1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Halina Mlynkova: „Chcę stabilizacji, przewidywalności, spokoju – to jest dla mnie synonim luksusu”

Halina Mlynkova: „Chcę stabilizacji, przewidywalności, spokoju – to jest dla mnie synonim luksusu”

Halina Mlynkova (Fot. Ula Kóska)
Kiedy dorastałam, wyfruwałam z domu, widziałam w oczach moich rodziców gigantyczny strach o mnie. Pamiętam, że wtedy myślałam sobie: „Matko, co jest z tym życiem, co takiego musi się w nim dziać, że oni się tak o mnie boją?!”. Dziś już mnie nie dziwi ani strach rodziców, ani treść książek. Nie spodziewałam się tego, jak życie może się potoczyć. Naprawdę. W każdym razie dziś już wiem… – mówi Halina Mlynkova.

Przynajmniej kilka razy zmuszona byłaś, aby zaczynać wszystko od nowa. Rozpadały się twoje związki, w tym dwa małżeństwa. Czy był taki moment w twoim życiu, kiedy pomyślałaś: „Tym razem już nie dam rady się poskładać”?
Nie, nigdy. Nigdy nie miałam takiego poczucia, że nie dam rady. Myślałam raczej: „Matko, co ja znowu zrobiłam!”. Chodzi o to, że własnymi decyzjami, niejako na własną prośbę, ufając i wierząc w ludzi, spowodowałam, że znalazłam się w miejscu, w którym nie chcę być.

Mówisz o zaufaniu, a może to naiwność?
Ostatecznie chyba naiwność rzeczywiście, ale do takich wniosków dochodzi się niestety po fakcie, a czasem po kilku faktach… Uświadamiamy to sobie dopiero w momencie, kiedy zaczynamy trzeźwo patrzeć, przytomnie oceniać sytuację. Widzieć to, co dostrzegali ci, którzy ostrzegali… A wcześniej, właściwie za każdym razem, była we mnie wiara, ogromna chęć stworzenie czegoś ważnego, trwałego. Ufałam, że moje decyzje są słuszne.

Jestem wojownikiem z natury, zawsze taka byłam, kryzysy wyzwalają we mnie pokłady energii, kiedy granica zostaje przekroczona, włącza się we mnie przycisk „dopalacz”, jestem w stanie zrobić o wiele więcej niż wtedy, kiedy wszystko jest OK. Potrafię odbić się od dna. Ale najpierw muszę się na nim znaleźć. Mam, niestety, bardzo daleko przesuniętą tę granicę „ostateczność”.

A w jaki sposób u ciebie objawia się ten punkt krytyczny, jak go rozpoznajesz? U kobiet dość często pojawiają się na przykład objawy psychosomatyczne – nie „czytamy” emocji, dopiero sygnały płynące z ciała zaczynają nas budzić.
Mnie one też nie budziły, to znaczy: kiedy ciało dawało sygnały, ja nadal byłam ślepa. Dlatego wspomniałam o tej mojej niezdrowo przesuniętej granicy wytrzymałości. Nie słuchałam ciała, zawsze znalazłam jakieś „racjonalne” powody złego samopoczucia – a to za dużo cukru, a może za mało snu, a może przemęczenie itd. Nie rozumiałam, że ciało podpowiada mi, że idę złą drogą, że daję siebie krzywdzić.

Skoro na sygnały ciała jesteś nieczuła, to co jest dla ciebie tym detektorem niebezpieczeństwa?
Powiem tak: trzeba naprawdę przesadzić, żebym ja powiedziała „dość”. Mam w sobie za dużo tolerancji… Żebym zrobiła konkretne cięcie, żebym odeszła, trzeba mnie długo „okładać”, muszę dostać wiele „ciosów”. Wcześniej wielokrotnie ostrzegam, bo żaden człowiek nie może być czyjąś zabawką – ani w pracy, ani w domu. Ale nie umiem ci dokładnie określić tego momentu. Przez jakiś czas stoję pod ścianą i walę w nią głową, aż przychodzi myśl, że więcej już w nią nie uderzę i koniec. To się dzieje jakby samo, poza mną. Ale wtedy nie ma już odwrotu, nie ma argumentu ani gestu, który by mnie odwiódł od decyzji. Idę za tym uczuciem bez wahania. I powiem, że nigdy, ale to nigdy nie żałowałam radykalnego cięcia, którego dokonałam. A było takich momentów w moim życiu zawodowym i prywatnym kilka.

To było od razu poczucie ulgi, uwolnienie?
Nie, raczej ogromne zmęczenie, ale jednocześnie ten wspomniany przypływ siły – to paradoks. Zresztą niejedyny w moim przypadku, bo kiedy innym, zaraz po podjęciu decyzji, zdarza się powiedzieć właśnie „Nie dam rady”, ja działam jak na dopalaczu, wszyscy się u mnie wtedy w głowie i w sercu zjeżdżają: strażacy, policja, pogotowie. Praca rekonstrukcyjna idzie pełną parą. Ale kiedy już poukładam się na nowo i poczuję grunt pod nogami, kiedy już jest dobrze, zaczynam myśleć: „Boże, ale czy ja dam radę utrzymać się dalej na powierzchni?”. Zbudowanie siebie na nowo nie wystarczy, to jeszcze musi trwać. I to jest dla mnie wyzwanie – nie wypłynięcie na powierzchnię, ale utrzymanie się na niej z uśmiechem i pozytywnym nastawieniem. W głowie dudni wiele wątpliwości. Szczególnie w nocy, kiedy demony są najsilniejsze, te myśli męczą. Wiem, że nie wolno ich słuchać, nie wolno im się poddawać.

Jestem wdzięczna genom, losowi za moją konstrukcję psychiczną, za to, że te moje demony budzą mnie w nocy już po fakcie, po tym, jak się pozbieram, bo wyobrażam sobie, jak ciężkie musi być podjęcie decyzji o ucieczce, kiedy wszystko w nas krzyczy: „Nie dam rady”. To musi być ultratrudne.

Niektórzy z nas mają swój własny licznik „do ilu razy sztuka”. Przysłowie mówi, że do trzech. Jak jest u ciebie? Powiedziałaś jakiś czas temu, że składasz swoje życie po raz enty…
Tak jest, niestety. I muszę powiedzieć, że jestem potwornie zmęczona sobą i swoimi relacjami prywatnymi. Szczerze. Jestem zmęczona zmianami i tym, co czytam na swój temat. Tego mam dość. Marzę o tym, żeby moje życie prywatne było stabilne. Nie chcę złotych gór – chcę stabilizacji, przewidywalności, spokoju. To jest dla mnie synonim luksusu.

Chciałabym skupić się na wychowywaniu dzieci, na tworzeniu muzyki, do tego potrzebuję emocjonalnej, życiowej stabilizacji. Chciałabym kolekcjonować w albumie i sercu fajne wspomnienia, które wymagają długoletności, przewlekłości, braku radykalnych cięć. Bardzo bym chciała, żeby to, co działo się w moim życiu dotąd – ta konieczność pakowania manatków i układania ich w nowych okolicznościach – skończyło się wreszcie.

Kiedy dorastałam, wyfruwałam z domu, widziałam w oczach moich rodziców gigantyczny strach o mnie. Pamiętam, że wtedy myślałam sobie: „Matko, co jest z tym życiem, co takiego musi się w nim dziać, że oni się tak o mnie boją?!”. Potem naczytałam się trochę biograficznych książek i znowu myślałam: „Co jest z tymi ludźmi nie tak, że mają w życiu tak ciężko?!”.

Dziś już mnie nie dziwi ani strach rodziców, ani treść książek. Nie spodziewałam się tego, jak życie może się potoczyć. Naprawdę. To pewnie znowu świadczy o mojej naiwności. W każdym razie dziś już wiem…

Mówisz, że jesteś zmęczona zmianami, ale kilka razy dałaś radę wszystko poskładać od nowa. Wiele kobiet jest w podobnej sytuacji – zastanawiają się skąd wziąć siłę na walkę. Skąd ty ją bierzesz?
Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia. Myślę, że się z nią urodziłam, to żadna moja zasługa. Na pewno siłą napędową był zawsze mój syn, dziś już mogę powiedzieć – moje dzieci. Poczucie odpowiedzialności za to, żeby dziecko czuło się bezpieczne, zawsze było dla mnie arcyważne, najważniejsze. Pamiętam, jak kiedyś pojechałam z moją mamą na zakupy do Ostrawy. To było dla mnie duże miasto, wychowywałam się w maleńkiej miejscowości wśród gór, drzew, znałam tam każdy zakątek. Ostrawa to był wielki, nieznany świat. Poszłyśmy wtedy na zakupy, a ja czułam, że moja mama nie czuje się tam komfortowo. Nie wiem, z czego to wynikało. Po latach z nią o tym rozmawiałam, zaprzeczyła, ale ja dokładnie pamiętam tę jej niepewność. A co za tym idzie – swój brak poczucia bezpieczeństwa. To jest obraz, który mam w głowie do dziś, choć wydarzyło się to kilkadziesiąt lat temu. Za każdym razem, kiedy moje życie się sypie, mam z tyłu głowy myśl, że nie mogę okazać swojej niepewności mojemu dziecku. Mam nadzieję, że mi się to udaje. Zresztą ostatnio mój dorosły już syn powiedział, że kiedy sytuacja jest trudna, kiedy trzeba walczyć, mama jest jak lwica.

Bycie lwicą kosztuje, to się gdzieś w nas odkłada…
I tego się boję, wiesz… Boję się tego, czym za jakiś czas może skończyć się moje wielokrotne stawianie do boju. Moja mama dwa lata po śmierci taty ciężko zachorowała. Już wydawało się, że jest lepiej, że stanęła na nogi, a wtedy choroba wyszła, uderzyła. Na szczęście jest w porządku, wyzdrowiała, ale wiem jak jest – ciało wszystko zbiera, jak nie ma „czyszczenia”, prędzej czy później coś nas dopadnie.

Masz, miałaś swój wentyl?
Kiedyś uratowała mnie joga. Oddałam się temu. Praktykowanie jogi stało się sposobem na pozbywanie się negatywnej energii. Było takie jedno ćwiczenie, w którym wisi się na drabinkach, trzymając się tylko rękami. To jest wbrew pozorom trudne, ludzie dosyć szybko z tych drabinek spadają. Pamiętam, że ja wisiałam i wisiałam. Wpadałam w trans. Inni już dawno robili inną pozycję, a ja się orientowałam, że nadal tam wiszę. Nie czułam fizycznego bólu i zmęczenia – czułam, że uchodzą złość i ból psychiczny, że to mnie właśnie oczyszcza. Zawsze obawiałam się załamania zdrowotnego. I znalezienie takiego ujścia dla trudnych emocji polecam każdej kobiecie, która musi stanąć do walki – czy to pierwszej, czy kolejnej.

Mówisz, że miałaś zawsze niebezpiecznie daleko przesuniętą granicę wytrzymałości. Czy to jest coś, nad czym dziś pracujesz, bo zbyt wiele razy zostałaś nadużyta?
Tak! Uczę się nie dostosowywać do nikogo – zawsze i w każdej sytuacji. Ale też bardzo bym nie chciała, żeby moi dziś bliscy cierpieli na tym, że mam za sobą trudne doświadczenia. Wychodzę z założenia, że jeżeli w coś wchodzę, daję komuś, czemuś szansę, należy się temu nowemu rozdaniu ode mnie czysta karta. Staram się nie zamykać, nie odwoływać wciąż do przeszłości, nie karać ludzi za przewinienia innych.

Brzmi pięknie, ale w praktyce jest bardzo trudne, szczególnie kiedy dostało się wiele ciosów…
Jasne, bardzo ciężko jest nie dać dojść do głosu swoim złym doświadczeniom, zresztą łapię się na tym, że to robię, ale wiem też, że to może przekreślić moją szansę na happy end oraz że jest to nie fair wobec drugiego człowieka. Jakkolwiek nudno i banalnie to brzmi, trzeba nad sobą pracować. Nie chcę skończyć jako zgorzkniała, sfrustrowana kobieta.

Ale z pewnością nie chcesz też znowu dać się zranić, oszukać…
Nie chcę! Ale czy jest na to recepta? Nie wiem, ja jej nie znam. Wciąż szukam optymalnego rozwiązania. Nie nastawiam się do życia, do człowieka „na nie”, ale też nie bagatelizuję już sygnałów, które źle wróżą. Na to jestem bardzo wyczulona. Kiedy coś mi tylko zaczyna czymś pachnieć, nie idę w to dalej. Bo uczciwie analizując swoją przeszłość, muszę przyznać, że te sygnały zawsze były, tylko ja je ignorowałam. Dziś już nie ignoruję, wymazałam ze swojego wewnętrznego słownika zdania typu: „Może mi się wydaje” itd. Dziękuję, nie idę w taką sytuację ani kroku dalej.

Do teledysku piosenki „Zanim stracisz” zebrałaś kobiety, które dostały od życia, od partnerów mocno w kość. Usłyszałaś ich historie. Czy jest w nich coś powtarzalnego?
Absolutnie tak. Mam wręcz wrażenie, że jest pewien określony model kobiety, która wybiera mężczyzn z tendencją do używania przemocy, każdej – fizycznej, psychicznej, ekonomicznej. Ona ich wybiera, oni także ją wyczuwają.
Wszystkie kobiety, które poznałam podczas tego projektu, mają wspólny mianownik – zaufały. Kochały, a ta miłość sprawiła, że zbyt długo wierzyły: on się zmieni. Tak bardzo chciały być kochane, chciały mieć rodzinę, dom, że pozwoliły się ranić. Dużą rolę w tych historiach odgrywa też wstyd. Ciężko powiedzieć wszystkim dookoła, że za zamkniętymi drzwiami nie jest tak różowo. Historia tego teledysku nie zamknęła się wraz z jego ukończeniem. Z częścią tych kobiet mam kontakt do dziś, do dziś też piszą do mnie kolejne kobiety, które doświadczają przemocy. Staram się, na tyle, na ile mogę, motywować je do odejścia od człowieka, który je krzywdzi. Ale wiem też, że moja sytuacja była i jest inna niż sytuacja większości z nich – mam to szczęście, że jestem niezależna finansowo, mogłam odejść. A one często zwyczajnie nie mogą sobie na to pozwolić, bo nie mają z czym i dokąd pójść. Takim najgorszym schematem jest ten wariant domowego piekła, w którym krzywdzone są dzieci, bo my kobiety, chyba z natury, jesteśmy w stanie znieść wiele, ale słabo radzimy sobie, na szczęście, z sytuacją, w której krzywdzone są nasze dzieci.

Bardzo ważnym elementem, gigantycznym wsparciem jest to, kiedy murem stoją za tobą bliskie ci kobiety. Znam historię, kiedy matka powiedziała do córki: „Co ty zrobiłaś, dlaczego od niego odeszłaś? Chyba oszalałaś!”. Córka powiedziała wtedy: „Mamo, on mnie bił”, a w odpowiedzi usłyszała: „Widocznie zasłużyłaś”. Dopóki będziemy miały takie „wsparcie”, dopóki będziemy w taki sposób myśleć, nigdy nie poradzimy sobie z przemocą, będą kolejne i kolejne dramaty. Poczucie samotności każe ci wierzyć w to, co często słyszałaś od niego latami: „Do niczego się nie nadajesz”, „Beze mnie jesteś nikim” . Skąd w takiej sytuacji czerpać wiarę w to, że dasz radę poukładać życie na nowo?

A wstyd, o którym wspomniałaś? Tobie towarzyszył? Wstydziłaś się powiedzieć komuś po raz pierwszy, że nie jest ci w życiu dobrze?
Na początku tak, oczywiście. Przez lata udawałam, że moje życie jest wspaniałe, idealne. Wstydziłam się przed najbliższymi, szczególnie przed tymi, którzy mnie wcześniej ostrzegali. Wiesz, powiedzieć głośno, to jednocześnie przyznać się do porażki. A mnie się bardzo źle przyznaje do porażki. Zresztą ja nie zaczęłam mówić sama, to bliskie mi kobiety dostrzegły i wyciągały ze mnie. Kiedy już wydusiłam kilka pierwszych zdań, moje usta otworzyły się jak ogromna brama i zaczęło się ze mnie wylewać, wylewać i wylewać.

Często mówisz, że kobiety są silne, powtarzasz to wręcz jak mantrę. Zaklinasz rzeczywistość czy naprawdę masz takie obserwacje? W twojej rodzinie były, są silne kobiety?
Tak, silne, niezależne. Moja babcia, sto lat temu, potrafiła, nie zważając na konwenanse, zawalczyć o swoją miłość, nie dała się „wmontować” w związek, który był jej „przypisany”. Moja mama też jest bardzo mocną kobietą, nigdy się nie poddaje. Z kolei moja 93-letnia ciocia z Krakowa zapytana przez swoją 70-letnią córkę, czy ta może się do niej wprowadzić, żeby się nią zaopiekować, odpowiedziała: „Nie ma mowy, mam swoje życie!”. Sama rozumiesz, geny zobowiązują. Do genów dokładam bagaż doświadczeń – sprawdziłam już, że cokolwiek by się nie stało, dam sobie radę. Wierzę, że wszystkie mamy w sobie tę siłę, czasem gdzieś głęboko ukrytą, schowaną, zawstydzoną, ale ona w nas jest. I będę to zawsze powtarzać każdej kobiecie!

Halina Mlynkova (Fot. Ula Kóska)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze