1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Po pierwsze, po drugie i po trzecie – szacunek!

(Fot. Kamil Piklikiewicz/DDTVN/East News)
„Jak się okazuje, wolności i jasności nie dostaje się raz na zawsze. Trzeba je, jak się robi w dobrej rodzinie, tulić, dopieszczać, trzeba o nie dbać i pielęgnować. I jeśli nie będziemy tego robić, nie będziemy wolni, lepsi. Będziemy zakładnikami tego mroku, swoich najgorszych instynktów” – mówi Henryka Krzywonos-Strycharska.

Profesor Barbara Skarga powiedziała kiedyś tak: „Człowiek to nie jest piękne zwierzę”. Czy to jest myśl, do której Pani blisko czy zupełnie się Pani z nią nie zgadza?
Strasznie ciężko mi to mówić, bo ja zawsze kochałam ludzi i gdzieś głęboko w środku pewnie nadal kocham, tak zostałam wychowana, ale w tej chwili, kiedy rozglądam się dookoła, muszę zgodzić się z panią profesor…

Przerażające jest to, co dzieje się z nami wszystkimi, siebie nie chcę do końca wyłączać, bo ostatnio bywam wkurzona, doprowadzona do granic wytrzymałości. Ale to nie sprawia i nie sprawi, że przekroczę pewne normy. A naczelną normą jest dla mnie szacunek do drugiego człowieka. Każdego. Natomiast hejt, który do mnie od pewnego czasu napływa zewsząd, jest okropny, tak okropny, że brakuje mi słów. Gdybym była bardziej lękliwa, nie wychodziłabym z domu. Piszą do mnie, że wyprują mi flaki, że mają przygotowany dla mnie bunkier, naostrzony nóż. To nie mieści się w głowie, nie wyobrażam sobie, żebym mogła do kogokolwiek zwrócić się w podobny sposób. Kim trzeba być, niech mi Pani powie, kim trzeba być?

Prawdopodobnie między innymi właśnie to oblicze człowieka miała na myśli profesor Skarga…
No właśnie. Jak się temu przyglądam, myślę sobie: zezwierzęcenie. Ale nie, to nie jest właściwe określenie. Opowiem Pani pewną historię. Ja kocham psy. Zawsze tak było. Chciałam mieć ich wiele, ale mój mąż mówił, słusznie, że w mieszkaniu są ograniczone możliwości, więc muszę hamować swój pęd ku posiadaniu. W domu był więc jeden jamnik: mała Zuzia. Kiedyś zadzwonił znajomy i mówi: „Henia, są do wzięcia psy, jak nie znajdziemy im domu, potopią je”. Mąż mówi: „Nie ma mowy”. Więc ja do znajomego: „Andrzej, w przyszłym miesiącu są moje imieniny, bierz jednego psa i przynoś. Prezentu nie wypada nie przyjąć”. Tak się stało. I trafił do nas Maks. Żeby pani zobaczyła, jak nasza Zuzia się nim zajmowała, jak wychowywała, jak troszczyła się o tę przybłędę, a potem jak on – dużo większy – zawsze przepuszczał ją pierwszą do miski. Patrzyłam na te psy, na tę miłość Zuzi, i myślałam o moich dzieciach. Wychowałam dwanaścioro, wszystkie z patologicznych rodzin, oddane, bo mama ich nie chciała. No to pies tak kocha przybłędę, a matka oddaje własne dziecko? Jak człowieka naprawdę dosięgnęłoby zezwierzęcenie, to ja byłabym szczęśliwa…

Ale na razie się nie zapowiada.
Przeciwnie. Znieczulica nas opanowała. Ja jak widzę człowieka, który leży na ulicy, nie potrafię go minąć. Pytam, pomagam. Czasem leżą pijani, czasem chorzy. Kiedyś sama leżałam, gdyby ktoś się wtedy nie zatrzymał, pewnie teraz byśmy nie rozmawiały. I czasem o tym myślę. A gdyby to mi się przytrafiło dziś, ile godzin czekałabym na pomoc, a może w ogóle bym się jej nie doczekała? Nie ma, nie powinno być miarki, którą mierzymy człowieka, bo nigdy nie wiemy, jaka historia za nim stoi, z jakiego powodu się „przewrócił”. Pracowałam z ludźmi, którzy wychodzili z więzienia, pomagałam im odnaleźć się na nowo w życiu. Bo zawsze sądziłam, że ludzie są w stanie się zmienić, że nikogo nie wolno ostatecznie skreślać. Wciąż staram się nie oceniać, ale przychodzi mi to z trudem; widzę, jak źle się dzieje, i jak zmieniło się nastawienie człowieka do człowieka. Ludzie siebie nie szanują, jesteśmy tak ekstremalnie skłóceni. A przecież każdy ma prawo mieć swoje zdanie, tymczasem my dziś za poglądy jesteśmy gotowi niemal zabić. Wrócę do roku 80. Byłam wtedy w stoczni. Pamiętam, że nikogo nie pytaliśmy, skąd przychodzi, do jakiej partii należy, byleby był z nami i – najważniejsze – był prawym człowiekiem. Nie dzieliło się ludzi na „lepszych” i „gorszych”. Byliśmy równi.

Ten 80. rok był w sumie tak niedawno… Co się z nami stało po drodze?
Powiem ze szczerego serca, jak ja to widzę: władza podzieliła nas w taki sposób, że nie wiem, jak teraz to wszystko odkręcić. Dziś jest tak, że z gruntu nie znając drugiego człowieka, wiedząc jedynie o jego partyjnej przynależności, nienawidzimy. Nie chodzi o to, że się nie zgadzamy, że nam nie „po drodze”, nienawidzimy. Skaczemy do siebie z łapami.

Można powiedzieć, że polityk ma jakiś interes w tym, by podzielić społeczeństwo, to mu się z wielu względów opłaca… Ale ja się zastanawiam raczej, dlaczego tak łatwo i tak skrajnie daliśmy się podzielić, jak to świadczy o naszej ludzkiej kondycji?
Proszę Pani, ja tego nie wiem, bo ja się, mimo wszystko, z nikim nie dzielę! Mam przyjaciół, którzy stoją „po drugiej” stronie, mam przyjaciół „czarnych”, „czerwonych” – specjalnie tak to określam. Bo ja ludzi nie klasyfikuję, tylko jedno kryterium mnie interesuje: dobry/niedobry, szanuje innych/nie szanuje innych. Dla całej reszty znajdę w sobie, w swoim sercu, miejsce. Nieważne na kogo głosują, w co wierzą, z kim śpią, jaki mają kolor skóry. To jest taki trudny temat, który Pani porusza. Człowieczeństwo jest najważniejsze. A ja tu słyszę od znajomego, jak opowiada: „Henia, idę ulicą i widzę, jak facet tłucze kobietę. Przechodzą dziesiątki osób nikt się nie zatrzyma, nie włączy się. Taka znieczulica. Zwróciłem uwagę i dostałem w pysk”. Ludzie mają wszystko w nosie, interesują się tylko sobą. Straszne.

I jeszcze jedna rzecz – bardzo podupadliśmy jako rodzice, tak to widzę. Pozwalamy na to, żeby dzieciaki siedziały zamknięte w swoich pokojach, zamiast uczestniczyć w rodzinnym życiu. Nie rozmawiamy z nimi. Tak to wygląda w wielu domach. A potem skutki widać na ulicach. Gębę mi od smutku wykręca. Bo jak dziećmi się nie zajmiemy, to przepadniemy jako ludzie już do końca. No bo jakie będą te kolejne pokolenia? U mnie w domu jest inaczej, naprawdę. U mnie w domu się rozmawia, wychodzimy z mężem do ludzi, pomagamy. Wciągamy w to nasze dorosłe już dzieci, młodych ludzi. I to się udaje. No to jak nam się udaje, innym też powinno się udawać, tak? Nawet drobne rzeczy się liczą.

Czyli da się, nadal się da, jak to mawiał profesor Bartoszewski, być przyzwoitym człowiekiem?
Oczywiście, że się da! Profesor mówił do mnie „smarkata”, zawsze bardzo się z nim liczyłam.

Jakie byłoby według Pani dziś, w tym ponurym czasie, takie minimum przyzwoitości? Co by wystarczyło, żeby nie było aż tak źle?
Drobiazgi, ja naprawdę już proszę tylko o drobiazgi. Niech Pani się uśmiechnie do człowieka na ulicy, w windzie, w sklepie. Moja czteroletnia wnuczka mówi na ulicy do obcej kobiety, wiadomo, zupełnie bezinteresownie: „Jaka pani jest piękna”. I to cuda robi, proszę mi wierzyć. Jak się kogoś na ulicy potrąci, zatrzymaj się, powiedz: „Przepraszam”.

Dla mnie to świat zwariował, rodzina straciła wartość. Teraz idą święta. Kiedyś to oczywiste było, że się razem spędzało Boże Narodzenie. Nikt nie wyjeżdżał na koniec świata, pod palmy, tylko garnął się do bliskich.

Oddalamy się od siebie, nawet wewnątrz własnych rodzin.
Bardzo! I to się też przekłada na to, co się dzieje. I znowu powtórzę – szacunek. Po pierwsze, po drugie i po trzecie – szacunek. W domu, w rodzinie się tego uczymy. Albo nie. Kiedy Pani ostatnio widziała, żeby ktoś ustąpił miejsce w tramwaju, autobusie staruszce? Siedzą młodzi ludzie, patrzą w ekrany telefonów i udają, że nic nie widzą. No to jak w domu nie nauczymy szacunku do babci, dziadka, to potem w tramwaju taki młodziak nie uszanuje starszej osoby.

Ale, tak czuję, wciąż ma Pani jednak nadzieję…
Taki mam charakter, zawsze będę mieć nadzieję. Ona umiera ostatnia. Nie ma innej możliwości. Za komuny liczyliśmy, że się coś zmieni, że zaświeci słońce. I zaświeciło. Potrzebujemy powtórki. Jak się okazuje, wolności i jasności nie dostaje się raz na zawsze. Trzeba je, jak się robi w dobrej rodzinie, tulić, dopieszczać, trzeba o nie dbać i pielęgnować. I jeśli nie będziemy tego robić, nie będziemy wolni, lepsi. Będziemy zakładnikami tego mroku, swoich najgorszych instynktów. Ja nie chcę oglądać się na ulicy za siebie, czy nie stoi tam ktoś, kto ma złe zamiary. Tak się żyć nie da…

Mnie dzisiaj starsze pani mówią, i nie tylko one, że się boją pójść do parku na spacer. Przecież kiedyś tak nie było. Chodziliśmy, śmialiśmy się, na gitarach graliśmy…

A ja dzisiaj patrzę na człowieka i nie wierzę. Patrzę na to, co dzieje się na polsko-białoruskiej granicy, na te dzieci w lasach, na tę falę społecznej znieczulicy. I po nocach spać nie mogę.

Kobiety w zeszłym roku licznie wyszły na ulice. Liczy Pani na kobiety, na ich siłę, ich przebudzenie?
Kobiety się już obudziły, ale obudziły się na krótko, tak to oceniam. Przepraszam, znowu wrócę do stoczni. My wiedzieliśmy, że nie możemy stamtąd wyjść, że nie wolno nam przestać. Wiem, wtedy było lato, słońce itd. Ale do walki o lepsze jutro nie ma dobrej czy złej pogody. Trzeba wielkiej determinacji, konsekwencji. My wtedy wszyscy, jak jeden mąż, strajkowaliśmy. Dziś też potrzeba takiej mobilizacji – mobilizacji w obronie człowieczeństwa. Nikt nas nie uratuje, nikt nie zrobi tego za nas. Człowiek człowieka musi sam w sobie obudzić. Każdy we własnym zakresie, a potem na ulicę, do świata z tym człowieczeństwem trzeba wyjść.

Pieniądze – własny, krótkotrwały interes – nie mogą nas ogłupiać. Mnie pieniądz nie ogłupi, bo ja już wiele przeszłam. Było i tak, że butów nie miałam. Omamić się nie dam. I to jest człowieczeństwo. Buntować przeciwko złu to się trzeba codziennie, od poniedziałku do niedzieli, 24 godziny na dobę. A nie od wielkiego dzwonu. A my wychodzimy na ulicę, jak jest wielkie „bum”, a potem się rozchodzimy, każdy do swoich małych interesików. No tak to my człowieczeństwa nie odzyskamy.

Motywacja, determinacja, uśmiech na ulicy do obcego i dzieciaki. Dzieciaki są strasznie ważne! Trzeba słuchać dzieci, dać im mówić. Jak ja nie lubię tego powiedzenia, że dzieci i ryby głosu nie mają. Jak się dzieciom głosu nie da, to one za nic będę miały to, co my mówimy do nich. Możemy sobie wtedy nasze wykłady o etyce i moralności do lustra wygadywać. Dziecko trzeba szanować od pierwszych dni jego życia, tylko tak można go tego szacunku do innych nauczyć. A za szacunkiem idzie przyzwoitość. Jak to będzie, słońce znowu wyjdzie, zobaczy Pani.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze