagrałaś Różę w filmie Wojciecha Smarzowskiego, mówiłaś, że wychodziłaś na plan z absolutnym poczuciem jej piękna.
Róża jest jak trofeum, do zdobycia. Czułam w niej światło. Pierwszego dnia obcięłam włosy, bo miałam pewność, że Róża nie chce być kobietą. Zauważenie w niej kobiecości kończyło się gwałtem. Jej kobiecość była udręką, a ona chciała uniknąć krzywd. I nagle pojawił się piękny Tadeusz, w którym się zakochała, a zakochana kobieta jest najpiękniejsza. Poczucie piękna dawało jej momenty bezpieczeństwa. Jest scena, kiedy siedzimy na ławce, rozmawiamy o zwyczajach mazurskich i przechodzi piesek. Nagle w tym okrucieństwie jakiś oddech, może wielka nadzieja?

Mówisz o rozumieniu postaci, nie o obronie?
Aktor nie ma bronić, ma zrozumieć. Wanda z „Idy” była bystra, inteligentna, ale bardzo szybko wychodziło z niej zło. Niektórzy mówią: „Bo straciła dziecko”. Nie. Ona straciła wiarę w ideę, a to zupełnie co innego. Pierwsza moja scena z Idą – otwieram drzwi i mówię do niej: „Wiem, kim jesteś”. Od tego momentu Wanda już wie, że będzie musiała się zabić.

Nie lubisz epatować emocjami?
Widz wie, co moja postać czuje. Mogę być bardzo zimna, wyjść za drzwi, ale jeśli dobrze widza prowadzę, to wie, że za nimi płaczę. Lubię powściągliwość w graniu.

Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Pochodzisz ze Szczecina, miasta o skomplikowanej przeszłości. Słyszałaś pewnie wiele takich historii, jakie spotkały Różę. Nasiąkałaś nimi?
Kiedy dziadkowie Kulesza, rodzice mojego ojca, przyjechali do Szczecina spod Augustowa, spotkali kobietę, która zapytała: „Czy państwo już mają mieszkanie?”. „Nie, jeszcze nie”. „A czybyście ze mną zamieszkali, bo ja się boję?”. I przez jakiś czas z nią mieszkali. Co się tam musiało dziać po wojnie? Dziadek długo „nazywał się” Zaleski, prawdziwe nazwisko ujawnił dopiero przy ostatniej amnestii. Prawdopodobnie był w AK. Nie opowiadał o wojnie, zaledwie fragmenty – o odbijaniu kolegi ze szpitala, o Niemcu, który mu życie uratował. Kiedy bili jego matkę i siostrę, nawet pies nie zareagował schowany pod łóżkiem. Dziadek wyskoczył przez okno prosto na tego Niemca. Ten tylko głową machnął, żeby uciekał. Dziadek nienawidził Sowietów. Tyle. A rodzina mojej mamy? Pradziadek był Niemcem, prababcia Polką. Mieszkali w Gdyni. Kiedy rozpoczęła się wojna, pradziadek wyemigrował do Niemiec, był za stary, żeby walczyć. Prababcia została. W latach 70. moja babcia, która była dwujęzyczna, wyemigrowała do Niemiec, do swojego ojca. Kiedy grałam Różę, czytałam dużo lokalnych wspomnień, pamiętam książkę „Za mało na Polaka, za mało na Niemca” Joanny Wańkowskiej-Sobiesiak. Miałam to w głowie – zwischen, to znaczy pomiędzy. Moja babcia była zwischen. I Róża była. Ani Polka, ani Niemka. Gdybym zapytała moją babcię, czy jest Polką, czy Niemką, chyba nie potrafiłaby odpowiedzieć.

To jest klucz do tych ról?
Szukanie tego pomiędzy? I tak opowiadam je zawsze przez siebie.

W najnowszym filmie Wojciecha Smarzowskiego „Wesele”, którego premiera jest zapowiedziana na 8 października, grasz żonę głównego bohatera [Robert Więckiewicz]. I chociaż nie jest powiedziane wprost, że jest ona ofiarą przemocy, widz ma omal pewność. Stać ją na zagranie uśmiechu tylko wtedy, kiedy wychodzi do ludzi.
Cały czas próbuje trzymać fasadę, choć w środku aż pulsuje od nieszczęścia i niemocy. Jest wesele ich córki, a Elżbieta w końcu dojrzewa do tego, by zmienić swoje życie. Czy jest ofiarą przemocy psychicznej? Myślę, że to były lata przemocy w białych rękawiczkach.

Nie umie otworzyć się nawet na rodzinę?
W ogóle jest zamknięta. Od początku widziałam ją jako introwertyczkę. Nie tylko rodziny nie dopuszcza do swoich emocji, siebie samej też. Ale już nie ma wyjścia, musi się skonfrontować. Pierwszy raz próbuje samodzielnie podjąć decyzję, niepchana do tego przez innych. Wie, że nikt za nią tego nie zrobi.

Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Kiedy patrzy mężowi w oczy, wiem, że już się nie wycofa.
Nie mam takiej pewności. Próbowaliśmy z Robertem Więckiewiczem, który jest wspaniałym partnerem do grania, bardzo koleżeńskim, różne wersje scen. Pracowałam w wielkim zaufaniu do Wojtka, czasem proponując coś od siebie. Uwielbiam z nim pracować, bo jest artystą, fachowcem, a przy tym bardzo porządnym człowiekiem. Uwielbiam jego intelekt, poczucie humoru, delikatność i czułość do aktora. Gdybym chciała bardziej tę postać przycisnąć, to pewnie bym o coś walczyła, ale rozumiem, że jest jedną z kredek kolorujących cały ten pejzaż, że nie mogę ciągnąć wszystkiego w swoją stronę.

Grasz w jakiejś sprawie?
Ważny jest dla mnie świat mojej postaci, jej problemy. Wiem, jak ta Ela myślała, co myślała, skąd te jej „zawieszenia”. Bardzo się stara, żeby było dobrze, a ciągle jest nieszczęśliwa. Rozumiem ją, jej motywację i położenie. Chce uciec, a zarazem wolałaby to wyprzeć. Podejmuje próbę, bo coś musi wybrać.

Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Zawsze jest krok do przodu?
W takiej sytuacji już tylko można skoczyć. Albo pozostać w nieszczęściu.

A w niej, jak w Róży, widziałaś światło?
Raczej mrok. Raczej pęd do światła, ale po omacku.

Jakie są kobiety w twojej rodzinie?
Jesteśmy różne. Mama bardzo kocha nas wszystkich, więc idziemy do niej, kiedy coś się dzieje. To świadczy o jej sile. Nigdy nic nie narzuca, umie słuchać. Niemiecka babcia, Eleonora, to taka dama – czekoladki, zrobione paznokcie. A babcia Stasia była od robienia najlepszych pączków, szycia sukienek, spania u niej. Zawsze mówiła: „Może, dziewczynki, zostańcie u mnie na noc, pogadamy o starych Polakach”. „Babcia, pogadamy o starych Polakach?” – taka fraza była. Moja siostra próbowała wyciągnąć od niej przepis na te pączki, bo to się nikomu nie udało. „No, bierzesz mąkę”. „Ile, babciu?”. „Nie wiem, tak na oko, garstkę”. To wszystko silne kobiety, dużo kobiet. Dziadek miał wprawdzie czterech synów, ale każdy z nich miał dwie córki. Tylko najmłodszemu udało się mieć trzecie dziecko i to jest chłopak. Było nas osiem Kuleszanek. Moja siostra jest silna, moja córka też. Chyba nie boimy się być silne.

Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Siła to dobry temat. Jesteś na swoim miejscu?
Jestem, gdzie jestem. Pewnie, że chciałabym łatwiejszych sytuacji w swoim życiu. Ale z drugiej strony – to te trudne mnie rozwinęły. Dostaję w kość, wyciągam wnioski i idę.

Przeszłaś najtrudniejsze?
Ktoś może powiedzieć: „Chyba już wyczerpałaś limit”. Obawiam się, że nie ma limitu. Tak więc po moich prywatnych przejściach mam większą czujność, niestety, też utratę zaufania. Wolałabym wrócić do beztroski. Tymczasem mam w głowie, że coś jeszcze może się wydarzyć.

Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Umiesz być szczęśliwa?
Profesor Kołakowski pisał, że szczęśliwe to może być sześcio­letnie dziecko, które je dobre jabłko. Wolę jego powiedzenie: „Jestem zadowolony”. Też lubię być zadowolona i często bywam.

Wolna?
Tak, tak, tak! Wolność to czyste sumienie. Patrzę w lustro bez zażenowania. Jestem znerwicowana, czasami smutna, ale mam czyste sumienie. Zaczynam życie na nowo. Chodzę z przyjaciółmi do restauracji, wczoraj oglądaliśmy mecz, darłam się tak, że dziś mam problem z mówieniem. Ekstra, żyjemy jak studenci, można się spotkać, pośmiać, wrócić później, jeszcze przejść przez bary, jeszcze pójść nad Wisłę. To druga młodość. Moje dziecko już jest dorosłe, mogę robić, co chcę. Zaczęłam odzyskiwać spokój, ciągle jeszcze zdarza się, że go nie mam, jestem rozwibrowana. Pracuję nad tym. Kiedy moja mama miała pięćdziesiąt parę lat, napisała do mnie list: „Nareszcie zaczęłam odpoczywać. Jak sobie pomyślę, ile łez wylałam na niepotrzebne sytuacje…”. Mam nadzieję, że też za chwilę powiem: „Ale fajnie!”. Śmiałyśmy się kiedyś z Agnieszką Suchorą, że w książkach zapisywało się taki stan za pomocą trzech liter: „phi”. Chciałabym mieć to „phi”, kiedy ktoś próbuje mnie dotknąć.

Twoja córka to ma?
Jest czystą energią, ciągle w ruchu. Jest bardzo otwarta, ale ma pełną świadomość swoich emocji. Wie, czego potrzebuje. To odważna kobieta. Ciekawa świata, więc trzymam za nią kciuki, bo ja w jej wieku taka nie byłam. Kiedy miała 21 lat, wzięła torbę i pojechała do Kostaryki, do dżungli, do ośrodka dla dzikich zwierząt. Byłam przerażona. Samolot, jakiś hostel, autobus, później ktoś z dżungli przyjeżdża, gdzieś ją zabiera. Myślę, że to wspaniałe, że się nie boi, i pilnuję się, aby jej nie sprzedawać swoich lęków.

Umie dać ci wsparcie?
Och, totalnie. Był taki moment, kiedy niestety zamieniłyśmy się rolami. Nagle musiała się mną zaopiekować. Ale teraz znów jestem jej mamą, a ona moją córką.

Agnieszka Suchora, Kasia Nosowska to twoja grupa wsparcia?
Świat się przebiegunowuje. Nastały czasy samotnego człowieka. Jest dużo nieszczęścia, depresji, tylu zagubionych ludzi na lekach. Dobrze jest mieć swoją grupę. Mnie pomogli przyjaciele. Również rodzina. To bardzo ważne, żeby mieć bezpieczną przestrzeń, bez oceniania. My tak żyjemy, właściwie codziennie do siebie dzwonimy, to jest super, że możemy sobie płakać, i ta druga, chociażby się już nudziła, bo jest mielenie tematu, i tak wysłucha. Z Suchorą czy Kaśką tworzymy rodzinę z wyboru. Ale siostra to jest Magda. Jesteśmy w bardzo dobrej relacji. Mnie się w ogóle podoba bycie z ludźmi, nie wizyty. Możemy rozwiązać razem bezsensowną krzyżówkę, coś ugotować albo zamówić. Ktoś do mnie przychodzi i idzie spać. Proszę bardzo. Nie ma przymusu prowadzenia rozmowy.

Co zrobiłaś, kiedy dowiedziałaś się o śmierci Krzysztofa Kowalewskiego?
Spakowałam rzeczy i pojechałam do Suchory, natychmiast u niej byłam i zostałam tydzień. Krzysiek również dla mnie był wyjątkowym człowiekiem. Jeździliśmy razem na wakacje. Ona taka śmieszna, mała, żywe srebro, w ogóle nie można za nią nadążyć, i ten niedźwiedź z tyłu: „Kobieto, kobieto – zawsze ją tak tonował – kobieto!”. Mówił, że zazdrości nam naszej relacji, że nie miał takiego przyjaciela. Kiedyś przez miesiąc u nich mieszkałam. Krzysiek snuł przepiękne gawędy: o swojej rodzinie, o mamie, o wojnie. Pamiętam ostatnie spotkanie. Mówię do Agnieszki: „Zrobię Krzyśkowi kotlety mielone” – bo lubił, a ja robię dobre. Wcześniej strofowała: „Jezu, nie smaż, on nie może smażonego”. Bardzo dbała o jego dietę. Teraz pozwoliła. Siedzieliśmy przy stole, przy tych kotletach, mówię: „Krzysiek, jakoś ta starość jest słabo wymyślona, co?”. Spojrzał na mnie tymi swoimi wodnymi oczami: „Chujowo, chujowo”. Trzy dni później zmarł. To wielka strata dla nas wszystkich, ale dla Agnieszki niewyobrażalna. Obserwuję, z jaką godnością przechodzi przez żałobę, jaki ma dostęp do swoich emocji. Daje sobie przyzwolenie na tęsknotę. Byli wspaniałą parą.

A co znaczy, że od pięćdziesiątki będziesz wiedźmą?
Powiedziałyśmy sobie z Kaśką, że będziemy wiedźmami, od wiedzy, bo już będziemy wiedzące, po prostu. Znamy się 47 lat. Kaśka mówi, że dłużej ode mnie zna tylko swoich rodziców. Nawet mamy wspólny język, trenowany od dzieciństwa. Dzwoni: „Obraziłaś się?”. Chociaż wiadomo, że ja się nigdy nie obrażam. „Ja?!”. „Bo nie dzwonisz”. Albo: „Ty mnie nigdy nie zapraszasz”. Mówię: „Słuchaj, ja cię zawsze zapraszam, tylko ty często nie przychodzisz, nawet jak się umawiasz”. „Nie, zmieniłam się”. Albo: „Dlaczego ty mi nie powiedziałaś, że jedziesz do Krakowa po jakiegoś Orła? A jak ci się coś źle przyśni, to od razu rano dzwonisz”. To głęboka relacja.

Jesteście tamtymi dziewczynami ze Szczecina?
O, tak. Czasami nawet dziewczynkami.

Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Co powiedziałabyś tej Agacie z głową pełną marzeń, która zdaje do szkoły teatralnej?
Że zagra dużo więcej, niż sobie wyobraża. Miałam naprawdę szczęście, bo całe życie wykonywałam ten zawód, ale sukces przyszedł późno. Nie wiem, czy umiałabym go unieść, gdyby mi się przydarzył, gdy miałam 22 lata. Po „Idzie” musiałam poukładać nagłą popularność – to, że stałam się pewną pozycją. Ciągle ktoś mi wmawiał, że jestem wyjątkowa. Byłam już 40-letnią kobietą, odpowiadałam: „Jest mi bardzo miło, ale swoje wiem”. Czasem porażka jest łatwiejsza do przejścia. Trzeba znaleźć odwagę, żeby wyłączyć telefon i zamknąć drzwi. Najgorzej umościć się w ułudzie. Ten zawód jest wspaniały, kiedy miłość jest wzajemna. My teraz jesteśmy w bardzo dobrym związku z moim zawodem. Kochamy się. Ale długo trwało, zanim w ogóle go w sobie rozkochałam. Ciężko pracowałam, żeby nagle powiedział: „Ej, a może?”.

Powiedziałabyś tej młodej: „Nie bój się”?
Powiedziałabym coś, co zrozumiałam późno – że ma pełne prawo iść za sobą, zaufać swojej intuicji i wrażliwości. Źle zrozumiałam lekcję pokory. Wszyscy powtarzali, że starszy aktor ma rację. Nie, bo trzeba opowiadać o świecie przez siebie. Trzeba mieć odwagę, żeby być aktorem.

Agata Kulesza aktorka. Zagrała między innymi w filmach: „Moje pieczone kurczaki”, „Sala samobójców” i „Sala samobójców. Hejter”, „Róża”, „Drogówka”, „Ida”, „Moje córki krowy”, „Zimna wojna”, „Zabawa, zabawa”, „Magnezja”, „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”, „Śniegu już nigdy nie będzie”, „Wesele” (2021). Laureatka wielu nagród: Orłów, Orła Stulecia „Rzeczpospolitej”, Nagrody Krytyków Filmowych Los Angeles; uhonorowana na festiwalach w Gdyni, Gijón, Durrës, Zadarze.
Była związana z Teatrem Dramatycznym, jest aktorką Teatru Ateneum.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze