1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Tilda Swinton ma sposoby, żeby pozostać niewidzialną

Tilda Swinton należy do największych gwiazd współczesnego kina. Do jej najbardziej znanych ról należą te w filmach: „Orlando”, „Musimy porozmawiać o Kevinie” czy „Jestem miłością”. Muza reżyserów – choćby Dereka Jarmana, Jima Jarmuscha, Wesa Andersona – i projektantów mody, choćby Haidera Ackermanna. Zdobywczyni rozmaitych nagród i wyróżnień. Za rolę w filmie „Michael Clayton” otrzymała Oscara.
Przyznaje, że w kinie coraz mniej interesują ją maski i przebrania. A w życiu? Nadal jest zbyt nieśmiała, żeby tak po prostu wyjść do publiczności i fotoreporterów jako ona, prywatna TILDA SWINTON. Ma swoje sprawdzone sposoby, żeby pozostać niewidzialną. I jeszcze jedno: wcale nie uważa się za aktorkę.

Mam wrażenie, że w każdym projekcie daje pani z siebie dwieście procent, nieważne, czy jest to 80-letnia hrabina w „Grand Budapest Hotel”, czy wampirzyca w „Tylko kochankowie przeżyją”. Co napędza Tildę Swinton, co jest jej artystycznym agregatem?
Rozmowa. To powód, dla którego funkcjonuję na tym świecie. Rozmowa z twórcami, z krytykami, z widownią. Relacja z innymi. Wydaje mi się, że także z tego powodu zawsze tak się odżegnuję od tego, żeby samą siebie nazwać aktorką.

Przecież jest pani aktorką – znaną, cenioną, nagradzaną.
Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, jestem autentycznie niezainteresowana aktorstwem. Nie uczyłam się go, nie przeczytałam wystarczająco dużo mądrych książek na jego temat. Nie jestem wierną w tym Kościele. Poza tym, kiedy aktorzy mówią o aktorstwie, bardzo często pojawia się temat bycia kreatywnym. Opowiadają, że długo zastanawiają się nad rolą, wpadają na jakiś pomysł na postać, po czym uczą się dialogu, wchodzą na plan i ją odgrywają. Ja pracuję całkiem inaczej.

Czyli jak?
Jestem nastawiona na odbiór, improwizuję, żywiąc się energią moich koleżanek i kolegów. Samej też zdarza mi się mieć pomysły, ale mój mózg zaczyna pracować w pełni, dopiero gdy wchodzę w dialog z innymi.

To podejście wymaga chyba gotowości do odsłonięcia się przed innymi. Zawsze ją pani miała?
Nie. Były okresy, kiedy bardzo interesowały mnie maski, charakteryzacja, przebrania. Na obecnym etapie znowu wolę występować przed kamerą sauté, bez żadnej zasłony.

Rozumiem, że właśnie tak podeszła pani do roli Jessiki w filmie „Memoria”?
Jessica nie wykonuje prawie żadnych gestów. W restauracji nawet nie wie, co zamówić. Tak jakby nie wiedziała, że ją widać. Nie jestem psychiatrą, ale myślę, że każdy z nas tak się czuł choć raz w życiu, tylko u niej to jest naprawdę nasilone. Ona jest jak plaża po odpływie.

To pierwsza pani rola u tajskiego reżysera Apichatponga Weerasethakula, autora niezwykle oryginalnego kina, a także artysty wizualnego. Na planie filmowym spotkaliście się po raz pierwszy, ale znacie się i współpracujecie od dawna. Podobno „Memoria”, której jest pani, dodajmy, producentką wykonawczą, powstawała niemal 17 lat.
Kiedy pierwszy raz spotkałam Joego [angielskie imię, którego używa reżyser – przyp. red.], byłam w canneńskim jury, a on pokazywał tam film „Choroba tropikalna”. To był 2004 rok. Zobaczyłam filmowca, który stawia to kluczowe dla mnie pytanie: „dlaczego nie?” w sercu swojej sztuki. Poczułam ogromną ulgę. Stał się dla mnie jak brat. Po festiwalu zaczęliśmy do siebie pisać. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że czujemy ogromną bliskość, niemal pokrewieństwo. Przez te 17 lat wspólnie zrealizowaliśmy wiele różnych projektów. Byliśmy na przykład kuratorami multidyscyplinarnego festiwalu Film on The Rocks w Tajlandii. Potem koordynowaliśmy pojedyncze sekcje festiwalowe. Wszystko jednak prowadziło do „Memorii”. Od początku byłam pewna, że chcę wziąć udział w tym przedsięwzięciu, nie zniechęciło mnie nawet to, że przez lata szukaliśmy odpowiedniej lokalizacji.

Dlaczego wybraliście w końcu Kolumbię?
Wiedzieliśmy, że nie chcemy kręcić w naszych rodzinnych stronach, a więc Tajlandia i Szkocja odpadały. Zależało nam na miejscu, gdzie oboje będziemy obcy i gdzie żadne z nas nigdy nie było. To prowokowało zabawne sytuacje. Mówiłam: „Wiem! Pojedźmy na Islandię!”. Joe na to: „Kocham Islandię, ale byłem tam wiele razy”. „Wiesz, Joe, miejscem, w którym chciałabym spędzić więcej czasu, jest Japonia”. Joe: „Niestety, ale…”. Ten pat trwał przez lata, aż któregoś razu Joe wybrał się na festiwal filmowy w Kartagenie. Natychmiast zadzwonił do mnie i powiedział: „Tilda, to musi być Kolumbia!”.
Kiedy tam pojechałam, zrozumiałam, o co mu chodzi. Szukaliśmy miejsca, które miałoby coś w rodzaju pogłosu, echa. Jakiś rodzaj pamięci traumy i mówię tu o traumie dotykającej nie tylko mieszkańców, lecz nawet samą ziemię, otoczenie. Bierzesz kamień, obracasz go w dłoniach i wiesz, że w tym kamieniu jest historia. I to jest w Kolumbii wyczuwalne, zresztą podobnie jak realizm magiczny; ja poczułam go natychmiast. Być tam to tak jak stąpać po polu energii.

W „Memorii” pani bohaterkę Jessicę prześladuje głośny, przeszywający dźwięk. Skąd taki pomysł?
Podsunęło go samo życie. Joe zachorował na bardzo rzadką chorobę, tak zwany zespół eksplodującej głowy: pacjent doświadcza wyładowań sensorycznych, które w jego odczuciu przypominają eksplozje wewnątrz czaszki. Oboje cierpieliśmy też na bezsenność, on dłużej, ja nieco krócej. Ale ktokolwiek doświadczył bezsenności, wie, że ta przypadłość wprowadza człowieka w bardzo specyficzny stan, kiedy nie do końca wiesz, czy na pewno istniejesz. Chwilami masz poczucie, że inni cię nie widzą, że jesteś duchem. Nie jesteś pewna, czy masz nawet cień... Połączyło nas też doświadczenie żałoby. Kombinacja tych autobiograficznych składników pozwoliła stworzyć portret bohaterki.

Stan wywołany bezsennością jest trochę jak niewidzialność. W wypadku kobiet kojarzy mi się to z tym, że statystycznie rzecz biorąc, one wciąż są mniej doceniane, widoczne.
Bohaterka „Memorii” jest niewidzialna, ale w moim poczuciu ta niewidzialność jest dla niej komfortowa. Znam to. Kiedy byłam młodą artystką, sporo pracowałam w Niemczech. To było, zanim umiałam cokolwiek po niemiecku powiedzieć. Wychodziłam ze znajomymi na obiad i nie rozumiałam, o czym mówią, ich komunikacja była dla mnie czymś nieodgadnionym. Szalenie mi się to podobało. I bardzo przypominało mi moment, który możemy pamiętać z dzieciństwa. Leżymy w łóżku, już prawie śpimy, kiedy nagle przez półprzymknięte powieki słyszymy, jak ktoś szeptem pyta: „Zasnęła już?”, a druga osoba mówi: „Tak”. „Ach, oni myślą, że ja śpię – myśli sobie dziecko – i tylko ja wiem, że jest inaczej”.

Kadr z filmu "Memoria" (Fot. materiały prasowe)

W byciu dla innych niewidzialnym można odnaleźć specyficzny rodzaj siły. Ale myślę, że w pani pytaniu jest sugestia innego odczucia: dyskomfortu związanego z byciem niedostrzeganym. Albo poczucia, że jesteśmy źle lub nie w pełni reprezentowani, że inni ludzie projektują na nas swoje wyobrażenia i jest nam z tym niewygodnie. Być opacznie widzianym jest chyba najgorzej, bo świat niby cię widzi, ale ty cały czas musisz innych poprawiać, mówić: „Nie, tak naprawdę to ja jestem inna”. Zdecydowanie wolałabym być niewidzialna niż brana za kogoś, kim nie jestem.

Show-biznes jest chyba szczególnie obciążony takim ryzykiem. Liczy się przede wszystkim to, jak znana osoba wygląda.
Tak, ale mówię też o takich doświadczeniach, które ma na koncie pewnie każdy z nas. Rozmawiasz z kimś, z obcą osobą, i nagle dociera do ciebie, że ta osoba dziwnie się na ciebie patrzy i że w jej wzroku coś przypomina ci nauczyciela z podstawówki. Tego, który się nad tobą znęcał. Nie tylko kobietom – choć szczególnie nam – poczucie bezsilności w takich sytuacjach odbiera moc sprawczą. To pewien proces negocjacji z samą sobą. Ustalenie, czy jesteśmy gotowe przestać brać te zewnętrzne sygnały pod uwagę, odciąć się od projekcji innych ludzi na nas. Ja, kiedy zaczęłam pracować w kinie, byłam bardzo świadoma tego, że ludzie w świecie filmu nie wyglądają tak jak ja. Jeśli już, to mój typ urody sprawdziłby się bardziej w malarstwie niż w kinie. Ta świadomość ochroniła mnie przed zranieniem.

Mówiłyśmy o zaletach bycia niewidzialną, a ja mam wrażenie, że jest pani osobą tak charakterystyczną i rozpoznawalną, że gdziekolwiek się pani uda, zwraca na siebie uwagę.
No właśnie wcale tak nie jest! Dziś rano ktoś ułożył mi włosy, mam na sobie świetny garnitur od projektanta. I gdybym tak wyszła na ulicę, to owszem, zwrócono by na mnie uwagę. Ale kiedy jestem w samolocie, już niekoniecznie. Uwierzyłaby mi pani, gdyby pani ze mną podróżowała. Albo w domu. Mieszkam w małej wiosce w Szkocji, moich sąsiadów znam od ponad 20 lat. Mogę być tak samo niewidzialna jak każdy i zwykle lubię taka być.

Na pewno nie jest pani niewidzialna, kiedy występuje na czerwonym dywanie. W przeciwieństwie do wielu zainteresowanych modą osób z show-biznesu, u pani kostium zawsze niesie dodatkowe znaczenie. Jak używa pani mody?
Dla mnie, jako osoby naturalnie nieśmiałej, stanie na arenie, jaką jest czerwony dywan, z wycelowanymi we mnie obiektywami i świadomością, że moje zdjęcia zaraz będą dostępne dla całego świata, jest możliwe tylko wtedy, kiedy po pierwsze, jestem w towarzystwie, a po drugie, współpracuję z niezwykłymi ludźmi, takimi jak projektant Haider Ackermann czy Jonathan Anderson z Loewe. Na konferencję prasową prezentującą film „Memoria” w Cannes poprosiłam Jonathana, żeby przygotował mi strój, w którym wykorzystane będą pióra w kolorach kolumbijskiej flagi.
Mnie nigdy nie chodzi tylko o ładną sukienkę. Gdyby tak było, czułabym, że zbytnio się odsłaniam. To byłabym ja, tylko w ładnej sukience. Naprawdę podziwiam osoby, które tak potrafią, uważam, że są bardzo odważne. Ja mogę występować tylko wtedy, kiedy jest kontekst, współpraca, towarzysząca kreacji narracja. Wtedy mam odwagę na ten czerwony dywan wyjść.

Powiedziała pani, że nie lubi nazywać się aktorką, nie do końca rozumie tradycyjne aktorskie metody. Dlaczego w takim razie dała się pani temu światu w ogóle wciągnąć?
To wszystko stało się przez pomyłkę. Najpierw pisałam, miejsce na uczelni dostałam jako poetka. To bardzo samotna droga i kiedy dostałam się na uniwersytet, byłam tym tak onieśmielona i przytłoczona, że przestałam pisać. Miałam wtedy przyjaciół, którzy interesowali się teatrem, współtworzyli sztuki zarówno jako reżyserzy, jak i aktorzy. Spędzałam z nimi czas i naturalnie w to weszłam. Od razu wiedziałam, że teatr to nie jest przestrzeń dla mnie, ale kino było moje od samego początku.
Po szkole wszystko potoczyło się samo, naturalnie. Moi przyjaciele z uczelni pracowali, zostali profesjonalnymi reżyserami, pracowaliśmy razem. A kiedy zaczynało do mnie docierać, że nie chcę być profesjonalną aktorką, która przyjmuje kolejne zlecenia, poznałam Dereka Jarmana. To było to.

Jarman był już wtedy w środowisku legendą. Reżyser, malarz, scenarzysta, scenograf, poeta, pisarz. Twórca kina queerowego.
W drugiej połowie lat 80. i pierwszej 90. Derek miał na światowej scenie filmowej, ale przede wszystkim w środowisku londyńskim, wyjątkową pozycję. Było w tym naszym połączeniu coś bardzo podobnego do tego, co łączy nas z Joem. Derek nie traktował mnie jako aktorki, wykonawczyni. Pozwalał mi rozwinąć występ. Nasze pierwsze, nagrywane na kamerze Super 8 filmy – poza kręconym na taśmie 35 mm „Caravaggiem” – nie miały konkretnych scenariuszy, były w pełni improwizowane, bez dialogów. A ja byłam tam sobą. Kiedy Derek zmarł w 1994 roku, miałam za sobą dziewięć lat pracy według takiej koncepcji.
Przez dłuższy czas w moim życiu panowała posucha, wielki artystyczny głód. Nie czułam się zawodową aktorką, nie byłam zainteresowana teatrem, nie wiedziałam, co zrobię dalej. Ale powoli zaczęli zwracać się do mnie kolejni artyści, proponując mi udział w swoich projektach. Przy każdym kolejnym mówiłam sobie: „No, to jeszcze ten jeden i będę wiedziała, gdzie zdążam”; „Jeszcze jeden i wrócę do pisania”. I tak to trwa od 30 lat z okładem.

Ale biureczko z przygotowanymi kartkami wciąż czeka na panią scenarzystkę?
Oczywiście, że tak, i dziękuję, że mi pani o tym przypomina. Zdarzyło mi się już wracać do pisania scenariuszy. Piszę prozę i eseje, ale nie tak często, jak bym chciała. Tylko do poezji nie wróciłam ani razu. Kto wie, może kiedyś?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze