1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Isabelle Huppert: „Aktorstwo jest dla mnie terapią”

Isabelle Huppert: „Dzięki szczęśliwemu dzieciństwu i rodzinie mam bazę, na której mogę się oprzeć. To ważne, kiedy gra się kobiety neurotyczne, mroczne, ekstremalne”. (Fot. Regis Duvignau/Archiwum Reuters)
„Jest artystką bezkompromisową, która nie waha się podejmować ryzyka i która lekceważy trendy głównego nurtu” – tak dyrektorzy tegorocznego Berlinale uzasadnili przyznanie Isabelle Huppert nagrody Honorowego Złotego Niedźwiedzia.

Skąd w pani ta nieustająca potrzeba wyzwań, łamania schematów?
W rzeczywistości jestem kimś zupełnie innym niż moje szalone i nieobliczalne bohaterki. Mam zwykłą rodzinę, mieszkam w Paryżu. Nie przynoszę swoich ról do domu. Jestem w szczęśliwym, wieloletnim związku z tym samym mężczyzną [Ronald Chammah pracuje jako realizator telewizyjny – przyp. red.]. Mamy troje dzieci: Lolitę, Lorenza i Angela. Dzięki nim nie stałam się cyniczna, nie znieczuliłam na cierpienia innych ludzi i ból życia. Mam w sobie pokłady wrażliwości, które eksploruję w kinie.

Nie bez znaczenia był chyba także wpływ pani matki?
Zdecydowanie tak. To mama, z zawodu nauczycielka angielskiego, bardzo otwarta osoba, zachęcała mnie od dzieciństwa do aktorstwa. Posłuchałam jej. Warto było, bo już jako 17-latka zdobyłam pierwszą teatralną nagrodę aktorską, za występ w „Kaprysie” według Alfreda de Musseta. Dzięki temu później nie musiałam zdawać egzaminów wstępnych do Conserva­toire d’Art Dramatique w Wersalu. Ta moja odziedziczona po mamie ciekawość życia, żyłka ryzykantki wzięła się stąd, że miałam szczęśliwe dzieciństwo i rodzinę, która dała mi poczucie bezpieczeństwa.

W jakim sensie?
Wiedliśmy dostatnie mieszczańskie życie. Ojciec miał fabrykę produkującą kasy pancerne. Miałam cztery siostry i brata. Myślę, że dzięki temu mam bazę, na której mogę się oprzeć, a to jest ważne, kiedy gra się kobiety neurotyczne, mroczne, szalone, ekstremalne. Wiem, że dla widzów role, które gram, to mocne, wyczerpujące przeżycia, ale mnie jako aktorce to dodaje energii. Czuję, że wiem, kim jestem, i mogę poszerzać swoje możliwości.

(Fot. Alvaro Canovas/Paris Match/Contour/Getty Images/Gallo Images)

Sprawia pani wrażenie osoby łagodnej, nieśmiałej, delikatnej, a tymczasem przed kamerą pozwala się pani zabijać, okaleczać, rozbierać…
Wie pani, rozbieranie się przed 40-osobowa ekipą nie jest wcale bardziej przykre niż podczas wizyty u lekarza. Nie jestem typem miłej dziewczyny z sąsiedztwa i dlatego dostaję trudne role, ale też nie ma wśród nich takiej, której bym się wstydziła. Nie lubię mówić za wiele o moim życiu osobistym. Paradoksalnie jednak na ekranie bywam bardziej prywatna, niż kiedy jestem sama w domu. Chodzi o to, że ja nie odgrywam ról, bo to rodzaj naśladownictwa, ale pokazuję autentyczne emocje bohaterek i w tym momencie bardzo się odsłaniam, choć zarazem nie do końca. Zostawiam widzowi przestrzeń między mną a postacią do wypełnienia.

To dlatego lubi pani używać języka ciała? Od zawsze, że wspomnę pani wspaniały występ w „Koronczarce” z 1977 roku, gdzie poznajemy delikatną strukturę psychiczną bohaterki, nie mając dostępu do jej przeżyć, a obserwując jedynie jej zachowanie.
Od początku czułam, że mimika twarzy, oszczędne, ale znaczące gesty o wiele silniej przemawiają do wyobraźni widza. W „Koronczarce” widzowie są postawieni w pozycji odbiorców słynnego obrazu Jana Vermeera, do którego nawiązuje film. Zgłębiamy każdy detal na twarzy „koronczarki”, by odkryć tajemnicę dzieła, czyli dowiedzieć się, dlaczego właśnie ta dziewczyna została uwieczniona przez wielkiego malarza. Jeśli zaś chodzi o moje późniejsze role, to tam bezruch pokerowej twarzy pozwalał mi sprawić, że nawet najdziwniejsze i najbardziej przewrotne postaci wydawały się zwykłymi ludźmi, a ich zachowania były dla nich tak naturalne, jak nasze dla nas samych.

Aktorstwo jest dla mnie terapią. Ja nie do końca wiem, jak żyć, nie jestem taka pewna siebie, jak to się może wydawać. Kiedy nie gram w filmach czy w teatrze, siedzę w domu i czytam książki, ale – co zabawne – zwykle ich nie kończę. Dopiero na planie odnajduję smak życia. Mam w sobie ciągły głód grania.

I ciągle pani zaskakuje. Po raz pierwszy po rolach femme fatale, zabójczyń, prostytutek, nieszczęśliwych żon, byłych zakonnic wcieliła się pani w… polityczkę. Na ostatnim festiwalu w Wenecji promowała pani film „Obietnice” w reżyserii Thomasa Kruithofa. Takiej Isabelle Huppert jeszcze nie widzieliśmy.
Clémence jest panią burmistrz małego, zubożałego podparyskiego miasteczka. Doskonale wie, jak działa system i na jakie kompromisy należy pójść, aby pomóc swoim wyborcom. Z jednej strony jest bezwzględna, egocentryczna, ale z drugiej – pozostaje idealistką. Jest ciekawą postacią, ponieważ wikła się między sprzecznymi uczuciami. Zwykle filmy polityczne przypominają trochę westerny z czarno-białym podziałem na dobrych i złych bohaterów. Tutaj jest zupełnie inaczej. Clémence jest zwierciadłem tego, co z człowiekiem robi polityka. Musiałam sprawić, by jej postać była wiarygodna.

Czy tym filmem o politycznych obietnicach składanych wyborcom chciała pani zabrać głos w debacie na temat mechanizmów sprawowania władzy?
Nie, to nie jest moje zadanie. Oczywiście są aktorzy, którzy wykorzystują swoją popularność do nagłośnienia poruszanych w filmach tematów politycznych czy społecznych. To kwestia wyboru. We mnie nie ma potrzeby takich wystąpień, nie uważam, że mam jakąś misję. Po prostu robię to, co do mnie należy, jak najlepiej potrafię, ale przed kamerą filmową albo ze sceny. To jest moje powołanie. Bardziej koncentruję się na mojej pracy niż nad tym, by angażować się publicznie w jakieś sprawy. Staram się przemawiać do ludzi rolami i to wszystko. „Obietnice” to wprawdzie film polityczny, ale realizowany językiem kina. To nie jest publicystyka. Bardziej niż o przesłanie chodzi o uniwersalną refleksję nad światem. To jednak nie znaczy, że ja się w ogóle nie interesuję polityką. Dziś polityką jest wszystko. Nie da się jej uniknąć.

Czy trudno jest panią reżyserować?
Nigdy nie jest tak, że całkowicie podporządkowuję się reżyserowi. To raczej rodzaj kompromisu. Oczywiście jestem częścią wizji reżysera, ale grając daną postać, zakładam maskę, a pod tą maską jestem ja, prywatna osoba. Trzeba mieć taką maskę, bo wchodzi się w czyjąś skórę, w fikcyjne sytuacje i mówi się napisanymi do tej roli dialogami. To po prostu ochrona, dystans. Za pomocą materiału tworzę własne terytorium. To zawsze skrzyżowanie czegoś całkowicie wymyślonego i czegoś, co pochodzi od ciebie. To dla mnie definicja aktorstwa.

Co decyduje o wyborze roli?
Wybór ról jest dla mnie zawsze bardzo trudny. Wejść w czyjś projekt czy nie? Kiedy Michael Haneke zaproponował mi „Funny Games”, to ja się po prostu przestraszyłam. Czułam, że tego nie udźwignę. W scenariuszu w ogóle nie było fabuły. To była tylko kopia rzeczywistości i brutalna manipulacja widzem. Powstał wprawdzie świetny, porażający film eksperyment, ale dla aktorów to było ekstremalnie trudne zadanie. Nie chciałam być tylko marionetką. Oczywiście później żałowałam tej decyzji. Kiedy po latach Michael zaproponował mi „Pianistkę”, od razu czułam, że to będzie wyzwanie, ale byłam na nie gotowa. Wiedziałam, że będzie mnie ochraniał tylko do pewnego stopnia. Czasem dopada cię strach, choć nie każda rola jest transgresywna. Jednak kiedy grasz, to jest twoja przestrzeń. Ważne, by aktorka zachowała w sobie ten rodzaj wolności, który czyni ją zdolną do rzucania wyzwań samej sobie i sprawia, że ta rola będzie interesująca także dla widza.

„Pianistka” według książki Elfriede Jelinek była bardziej tradycyjna? Za rolę Eriki otrzymała pani Złotą Palmę w Cannes.
To już była stuprocentowa fabuła. Mimo ryzykownej formy i szokujących scen to tak naprawdę nieszczęśliwe love story. Dostrzegłam szanse na nietuzinkową rolę. 40-letnia samotna Erika ma problem z własną seksualnością. Toksycznie związana z despotyczną matką nigdy nie dojrzewa do roli kobiety. Przy matce jest dziewczynką. Kiedy niepodziewanie pojawia się w jej życiu mężczyzna, próbuje sterować i swoim, i jego pożądaniem.

Czy trzeba być bardzo elastycznym, by pracować z tak różnymi osobowościami, jak: Haneke, Godard, Chabrol, Verhoeven?
Na przykład Godard był niesamowicie precyzyjny. Jego aktor nie miał nawet odrobiny swobody. Kiedy grałam robotnicę w „Pasji”, kazał mi chodzić do fabryki. Wstawałam o świcie i pracowałam całą zmianę. Żadnej taryfy ulgowej! Tymczasem Chabrol odwrotnie – pełna swoboda, ale obu tych reżyserów łączyło jedno. Dostawali od aktora wszystko to, czego chcieli. Między Verhoevenem a mną w pracy nad „Elle” zaistniało od początku całkowite porozumienie. Do tego stopnia niesamowite, że właściwie Paul nie rozmawiał ze mną o roli. Wiedzieliśmy jednak oboje, w jaki sposób sprawić, by film bardziej niż erotykę czy perwersyjną psychologię bohaterki eksponował portret wyrafinowanej, dojrzałej kobiety, która musi mieć kontrolę nawet nad swoim seksualnym napastnikiem. Paul pozwolił mi stworzyć portret hedonistki spragnionej ekstremalnych przeżyć, o której tak naprawdę najbliżsi nie wiedzą nic, bo na co dzień nosi maskę. O tym także zresztą opowiada ten film. Mam szczęście pracować z ludźmi, którym nie tylko sama ufam, ale którzy także mają zaufanie do mnie.

Podobno w ogóle nie przygotowuje się pani do swoich ról filmowych. Da się tak?
Ależ tak! Czytam scenariusz, podejmuję decyzję, że go biorę, a później spotykam się z ekipą na planie. Przygotowuję tylko kostiumy, swój wygląd. Nie lubię nawet ćwiczyć scen przed wejściem na plan, bo za każdym razem, gdy ćwiczysz, coś tracisz. Film dzieje się w czasie rzeczywistym. Ja nie odtwarzam postaci, tylko jej emocje w danym momencie, czyli coś, czego nie umiem wcześniej przygotować, nauczyć się na pamięć, a potem powtarzać.

Jest pani specjalistką od mrocznych, skomplikowanych, poranionych postaci kobiecych, ale zarazem nie są to ofiary, przynajmniej w potocznym tego słowa znaczeniu.
Zawsze bardziej interesowały mnie ciemne strony kobiecej natury. O wiele ciekawiej jest obserwować, jak dana osoba potrafi być dobra na powierzchni, a zła pod spodem. Kobiety, które gram, łączy to, że one ostatecznie wychodzą z kryzysów czy niebezpiecznych sytuacji. Są w stanie przetrwać, ocalają swoje życie, ale nie są triumfatorkami, raczej zwycięskimi... ofiarami. Często nie potrafią się odnaleźć w życiu rodzinnym. Moje bohaterki, skonfrontowane z negatywnymi wydarzeniami, zamiast ponosić ich ciężar, przejmują kontrolę, ale płacą za to wysoką cenę.

A nie kusi pani, by dla odmiany zagrać w komedii?
Bardzo, ale nie wiem, kto odważyłby się powierzyć mi taką rolę. Tymczasem paradoksalnie wydaje mi się, że aktor może o wiele lepiej pokazać swoje możliwości właśnie w tym gatunku. Jest wiele sposobów, w jakie można być zabawnym, natomiast znacznie mniej takich, w jakie można być dramatycznym. Pamięta pani „8 kobiet” w reżyserii François Ozona? To był moment, kiedy mogłam na ekranie zakpić z własnego filmowego wizerunku – neurotycznej, zgorzkniałej kobiety.

Tak, chciałabym zagrać kultową, dobrą, wręcz krystaliczną postać. To wcale nie musiałoby być nieinteresujące.

To może któryś z młodych reżyserów, z którymi lubi pani współpracować, odważy się coś takiego zaproponować?
Jestem na to gotowa. Wiem, że ci młodzi, z którymi pracuję, są na tyle otwarci, że to nie jest niemożliwe. Zauważyłam też, że nie mają jakiegoś specjalnego oporu, by mnie angażować, bo wiedzą, że ja kocham kino niezależne, autorskie. Zresztą prowadzę w Paryżu dwa kina promujące klasykę i niezależne kino europejskie, amerykańskie i azjatyckie. Mogę chyba powiedzieć, że wyczuwam talenty. Proszę zwrócić uwagę, jak wielu z tych młodych, którym zaufałam, a oni mnie, stało się dziś znakomitymi filmowcami: Joachim Lafosse, Hu Wei, Ursula Meier. Bardzo też cenię reżyserów azjatyckich.

Za co?
Filmy z Filipin, Hongkongu, Tajwanu, Chin, Wietnamu pokazują, że istnieje przestrzeń dla innego niż europejski i amerykański punkt widzenia oraz miejsce na odmienną wrażliwość. Bardzo chciałabym na przykład zagrać u Wong Kar-Waia. W ogóle francuskie aktorki marzą dziś nie o Hollywood, ale o Dalekim Wschodzie. Zawsze gdy wybieram role, najważniejszy jest reżyser, a dopiero potem sam scenariusz. Nie ukrywam jednak, że choć to niemożliwe, to marzyłabym o współpracy z tymi, którzy już odeszli, a więc z Bergmanem i Hitchcockiem.

A może znów wróci pani do współpracy z polskimi reżyserami, na przykład z Krzysztofem Warlikowskim w teatrze?
Być może. Zagrałam w jego „Tramwaju zwanym pożądaniem” i w „Fedrach” w paryskim Odeonie. To były nadzwyczajne, zdumiewające inscenizacje. Krzysztof dawał mi tyle wolności, że mogłam pokazać na scenie swoją osobowość. Jest to dokładnie to, czego szukam jako aktorka. Podoba mi się sposób budowania przez Krzysztofa świata scenicznego, styl pracy z aktorami, a także jego ogromne przywiązanie do estetyki. W jego spektaklach aktorzy świadomie posługują się ciałem, co daje efekt pożądania, zmysłowości. Wcześniej bardzo chciałam pracować z Jerzym Skolimowskim przy filmie „W Ameryce”. Dopóki nie przeczytałam scenariusza, nic nie wiedziałam o Helenie Modrzejewskiej. Niestety, zabrakło pieniędzy. To miała być duża produkcja. Zagrałam za to w filmie o Marii Skłodowskiej-Curie i w „Biesach” u Andrzeja Wajdy. Na planie „Pstrąga” Loseya spotkałam się z Danielem Olbrychskim, w „Biesach” Wajdy i „Pasji” Godarda – z Jerzym Radziwiłowiczem, zaś w „Sukcesji” Márty Mészáros – z Janem Nowickim. Takie doświadczenia bardzo mnie wyzwoliły, otworzyły i wzbogaciły.

Powiedziała pani, że matka miała wielki wpływ na pani drogę zawodową. Pani córka poszła w pani ślady, a synowie również połknęli bakcyla kina.
Nie ingerowałam w ich wybory. Syn Lorenzo jest programistą w moich kinach w Paryżu, natomiast najmłodszy Angelo studiuje sztukę filmową w USA. A Lolita jest również aktorką. Spotkałyśmy się już kilkakrotnie na planie. W filmie „Copacabana” w reżyserii Marca Fitoussiego gramy matkę i córkę, które są w opozycji: córka reprezentuje klasyczne wartości mieszczańskie, chce wziąć ślub, mieć dzieci, natomiast matka to wolny ptak. Na początku miałyśmy problem z tym, aby traktować się serio podczas prób, co chwila wybuchałyśmy śmiechem, ale potem wcieliłyśmy się w swoje role. No cóż, film to film, a życie to życie.

Isabelle Huppert, rocznik 1953, francuska aktorka filmowa i teatralna, nazywana europejską Meryl Streep. Zadebiutowała na ekranie w 1971 roku. Grała między innymi u: Jeana-Luca Godarda, Claude’a Chabrola, Josepha Loseya i Michaela Cimino. W lutym 2022 roku na MFF w Berlinie odebrała Honorowego Złotego Niedźwiedzia za całokształt twórczości.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze