1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Jerzy Vetulani: „Za odkrywanie świata płaci się haracze”

Jerzy Vetulani (Fot. materiały prasowe; Franciszek Vetulani/ archiwum rodzinne)
Gdy ma sześć lat, czyta bajkę o poławiaczu pereł. Zachwycają go podwodne głębiny, syreny, złote rybki, a zarazem ogarnia strach przed czarownicą zamieszkującą tamtejszą jaskinię. Boi się – to z jej powodu nie zagląda wieczorem pod łóżko. To moment, w którym pojmie, że zło chodzi w parze z dobrem, a piękno z brzydotą. Rok wcześniej przeprowadza pierwszy naukowy eksperyment: sprawdza, czy jeśli do lampy zamiast żarówki włoży palec, to będzie on świecić. Prąd nie zna litości i Jurka kopie. To moment, w którym zrozumie, że za odkrywanie świata płaci się haracze.

Jerzy Vetulani, polski psychofarmakolog, neurobiolog, biochemik, profesor nauk przyrodniczych, członek Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności, wykładowca akademicki i popularyzator nauki. Przytaczamy fragmenty jego biografii „Vetulani. Piękny umysł, dzikie serce” autorstwa Katarzyny Kubisiowskiej (Wydawnictwo Znak).

Na PAN-owskiej farmakologii spotykają się ludzie źle widziani przez władzę. Nie są dopuszczani do kontaktu ze studentami, ale mogą pracować naukowo w jej placówkach. Dla komunistów to wentyl bezpieczeństwa.

W zakładzie Supniewskiego jest biednie – część sprzętu laboratoryjnego trzeba organizować samemu. Istnieją na to chałupnicze sposoby: wysyła się Wincentego Blecharza, woźnego, do kiosku „Ruchu” po prezerwatywy, których naukowcy używają jako błon lateksowych potrzebnych do skompletowania bębenka Mareya.

Supniewski jest typem profesora-dyktatora. Vetulaniemu wyznacza obszary badawcze: ma zajmować się lekami przeciwmiażdżycowymi i przeciwcukrzycowymi. Jego natomiast najbardziej interesują zachowania zwierząt i w wolnych chwilach współpracuje z doktorem Marczyńskim nad lekami psychotropowymi.

Jerzy stawia się w pracy punktualnie o ósmej rano i uczy mnóstwa zabiegów biologicznych, w tym izolowania serc szczurów i żab, które – odpowiednio spreparowane – nadal biją poza ciałem i stanowią model do testowania działania leków nasercowych. Kilka miesięcy upływa, zanim Jerzy wyrabia niezbędną do tego zręczność palców.

To w zakładzie Supniewskiego Jerzy poznaje cztery lata starszego farmakologa Ryszarda Gryglewskiego, pierwszą osobę, z którą przechodzi tam na ty. Zacieśniają więzi koleżeńskie. Jeżdżą wspólnie na górskie wycieczki; w Nowym Targu Vetulani pożycza od niego 500 złotych na zakup kożucha. A później, w latach siedemdziesiątych, Jerzy z Marią – wtedy już żoną – umawiają się z małżeństwem Gryglewskich na telewizję, by razem oglądać Misia Yogiego, dziś już kultową kreskówkę o niedźwiedziu mieszkającym w parku narodowym Jellystone.

Gryglewski imponuje Jerzemu formą prowadzenia wykładów, które w tamtym czasie były innowacyjne, bo ilustrowane slajdami. W ten sposób zawiłe reakcje biochemiczne zamieniają się w alegorie anioła, diabła, Kaina i Abla, stają się symbolami złego i dobrego oddziaływania na organizm. Gryglewski ma umiejętność prostego objaśniania złożonych mechanizmów: coś, co z czasem stanie się również mocną stroną Vetulaniego jako wykładowcy i popularyzatora nauki.

W 1958 roku profesor Supniewski przyjmuje Jerzego na połowę etatu do Zakładu Farmakologii PAN. Jerzy zawsze będzie go uważał za naukowego mistrza i człowieka, który dał mu szansę w sytuacji podbramkowej.

Supniewski umiera w czerwcu 1964 roku. Zakład Farmakologii obejmuje profesor Józef Hano, autor między innymi podręcznika Farmakologia i farmako­dynamika.

On również jest dla Jerzego szczególnym rodzajem opiekuna. Mówi mu, że uczony musi czasem wstać od biurka i przejść się po ogrodzie dla uporządkowania myśli. Ceni innowacyjność w eksperymentach, nawet jeżeli nie jest przekonany co do ich sensowności. Kiedyś zagląda do laboratorium, gdzie Vetulani razem z Krystyną Reichenberg podają szczurowi histaminę do komór mózgowych. Patrzy i mówi: „No, Jerzy, chyba nic z tego nie wyjdzie, ale próbujcie, próbujcie…”.

Hano przejmuje po Supniewskim rolę promotora pracy doktorskiej Vetulaniego, pisanej na podstawie dysertacji o działaniu pochodnych izoksazolu i pirazolu na metabolizm ustroju zwierzęcego.

Jerzy nie jest pewny efektu końcowego, dlatego prosi Gryglewskiego, by najpierw przeczytał jego doktorat.

Ten po lekturze mówi: „Napisałeś to swoim własnym stylem, albo Hano to przyjmie bez mrugnięcia okiem, albo będziesz to wszystko całkowicie przerabiał”.

Profesor Hano przyjmuje „bez mrugnięcia okiem”.

Jerzy Vetulani stopień naukowy doktora nauk przyrodniczych otrzymuje w 1966 roku w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN we Wrocławiu.

Irenę i Adama Vetulanich rozpiera duma. A Jurek czuje, że sprawdza się nie tylko jako naukowiec, lecz także syn: stara się rodzicom okazywać atencję, nie chce przysparzać im zmartwień. Wie, że po śmierci Janka cierpią w skrytości ducha.

Jerzy Vetulani z młodszym bratem Janem, który zginął tragicznie w wieku 27 lat. (Fot. archiwum rodzinne Vetulanich)

Po obronie doktoratu Jerzemu zostaje przyznane stypendium Rikera. Na rok jedzie do Cambridge, gdzie uczy się nowych metod oznaczania amin biogennych (w tym adrenaliny). Te umiejętności po powrocie do Polski wykorzystuje w badaniach psychofarmakologicznych, które stają się podstawą jego pracy habilitacyjnej na temat interakcji pomiędzy lekami stosowanymi w leczeniu schizofrenii a związkami zaburzającymi metabolizm amin biogennych.

To nie pierwszy wyjazd Jerzego na Zachód. Wcześniej, w ramach wymiany studentów chemii, znajduje się w mieście Swansea w południowej Walii.

Już sama podróż jest atrakcją: na jej odcinku do Londynu spotyka nauczyciela z Ghany, z którym dogaduje się znakomicie. W stolicy Anglii ma przesiadkę do pociągu do Swansea. Im bliżej celu, tym mniej rozumie, co mówią ludzie wkoło. W którymś momencie pyta współpasażerów: „Czy wy jesteście Anglikami?”. „Nie, jesteśmy Walijczykami” – słyszy w odpowiedzi. „A ty jesteś Niemcem?” „Nie, Polakiem”. „A, Polska, taki nieduży, dzielny kraj. My jesteśmy ciągle pod okupacją Anglików, więc napijmy się”. Piją do samego Swansea. Kiedy wysiada z pociągu w środku nocy, przysiada na ławce w poczekalni dworca i zasypia. Budzi go policjant. Jest przyjazny – to też dla Jurka, przywykłego do opresyjnych zachowań funkcjonariuszy rodzimej Milicji Obywatelskiej, zdumiewające. Jerzy pokazuje mu bilet, ten wskazuje odpowiedni autobus.

Jerzego siedem tygodni gości walijska rodzina. Pani domu jest ekssprzątaczką w firmie BSRIA (Jerzy tam teraz pracuje), jej mąż – emerytowanym nauczycielem języka angielskiego. Jurek otrzymuje 8 funtów tygodniowo, 4 płaci za mieszkanie.

Poza pracą w laboratorium – elektroliza w środowisku niewodnym – szlifuje angielski. Czyta między innymi „Daily Mirror”, brytyjski szmatławiec, podkreślając w artykułach nieznane słówka. Pierwszego dnia nalicza ich osiemdziesiąt – wszystkie wykuwa na pamięć. Ma nadzieję, że kolejnego ranka znajdzie ich mniej. Ależ skąd – znów prawie osiemdziesiąt! Przez pierwszy tydzień nie schodzi średnio poniżej sześćdziesięciu pięciu słówek. Te napotkane zaznacza w słowniku kropką i uznaje za hańbę, jeśli drugi raz trafia na słówko, które powinien już pamiętać z wcześniejszej lektury. W końcu będzie najlepszy w znajomości słówek, gorszy w gramatyce, najgorszy w wymowie.

Pod koniec pobytu śni po angielsku.

Walia odsłania przed Jerzym rzeczywistość niedużego zachodniego miasta. Szeregowe domki, mleko w butelkach co rano na schodkach, gwarne puby. Brak kolejek, ludzie uśmiechnięci, ogólna życzliwość.

Jurek jedzie jeszcze na kilka dni do Londynu. Zatrzymuje się u brata znajomej, pana Młodzianowskiego, weterana spod Monte Cassino w stopniu porucznika. Gospodarz chętnie wraca wspomnieniami do okupacyjnej przeszłości. Opowiada Jurkowi, jak pewnego dnia zdobył z kolegami włoską winnicę. Pili znalezione tam wino, szczególnie smakowało im to z jednej beczki. Po tygodniu przyszedł sierżant i powiedział: „Panie poruczniku, pan pozwoli”. Poszli do ulubionej beczki, zajrzeli, a na dnie trup Niemca. Porucznik z sierżantem cichcem wyrzucili zwłoki w krzaki, nic nie mówiąc żołnierzom. Później sami pili z innej beczki.

W czasie drugiego pobytu w Anglii Vetulani trafia do Cambridge. Najpierw go zaskakuje, z jaką rezerwą traktują go tubylcy – jest inaczej niż w Walii. Potem zaskakuje go list, który otrzymuje po miesiącu pobytu: „Drogi Doktorze Vetulani, jest tu kilkoro Polaków i dobrze by było, gdybyśmy mogli się̨ spotkać. Irena Puchalska”. Informację o pobycie Jerzego w Cambridge nieznajoma otrzymuje w polskiej ambasady, która rejestruje wszystkich przyjezdnych z PRL.

Spotykają się, ona mu opowiada całe życie, on to wszystko zapamiętuje.

Na Irenę mówi się Bożena – okupacyjnym pseudonimem. Jej bliscy giną w Holocauście, ona zdoła uciec z getta warszawskiego. Od razu szuka kontaktu z podziemiem – w końcu trafia do Armii Ludowej.

Z wykształcenia fizyczka. W połowie lat sześćdziesiątych podejmuje prace badawcze w Cambridge, potem na uniwersytecie w Yorku i w Instytucie Technologii w Salford, następnie w CRNS (Państwowe Centrum Badań Naukowych) w Meudon-Bellevue pod Paryżem. Do emerytury kieruje pracownią w laboratorium magnetyzmu.

Pasję naukową dzieli z mężem Juliuszem Hibnerem, który fizykę zaczął studiować przed wojną na Politechnice Lwowskiej. Tyle że potem oddaje się żołnierce: po 1945 roku sprawuje wysokie funkcje w WP.

Pod koniec lat pięćdziesiątych władze sowieckie wymuszają czystkę w Wojsku Polskim. Jedną z pierwszych jej ofiar jest generał Hibner. Wówczas wraca do pracy naukowej. W Instytucie Badań Jądrowych prowadzi badania nad promieniowaniem kosmicznym. Po roku 1968 zostaje zwolniony z pracy w Instytucie.

Kiedy u progu lat dziewięćdziesiątych Hibner zaczyna ciężko chorować, Bożena namawia męża, by opowiedział jej o swoim życiu. Po jego śmierci spisuje to i wydaje najpierw w „Zeszytach Historycznych” z przedmową Jerzego Giedroycia, potem jako książkę Życie niepokorne – dokument o losie jednostki na tle zawiłości historii XX wieku w Polsce i Europie.

W Cambridge Vetulani czyta ważną dla niego książkę, Nagą małpę Desmonda Morrisa – biologa, popularyzatora nauki, latami szefa oddziału dużych małp w londyńskim zoo. Morris pisze o człowieku w ten sposób, jakby prezentował jeszcze jeden gatunek, który od goryla czy szympansa odróżnia brak owłosienia całego ciała.

Vetulaniego zachwyca demaskujący wydźwięk Nagiej małpy. Dzięki niej po raz pierwszy widzi, że można podejść do człowieka jak do gatunku zwierzęcego. Uświadamia sobie śmieszność człowieka, który jako zwierzę zamiast na czworakach chodzi na dwóch nogach. Raz na zawsze pozbawia go to przekonania o superwyjątkowości Homo sapiens.

Młody Jerzy Vetulani (Fot. archiwum rodzinne)

Po powrocie do Polski w 1967 roku Jerzy jedzie do Zabrza, by u doktora Zbigniewa Hermana doszkolić się w zasadach oznaczania amin biogennych w mózgu. Na razie jest przygotowany wyłącznie na etapie analitycznym.

Dobrze zapamiętuje pierwsze spotkanie z Hermanem. Wypada ono w dzień imienin Jerzego – 23 kwietnia 1968 roku. Wiosna, słoneczny ranek, lecz Zabrze jak brudna ścierka. Jerzy podjeżdża do przydworcowego hotelu w Rokitnicy. W Zakładzie Farmakologii wita go sympatyczny człowiek wyglądający na anglikańskiego pastora.

Biorą się natychmiast do pracy.

 „Na początku trzeba umieć odpowiednio zabijać szczura” – mówi dr Herman. „Zwierzę nie może być wcześniej uśpione, ale powinno zostać zabite bezstresowo”.

W tym momencie Jerzy się dziwi, bo w owym czasie zabijanie nieuśpionego szczura w znanych mu zakładach polega na ogłuszaniu zwierzęcia, co dla szczura bezstresowe na pewno nie jest.

 „Robimy to tak – ciągnie dr Herman – wyjmujemy szczura łagodnie z klatki, trzymając za całe ciało, nie za ogon”.

Herman szczura wyciąga.

 „Potem delikatnie kładziemy na stole i uspokajamy, głaszcząc po głowie i grzbiecie” – kontynuuje opowieść.

Głaskany przez doktora Hermana szczur stoi nieruchomo i wydaje się całkowicie zadowolony.

 „Natychmiastowo i bezboleśnie zabijamy szczura przez translokację cerwikalną” – instruuje doktor Herman. „W tym celu, ciągle głaszcząc szczura prawą ręką, lewą chwytamy go pewnie, ale nie ściskając, za miednicę. Następnie prawą rękę przenosimy na głowę i teraz – tu Herman zatrzymuje się na chwilę, by pokazać, że szczur wciąż jest spokojny – szybciutko skręcamy głowę szczura w prawo i równocześnie silnie szarpniemy raz za biodra”.

I jak Herman mówi, tak czyni.

W sekundę szczur przenosi się do niebytu.

 „Teraz odcinamy głowę nożyczkami” – i odcina. „Proszę zobaczyć: nie ma krwawienia. To dowód, że nastąpiło natychmiastowe i całkowite zatrzy­manie akcji serca”.

Vetulani jest pod wrażeniem. Herman cały czas zachowuje spokój i uśmiech.

 „Oto drugi szczur” – mówi Herman, wyjmując następne zwierzę z klatki. „Proszę samemu spróbować”.

Jurkowi się udaje.

Maciejowi Zborkowi Vetulani powiedział o sobie z czasów młodości: „Byłem egoistycznym geniuszem zajętym sobą. Wiedzę chłonąłem jak gąbka. Długo myślałem, że to wszystko zawdzięczam sobie, a tyle przecież zawdzięczam mistrzom”.

W momencie, w którym to opowiadał, miał już pozycję mistrza.

W roku 2016 w rozmowie z Anną Kaplińską, przeprowadzonej w ramach projektu fundacji Mam Marzenie, zajmującej się spełnianiem marzeń ciężko chorych dzieci, Vetulani wrócił pamięcią do swojej fantazji o byciu poławiaczem pereł.

Tłumaczył, czym jest dla niego perła: „To rodzaj skazy, która wytwarza się w muszli. Ale właśnie te skazy mogą być piękne. Czasami skaza jest cenniejsza od obiektu, który skaziła”.

„Vetulani. Piękny umysł, dzikie serce” to pierwsza biografia wybitnego neurobiologa prof. Jerzego Vetulaniego. Autorka, przy udziale rodziny Vetulaniego (synów Marka i Tadeusza oraz wnuka Franciszka), stworzyła intymny portret jednego z najbardziej zasłużonych polskich naukowców.

2 marca 2017 roku Vetulani zostaje ranny w wypadku na przejściu dla pieszych. Nie odzyska już przytomności. Umiera po pięciu tygodniach. Rok wcześniej mówi: „Warto żyć tak długo, jak długo jesteśmy w stanie myśleć, jak długo pracuje nasz mózg”.
Kocha wprawiać innych w osłupienie. Dla niego „życie jest wrzodem na ciele Wszechświata”, ale bada je, poznaje i uczy o nim.
Vetulani całe życie związany jest z Krakowem. To on współtworzy Piwnicę pod Baranami i staje się jedną z legend tego miejsca.
W krakowskim Instytucie Farmakologii Polskiej Akademii Nauk rozwija naukową karierę. Walczy o rzeczy ważne. O wolność w opozycji demokratycznej. O prawa kobiet. O prawa społeczności LGBT+. O legalizację marihuany do celów medycznych.

Nikogo, kto się z nim styka, nie pozostawia obojętnym. Studenci go uwielbiają, a świat nauki i podziwia, i krytykuje.

A wszystko to zaczyna się w 1965 roku, gdy jego brat tonie podczas spływu kajakowego. Jerzy jest wstrząśnięty, ale właśnie ta śmierć mobilizuje go do obrony doktoratu. Kariera naukowa rozpędzi się w sposób imponujący. Vetulani zostanie jednym z najczęściej cytowanych polskich naukowców w dziedzinie biomedycyny.

Katarzyna Kubisiowska, dziennikarka „Tygodnika Powszechnego”. Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka Panoramy kina najnowszego 1980–1995. „Leksykonu” oraz „Lektur na ekranie”, czyli małego leksykonu adaptacji filmowych. Autorka książek „Rak po polsku”, biografii Jerzego Pilcha „Pilch w sensie ścisłym”, biografii Danuty Szaflarskiej „Grać, aby żyć”, wywiadu rzeki z Wojciechem Mannem Głos , „Blisko , bliżej” wyboru rozmów publikowanych na łamach Tygodnika Powszechnego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze