1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Olga Bołądź: „Lubię robić rzeczy, których się boję”

„Polecam wszystkim, zwłaszcza młodym kobietom, ciągłe szukanie i znajdywanie swojego constans. Właśnie po to, by zewnętrzne czynniki tak nas nie rozpieprzały. Constans to są moje emocje, moje doświadczenia, moja wrażliwość i moje podejście do samej siebie”. (Fot. Adam Tuchliński)
Mówi, że jest na swoim miejscu. Potrafi docenić to, co ma. Prywatnie i zawodowo. Co nie znaczy, że nie bywa jej ciężko na duszy. Czy że nie ma marzeń i celów. Aktorka Olga Bołądź mówi o tym, co pomaga jej być szczęśliwą, nawet pomimo niesprzyjających warunków zewnętrznych.

Pytanie o marzenia zawsze jest intymne, ale jednak spytam. O czym teraz najbardziej marzysz?
Jest kilka rzeczy, ale skoro pytasz intymnie, to marzę o zostaniu mamą po raz drugi. To jest coś, do czego dojrzałam i na co wspólnie zdecydowaliśmy się z moim partnerem. Jestem teraz w dobrym momencie życia. Czuję, że nakarmiłam tego psa, jakim jest ego. Przychodzą do mnie fajne propozycje zawodowe, więc na tym polu też się spełniam. Jestem zdrowa, mam zdrowego synka, wszyscy moi bliscy są zdrowi. Mam partnera, który jednocześnie jest moim przyjacielem. Sprawy, o które mogę zadbać i które znajdują się w moim zakresie wpływu, popycham do przodu. Jestem na swoim miejscu. I potrafię to wszystko, co mam, docenić. Choć oczywiście zewnętrzne warunki są trudne, zdaję sobie z tego sprawę.

Ostatnio trafiłam na stwierdzenie, że to jest OK, by w ciężkich czasach czuć się szczęśliwą. Że możesz sobie na to pozwolić, że to jest w porządku. Więc jestem blisko ludzi, których kocham, i pozwalam sobie na bycie szczęśliwą, a jednocześnie przeżywam konflikt wewnętrzny, bo sytuacja, jaka jest na świecie i w Polsce, do tego mojego świata nie przystaje. To, co dzieje się na naszej granicy – zguba dzieci i matek, polaryzacja społeczeństwa wobec kryzysu migracyjnego, wreszcie brak polityki migracyjnej – sprawia, że patrząc na swoje dziecko i na swoje szczęście, odczuwam dysonans. Owszem, pomaga mi to nie być bezczynną, ale też wiem, że im bardziej w to wchodzę, tym ciężej mi na duszy.

Decyzja, żeby jednak zaprosić na ten świat kolejną osobę, jest chyba przejawem wiary w to, że on nadal ma ład i sens. Że nie zniszczyliśmy go jeszcze doszczętnie i nie zniszczyliśmy w sobie człowieczeństwa.
Ślepo ufam, że będzie lepiej. Jest wiele spraw, którymi się przejmuję, ale wierzę w Boga, i to jest mój budulec. A im więcej podróżuję, szczególnie w jakieś dzikie miejsca, tym bardziej wierzę w to, że przyroda nie da nam się unicestwić. Robimy jej cholerną krzywdę i pewnie jeszcze wiele czasu upłynie, zanim w końcu ją uszanujemy. A powinniśmy czerpać z jej mądrości, z jej doskonałości. Ona za każdym razem się odradza. Jak sama powiedziałaś, trawa urośnie wszędzie, życie się odrodzi. Ten cudowny cykl życia pomaga mi właśnie myśleć, że i w wymiarze ludzkim się nam poukłada.

Staram się dostrzegać jasną stronę rzeczy, pielęgnować optymistkę, która we mnie mieszka. To nie takie proste, bo jestem osobą, która kieruje się emocjami, na szczęście Kuba jest bardzo racjonalny, więc gdy będzie trzeba, utrzyma mnie na powierzchni. Ja bardzo się wszystkim przejmuję, chyba nawet za bardzo, on jest moją równoważnią.

Z jednej strony mówisz, że warto poczuć swoją sprawczość – tak jak wielu aktorów byłaś jesienią na granicy, z pomocą i wsparciem dla koczujących tam emigrantów, wykorzystywanych w politycznej walce. Z drugiej strony czasem też dobrze się od tego odciąć, złapać dystans, tak jak też zrobiłaś niedawno, wyjeżdżając do Brazylii.
Problem polega na tym, że wszystko, co zrobisz, żeby poczuć swoją sprawczość, tylko potęguje wrażenie, że robisz za mało. Obserwuję wspaniałe akty heroizmu ze strony moich kolegów i koleżanek aktorów, którzy organizują wyjazdy, robią zbiórki, podpisują petycje, odwiedzają miejscową młodzież. Nikt z nas nie chce być celebrytą, nikt z nas nie jeździ na granicę dla rozgłosu, jeździmy tam albo działamy na miejscu, w Warszawie, bo bolą nas serca i chcemy pomóc. Trzeba coś robić, nie być obojętnym.

Staram się wysłuchać naprawdę wszystkich. Rozumiem też obawy ludzi, rozumiem, że można odczuwać lęk przed obcokrajowcami. Ale trzeba zacząć oswajać kryzys, bo on nie zniknie; ludzie będą migrować z powodu ocieplenia klimatu, z biedy, będą uciekać od konfliktów zbrojnych. Nam wszystkim brakuje rzetelnych informacji. Potrzebujemy debaty o kryzysie migracyjnym, potrzebujemy to wszystko przegadać, by przestać się bać i nie zamiatać sprawy pod dywan. Od 2015 roku temat migracji w Europie jest bardzo żywy, od kilku miesięcy dotyka nas bezpośrednio. On nie zniknie. To szalenie trudna sytuacja.

Moja mama jest we Włoszech, dokąd dzień w dzień przypływają emigranci. Rozmawiam też z moim kuzynem, który mieszka w Berlinie. Mówi: „Niech przyjeżdzają do nas. Berlin to miasto multikulturowe, potrzebujemy rąk do pracy”. W Polsce od dobrych paru lat pracuje dużo osób z Ukrainy, ich nie postrzegamy jako obcych. Dogadujemy się z nimi, często potrafimy wczuć się w ich sytuację. Potrzebujemy gości, nasza gospodarka na tym zyskuje, nasza kultura na tym zyskuje, my sami na tym zyskujemy.

Dlatego tak ważna jest dla mnie edukacja – nas wszystkich, społeczeństwa. Kiedy robiłam film „Alicja i żabka”, który porusza temat aborcji, też najbardziej mi na tym zależało. Wszyscy powinniśmy stale uzupełniać wiedzę: na temat naszego zdrowia, bezpieczeństwa, możliwości. Tymczasem mam wrażenie, że coraz bardziej zawężamy swoje horyzonty, zamykamy się w bańkach poznawczych, polaryzujemy.

„Staram się robić, ile mogę i ile umiem, pomagać, komu potrafię, a odpuszczać rzeczy, na które nie mam wpływu”. (Fot. Adam Tuchliński)

Myślisz, że film może to zmienić? Twój zgarnął kilka nagród na festiwalach, m.in. w Gdyni czy Kazimierzu Dolnym. Jak na debiut jest bardziej zaangażowany społecznie niż osobiście. Twoja bohaterka ma 14 lat, dwa razy mniej niż Ty, kiedy zostałaś matką. Czy mimo to „Alicja i żabka” jest w jakimś sensie opowieścią o Tobie?
Kiedy dobre pięć lat temu pisałyśmy razem z dziewczynami scenariusz – bo zrobiłyśmy to we cztery: z Magdą Lamparską, Julitą Olszewską i Jowitą Radzińską – miałyśmy wrażenie, że jeszcze jesteśmy w stanie zrozumieć emocje tej 14-latki. Że jeszcze wiek nas tak strasznie nie zróżnicował, nadal kumamy ten strach i jej niedojrzałość. Ktoś oczywiście może to rozumieć bardziej, a ktoś mniej, ale sądzę, że film, serial czy teatr to takie medium, które pozwala ci wejść na chwilę w emocje bohatera – tak że żaden zewnętrzny komentarz nie jest potrzebny. W tym momencie kończy się ocena, a otwiera się przestrzeń na zrozumienie czyichś wyborów. Ty postąpisz w swoim życiu tak, jak będziesz chciała. Albo musiała. Alicja podejmuje decyzję tu i teraz. W trudnym dla siebie momencie. Trochę przekornie wybrałam sposób opowiadania odległy od bohaterki, nie ma tu wielu bliskich planów, ale za to widzimy, co dzieje się w jej głowie, jak ona na to wszystko patrzy, z czym jej się to kojarzy. Trochę jakbyśmy oglądali bajkę. Ale przecież ona ma 14 lat, więc świat, który sobie opowiada, może tak wyglądać.

Robiąc ten film, tworzyłam także swój filmowy język. Chciałam, żeby był autentyczny, po prostu mój. Jako aktorka też staram się być autentyczna, w pełni zaangażowana w moje postaci.

Najbardziej pamiętam te Twoje role, w których się Ciebie bałam. Ankę z „Wolki” (reż. Árni Ásgeirsson) i Białko ze „Służb specjalnych” (reż. Patryk Vega). Lubię to, że kiedy je poznajesz, jesteś przekonana, że nie masz z nimi kompletnie nic wspólnego. Są brutalne, bezwzględne, robią, co chcą, nie zważając na innych. Ale stopniowo zauważasz ich, bezbronność, wrażliwość – i kończysz film, w pełni się z nimi solidaryzując. To trochę tak jak z tymi „obcymi”. Boimy się ich, dopóki ich bliżej nie poznamy.
Nie chodzi o to, by bronić bohatera, tylko wejść w niego. Bohater nie musi być miły, on musi być prawdziwy, i zarówno Anka, jak i Białko takie są. W „Wolce” gram morderczynię, która właśnie wychodzi z więzienia. Jest okrutna i bezwzględna, ale w więzieniu bez tego by nie przeżyła. Musiała taka być. Bo kiedy jesteś atakowana, to na początku się bronisz, opancerzasz, przybierasz jakąś formę – po to, by się ochronić. Kiedy moja bohaterka wychodzi z więzienia, musi też wyjść z tej formy, bo inaczej się nie odnajdzie w społeczeństwie. Jasne, nadal może coś spalić, może ukraść, może kogoś pobić, ale to nie rozwiąże jej wszystkich problemów. To już nie są te proste reguły, jakie panują w więzieniu. Na wolności istnieje o wiele bardziej skomplikowany świat ludzkich emocji, zachowań i powiązań.

To prawda, że aby przygotować się do tej roli, odwiedzałaś więzienia?
Tak, jedno, ale opowiem ci o innym ważnym przeżyciu. Tuż po filmie brałam udział w niezwykłym projekcie „Przez sport do praworządności”, w ramach którego przez tydzień jeździłam po poprawczakach i młodzieżowych ośrodkach wychowawczych – razem ze sportowcami, z antyterrorystami, z pięściarzami, kickbokserami, byłym GROM-owcem… Wiesz, co było w tym najbardziej niesamowite? Że kiedy wchodzisz do ośrodka poprawczego na salę pełną chłopaków, widzisz ten sam pancerz, o którym mówię. Siedzą z założonymi rękami, nastroszeni, z zaciętą miną, często ubrani jak kibole. Można się ich naprawdę przestraszyć. Jadąc tam, nie miałam pojęcia, jak to będzie wyglądało. To było trudne przeżycie. Cały czas myślałam o tym, co mogę im przekazać, co wartościowego dać. A gdy już usiadłam przed nimi, to po prostu powiedziałam, że nie chcę, żeby tu byli. Wiem, że w ich życiu wydarzyło się coś takiego, co ich tu sprowadziło. Nic nie poradzę na to, że ktoś ich krzywdził, przypalał żelazkiem, wykorzystywał czy bił, jak byli mali. Oni też na to nic nie poradzą. Ale od nich zależy, jak będzie wyglądała reszta ich życia. To oni mają sprawstwo.

Trudno jest rozmawiać z takimi chłopakami, bo nie przeżyło się tego, co oni. Ja jestem z tzw. normalnego domu, zresztą część z nich też nie pochodzi z patologicznych rodzin, czasem byli po prostu zbyt wrażliwi, samotni, do tego trafili w złe towarzystwo, któremu ulegli. Moim celem było opowiedzieć im o swoich emocjach. I o tym, że muszą mieć marzenia. Muszą zrobić to dla siebie. A ponieważ przygotowując się do „Wolki”, poznałam realia życia w więzieniu, chciałam ich przestrzec, żeby tam nie trafiali. Stąd niedługo wyjdą, tam mogą posiedzieć o wiele dłużej. Teraz jest ten moment, w którym mogą jeszcze zawrócić.

Mówiłaś to do nich też jako matka 8-letniego, dorastającego syna?
Tak, byłam z nimi szczera. Wielu budziło we mnie matczyne odczucia. Mówiłam: „Bardzo bym nie chciała, byście tu byli, ale ja was stąd nie wyciągnę. Moja przyszłość też nie zależała od mojej mamy czy taty, tylko ode mnie. Myślicie, że kogoś znałam, jak zdawałam do szkoły teatralnej? Na wszystko, co mam dzisiaj, zapracowałam sama. Bo jeśli trzeba pracować, żeby się utrzymać, to trzeba pracować, a nie myśleć, że inni mają lepiej. Macie jedno życie, wykorzystajcie je jak najlepiej”. Widziałam, że słuchali. Widziałam, jak ich oczy i twarze zmieniały się pod wpływem tego, co mówiliśmy. Moi koledzy opowiadali swoje historie – i oni się w nich odnajdowali. Już samo to, że my z nimi gadaliśmy, było dla nich ważne. W tym roku nie pojechałam do chłopaków, było to dla mnie zbyt trudne emocjonalnie. Ale kiedyś jeszcze to zrobię.

„To, co powiem, będzie trywialne, ale uważam, że trzeba łapać się na tym, kiedy przestajemy marzyć, i szybko znajdować nowe marzenia. Choćby były wielkie, głupie czy według innych niemożliwe do zrealizowania – marzenia są nam potrzebne do życia jak tlen”. (Fot. Adam Tuchliński)

Marzenia mogą nas wyciągnąć z najgłębszego dołka? Tak jak ich mogą wyciągnąć z poprawczaka?
To, co powiem, będzie trywialne, ale uważam, że trzeba łapać się na tym, kiedy przestajemy marzyć, i szybko znajdować nowe marzenia. Choćby były wielkie, głupie czy według innych niemożliwe do zrealizowania – marzenia są nam potrzebne do życia jak tlen. Mam tak czasem, że z pozoru wszystko jest dobrze, nic złego się nie dzieje. I zadaję sobie pytanie: „Ej, Olga, a jakie masz teraz marzenia?”. I jeśli w myślach sama sobie odpowiadam: „A w sumie żadnych”, to kolejna myśl jest taka: „To zróbmy sobie rajd po marzenia”.

Wiesz, co dla niektórych jest dziwne? Że mówię: „Chcę dostać Oscara”. Tak, to też jest moje marzenie. Moja przyjaciółka, zresztą psycholożka, powiedziała mi kiedyś: „Bołądź, ja z ciebie czerpałam. Bo miałaś wielkie cele i marzenia – nieważne, czy do nich doszłaś – ale robiłaś i ciągle robisz coś, by je spełnić”. Ma rację, nawet jeśli Oscara nie będzie, to fajnie jest próbować go zdobyć i realizować własne plany.

Chciałabym polecieć w kosmos, komercyjnym lotem. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mnie na to stać. Teraz byłam w dżungli, planuję pojechać do Amazonii, pokazać ją kiedyś synowi. Bardzo lubimy z Kubą podróżować i chcę, aby Bruno też czuł tę pasję. Podróże to są wspomnienia i doznania, których nikt mu nie zabierze.

Chodzę też z moim synem na ściankę. Wspinaczka rozwija, a ja lubię wyzwania, no i chcę być sprawna fizycznie i psychicznie. Odpadanie ze ścianki, czyli moment, kiedy musisz wszystko puścić, zaufać i spaść – jest genialny. Choć z wiekiem coraz bardziej się go obawiam. A kiedy widzę, jak mój syn się wspina, pojawia się jeszcze strach o niego. I właśnie tym bardziej chcę, by się wspinał. Próbował różnych rzeczy, wyjeżdżał, rozwijał się. Sama lubię to, czego się boję. Oczywiście jako matka chciałabym trzymać go jak najbliżej siebie, bo wtedy byłabym bardziej spokojna o to, że nic mu się nie stanie. No ale wiem też, że dopiero wtedy może mu się coś stać, kiedy go nie będę puszczała wolno. Już dziś pozwalam mu na podejmowanie własnych decyzji, choćby dotyczących tego, w co się ubiera czy jaką ma fryzurę. Mam taką zasadę, że kiedy widzę, że chce wziąć za coś odpowiedzialność i sam po coś sięga – to mu to daję. A kiedy wysyła mi jasny sygnał: „Stop, nie wtrącaj się”, wycofuję się. Bruno ma silny charakter. Ja też, i wiem, że musi mieć swoje zdanie. Moja rola to powoli go puszczać, pozwalać mu decydować o swoim życiu.

A jakie Bruno ma marzenia?
Chce być piłkarzem. Średnio raz w tygodniu pyta mnie, jaki jest mój ulubiony piłkarz. Odpowiadam, że nie interesuję się piłką nożną, a potem mówię, że Messi. (śmiech)

Czy to dobra odpowiedź?
Bardzo dobra. Piłkarze to są teraz jego bohaterowie, idole, a sport to jego życie. Zresztą jest sportowo utalentowany. Ale też ma wiele predyspozycji społecznych. Lubi być z ludźmi. To jest jego największy kapitał – relacje. Bardzo sobie cenię to, że ze mną rozmawia i opowiada o różnych rzeczach. Ja też go o różne rzeczy wypytuję i o różnych rzeczach mu opowiadam. Staram się cały czas budować zaufanie między nami, czyli więź, która – mam nadzieję – przetrwa wszystko. Zawsze mu powtarzam: „Brunko, ja ci we wszystkim pomogę i wszystko ci wybaczę, tylko muszę wiedzieć. Nie bój się mi mówić. Mogę być przez chwilę zła. Pozwól mi na to – to są moje emocje. Pamiętaj, że nie są wymierzone w ciebie. I że zaraz mi przejdzie. Ale też pamiętaj, że zawsze jestem za tobą”.

Dla mnie kwintesencją rodzicielstwa jest to, by stać za swoim dzieckiem murem, cokolwiek by się działo. Co nie znaczy, że mam mu nie mówić, że coś, co zrobił, jest nie w porządku, jeśli jest nie w porządku. Bo trzeba trzymać się zasad. Jak coś nie jest OK, to nie jest OK, nawet jeśli to coś zrobił mój syn. Ale też jeśli będzie zmartwiony, przerażony czy smutny, to chciałabym, żebyśmy ja i jego tata byli ludźmi, do których jako pierwszych zwróci się o pomoc.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że aktorstwo wybierają osoby wrażliwe, ale też że w związku z tym łatwo ich wykorzystać, nadużyć. Uważasz, że wrażliwość to nasz dar, nasza siła? Coś, co tym bardziej powinniśmy chronić?
Mówi się, że żeby być dobrym aktorem, trzeba mieć serce motyla i skórę słonia. Ale skóra słonia robi ci się właśnie wtedy, kiedy ciągle dostajesz po dupie. Aktorzy zawsze będą wrażliwi, takie osoby wybierają ten zawód, z drugiej strony są na tyle ekstrawertyczni, że kiedy wchodzą na scenę, odnajdują się w światłach i oczach innych. Kocham wchodzić w postać, za to nie lubię udzielać się publicznie jako ja. Nie odnalazłabym się w konferansjerce, chyba że miałabym ją zagrać. Dlatego uważam, że wybrałam świetny zawód, dzięki któremu robię rzeczy, których nie robiłabym na co dzień.

Aktorzy są, byli i będą wrażliwi, dlatego powinno się ich osłaniać już od pierwszego etapu, czyli szkoły. Ale w taki sposób, żeby ta instytucja dawała im narzędzia – od ćwiczenia asertywności po wzmacnianie siebie. Uważam, że w każdej szkole artystycznej powinni być psycholog i coach, którzy pokażą tym młodym ludziom, że wrażliwość to zasób, ale też że trzeba reagować na nadużycia i wyraźnie mówić „nie”. Rozmawiać i prosić o pomoc, zamiast uciekać w uzależnienia. Postulowałabym nawet o możliwość skorzystania z psychoterapii – dla wszystkich, którzy chcą uprawiać zawód związany ze sztuką. To pomaga znosić nieustanne górki i dołki, nieuniknione w tej branży na późniejszych etapach, czyli w naszym wypadku na planie i w teatrze. Już się przyzwyczaiłam do tego, że jednego roku dostaję więcej propozycji, a są lata, że mam mniej ról i projektów. Że raz jestem bardziej doceniana, a raz – krytykowana.

Dlatego uważam, że trzeba mieć swój constans, niezależne od tego, gdzie gram, ile gram, z kim, jak. I od tego, co ludzie o mnie myślą: czy jestem za bardzo komercyjna, czy niewystarczająco; za bardzo znana lub za mało – ja się ciągle z tym spotykam. Z opiniami osób, które mnie oglądają i które mnie zatrudniają. To nie jest prawda o mnie. Wiem, że jako aktorka jestem OK i z wielką pasją wykonuję ten zawód. Przekazuję emocje i wyczarowuję dla ludzi inny świat. Tak samo podchodzę do reżyserii. Kino, telewizję i teatr kocham właśnie za emocje.

Polecam wszystkim, zwłaszcza młodym kobietom, ciągłe szukanie i znajdywanie swojego constans. Właśnie po to, by zewnętrzne czynniki tak nas nie rozpieprzały. Constans to są moje emocje, moje doświadczenia, moja wrażliwość i moje podejście do samej siebie. To my wewnątrz siebie decydujemy o swoim nastawieniu. W trudnych momentach też.

Trudnych, a może ciekawych? Świat, który do tej pory znaliśmy, się przewartościowuje, padają autorytety, wzmagają się radykalizmy, ale też tworzą się nowe zasady.
Coś się przebudowuje, więc to boli. Musi boleć. Wierzę, że to wszystko jest w stanie zwiększyć naszą świadomość; sprawić, że będziemy wybierali to, co dobre nie tylko dla nas, lecz także dla planety. Jeździłam teraz trochę po festiwalach filmowych – część z nich odbywała się w średniej wielkości europejskich miastach. Widziałam, że ludzie tam są już nasyceni dobrobytem, że nie muszą ścigać się najszybszym samochodem, mieć najnowszego iPhone’a, modnych ciuchów, nie potrzebują już udowadniać sobie czegoś, kompensować, zapełniać jakichś deficytów. My to jeszcze robimy, ciągle zaspokajamy swój apetyt, i dobrze, pozwólmy sobie na to. Sama sobie na to pozwalam. W końcu się najemy i będziemy potrzebować mniej. Wybaczam to sobie i daję na to przyzwolenie, bo wiem, że dążymy właśnie do takiego stanu, takiej świadomości. Staram się robić, ile mogę i ile umiem, pomagać, komu potrafię, a odpuszczać rzeczy, na które nie mam wpływu.

Wiesz, o czym jeszcze marzę? Żeby dożyć setki i na urodzinach zatańczyć z moimi dziećmi w strojach ananasów – wtedy będzie ze mnie już nieźle pomarszczony ananasek. Kuba też się przebierze, wszyscy goście będą przebrani. I wiem, że to się spełni. Bo tak projektuję swoją przyszłość.

Olga Bołądź, rocznik '84. Aktorka filmowa i teatralna, także reżyserka (debiutancka „Alicja i żabka”). Pochodzi z Torunia. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Znana także z takich filmów, jak „Korowód”, „Nad życie”, „Skrzydlate świnie”, „Dziewczyna z szafy” oraz seriali „Czas honoru” i „Chyłka”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze