1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Marek Sekielski – trzeźwy przede wszystkim dla samego siebie

Marek Sekielski jest autorem cyklu rozmów „Sekielski o nałogach” oraz współautorem dokumentów „Tylko nie mów nikomu” i „Zabawa w chowanego”. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Jest po czterech latach różnych terapii i doskonale wie, jak działa nałóg. Dlatego swój internetowy cykl rozmów prowadzi z takim wyczuciem. Zwykle to Marek Sekielski zadaje pytania o bolesne sprawy z przeszłości. Teraz razem z Arturem Nowakiem napisał książkę o walce z uzależnieniem. Przyszedł czas na jego opowieść.

Razem z bratem Tomkiem zgarnąłeś mnóstwo nagród za dokument „Tylko nie mów nikomu”. Mimo to twierdzisz, że pierwszy raz miałeś poczucie pełnej sprawczości, dopiero gdy zacząłeś robić internetowy cykl rozmów „Sekielski o nałogach”.
Sądzę, że to wynika z zaniżonego poczucia własnej wartości. Przez większość mojego życia, żeby nie powiedzieć przez całe, sam siebie nie doceniam. Wydaje mi się, że wszystko, w czym maczam palce, dzieje się dzięki innym albo szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Trochę jakbym tego nie robił. Pewnie trudno zdrowemu człowiekowi zrozumieć to, że ktoś, kto zgarnął 20 nagród w jednym sezonie, uważa, że stało się to trochę poza nim. Że zaraz go ktoś zdemaskuje i nazwie oszustem. W przypadku moich rozmów było inaczej, bo to jest coś, co sobie sam wymyśliłem i zrealizowałem od początku do końca. Pomyślałem sobie: „Kurczę, skoro ja jestem poukładany ze swoją przeszłością, nie wstydzę się już tego, że jestem uzależniony, warto to wykorzystać”. Wiedziałem, że porywam się na coś, czego nigdy nie robiłem, mam stanąć przed kamerą i być dziennikarzem. Straszny stres. Brałem plecak z oświetleniem, w ręce torby, w których były kamery, ustawiałem sprzęt, tak jak umiałem, nauczyłem się obsługi kamery na tyle, żeby to jakoś wyglądało, i nagrywałem materiał; potem zgrywałem go na komputer i montowałem. Dawało mi to dużą frajdę, od początku wiedziałem, że to ma sens, bo robię to, żeby pomóc innym ludziom, którzy są tak samo popieprzeni jak ja.

Czy zadawałeś sobie pytanie, skąd się bierze to twoje niskie poczucie własnej wartości?
Nasze nawyki, tożsamość tworzą się w dzieciństwie. Chłoniemy wtedy wszystko jak gąbka. Nie mam do swoich rodziców o nic pretensji, ale oni, tak jak 90 proc. rodziców naszego pokolenia, nie mieli pewnych psychologicznych narzędzi, które są dostępne dzisiaj. Gdzie w komunie psychologia i świadomy rozwój dojrzewającej młodej osoby?! Ja mogę już starać się inaczej wychowywać córkę, oszczędzić jej pewnych rzeczy w przyszłości. Czy to się uda? To się okaże za 20 lat. Odkąd pamiętam, miałem poczucie, że jestem gorszy. Jak stawałem przed lustrem jako nastolatek, to często widziałem siebie trochę krzywo. Teraz lubię na siebie patrzeć, a jak byłem młody, ciągle miałem poczucie, że coś jest ze mną nie halo.

Źródłem niskiej samooceny może być perfekcjonizm.
To jest cecha bardzo alkoholowa, która mi się czasem włącza, ale mam problem, żeby to dostrzegać. Na przykład jak tworzę swoje rozmowy, nie jestem perfekcjonistą. Świadomie wypuściłem programy, którym od warsztatowej strony wiele brakuje do ideału. Choć z drugiej strony jestem największym krytykiem samego siebie. To ja siebie deprecjonuję, wiem, że świat wcale nie jest dla mnie taki surowy. Podsumowując, w moim działaniu na zewnątrz tego perfekcjonizmu nie ma, ale widzę jego ślady od strony wiecznego dowalania sobie.

Czy książka „Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba”, którą napisałeś wspólnie z Arturem Nowakiem, to jest dalsza część twojej misji pomagania uzależnionym?
Tak. Choć teraz czasem pojawiają się we mnie obawy, że ktoś może to, co napisałem, przeciwko mnie wykorzystać.

Na twoim miejscu każdy czułby się nieswojo. Twoje wywiady internetowe pozostawiały cię w bezpiecznej przestrzeni, to goście opowiadali o niewygodnych sprawach związanych z nałogiem.
Patrzę jakby z boku na to, że ją napisałem. Wyszedłem poza swoją strefę komfortu, wcześniej byłem przekonany, że nie umiem pisać. Dlatego wybrałem formułę rozmowy, która wydała mi się łatwiejsza. Z Arturem Nowakiem czułem się bezpieczniej, był dla mnie oparciem, no i dzięki niemu nie zrobiłem tego sam, więc mam alibi.

Twoje wycieczki w krainę uzależnienia były dość wczesne. Po szkole z bydgoskich Bartodziejów do Warszawy na staż w TVN wyciągnął cię starszy brat Tomek.
Chłopaczek, który zmierzał w stronę zostania osiedlowym lumpem, nagle pojechał na drugi biegun świata. Wylądował wśród ludzi kreujących nową telewizję. Wtedy to była firma rodzinna, nie było wszechobecnej rywalizacji, nawiązywały się towarzyskie relacje. Miałem z tym problem, bo wydawało mi się, że jestem za głupi, że nie wiem, nie znam się, co ja tam w ogóle robię?!

Nie przyszło ci do głowy, że masz 20 lat i jesteś tam po to, żeby się uczyć i zmądrzeć?
W ogóle. Bywałem tak zestresowany, że aż mnie to paraliżowało. Później nauczyłem się sobie z tym radzić i pracować pod presją, skupiać się i iść do mety.

Za pomocą używek?
Tak.

Mówisz o sobie „alkoholik”, ale liczba uzależnień, w które popadłeś, jest większa. Alkohol, narkotyki od trawki po kokainę, media społecznościowe, gry wideo...
Papierosy też paliłem. Fajki to w ogóle początek, 14. rok życia chyba. Paradoksalnie teraz gram w gry wideo i już nie zachowuję się jak uzależniony. Wróciłem do nich pełen obaw, ale jest w porządku. Mam momenty, że gram dużo, ale mogę nie grać i przez dwa miesiące.

Ale po alkohol byś nie sięgnął?
Mam nadzieję. Nie ciągnie mnie. Takie klasyczne głody, pragnienie, żeby się napić, najczęściej dotykają osoby na początku drogi trzeźwienia. Wtedy po prostu chce ci się chlać, ssie cię. Potem to się robi bardziej wyrafinowane, ale też bardziej niebezpieczne, głody objawiają się na przykład w taki sposób, że są sny alkoholowe. Albo budzę się rano, noc przespana, niby wszystko się zgadza, ale czuję się, jakbym wczoraj pił. Mam tak zwanego suchego kaca. Ale są też takie elementy, jak nerwowość, która nie wiadomo skąd się bierze, wyładowywanie emocji w trochę niezdrowy sposób. To jest jednak przebiegła choroba i nie polega tylko na tym, że chce ci się pić wódkę albo nie chce ci się jej pić.

Nie czujesz się tak, jakbyś siedział na bombie?
Nie funkcjonuję na poziomie strachu, choć mam świadomość, kim jestem. Nie jest tak, że budzę się i mówię sobie: „Mam na imię Marek i jestem alkoholikiem, narkomanem i dzisiaj muszę uważać”. Jak jest jakaś impreza, wydarzenie i ktoś mnie zaprasza, to jeśli mam tam do załatwienia jakąś sprawę albo jest w tym jakiś większy sens, to idę. Ale jestem bardzo ostrożny i staram się do tego przygotować, zawsze dość szybko wychodzę, bo długie siedzenie w miejscach, gdzie ludzie piją alkohol, to już jest robienie sobie krzywdy. Jak moja córka będzie chciała wyjść kiedyś za mąż i mieć wesele, na którym będzie alkohol, to też pójdę na tę imprezę. Nie będę tańczył do rana, ale wytłumaczę jej dlaczego.

Osoby, które walczą z nałogiem, często mają żal do znajomych, że w ich towarzystwie piją alkohol, uważają, że to wobec nich nie fair.
To jest egocentryczne patrzenie na świat. Nie jestem pępkiem świata, to nie jest tak, że wszyscy się mają do mnie dostosować. Mogę poprosić kogoś, żeby czegoś nie robił, ale on ma prawo się napić alkoholu, jeśli ma na to ochotę. A ja mam prawo dokonać wyboru, czy jestem w tej sytuacji, czy nie.

Czy na twojej drodze do trzeźwienia zdarzył się jakiś punkt przełomowy?
Kiedyś terapeuta, który mnie prowadził, powiedział mi: „Marek, to nie jest tak, że wciąż idzie się do góry i jest super; nie, dwa kroki do przodu i jeden w tył. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Bez regresu nie ma progresu”. Na początku miałem trochę niewłaściwą motywację. Dziś wiem, że najlepiej działa motywacja: trzeźwieję w 100 proc. dla siebie. Tymczasem najpierw chciałem przede wszystkim oszczędzić swojej córce piekła życia z czynnym alkoholikiem. To było najważniejsze. Przeszedłem półtoraroczną terapię i zaraz po jej skończeniu trafiłem do grupy, która realizowała program 12 kroków. Przy czwartym, piątym kroku, kiedy robi się gruntowny obrachunek moralny i wywala na światło dzienne wiele poukrywanych spraw, czyta się przed grupą pracę na ten temat. To bardzo trudny, ale i oczyszczający moment. Gdy swoją pracę przeczytał kolega, to opadła mi szczęka. Jego odwaga w szczerości mi zaimponowała. I uświadomiłem sobie, że nie jestem w stanie zrobić tego tak uczciwie, że są takie rzeczy, o których nie powiem, bo za bardzo się ich wstydzę. I uciekłem stamtąd.

To był brak pokory?
Raczej perfekcjonizm, chciałem to zrobić jak najlepiej albo wcale, ale też sygnał, że mój umysł kieruje mnie już na manowce. Później, po kilku latach, przeszedłem znowu terapię i znowu robiłem w grupie program 12 kroków. Ale wtedy byłem już w innym miejscu, potrafiłem powiedzieć więcej niż za pierwszym razem. Dotarło też do mnie, że mogę zrobić tyle, na ile jestem gotowy. Nikt nie oczekuje ode mnie, że dam 100 proc. siebie. Jak dam 10 proc., to też dobrze. Powiedziałem tyle, ile mogłem, pięknie mnie to wyczyściło i okej. Może kiedyś będzie potrzeba i dopowiem kolejnych parę procent. Tę drugą terapię robiłem dla siebie, ratowałem siebie, nie córkę.

Motywacja w rodzaju: zrywam z nałogiem dla dziecka albo żeby ratować związek, wydaje się logiczna.
Ale to bzdura, to nie działa. Wbija nam się do głów przekonanie, że wszystko mamy robić dla kogoś. Nie da się dawać szczęścia i być dobrym dla bliskich, na których nam zależy, nie zadbawszy wpierw o siebie. Bo jeżeli ja będę nieszczęśliwy, to na zewnątrz mogę tylko udawać, zakładać jakąś maskę, a to niszczy. To jest udawanie, a nie prawdziwe życie. Trzeba żyć w zgodzie ze sobą, robić to, co chce się robić, a nie to, co ci ktoś każe robić.

Egoizm to jest silnie nacechowane negatywnie słowo, ale w egoizmie można zachować równowagę. Każdy z nas potrzebuje dużo o sobie myśleć, choćby po to, żeby o siebie zadbać. Pisze o tym w swojej ostatniej książce „Powrót z Bambuko” Kasia Nosowska: pokochaj siebie, przytul tę małą Kasię, Mareczka, zaakceptuj się. Dbaj o siebie, żeby ci było dobrze. Bo dzięki temu poczujesz się szczęśliwy i będziesz mógł dzielić się tym z innymi. Nie wierzę, że ludzie, którzy cierpią za innych i wszystkich dokoła próbują ratować, są szczęśliwi. Często jest tak, że robią to, bo boją się dotknąć własnego problemu.

Alkohol i używki rozwalają każdą relację?
Znam wiele osób, które w procesie trzeźwienia dochodziły do tego, że nie do końca wiadomo, o czym są ich związki, i niewiele jest wspólnych spraw, które łączą ich z partnerami. Rozstawali się ze sobą. Znajomości typu koleżeństwo też często znikają. Przestałem utrzymywać wiele kontaktów z okresu picia. To się stało bez jakiegoś większego planowania. Parę osób odciąłem świadomie, bo były dosyć inwazyjne, wykasowałem adresy dilerów, ale znajomości, które czasem nawet wydawały się wielkimi przyjaźniami, poszły w cholerę szybko i bez większego bólu. W pewnym momencie okazywało się, że ja nic o tych ludziach nie wiem. Potrafiłem się z nimi poprzytulać, potańcować, dać sobie buziaka, strzelić niedźwiadka. Ale okazało się, że wiem tylko, jak mają na imię i nazwisko, i tyle. To się nazywa koncentracja życia wokół alkoholu. Alkoholicy często nie zdają sobie sprawy, że niemal wszystko, co robią w ciągu dnia, jest skonstruowane tak, żeby tam było miejsce na alkohol. Pamiętam, jak robiłem wędrówki po Warszawie w weekend z córką i żoną, żeby zaczepić o Wierzbową i kupić sobie karton wina od Marka Kondrata, wtedy się czułem lepszy. To przykład mechanizmu iluzji i zaprzeczania. Wino od Kondrata albo kanadyjska wódka z lodowca czy rzadkie marki piwa utrzymywały iluzję, że nie chodzi mi o picie, tylko o bycie koneserem, czyli kimś lepszym.

Jak ci się udało tak długo ukrywać nałóg?
Trzeba rano wstać, wykąpać się, psiknąć perfumami, jechać do pracy i robić swoje albo udawać, że się robi. Inni nie są wcale tak spostrzegawczy, jak nam się wydaje.

Tomek wiedział?
Tak, mówiłem mu już przy pierwszej terapii. Także dla swojego bezpieczeństwa, żeby nie proponował mi jakichś wspólnych wyjść i spożywania alkoholu. Wynieśliśmy z domu zasadę, że nie rozmawia się ze sobą o problemach, w związku z tym jeśli już rozmawialiśmy, to o sprawach zawodowych, a nie osobistych.

W wielu środowiskach alkohol jest nieustannie obecny. Trudno wtedy określić jasno granicę, kiedy zaczyna się uzależnienie.
Jak ma się wątpliwości, czy jest się w nałogu, warto pogadać z kimś, kto się na tym zna. Czasem wystarczy zrobić sobie test w Internecie. Istnieją ludzie, którzy piją alkohol i się nie uzależniają. Ale jeśli ktoś pije zbyt często, to robi to z jakiegoś powodu. Alkohol otępia, zmienia spojrzenie na świat, likwiduje strach. U mnie to działało, bo byłem nieśmiały, zresztą jestem cały czas. Alkohol był mi potrzebny, żebym był odważniejszy.

Uzależnienie diagnozuje się dość łatwo. Problemem jest raczej to, że prawda o sobie jest trudno przyswajalna. Ja lubiłem ten moment terapii, kiedy konfrontowałem się z prawdą na swój temat. Jednak gdy na początku dostawałem informację zwrotną od kogoś z grupy albo od terapeuty, to chodziłem wkurwiony. Wydawało mi się, że to nieprawda, bo ja jestem przecież taki zajebisty. Potrafiłem mielić w sobie tę złość kilka dni. W końcu to przepracowywałem. Terapeuci zawsze nas uczulali: „Zwracajcie uwagę na to, co was najbardziej zabolało”. To nie jest czcze terapeutyczne gadanie. Odpowiedź na pytanie, dlaczego jakieś zdanie czy sytuacja mnie tak bardzo dotyka, potrafi przynieść wielką ulgę.

Jak piszesz o nałogu, to z twoich słów przebija samotność. Czy terapia grupowa daje szansę na przejrzenie się w historiach innych, wspólnotę doświadczeń?
Tak, nagle się okazuje, że ja nie jestem jakiś wyjątkowo zepsuty, zły i nieudany, tylko jest tu także pan mecenas, pan doktor, pan filozof, pan sprzątający, taksówkarz, bardzo różni ludzie, ale wszyscy mamy ten wspólny punkt i rozumiemy się świetnie po dwóch, trzech zdaniach. Nie do końca rozumiem proces grupowy, ale nie muszę go rozumieć. To jest coś, co działa, i tyle, nie potrzebuję mieć wszystkiego policzonego matematycznie.

Chodzisz jeszcze na spotkania AA?
Ostatnio nie. Teraz mam mityngi, jak nagrywam rozmowy w studiu, chociaż oczywiście nie dlatego przestałem chodzić. Dzisiaj bliskie mi osoby są najczęściej trzeźwiejącymi alkoholikami, tych osób jest pięć, może sześć, mam z nimi regularny kontakt. To jest też moja grupa wsparcia, czasem rozmawiamy o dupie Maryni, ale na ogół jednak o problemach, dzielimy się swoimi sprawami.

Jak długo jesteś czysty?
Prawie pięć lat. Przy pierwszej terapii bardzo liczyłem ten czas, kiedy nie piję, to było dla mnie ważne. Jak minął rok, bardzo się cieszyłem, później dwa lata. Kiedy poszedłem na drugą terapię, w ogóle nie wróciłem do tego liczenia. Nie chodzi o to, że mam nie pić ileś lat, tylko mam się nie napić w tej chwili, dzisiaj. To nie jest wyścig z sobą samym ani z innymi ludźmi. Na terapiach powtarza się często, żeby się nie porównywać do innych.

A z Tomkiem nigdy się nie porównywałeś?
Wydaje mi się, że nie. Czasem ludzie zwracają uwagę na to, że mogłem się czuć, jakbym był w jego cieniu. Ale ja nigdy nie zazdrościłem niczego Tomkowi. On bardzo mi pomógł w życiu. Gdyby mnie nie wyciągnął z Bydgoszczy, tobyśmy dzisiaj nie rozmawiali.

Czy doświadczenie uzależnienia czegoś cię nauczyło, coś dzięki niemu zyskałeś?
Terapia nauczyła mnie mówienia o emocjach, łatwiej mi je rozpoznać, nazwać. Dzięki niej dowiedziałem się o sobie więcej niż przez resztę swojego życia, na przykład dlaczego w pewnych sytuacjach reaguję tak, jak reaguję. Cały kontekst psychologiczny to dla mnie chyba najważniejsza wartość. Dzięki temu zacząłem poznawać ludzi na trzeźwo, co wcześniej mi się prawie nie zdarzało. Udało mi się na trzeźwo wejść w relację, co jest w ogóle wow. Bez alkoholu wszystko inaczej smakuje. Nawet jeśli spotka mnie rozczarowanie, wiem już, że od przeżywania trudnych emocji się nie umiera. Poczuję się być może zraniony, będzie mi smutno, ale tylko przez jakiś czas, to minie. Nie muszę tego zachlać, dam sobie z tym radę. Nie jest to tak straszne, jak mi się kiedyś wydawało, nie jest tak, że trzeba czuć tylko pozytywne rzeczy, można czuć też smutne, czasem nawet trzeba.

Masz teraz więcej spokoju?
Dużo się obecnie zmienia w moim życiu, choćby to, że rozstałem się z żoną, więc trudno ten stan nazwać spokojem. Ale szukam nowych rozwiązań, staram się nie robić niczego wbrew sobie, zdaję sobie sprawę, że nie wszystko zależy ode mnie. Kiedyś naturalną strategią była dla mnie ucieczka przed problemami, teraz się z nimi konfrontuję. Nauczyłem się, że mogę poprosić o pomoc. Idę do przodu z ostrożnym zaufaniem do siebie, bo wiem, że jestem uzależniony od alkoholu i że nikt nie potrafi mnie oszukać tak, jak ja sam siebie. Mam wokół punkty odniesienia, grupę uzależnionych osób, o której wspominałem. Jeśli zacznę fiksować, to któraś z nich to zauważy i da mi znać, że coś się ze mną dzieje.

Polecamy: Artur Nowak, Marek Sekielski, "Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba", wyd. Rebis. (Fot. materiały prasowe)

Marek Sekielski rocznik 1978, związany z mediami od końca lat 90. Autor cyklu rozmów „Sekielski o nałogach”, współautor dokumentów „Tylko nie mów nikomu” i „Zabawa w chowanego”. Ostatnio ukazała się książka „Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba”, którą napisał wspólnie z Arturem Nowakiem.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze