1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Paulina Młynarska: „Feminizm i joga idą w parze”

Paulina Młynarska: „Feminizm i joga idą w parze”

„Potrzebujemy miękkości. Potrzebujemy odkryć na nowo przyjemność w naszych ciałach” – mówi Paulina Młynarska. (Fot. archiwum prywatne Pauliny Młynarskiej)
Praktyka jogi to nie jest coś, co ma z człowieka wygasić wszelką pasję. Jednym z jej celów jest odnalezienie własnej dharmy, czyli rozpoznanie swojej prawdziwej natury. A moja natura jest wojownicza – mówi Paulina Młynarska. O co teraz walczy – i jakie boginie jej w tym patronują – pyta Joanna Olekszyk.

Zanim wybuchła pandemia koronawirusa, sądziłam, że najgorsze, co mogło przytrafić się jodze, jest jej skomercjalizowanie i sprowadzenie do ćwiczeń fizycznych. Dziś już tak nie myślę. Sądzę, że jodze grozi kompromitacja związana z postępującym dyletantyzmem rzesz adeptów i adeptek kroczących pod jej szyldami – przeczytałam w twojej najnowszej książce „Moja lewa joga”. I pomyślałam, że będzie dym.
Spodziewam się tego, widzę już, jak wiele komentarzy wywołują jej fragmenty, które wrzucam na mojego Facebooka. Mam nadzieję rozpocząć tą książką dyskusję na kilka tematów... Bo mamy dziś do czynienia z tak absurdalną sytuacją, że asany, czyli ćwiczenia fizyczne, które są częścią większego systemu, i wcale nie najważniejszą, zostały totalnie utożsamione z jogą jako taką. Do tego stopnia, że ludzie się wykłócają i obrażają, kiedy ktoś, jak ja, ośmieli się im delikatnie przypomnieć, że joga to jednak coś więcej. Wokół jogowej gimnastyki powstał ogromny przemysł. Na świecie 300 milionów ludzi praktykuje jogę, to grupa docelowa, jeśli chodzi o różne gadżety, typu ubrania, maty, kosmetyki, breloki czy biżuteria. Ale i o ideologię. Ludzie zainteresowani jogą stali się wehikułem, który transportuje mnóstwo naprawdę szalonych koncepcji i teorii spiskowych.

W salach, gdzie się uczy jogi, najczęściej nie wspomina się o tym, co to w ogóle znaczy joga. Odkąd jej uczę, pytam każdą nową osobę na moich zajęciach, czy wie, czym jest joga. I wiedzą to pojedyncze osoby. Chcą więc praktykować coś, o czym nie mają pojęcia.

A czym jest joga?
Ustaniem poruszeń umysłu – zgodnie z definicją podaną przez Patańdżalego – gramatyka sanskrytu, który spisał Jogasutry około 300 lat przed Chrystusem. Jogasutry to prawie 200 zwięzłych aforyzmów, które określają to, czym jest ashtanga, czyli praktyka ośmiu gałęzi jogi.

Warto dodać, że prawdopodobnie to byli CI Patańdżali, a nie TEN, bo prace rozciągają się na okres około 200 lat. Co prawda na subkontynencie indyjskim nie jest to jakimś wielkim problemem, bo tam się można wiele razy urodzić i dokończyć robotę (śmiech).

Swoją drogą słowo „ashtanga” też zostało zaimportowane na Zachód i obecnie używane jest jako „nazwa handlowa” pewnej sekwencji, a tak naprawdę sześciu sekwencji asan, z których jedynie dwie są ćwiczone publicznie, a pozostałe tylko w aśramach. Dlatego jeśli dziś ktoś na Zachodzie mówi, że uprawia ashtangę, to prawdopodobnie ma na myśli jedną z dwóch praktykowanych zewnętrznie, bardzo dynamicznych sekwencji asan. Kiedy mnie zapytasz, też powiem, że praktykuję ashtangę, ale będę miała na myśli osiem gałęzi jogi. Asany są zaledwie jedną z nich.

Chodzi o to, że wskutek wykonywania tych ośmiu praktyk człowiek dąży do tego, by mieć spokojny umysł. Staje się „ześrodkowany” i może zacząć obserwować swój umysł z pozycji świadka, a nawet wejść w stan głębokiej medytacji, w którym ustają „fluktuacje umysłu”. Dzięki temu stopniowo przestaje się wkręcać w te wszystkie dramaty nieustannie kreowane przez ego. To zmienia życie.

(Fot. archiwum prywatne Pauliny Młynarskiej)

Drugi temat, na który chciałabyś otworzyć rozmowę, to, jak rozumiem, wspomniany dyletantyzm…
Trudno sobie wyobrazić drugą przestrzeń, w której uprawiano by tak radosne przywłaszczenia kulturowe, jak zachodni świat jogi. Przywłaszczenie polega między innymi na tym, że kultura, która była lub jest dominująca, opresyjna – a taką w przypadku Półwyspu Indyjskiego była kultura białego człowieka, która eksploatowała, okupowała i gwałciła na różne sposoby kultury rdzenne, sprowadzając je do niższej kategorii – zaczyna sobie z tego, co już zdominowała i co wykorzystała, wyciągać i wykorzystywać po swojemu poszczególne elementy. Na zasadzie: jakie to ładne, zróbmy sobie z tego broszkę! A jakie to ładne – zróbmy z tego tatuaż. Albo gimnastykę. Albo biznesik. Branie jak leci uświęconych dla danej kultury elementów i robienie sobie z nich ornamentu, ozdoby – i zarabianie na tym to nic innego jak przywłaszczenie kulturowe.

Pamiętam, była taka awantura, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, bo spodobało mi się, jak sami zainteresowani się w efekcie niej zachowali. Mianowicie Małgorzata Rozenek-Majdan z mężem sfotografowali się podczas pobytu w Meksyku w pióropuszu. Jeden z portali poprosił o komentarz autorkę wstrząsającego reportażu „27 śmierci Toby'ego Obeda”, Joannę Gierak-Onoszko, która bardzo grzecznie państwu Majdanom wyjaśniła, że to przywłaszczenie kulturowe, bo pióropusz – o czym się nie mówiło – ma swoje sakralne znaczenie dla kultury rdzennych ludów Ameryki Północnej. Państwo Majdanowie przeprosili, przyznali się do błędu i podziękowali za nową wiedzę. W świecie zachodniej jogi takich zawłaszczeń bezmyślnych jest multum.

Jeszcze inna paląca kwestia, to nadużycia, których dopuszczali i nadal dopuszczają się rozmaici nauczyciele i nauczycielki jogi.
To wielki temat, który dopiero zaczyna w Polsce być uświadamiany. Na niego też składa się kilka wątków. Wątek numer jeden: nadużycia seksualne. Jak wszystko na tym świecie, joga jest patriarchalna. Wyrosła w restrykcyjnej seksualnie kulturze Indii, która doznała swoistego szoku, kiedy w latach 60. XX wieku ruszyła tam armia młodych kobiet w minispódniczkach z piersiami widocznymi pod cienkimi bluzeczkami oraz równie młodych i wyzwolonych chłopców. Wpatrzonych w guru jogi jak w objawienie, a w dodatku reprezentujących kulturę hipisowską, która dopiero co zakwestionowała wszystkie mieszczańskie wartości i pruderię poprzedniej dekady. W wyniku tego zderzenia kultur lata 60. i 70. stały się jednym wielkim festiwalem nadużyć seksualnych ze strony guru jogicznych. I długo, o wiele za długo nikt tego nie kwestionował. Dopiero ruch #Metoo uwolnił długo skrywane opowieści. Częściowo zostały one rozliczone, na przykład w filmach dokumentalnych, które można zobaczyć na Netfliksie, jak „Dziki, dziki kraj”, który opowiada o Osho, i „Bikram”, który opowiada o Bikramie. Szczerze? Trudno jest wskazać takiego guru, który w tamtym czasie nie dopuszczałby się jakiejś formy nadużyć, czy to będących przejawem przemocy fizycznej, seksualnej, czy psychicznej. Na tym polega patriarchat, na dominacji nad słabszymi.

Jestem bardzo związana sentymentalnie i wiedzowo ze szkołą Sivananda i, niestety, Vishnudevananda Saraswati, twórca aśramów Sivananda, które kształcą najwięcej nauczycieli jogi klasycznej na świecie, też dopuszczał się nadużyć seksualnych. Postanowiłam, że moja noga więcej tam nie postanie. Przynajmniej dopóki będą tam wisieć jego portrety i będzie trwał kult założyciela. To samo dotyczy wielu innych szkół jogi – wielkie jogiczne #Metoo dopiero się rozkręca.

Wątek numer dwa: joga to nie jest boks czy inny sport walki! Praktyka fizyczna w jodze to rodzaj medytacji w ruchu, więc pobudzanie układu nerwowego poprzez stresowanie, pokrzykiwanie czy dociskanie w pozycjach uczniów i uczennic nie jest najlepszym pomysłem.

(Fot. archiwum prywatne Pauliny Młynarskiej)

A ten drugi wątek, twoim zdaniem, jest bardzo rozpowszechniony w Polsce.
Do Polski jogę sprowadzili uczniowie B.K.S. Iyengara, który był mistrzem precyzji i jednym z największych propagatorów jogi na świecie. Jego styl nauczania, co możemy zobaczyć na licznych dostępnych w sieci filmach, był zasadniczy, dyrektywny, nawet gniewny. Dziś dzięki badaniom na temat traumy i tego, co się dzieje z układem nerwowym człowieka, wiemy, jaka jest optymalna sytuacja dla układu nerwowego, by ćwiczenia z zakresu jogi przyniosły jak najlepszy efekt, a dzieje się tak wtedy, gdy układ nie jest w cierpieniu, w stresie i nie jest nadmiernie stymulowany.

Bardzo dużo rzeczy, które są praktykowane w szkołach jogi w Indiach, także tych Iyengarowskich, jest – za sprawą odkryć medycyny i współczesnej wiedzy z zakresu rehabilitacji – podważane i dyskutowane. Oczywiście jogini ileś lat temu nie mieli tych wszystkich badań, rezonansów i USG, robili to, co robili, w najlepszej intencji. Dziś jednak mamy więcej informacji. Wiemy, co jest bezpieczne dla stawów, a co nie. Wiemy, że są takie „tradycyjne” elementy jogi fizycznej, które prowadzą do kontuzji czy poważnych uszkodzeń, a mimo to są praktykowane, bo to „stara indyjska tradycja”. „Podciągnij rzepki, zablokuj stawy! Podwiń ogon!”. W salach jogi wciąż wydaje się takie komendy, choć lekarze i fizjoterapeuci od dawna wiedzą, że to nie są zdrowe i bezpieczne praktyki. My też myśleliśmy, że cukier krzepi, a mleko jest zdrowe, ale zostało to obalone.

W wielu salach w Polsce nadal panuje tendencja, by ćwiczących siłowo poprawiać, dokręcać i dociskać. A przecież nauczyciel nie ma w oczach rentgena. Człowiek sam może nie wiedzieć, co w jego ciele się kryje, bo żyje w pewnych ramach i nie dopuszcza do sytuacji związanych z bólem, co nie znaczy, że nic mu nie dolega. Nie zrozum mnie źle, nie jestem na jakiejś wojennej ścieżce z jogą Iyengarowską ani żadną inną, ale uważam, że mamy prawo kwestionować takie gesty i zachowania, które są przemocowe.

Ból jest najlepszym wskaźnikiem tego, jak daleko ciało może się posunąć. Kiedy na siłę zaczynamy czyjąś pozycję poprawiać i dociskać, ryzykujemy, że zrobimy ciału krzywdę.

W szkole, z której się wywodzę, zasada jest taka, że nie poprawiamy nikogo w asanach. Możemy podejść i delikatnie wskazać kierunek, nigdy siłowo. I zawsze pytamy, czy możemy kogoś dotknąć, przecież wchodzimy w czyjś intymny obszar.

Wiesz, co jest najgorsze? Że kiedy pytam na zajęciach: „czy mogę cię dotknąć?”, wiele dziewczyn jest zdziwionych, że w ogóle o to pytam! Potem robimy sobie takie kółko i rozmawiamy, jak było na sesji. Co się wam podobało? Czego zabrakło? Czy kiedy podchodziłam i pytałam, czy mogę was dotknąć, to odpowiedź była dla was łatwa? Czy byłyście szczere? Dziewczyny zaczynają się śmiać, dyskutujemy o tym i okazuje się, że niektóre wcale nie są szczere, tylko nie potrafią powiedzieć „nie”. No bo mnie lubią, bo jestem taką ważną osobą na tej sesji, bo się pogniewam... A przecież wszyscy mamy prawo dbać o swoją bezpieczną przestrzeń.

Ale też inni bardzo często tę przestrzeń torpedują.
Niedawno jedna z uczestniczek warsztatów, kobieta po sześćdziesiątce, opowiedziała mi, że znalazła się raz w grupie, w której, gdy była w pozycji dziecka, czyli spoczynkowej w parterze, nauczyciel podszedł i stanął na niej! Poczuła się strasznie, a kiedy nauczyciel zobaczył jej przerażony wzrok, to ją wyśmiał. Pozostałe uczestniczki – jego „wyznawczynie” też zaczęły chichotać. Wstała, wzięła swoje rzeczy i wyszła. Słyszę też o takich zajęciach jogi, podczas których nauczyciel wyśmiewa się z uczennicy, że ta nie potrafi czegoś zrobić. Zagrzewa: „dasz radę, dasz radę, walcz!”. Albo trzyma ludzi w pozycji wojownika długimi minutami, a to bardzo wysiłkowa asana, podczas której stoisz w wykroku z rękami uniesionymi i wyprostowanymi do boku. Takie tortury stosowano kiedyś w zakładach karnych. W sali do jogi mamy czuć się bezpiecznie. W momencie, w którym wysiłek przekracza ten, z jakim nasze ciało sobie radzi, zaczyna wydzielać się adrenalina i kortyzol – a to nie jest dobre. Nauczyciel musi o tym wiedzieć. To ma być ta medytacja w ruchu? To przemoc. Podchodzenie od tyłu do uczestniczek i uczestników, kiedy są w pozycji psa, łapanie za biodra bez uprzedzenia – to też przemoc. Stawanie w taki sposób, że genitalia nauczyciela są naprzeciwko oczu i nosa ćwiczącego; stawanie ludziom na dłoniach czy dokręcanie w rotacjach – to też przemoc.

Bardzo bliskie jest mi podejście Bernie'ego Clarka, który uczy yin jogi: „to nie ciało jest po to, by być w asanie, tylko asana jest po to, by być w ciele”. Naszym celem w jodze jest zakotwiczenie się w ciele, nawiązanie z nim dobrej relacji, zrozumienie go, poprawa jego koordynacji, równowagi, poprawa krążenia limfy, dotlenienie i zwiększenie zakresu powierzchni, którą oddychamy... A nie skręcenie się w chińskie osiem, kosztem potwornego stresu, bólu, a nawet kontuzji.

(Fot. Olga Majrowska/Uroda Życia)

Joga potrzebuje więc reformy?
Joga potrzebuje napisania jej na nowo przez kobiety! Nie dlatego, że to my teraz głównie praktykujemy jogę, ale dlatego, że wszystko, co żeńskie, ma inną ekspresję. Jestem pewna, że gdyby Budda był kobietą, to nie siedziałby nieruchomo, tylko się kołysał (śmiech). W nas jest kołysanie, przepływ. Potrzebujemy miękkości, potrzebujemy odkryć na nowo przyjemność w naszych ciałach. Poddane treningowi i patriarchalnej tresurze zrobiły się usztywnione. Musimy na nowo zdefiniować jogę z pozycji Shakti – żeńskiej energii, siły stwórczej. Musimy nauczyć jogę od nowa szukania łagodności, dobroci.

I nie potrzebujemy żadnego guru, by nad nami stał, popisywał się swoimi muskułami i mówił, jak kto ma przeżywać swoją praktykę jogi. Mam tego dość!

Oczywiście są pewne zasady, które ułatwiają wejście w asany, jest technika i potężna wiedza teoretyczna do studiowania, ale zawsze powtarzam: „rób tyle, ile ci sprawia przyjemność, i tyle, ile możesz – i pomalutku powiększaj zakres”. Ja się tego nauczyłam i właśnie dzięki takiej praktyce po bardzo ciężkim przejściu, jakim była dla mnie obustronna mastektomia piersi, bardzo szybko wróciłam do dobrej formy fizycznej. Mój lekarz powiedział: „Uważaj na ból, wszystko masz tam pocięte, poprzerywane, to ma pracować, ale się nie rozrywać na nowo”. Byłam więc bardzo wyczulona i ostrożna. Bardzo wsłuchiwałam się w ciało i widziałam, jak chętnie współpracuje, kiedy nie czuje bólu, nie boi się. Wtedy bowiem ciało ufa i w naturalny sposób przyrasta nam siły i elastyczności.

Tak że patriarchalnym dziadom i narcystycznym mentorom na jodze, jak i wszędzie, mówimy: nie!

Oraz strażniczkom patriarchatu.
Mrocznym „boginiom” dziadocenu, czyli kończącej się właśnie ery panowania przemądrzałego, lubieżnego dziada.

Specjalnie je wywołałam, bo sama ostrzegasz, że obecnie jest bardzo dużo pseudoprokobiecych działań. Znów nam się tłumaczy, co jest dla nas dobre, tylko tym razem maskując to udawaną troską o nasze zdrowie i samopoczucie.
Moc kobiet, ciałopozytywność, przebudzenie kobiecości, powrót do postaci bogini – to są bardzo piękne i pozytywne działania, ale pamiętajmy, że szybciutko wyłapali je również różni badacze trendów. I tak jak każdy syf można dziś poddać greenwashingowi, przyklejając na nim zielony listek i pisząc „eco”, tak każdą antykobiecą, zaprzęgającą nas do jeszcze jednego kieratu bzdurę można ładnie opakować jako prokobiecą, przyklejając na niej znaczek z lotosem albo pisząc: moc kobiet.

Jako że bardzo dużo pracuję z kobietami, każdego dnia dostaję kilkanaście ofert reklamowych. Wszystkie one krążą wokół hasła „moc kobiet”, a są to na przykład bardzo nieetycznie wytwarzane kosmetyki czy suplementy albo propozycje wypuszczenia na rynek własnej linii jakiegoś świństwa. A że podjęłam decyzję, że będę robiła tylko to, co mnie uszczęśliwia, mogę się obejść bez tej ekstrakasiory i spokojnie wyżyć z mojej pracy. To mi daje niezależność i wolność opinii.

Powiedz mi, gdzie były te instagramowe boginie i różne sławne niby przewodniczki duchowe, kiedy trwały czarne protesty i kobiety pałowano na ulicach? Większość siedziała cichutko, żeby nie stracić kontraktów reklamowych.

Uważam, że bycie w praktyce jogi, w praktyce empatii, nie może oznaczać niebrania udziału w bardzo ważnych dyskusjach społecznych, które mają miejsce. Chciałam bardzo delikatnie Państwu uświadomić, że do Polski z wielkim impetem wkracza regularny faszyzm. Nasze wnuczki nas kiedyś zapytają: „A ty, babciu, gdzie byłaś w 2021 czy 2022?”.

(Fot. archiwum prywatne Pauliny Młynarskiej)

Wiele osób zarzuca ci właśnie to zaangażowanie społeczne, czemu zresztą poświęciłaś cały rozdział w swojej nowej książce. Bo skoro jesteś joginką, nie masz prawa się wkurzać na pewne rzeczy. Raczej być łagodną, wewnętrznie spokojną osobą, która nie krzyczy, a spokojnie przemawia. Zostawiając to, co się dzieje, do rozwiązania losowi czy Bogu.
Przede wszystkim: gdybyśmy się wszystkie tak uduchowiły i zostały joginiami siedzącymi całymi dniami na markowych matach, to byłoby to spełnienie marzeń patriarchalnego dziada. Usadzić kobietę. Dlaczego nie na macie do jogi? Niedoczekanie wasze!

Praktyka jogi to nie jest coś, co ma z człowieka wygasić wszelką pasję. Jednym z celów praktyki jogi jest też odnalezienie własnej dharmy, czyli rozpoznanie swojej prawdziwej natury. Są osoby, które podczas praktyki jogi odkryją, że przez lata zmuszały się do czegoś, na przykład do życia „na zewnątrz”, podczas gdy ich marzeniem jest bycie w ciszy. Te osoby nie będą chodziły na demonstracje i darły mord, tylko będą medytować na rzecz podniesienia ogólnego dobrostanu, w zgodzie ze swoją naturą. Natomiast są takie osoby, i ja się do nich zaliczam, których natura jest wojownicza. Moja praca wewnętrzna polega więc na tym, by rozpoznać, kiedy ta wojownicza natura bierze górę i idę w coś, żeby odreagować czy dlatego, że ogarnęła mnie chęć zemsty. Moją wojowniczą naturę mam nauczyć się kierować tam, gdzie warto podjąć walkę.

Chciałabym tym wszystkim osobom, które tak bardzo dużo wiedzą o jodze, że mnie pouczają, przypomnieć, że absolutnie fundamentalny dla praktyki jogi dialog, który znajdziemy w Bhagawadgicie – dialog pomiędzy Ardźuną i Kryszną – wcale nie jest pacyfistyczny. Ta rozmowa dzieje się na chwilę przed rozpoczęciem bratobójczej wojny między dwiema skłóconymi frakcjami tej samej rodziny. Wojna i tak wybuchnie. Ardźuna jest ze swojej natury najlepszym łucznikiem, więc jeśli nie weźmie udziału w tej wojnie, sprzeniewierzy się swojej naturze. Oczywiście bitwa jest alegorią ludzkiego życia, a dialog dotyczy tak naprawdę tego, na ile angażujemy się w walkę i jaka jest nasza w niej rola. Piękna metaforyka hinduistycznych bóstw, którą się posługujemy w nauce jogi, jest bardzo wojownicza. Dużo tam namiętności, a nawet agresji, podobnie jak w innych mitologiach: greckiej, rzymskiej czy słowiańskiej. Bo ci wszyscy bogowie i boginie odzwierciedlają nasze wewnętrzne walki.

Są aspektami nas samych. O czym z kolei piszesz w kalendarzu „Moc kobiet”, który w tym roku poświęcasz greckim boginiom. Jest w nas zarówno Hera, zazdrosna o swojego wiecznie niewiernego męża, pełna czułości Afrodyta, jest matka Demeter i córka Kora, którą czasem pociąga ciemność. Ale jest też Nemezis, czyli bogini zemsty.
Bardzo łagodna jest ta nasza polska kobieca Nemezis… Liczę na to, że trochę się wreszcie rozkręci.

Każdy z nas ma swoją rolę do odegrania w życiu i nie jest tak, że praktyka jogi, niczym obróbka skrawaniem, doprowadzi nas do stanu, w którym nic nas już nie ruszy. Żyjemy w ciele, a ciało ma swoją fizjologię, mózg ma swoje wydzieliny, którymi są myśli – fakt, że ktoś jest w praktyce jogi, nie oznacza wcale, że pokonał już wszystkie swoje demony! Ja na przykład nie zamierzam udawać, że tak jest. Daleka droga przede mną. Wiemy też dziś, że jest coś takiego jak epigenetyka – dziedziczenie traumy. Zobaczysz, archeologia psychologiczna bardzo zmieni nasze podejście do terapii. Tak jak odkrycia archeologiczne XX wieku przywróciły nam boginię. Trzeba było wykopalisk na terenie dzisiejszej Turcji i Grecji, w tym też na Krecie, na której mieszkam i gdzie odkryto pałace kultury minojskiej, w której pozycja kobiety była bardzo wysoka – by nastąpiła zmiana w naszym patrzeniu na kobiecą reprezentację w sferze sacrum i w ogóle na pozycję, która została nam kilka tysięcy lat temu odebrana.

Dosyć mam więc tego mędrkowania na temat uprawiania jogi na zasadzie: „ma pani problem ze złością” albo „przemawia przez panią zgorzknienie”. A co, zgorzknienie to jest jakaś zakazana emocja czy stan? Wolę szczere zgorzknienie niż fałszywą słodycz.

Ale też właśnie dzięki pracy nad sobą, czyli terapii i jodze, byłaś gotowa na to, by zwalczyć wielką traumę swojego dzieciństwa – paniczny lęk przed szpitalem. A musiałaś go pokonać, by poddać się wspomnianej mastektomii. W książce wyznajesz, że paradoksalnie tuż przed operacją byłaś najbliżej siebie.
Bo wiedziałam, że nie mam innego wyjścia. Mam za sobą dziecięcą traumę szpitalną, więc każdy pobyt w szpitalu był dla mnie grozą, a że do tej pory byłam bardzo zdrowa, nie miałam okazji zbyt często się z nią mierzyć. Raz przyszyli mi palec, ale to nie był długi pobyt, po urodzeniu córki wypisałam się już następnego dnia. Badałam się regularnie i zawsze było to okupione potwornym kosztem psychicznym i emocjonalnym. Gdy więc się okazało, że będę musiała się położyć do szpitala na dłużej, przejść badania i wszystkie procedury, to właśnie dzięki jodze wiedziałam, jak się sobą zaopiekować. Praktyka jogi uczy słuchać swojego ciała. Zachęca, by je rozciągać, ćwiczyć, wyprowadzać na spacery, ale i codziennie dać sobie pół godziny na to, by pobyć w ciszy. I nie nazywajmy tego medytacją, bo to wielkie słowo i praktyka.

Zajęłam się sobą, ponieważ wiedziałam, że małe dziecko we mnie będzie przerażone szpitalem. Postanowiłam, że muszę mieć w sobie jak najwięcej tej dorosłej – opiekuńczej Demeter. I jako dorosła zrobić absolutnie wszystko, by dać dziewczynce we mnie poczucie bezpieczeństwa, zadbać o wszystko, o co się da zadbać. Za każdym razem, kiedy chciałam o coś spytać lekarza, to w pierwszym odruchu się wycofywałam, bo co mu będę głowę zawracać – taki polski odruch – ale zaraz potem Demeter we mnie mówiła: „Nie, Paulina, masz się o wszystko wypytać. Dla dziewczynki”. Myślę, że ostatecznie pokonałam tego smoka szpitalnej traumy, ale było to dla mnie o wiele trudniejsze niż sama operacja.

Opowiedz jeszcze o swoim nowym tatuażu, a właściwie, z tego, co widzę, tatuażach...
Na prawym nadgarstku mam wytatuowane dwie pszczoły, które trzymają razem grudkę miodu – odrysowany naszyjnik sprzed około 3,5 tysiąca lat, znaleziony w pałacu w Malii, na wschodzie Krety. Pszczoły w kulturze minojskiej były bardzo ważnym żeńskim symbolem, choć nie do końca wiemy, co on oznaczał. Pszczoły to dla mnie siostrzeństwo i matriarchat. Uwielbiam ich motyw, mam też kolczyki w kształcie tego naszyjnika. Jest złoty i oczywiście mniejszy niż tatuaż.

Dwie lilie na lewej ręce są z kolei odrysowane z fresku, który się znajduje w Akrotiri na wyspie Santorini. To miejscowość, gdzie są najlepiej zachowane pozostałości minojskie, coś w rodzaju małych Pompejów. Takie lilie znajdziemy prawie na wszystkich freskach w pałacach minojskich, na „moim” fresku pochyla się nad nimi kobieta z nagimi piersiami, która zresztą może się tu za jakiś czas pojawi. Dla mnie wyglądają jak takie… ukorzenione jajniki. To symboliczne podziękowanie dla Krety za niesamowite przeżycie, jakim była moja tegoroczna akcja „cyce”. Bardzo pouczająca, choć pewnie lepiej, gdyby się w ogóle nie zdarzyła. Przyniosła mi jednak dużo dobrych przemyśleń i ogrom życzliwości od ludzi. Dzięki niej bardzo wrosłam w lokalną społeczność, która mnie nie zawiodła.

Nigdy nie zapomnę, jak tuż po powrocie do domu Ala, moja córka, odsłoniła okno w sypialni, a kreteńscy przyjaciele stali za szybą – z powodu koronawirusa nie chcieli wchodzić do środka – machali, uśmiechali się i pokazywali mi te wszystkie pyszności, które zrobili, żeby mnie powitać.

Polecamy książkę: „Moja lewa joga”, Paulina Młynarska, wyd. Prószyński i S-ka

Polecamy kalendarz książkowy: „Moc kobiet”, Paulina Młynarska, wyd. Eurograf

Paulina Młynarska, niezależna dziennikarka i pisarka, felietonistka, podróżniczka, businesswoman. Zaangażowana społecznie feministka i certyfikowana nauczycielka jogi. Mieszka na Krecie z dwoma psami, trzema kotami. Matka dorosłej córki. Jej profile w mediach społecznościowych śledzi ponad 20 tys. osób.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze