1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Ewa Bem: „Wróciłam, jestem, żyję”

Ewa Bem: „Wróciłam, jestem, żyję”

Ewa Bem-Sibilska wokalistka nazywana pierwszą damą polskiego jazzu, autorka tekstów piosenek (Fot. Iza Grzybowska)
„Uważam, że część spraw i zdarzeń z dzieciństwa, może większość, a może nawet wszystkie, objawia się potem w dorosłości. Różne rzeczy zostają w głowie, w ciele” – mówi świętująca 50-lecie na scenie Ewa Bem. I wspomina siebie z przeszłości: dziewczynkę i dziewczynę z kamienicy przy ulicy Pięknej.

Ktoś kiedyś opisał scenę z mojego dzieciństwa, jak to śpiewam z braćmi w tramwaju i zbieramy do kapelusza. Może i byłby to dla czytelników smaczniejszy kąsek – taka opowieść, w której nasza trójka, w skromnych ubraniach, niemalże łachmanach, śpiewa po tramwajach i zajezdniach, licząc na datek. Tylko że my, owszem, śpiewaliśmy, ale absolutnie nie braliśmy za to pieniędzy. Prowodyrem był tu zawsze mój starszy brat Aleksander, z całej naszej muzykalnej trójki bezwzględnie najzdolniejszy, miał też umiejętności przywódcze. I to on nas (mnie i młodszego brata Jarka) organizował w głosy. Wystarczyło, że rzucił jakieś hasło, na przykład: „Beatlesi”. I jeśli wypadło to akurat w tramwaju, śpiewaliśmy w tramwaju. Stawaliśmy sobie z boczku i coś tam improwizowaliśmy. Może nie na cały głos, jak jakieś łobuzy, obiboki, ale cichutko, bez narzucania się innym. Na ulicy, na podwórku czy w autobusie – to nie miało znaczenia.

Piękna

Aleksander – trzy lata ode mnie starszy, Jarosław – rok młodszy. Praktycznie cały wolny czas spędzaliśmy razem. Mieszkaliśmy w samym centrum Warszawy, na ulicy Pięknej, przy nowo wybudowanym placu Konstytucji. Wokół podwórka i dzieci w naszym wieku. Koledzy, koleżanki, mnóstwo ich było (mówimy o latach 50. i wczesnych 60., a więc powojennym baby boomie), żyło się w zgranej, fajnej paczce.
Mama twierdziła, że byłam jako mała dziewczynka wybitnie ugodowa, byle uniknąć harmidru, hałasu, awantury. Jeśli więc chodzi o zgodność rodzeństwa, mogę śmiało powiedzieć, że we trójkę byliśmy bardzo zgodni. Natomiast chłopcy czasem się ze sobą lali. Nigdy w domu. Jeśli już dochodziło między nimi do poważnego starcia, wystarczyło, że mama rzuciła: „Na podwórko!”. I kiedy padało to hasło, obydwaj zjeżdżali windą z czwartego piętra (właściwie z piątego, bo jedno piętro w naszym domu było ślepe) i chociaż mieli w tej windzie wspaniałe warunki do bójki, bo przecież ciasno i tak dalej, jednak się wstrzymywali. Dopiero jak dotarli na parter i przeszli w głąb bramy, zaczynali się prać.

Mała Ewa ze starszym bratem Alkiem (Fot. archiwum domowe Ewy Bem)



Obaj byli wobec mnie bardzo opiekuńczy. I z jednej strony Bogu dziękuję, że miałam takich braci obok siebie, bo to mi ogromnie w wielu sytuacjach i planach życiowych pomogło. Z drugiej – czasem mi to jednak przeszkadzało, bo na przykład nie dopuścili do mnie żadnego chłopaka, który mi się podobał. Musiał ów chłopak przejść przez takie sito, że to raczej się nie udawało. A szkoda, bo z kolei ja ze swojej strony byłam w którymś z kolegów moich braci wiecznie zakochana, szczególnie w starszych kolegach mojego starszego brata.

Mała Ewa, lata 50. (Fot. archiwum domowe Ewy Bem)

Cztery czyste

Na dole mieliśmy kiosk cukierniczy – niech się wszystkie dzisiejsze najdroższe cukiernie schowają! Malutka dziupla, a sprzedawali tam cuda: pyszne marcepanki, kukułki, blok ciasteczkowy, kolorową galaretkę przekładaną białą masą. Był tam też saturator, w którym woda sodowa (w porządnie umytej szklance!) kosztowała 30 groszy. Z sokiem: 90. Dostawaliśmy od babci każde po złotówce. Babcia owijała nam trzy monety osobno w trzy kłęby z gazety, po czym wołała: „Alek, Jarek, Ewa!” – zawsze w tej kolejności – i kiedy z głębi podwórka biegliśmy pod okna (od strony dzisiejszego teatru Polonia), wyrzucała nam te zawiniątka, a my szliśmy do saturatora. Wiadomo było, że Jarek pije najwięcej, bo najmłodszy i też biegał jak oszalały, więc robiliśmy tak: on brał trzy czyste, zostawało mu 10 groszy. Myśmy z Alkiem brali wypas, czyli wodę z sokiem, i też nam zostawało po 10 groszy. Na koniec oddawaliśmy Jarkowi naszą resztę, żeby wziął czwartą czystą. To był nasz rytuał.
Ale też nie zawsze było dla nas te trzy złote, słowo daję. A nam cały czas trzeba było coś dawać do picia, bo piliśmy jak smoki. Woda z kranu była podłej jakości, babcia gotowała nam więc kawę zbożową, prawdziwą, gorzką, i ją studziła. Kawa stała w kuchni w kamionkowym garze, takim samym jak ten, w którym teraz kiszę ogórki. Nie zapomnę tego uczucia, jak się pochylam nad tą czarną taflą i piję. Ja w ogóle tak pamiętam zdarzenia z przeszłości: poprzez zapach, dotyk, smak. A dziś ten garnek, nad którym się pochylałam, to jeden z wielu dowodów na to, że bardzo o nas dbano. Mama z babcią dokonywały cudów, żebyśmy z braćmi nie czuli, że coś jest nie tak.

Ewa Bem podczas komunii świętej z braćmi – Jarkiem i Alkiem (Fot. archiwum domowe Ewy Bem)

Nasz pałac

Moja rodzina po kądzieli pochodzi z Poznania. Mieszczański dom, babcia Felicja i jej całe rodzeństwo znali perfekt dwa języki, do tego nauka angielskiego, fortepianu. A nawet, przy akompaniamencie akordeonu, raz w miesiącu nauka modnych tańców. Wszystkie dzieci miały wpajaną życiową zaradność. Mnie też przekazano solidną kindersztubę, pod tym względem nas nie oszczędzano. Trzeba było umieć się zachować w każdej sytuacji – i już. Mama była wymagająca, najbardziej zresztą wobec mnie, mimo że relacje miałyśmy bardzo dobre. Do tego surowa w ocenach. A jednocześnie było w niej coś niesamowicie przekornego, jakaś iskra, niezależność myślenia. Uwielbiała zgryw – poczucie humoru ceniła wysoko.
Co było szare w naszym dzieciństwie, próbowała ubarwić. Szliśmy na przykład razem Marszałkowską i mama w pewnym momencie mówiła: „Alek, zrobisz kapturka?”. „A za ile?”. „Za dwa złote”. Chodziło o to, żeby Alek, jak Wiesław Gołas w Kabarecie Starszych Panów, zaśpiewał: „Ucha, tralala, kapturek sześćdziesiąt dwa”, a do tego wywinął kilka figur krakowiaka. To był prawdziwy wyczyn, a dwa złote akurat wystarczało dla nas na lizaki.
Pamiętam też, jak w 1956 roku wreszcie skończyli budować Pałac Kultury i jak mama oznajmiła, że to jest nasz dom. Dosłownie nasz, własność naszej rodziny. Zabrała nas tam tramwajem, bardzo nam się podobało, tylko się dziwiliśmy, dlaczego skoro jest nasz, chodzą po nim obcy ludzie? Mamie powieka nie drgnęła: „Myśmy chwilowo oddali to do zwiedzania”. No kto by wpadł na taki pomysł?

Ochrona

Od pewnego momentu dzieciństwa żyliśmy bardzo skromnie. Nieraz trzeba było pisać prośbę o zapomogę na obiady, na obóz harcerski. Lub na ciepły sweter dla Jarka, kiedy jechał ze swoją drużyną piłkarską na mecz, a była zima i nie miał nic odpowiednio ciepłego. Przeważnie to ja musiałam tę prośbę zanieść do sekretariatu szkoły, nie cierpiałam takich sytuacji. Czasem z zazdrością widziałam u koleżanek, że mają w lodówce masło. U nas w domu to był rarytas, jadało się margarynę, od wielkiego dzwonu babcia dodawała odrobinę masła do smaku, mieszając razem z margaryną widelcem w miseczce. A jednocześnie chcę podkreślić: dzięki temu, że mieliśmy takie osobowości, a nie inne, że mama i babcia wychowywały nas tak, a nie inaczej, podkręcając nasze poczucie humoru i nasz dystans do świata, i wreszcie dzięki temu, że kochaliśmy muzykę – i rozumieliśmy, że istnieje świat niezależny od tych wszystkich przyziemnych spraw, okazalszy, lepszy – czuliśmy ochronę. Nie było tak, że szłam na szkolny obiad i przełykałam łzy wstydu gdzieś w kącie. W życiu! Wszyscy troje chodziliśmy do tej samej szkoły podstawowej. Szkoły numer dwa przy ulicy Mokotowskiej 16, gdzie (wolałabym użyć innego sformułowania, ale to jest chyba najbardziej adekwatne) Bemy rządziły. Angażowaliśmy się w tak dużo inicjatyw szkolnych, zadań i projektów. I czuliśmy się dzięki temu silni. Tak, chyba przede wszystkim chodziło o poczucie siły, oczywiście psychicznej. Siedzieliśmy też głęboko w harcerstwie. I to też mama, zresztą bardzo mądrze, wymyśliła, zapisując nas od razu do zuchów. Taki kontrapunkt dla naszego pogarszającego się poziomu życia.
Uważam, że część spraw i zdarzeń z dzieciństwa, może większość, a może nawet wszystkie, objawia się w dorosłym życiu. Różne rzeczy zostają w głowie, w ciele. Nie zapomnę, jak Jarek był już mocno dorosły i kupiliśmy mu z Alkiem porządną skórzaną piłkę do nogi. On mógł już sobie wtedy kupić sto takich piłek, a jednak był ogromnie poruszony, do łez.
Czy ja też byłam w dzieciństwie typem sportsmenki? Niespecjalnie, ale dzięki braciom coś z ducha sportowego i mnie się udzieliło. Zdobyłam, nie wiem do dziś jakim cudem, mistrzostwo dzielnicy Śródmieście w skokach na skakance. Na Agrykoli odbywały się zawody, więc poszłam i zdobyłam medal. Chłopaki mnie wcześniej ćwiczyli w domu, chcąc mi pomóc trochę schudnąć, bo zawsze miałam z tym problemy.

Nastoletnia Bem z zespołem Bemibek na koncercie w klubie Stodoła (Fot. archiwum domowe Ewy Bem)

Fortepian

Rodzice rozeszli się, kiedy miałam osiem lat. A konkretnie ojciec odszedł do innej kobiety, zostawiając nas, nie tylko mamę. W ramach podziału ich skromnego majątku wziął ze sobą fortepian. Był to egzemplarz krótki, ale pięknie brzmiący. Ojciec pracował w dawnym PKBG [Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego – przyp. red.], ale był też pianistą. Jako uznany kapelmajster grał i organizował muzyków do eleganckich restauracji w Warszawie i na rauty w ambasadach. Dość szybko wyemigrował, najpierw do Norwegii, potem do RFN-u, przez co my na długie lata mogliśmy zapomnieć o paszportach.
Mieliśmy z nim sporadyczne kontakty i trudno mówić o pojednaniu. Nigdy nie podjął takiej próby, która by mnie satysfakcjonowała.
A wracając do fortepianu – odebranie go było dla nas ciosem. Po pierwsze, grała na nim wieczorami babcia, co uwielbialiśmy, po drugie, my też uczyliśmy się gry na fortepianie. Potem przez jakiś czas ćwiczyliśmy u naszej dobrej sąsiadki, która miała pianino, ale to się na dłuższą metę nie udało. Uważam, że ten zabrany fortepian w znacznym stopniu zmienił tory naszego życia. A już na pewno Alka. Mój brat miał w przyszłości studiować dyrygenturę i chociaż i tak zajął się muzyką [Aleksander Bem, 1949–2019, był kompozytorem, perkusistą i wokalistą – przyp. red.], nie poszedł na Akademię Muzyczną.
Wiem też, że od kiedy rodzice się rozeszli, nasz dziecięcy świat się rozpadł. Dlatego jestem murem za trwałymi rodzinami, bez rozwodów, zwłaszcza gdy są dzieci.

Ewa Bem w pierwszej połowie lat 70. podczas jednego z występów (Fot. archiwum domowe Ewy Bem)

Tatko

Nie mogę pominąć wujaszka Rajmunda. Nie mogę, bo to człowiek, który był obecny w całym moim życiu. Brat mojej mamy, w zespole Pinokio grał na kontrabasie, otwierał pierwszy festiwal jazzowy w Sopocie. Facet, który najpiękniej całował kobietę w rękę, przewspaniale tańczył, a jednocześnie umiał naprawić pękniętą rurę, przenicować płaszcz na lewą stronę. Fajny wzorzec mężczyzny i wysoko postawiona poprzeczka dla wszystkich panów. Wujaszek mieszkał w Poznaniu, ale spędzał wiele tygodni u nas w domu. Każdy wyjazd na Mazury to z wujkiem. Jako anegdotę opowiadał mi, że w czasach, kiedy nawet jeszcze mój ojciec był w domu, jechał z naszą trójką nad morze na wakacje jako opiekun w przedziale dla matki z dzieckiem. Większość życia zwracałam się do niego „Tatko”.

Muszę się pilnować

Ukończyłam liceum Batorego w Warszawie. Chemia, fizyka, matematyka – powiedzieć, że miałam kłopot, żeby cokolwiek z tego pojąć, to nie powiedzieć nic. Za to byłam dobra w językach, kochałam język polski, którego uczył mnie profesor Niewiadomski. Nieskazitelny, codziennie w muszce, do tej pory szukam w wypowiedziach innych właśnie jego przejrzystego, zachwycającego stylu. Profesor powtarzał mi: „Bem, za kwieciście! Bem, za dużo!”. I miał rację. Ja nigdy nie mogłam napisać „ładna”, tylko „ładna”, przecinek, „urocza”, przecinek, i jeszcze ze trzy określenia. Dopiero pracę maturalną pan profesor ocenił mi wysoko. Ale do tej pory zostało mi to: „Bem, za dużo!”, muszę się pilnować.

Ewa Bem na koncercie z Andrzejem Zauchą, lata 80. (Fot. archiwum domowe Ewy Bem)

Zaśnij

Jest rok 1969, mam 17 lat, przechodzimy z Alkiem koło klubu Stodoła. Idziemy i jak zwykle sobie śpiewamy. Stodoła wtedy mieściła się na Nowowiejskiej i jednym z jej licznych nieodżałowanych walorów były odbywające się tam piątki jazzowe i regularne fajfy, na których tańczyło się do żywej muzyki. Z niczym tego nie można porównać, najlepsza dyskoteka z najlepszym didżejem to przy tym pikuś. W tamtym czasie chciałam studiować aktorstwo. Nawet złożyłam papiery i zdawałam na Miodową. Dlaczego się wycofałam to osobna historia. Z kolei Alek grał już wtedy w Stodole z zespołem Pięciu. Znał klub i ludzi, wiedział, że jest nabór do nowej grupy bluesowej. Zaproponował: „Chodź, wejdziemy”. No więc oczywiście, wchodzimy, skoro brat tak mówi. Poza tym to przecież chodziło o Stodołę! Alek mnie przedstawił: „To moja siostra Ewka, bardzo fajnie śpiewa”. „A możesz nam coś zaśpiewać?”. Wybrałam „Zaśnij”, piosenkę, którą dopiero co skomponował. Alek zaczął basować, wykonałam zwrotkę czy dwie bez najmniejszego skrępowania, dla mnie to była naturalna sytuacja. Już wtedy miałam lekko schrypnięty głos.
I tu wyjaśniam, że moja chrypa nie wzięła się od papierosów czy hulaszczego życia, tylko jestem genetycznie tak skonstruowana. Moja mama miała piękny matowy głos, moja córka Pamelka taki miała, córka Gabrysia też ma.
Tak więc zaśpiewałam, przesłuchujący mnie kierownik muzyczny Stodoły wpadł w zachwyt i mnie przyjął. Tak się wszystko zaczęło.

Najnowsza płyta Ewy Bem „Live” (wyd. Agora) ukazała się w listopadzie 2021. (Fot. materiały prasowe, Iza Grzybowska)

Jestem

50 lat na scenie? Sama w to nie wierzę. Zresztą wydaje mi się, że jakby porządnie to przeliczyć, jestem na tej scenie jednak trochę dłużej, ale 50-lecie brzmi fajnie i niech tak zostanie. Tak, był moment, kiedy mówiłam, że nie wrócę. Sama nie lubię, kiedy ktoś tak deklaruje, a potem jednak wraca, to taki chwyt PR-owy. Ja złożyłam swoją deklarację po śmierci córki Pameli, bo byłam przekonana, że do tego świata nie ma dla mnie powrotu. Cztery lata przerwy. Spędzone w kokonie: dom, najbliższa rodzina, kontaktów innych zero, niewiele wychodzenia. Bolesna izolacja i kolejne, równie piekielne etapy żałoby. Długo towarzyszył mi strach, jak sobie poradzę na scenie. Czy to dla mnie nie będzie za dużo. Ale też dopiero teraz zrozumiałam, że jest w tym byciu na scenie coś takiego, bez czego ciężko mi się żyje. Wcześniej nie szukałam tu głębszych znaczeń, po prostu występowałam i tyle, to była moja rzeczywistość. Pierwszy koncert po przerwie, na Ladies’ Jazz Festivalu, to także wewnętrzne zmagania: czy i jak mam podkreślić, że jestem po stracie córki? Bo uważam, że było moim obowiązkiem w jakiś sposób to podkreślić. A z drugiej strony jak poradzić sobie z kiełkującymi wyrzutami sumienia, pewną obawą: czy ja czegoś sobie nie buduję, sympatii czy poklasku, bo jestem matką, która straciła dziecko? To by było dla mnie najstraszliwsze. Nadal przeżywam takie zmaganie. Doceniam, że wszyscy okazują mi ogromną serdeczność i wsparcie. Wierzę, że za mną tęsknili i mnie lubią, po prostu. Równie ważne jest dla mnie, żeby pokazać także naszej drugiej córce, Gabi, że nie zapadam się w otchłań, że się dźwigam i że to dla niej.

Jeśli chodzi o moją najnowszą płytę [zarejestrowaną podczas koncertu w studiu radiowym we Wrocławiu – przyp. red.] – nie wiem, czy to przypadkiem nie był celowy zabieg wydawcy, ale ja dopiero teraz, tutaj, rozmawiając z Panią, pomyślałam sobie, że w tym tytule „Live” jest podwójny komunikat. To cała prawda o tej płycie, ona jest niepodrabiana, niepodmontowana, nagrana od początku do końca na żywo. Ale też można to „Live” interpretować jako komunikat. Że wróciłam, jestem, żyję.


Ewa Bem-Sibilska: wokalistka nazywana pierwszą damą polskiego jazzu, autorka tekstów piosenek. Karierę artystyczną rozpoczęła w Grupie Bluesowej Stodoła. W 1970 roku została wokalistką zespołu Bemibek, który stworzyli brat Ewy Aleksander Bem i Andrzej Ibek. Jej najnowsza płyta „Live” (Agora) ukazała się w listopadzie 2021.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze