1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Magdalena Cielecka ciągle szuka. I znajduje

Magdalena Cielecka: "Zawsze wiem z brzucha, co jest dla mnie dobre". (Fot. Kulesza & Pik; Stylizacja Daria Biedrzycka/Das Agency)
Magdalena Cielecka śmiga po Warszawie rowerem, w trampkach i dżinsach. Uwielbia jedzenie, dobre wino, życie towarzyskie. Ale kiedy trzeba, angażuje się w działania na rzecz kobiet, równości czy uchodźców.

Ten rok jest dla ciebie podwójnie jubileuszowy: kończysz 50 lat, obchodzisz 30-lecie pracy na scenie. Masz poczucie, że oto w twoim życiu coś się zamyka czy bardziej otwiera?
Hm, nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Uważam, że na żadnym etapie życia nie ma jednych drzwi, które albo zamykają się na dobre, albo otwierają, tylko tych drzwi, furtek, większych, mniejszych, jest więcej, bo każde takie wejście/wyjście prowadzi do innej sfery. I na przykład tak zwane drzwi zawodowe mogą być otwarte, a te – najogólniej mówiąc – życiowe zamknięte. I odwrotnie. Czasem to idzie w parze. A bywają okresy, że wszystkie drzwi są otwarte albo wszystkie zamknięte, bo przecież są takie momenty, kiedy nic nam nie wychodzi. Mam 50 lat, więc oczywiste, że wiele drzwi jest przede mną zamkniętych.

Na przykład?
Macierzyństwo. Z racji wieku, biologii tego już nie doświadczę.

Co jeszcze masz za sobą?
Wszystko, co wynika z upływu czasu, czyli jestem mniej gibka, wytrzymała, dłużej się regeneruję, potrzebuję więcej snu, nie mam tyle siły co kiedyś. Pewnych rzeczy nie przeskoczę. Niektóre zawodowe furtki też są już zamknięte. Nie zagram 20-latki ani 30-latki, i dobrze, bo nie chcę grać nawet 40-latki. A to u nas trudne. Zawsze mnie zadziwia, że aktorkom pisze się w scenariuszach jakąś dychę mniej. Teraz akurat walczę o to, żebym w scenariuszu miała 50 lat, a nie 40. Ofelii, Julii czy Zosi już nie zagram, te drzwi są zamknięte.

Fot. Kulesza & Pik; Stylizacja Daria Biedrzycka/Das Agency

A jakie właśnie teraz się otwierają?
Wierzę, że otworzą się te wymagające bogactwa przeżyć i dystansu. Bo z upływem czasu – czytaj: z doświadczeniem – jesteśmy bardziej pogodzeni ze sobą, mamy większy luz na swój temat. Nie trzymamy się tak kurczowo własnego zdania, przestajemy być niewolnikami własnego wizerunku, tego, jak chcemy, żeby ludzie nas postrzegali. Mniejszy jest stres z powodu tego, co ludzie o nas pomyślą, jak nas ocenią.

Przejmowałaś się tym kiedyś?
Oczywiście! Każdy błąd, każda porażka, krytyka urastały do rangi tragedii. Dzisiaj traktuję to jak kolejne doświadczenie albo po prostu macham ręką i idę dalej, potrafię sobie z tym poradzić. I to jest ta fajna zmiana, to nowe otwarcie – większa samoświadomość tego, kim jestem, pogodzenie z tym, że już kompletnie inna nie będę, bo więcej niż połowę życia mam za sobą, więc nawet choćbym chciała, to radykalnie się nie zmienię.

A chciałabyś? Powiedziałaś kiedyś, że długo siebie szukałaś. Czy to znaczy, że już nie musisz szukać, że znalazłaś?
Nie, i mam nadzieję, że akurat ta furtka, za którą jest rozwój, powinna być non stop otwarta, a przynajmniej mieć wahadłowy mechanizm, jak w salonie kowbojskim: otwierać się nawet przy subtelnym pchnięciu, czasem z kopa, ale cały czas być lekko uchylona. Nigdy, na żadnym etapie, nie chciałabym stracić kontaktu z samą sobą, przestać być siebie ciekawą czy się zaskakiwać. Bo wtedy drugi człowiek też przestanie być mną zaciekawiony, będzie się spodziewał czegoś przewidywalnego. Mam nadzieję, że mój rozwój będzie trwał do końca życia. Cały czas szukam i znajduję. Cytując Platona: człowiek nigdy nie jest taki sam, nieustannie się zmienia, niszczeje, ale równocześnie się odradza.

Fot. Kulesza & Pik; Stylizacja Daria Biedrzycka/Das Agency

Jako aktorka masz to zapewnione.
Tak, mój zawód umożliwia ciągłą reinkarnację. Oczywiście nie staję się postacią, którą gram, ale za każdym razem mierzę się z tym, jakby to było być tym kimś. Staram się wejść w postać i poczuć jak ona, wyobrazić sobie zachowania i reakcje, sposób myślenia.
Możesz bezkarnie przez jakiś czas pobyć w cudzej skórze i sobie wrócić do swojej. Tylko to się chyba nie odbywa bezkosztowo.
Czasem jest bardzo kosztowne. Myślę, że dla każdego aktora trochę inaczej i na innych poziomach. To wgryzanie się w postać jest bolesne, ale i najciekawsze, lubię ten rodzaj masochizmu. Bywa, że rola wyniszcza, czasem odbija się na życiu osobistym, ale to wciąga jak zakazany owoc, rodzaj narkotyku.

Czy pociąga cię czasem też to, żeby od kobiety, którą grasz, zwłaszcza pod jakimś względem atrakcyjnej, wziąć coś dla siebie?
Możliwe, że tak się czasem dzieje, ale nie w taki literalny sposób, czyli że na siłę próbuję wziąć od niej jakąś cechę. Raczej to zachodzi na poziomie inspiracji postacią, na podobnej zasadzie, na jakiej odbieram zachowania postaci z książek, filmów czy tych spotkanych w życiu. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy ja bym tak postąpiła. Nazwałabym to raczej rozmową samej ze sobą poprzez postaci, a nie kopiowaniem kogoś na zasadzie: ha, ona taka spokojna, to ja też taka będę. To tak nie działa. Ale oczywiście grane postaci zostawiają we mnie ślad. Są takim samym doświadczeniem spotkania jak z realną osobą.

Sporo uzbierało się tych ról od twojego debiutu w Starym Teatrze w Krakowie.
To było 30 lat temu, na pierwszym roku szkoły teatralnej. I od tej pory równolegle gram w serialach, filmach i teatrze. Przygotowuję się do premier, a jednocześnie gram starsze tytuły. Wznawiając spektakle po kilku miesiącach i wracając do zrobionych już, wydawałoby się, ról, zawsze odkrywam coś nowego, bo jestem już inna, bo rzeczywistość wokół rezonuje inaczej.

Nie gubisz się w tych światach? Jak dawać im odpór i nie oszaleć?
Są momenty, kiedy człowiek szaleje.

Strzelam: tak się zadziało, gdy grałaś w „Kabarecie warszawskim” u Krzysztofa Warlikowskiego. Wymagające zadanie, także fizycznie. Jak taką rolę zdjąć potem z siebie?
Dużo zależy od tego, w jakim momencie życia te role przychodzą. Wierzę, że nie przychodzą przypadkiem. Mało tego, pojawiają się w najlepszym momencie, jak dar; on bywa udręką albo zmaganiem, bywa wybawieniem, lekcją albo spełnieniem marzeń i nagrodą. Ale zawsze z jakiegoś powodu. Bywałam tak zanurzona w roli, że nie chciało mi się wychodzić ze świata postaci. Wtedy człowiek nie ma ochoty spotykać się z przyjaciółmi, czasem jest opryskliwy, zamknięty w sobie. Czasem grana postać działa tak, że potrzebujesz się zanurzyć w mroku, w złu.

Żeby to zło zrozumieć?
Tak, ale też żeby uruchomić w sobie spektrum skojarzeń. A wszystko po to, żeby za tym, co w głowie, mogło pójść ciało, żeby wiedziało, jak zareagować. Bo nie zawsze i nie do końca można zbudować postać przez intelekt. Trzeba trochę nakarmić się też innymi filmami, muzyką albo biografiami osób, które budzą w tobie strach, sprzeciw.

Zawsze chcesz bronić postaci?
Obrona postaci to zadanie dla reżysera. Moim zadaniem – jeżeli gram kogoś z gruntu złego, choć uważam, że za złem kryje się zawsze jakaś przyczyna – jest to, żeby widz uwierzył postaci. Staram się więc zrobić wszystko, żeby być jak najbardziej autentyczną, chcę zrozumieć, dlaczego moja postać tak działa. Podpisuję się pod jej racjami, ale bardziej jako „naczynie”, które ją niesie, a nie jako ja, Magda Cielecka. Na przykład w „Zjednoczonych stanach miłości” Tomka Wasilewskiego gram kobietę podejrzaną etycznie. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji jak ona, ale ją rozumiem.

Powiedziałaś jakiś czas temu, że w twoim życiu dużą rolę odegrał przypadek. Nie umniejszasz swojego wkładu?
Przypadek w rozumieniu szczęścia, dobrych zbiegów okoliczności. Nie zamierzam jednak umniejszać swojego wkładu, bo przypadek, który sprawił, że zostałam aktorką, wzięłam w swoje ręce, chuchałam na niego i dmuchałam, ciężko pracowałam, wsparłam iskrą talentu. Więc oczywiście miałam wpływ na to, że dostałam się do szkoły teatralnej, ale już to, że w ogóle tam zdawałam, to był przypadek.

Jak to na ogół bywa, popchnęła cię w tym kierunku nauczycielka polskiego.
Tak, a potem solidnie przygotował do egzaminów Marek Ślósarski, aktor teatru w Częstochowie. Nigdy jednak wcześniej nie myślałam o aktorstwie. W liceum śpiewałam sobie z gitarą, to była odskocznia od szarej rzeczywistości. Wzięłam udział w kilku konkursach i połknęłam bakcyla. Największym jednak imperatywem pchającym mnie w kierunku sztuki byli ludzie z tego środowiska. W pewnym momencie zrozumiałam, że wśród takich ludzi chcę spędzić życie. I przestałam myśleć o polonistyce, historii sztuki, dziennikarstwie. Ale gdybym nie dostała się za pierwszym razem na aktorstwo, to pewnie bym ponownie nie zdawała.

Szybko przyszedł sukces: za debiut filmowy w „Pokuszeniu” dostałaś nagrodę na festiwalu w Gdyni.
To był jeden z tych szczęśliwych zbiegów okoliczności, że Barbara Sass zobaczyła we mnie bohaterkę swojego filmu, że akurat byłam w tym wieku, z tym odpowiadającym jej wyobrażeniom wyglądem, z tą wrażliwością, której ona szukała. Następnym elementem w tym dominie była propozycja etatu w Starym Teatrze od Tadeusza Bradeckiego. A potem poznałam Grzegorza Jarzynę. To z nim zaczęłam tworzyć teatr, który mnie ukształtował jako aktorkę teatralną. Można powiedzieć, że fakt, że gram u Krzysztofa Warlikowskiego, jest prostą kontynuacją drogi zapoczątkowanej w teatrze Grzegorza Jarzyny. Do pewnego momentu moje role były wypadkową różnych zdarzeń. Ale zawsze intuicyjnie czułam, które są dla mnie. W jakimś sensie cieszę się, że wchodziłam w ten zawód w połowie lat 90. Nie było wtedy tylu pokus jak teraz, czyli seriali, reklam, YouTube’a, produkcji internetowych.

Dlaczego uważasz, że to niekoniecznie dobra droga? Dzisiaj tam rozkwitają kariery.
Aktor przede wszystkim chce grać. Zwłaszcza młody. Na początku bardzo trudno odmówić roli. Ja po „Pokuszeniu” nie zagrałam w filmie przez dwa lata. Pracowałam w teatrze i dlatego tego braku nie odczuwałam. Ale gdyby wtedy, jak dziś, wachlarz możliwości był tak kolorowy i bogaty, nie wiadomo, jaką poszłabym ścieżką.

Słuchasz rad innych, czy przyjąć jakąś rolę?
Nauczyłam się nie słuchać za bardzo. Oczywiście można słuchać ludzi, którym ufasz, ale nigdy nie wiadomo, jakie kto ma interesy, żeby do czegoś namawiać lub zniechęcać. Bardzo odradzano mi na przykład zagranie w „Zakochanych”, pierwszej w Polsce komedii romantycznej, bo uważano, że w ten sposób sprzeniewierzę się ambitnym rolom. Nie posłuchałam tych rad, podjęłam ryzyko i nie zrobiłam sobie krzywdy. Zawsze wiem z brzucha, co jest dla mnie dobre. Zdarzyło mi się czasem zignorować ten głos, ale najczęściej okazywało się to błędem.

Tak po prostu masz czy jakoś wypracowałaś tę umiejętność?
Może taka się urodziłam? Nie wierzę w horoskopy, ale mam coś typowego dla Ryb – kieruję się intuicją, potrafię wczuć się w emocje innych, wiem, jaką decyzję podjąć, zanim pomyślę.

Fot. Kulesza & Pik; Stylizacja Daria Biedrzycka/Das Agency

Wspierasz się psychoterapią?
Nigdy nie byłam na terapii sensu stricto, choć w okolicach trzydziestki zastanawiałam się intensywnie nad sobą, dużo czytałam o psychologii, mechanizmach, które warunkują nasze życie. Jestem DDA, czyli dorosłym dzieckiem ojca z chorobą alkoholową, więc szukałam odpowiedzi na palące mnie pytania, w spotkaniach z psychologami, w praktykach duchowych Wschodu.

Pomogło?
Tak, ale skakałam z kwiatka na kwiatek, szukałam dla siebie najodpowiedniejszego smaku, biorąc z każdego to, co mi było potrzebne. Pomogło w tym znaczeniu, że – co też jest interesujące w aktorstwie – poszerzyło spektrum patrzenia na człowieka, na świat. W tych poszukiwaniach chodziło mi o pogłębienie wiedzy o sobie, swojej relacji z samą sobą, zrozumienie, jaka jestem, dlaczego, czego chcę, a czego nie.

Zrozumiałaś, że rodzina może być źródłem siły, ale i problemów?
Ten proces rozumienia nigdy się nie kończy. Nadal niosę swój plecak, ale mam większą świadomość, co w nim jest. Są w nim ogromne zasoby, bo dostałam w domu dużo miłości, ale jest też w nim sporo ciężkich kamieni.

Z powodu ojca?
Rodzina osoby dotkniętej chorobą alkoholową doświadcza niestabilności emocji, nieprzewidywalności życia. To życie na wulkanie. Brak pewności i bezsens planowania. Długo nie przyznawałam się przed sobą, że jestem DDA.

Wypierałaś tę prawdę?
Nie miałam odwagi, a może gotowości, żeby się tym zająć. A kiedy to zrobiłam, zrozumiałam, jak bardzo determinuje to moje życie, z czego wynikają moje problemy, bardziej zrozumiałam ojca, mamę, moją szkołę, siebie w tej szkole.

Wybaczyłaś ojcu?
Nie wiem, czy można mówić o wybaczeniu, bo tutaj nikt nie zawinił. Mój tata już nie żyje. Zrozumiałam go, zaakceptowałam swoje życie i idę dalej.

Wydajesz się silna, znająca swoją wartość. Taki wzór kobiecości przejęłaś od mamy?
Mama zawsze była dla mnie wzorem, na wielu poziomach – od stylu po rodzinę. To przecież nasz pierwszy wzorzec, najsilniejszy. Wrażliwość na piękno, otwarty dom, pewna doza szaleństwa w życiu – to wszystko wzięłam z niej. Ale mam wrażenie, że jestem kompletnie inna niż ona, choć jednocześnie zbudowana z niej – taki paradoks. A czy jestem silna? Na pewno bywam silna, ale też totalnie słaba. Owszem, jestem niezależna, zarabiam na siebie, pozwalam sobie żyć po swojemu, ale mam swoje lęki czy wątpliwości. Raczej jestem słabo-silna, jak chyba większość z nas.

Intrygujesz, jesteś dość tajemnicza.
Może bardziej drażnię, niż intryguję? Nie wyobrażam sobie robić czegoś niezgodnego ze sobą, według jakiegoś narzuconego wzorca. Na przykład być w relacji, w której nie jestem szczęśliwa. Albo za wszelką cenę spełniać oczekiwania, jakie przypisuje się kobietom w moim wieku, czyli na przykład grać tylko wyważone role, nie jeździć po Warszawie na rowerze, ubierać się odpowiednio do wieku. Staram się robić to, co czuję, słuchać siebie, być prawdziwa i spontaniczna. I jeżeli sytuacja mnie pociąga, to nie kalkuluję, czy to będzie kontrowersyjne albo skandaliczne. Jeżeli wiem, że nie robię nic złego, to nie chcę się cenzurować. Ostatnio ktoś powiedział: „Trzeba zadbać o to, żeby nie zobaczyli nas paparazzi”. A ja na to: dlaczego? Jeśli nie mam sobie nic do zarzucenia, nikomu nie robię krzywdy, to nikomu nic do tego. Oczywiście nie jestem zupełnie wolna od podszeptów z tyłu głowy, że może czegoś tam już mi nie wypada. Kobiety wpasowuje się w różne ramy: jak nie mamy dzieci, to coś jest z nami nie tak. Jak w pewnym wieku nie mamy partnera, to tym bardziej jesteśmy podejrzane. U nas ciągle trwa polowanie na czarownice.

Mam wrażenie, że przynajmniej w jednej sprawie społeczna tolerancja wzrosła – związków kobiet z młodszymi partnerami.
Niestety, tolerancja zależy od środowiska, w jakim żyjemy, od konkretnych ludzi, ich postaw, otwartości. Dotyczy to każdej nienormatywności – czy to religii, rasy, orientacji seksualnej, czy modelu życia. Miałam okresy, kiedy byłam sama. Bywało smutno, bo uwielbiam dzielić się z kimś życiem, ale nie byłam zdruzgotana, nieszczęśliwa. A jednak czułam, że jestem postrzegana jako ta, której znów się nie udało. A nie że może odzyskałam wolność!

Twój chłopak, Bartosz Gelner, jest młodszy od ciebie o 16 lat. Pal sześć, co myślą o tym ludzie, ale czy ty nie masz obaw, co będzie za dekadę, dwie?
Mam pełną tego świadomość, że on mnie wiekiem nigdy nie dogoni, a ja też na niego nie poczekam. Ale z jakiegoś powodu serce wybrało jego. Nie wartościuję go przez pryzmat wieku, tylko tego, jakim jest człowiekiem. Trzeba też oddzielić wiek od dojrzałości, bo to nie jest tożsame. Ktoś starszy może być dzieciakiem na wielu poziomach i odwrotnie, to bardzo indywidualne. Moje życie jest tu i teraz, takie. Jestem w nim na całość.

Co musi mieć mężczyzna, żeby cię zafascynował?
Nie umiem określić jakiegoś zestawu cech czy walorów. Bo w każdej relacji wchodzimy w kompletnie inny świat. I trzeba na nowo, na świeżo go rozpoznawać. To jak podróż. Zresztą chyba zakochujemy się w człowieku, a nie w płci. Postawiłabym więc pytanie: co powinien mieć człowiek, żeby mnie zafascynował?

I jaka byłaby odpowiedź?
Musi mnie ciekawić intelektualnie, mieć poczucie humoru, musi istnieć między nami chemia, nie wyłącznie seksualna, ale na poziomie mowy ciała, tembru głosu, uśmiechu, sposobu poruszania, co sprawia, że chce się na tę osobę patrzeć, słuchać jej. Cenię też, gdy człowiek ma w sobie tajemnicę.

Twój chłopak jest aktorem. Czy to dla ciebie ważne, żeby dzielić życie z kimś z twojego świata?
Na pewno wspólny kod porozumiewania się, ten sam świat, nawet to tak zwane przynoszenie problemów zawodowych do domu – to wszystko pomaga we wzajemnym rozumieniu się. Ale nie ma reguł. W takiej relacji czasem jest łatwiej, a czasem trudniej. Jak w każdej. Przecież nie planuję, w kim się zakocham, to się po prostu wydarza.

Byłaś w kilku związkach, niektóre długo kończyłaś. Walczysz? Kiedy wiesz, że trzeba się rozstać?
To się zawsze wie. Niektórzy walczą, inni odchodzą. Znam pary, które mimo kryzysów są ze sobą, akceptując to, że coś zyskują, a coś tracą. Ja raczej działam intuicyjnie. Miałam związek, o który długo walczyłam, aż stwierdziliśmy, że wyczerpaliśmy wszystkie możliwości porozumienia się, i się pożegnaliśmy. A miałam i taki, z którego wyszłam jak stałam, na bosaka.

Fot. Kulesza & Pik; Stylizacja Daria Biedrzycka/Das Agency

Co cię pochłania poza pracą?
Nie mam jakiegoś wyrafinowanego hobby, jakiejś spektakularnej pasji. Żyję samym życiem, bardzo normalnym, by nie powiedzieć – nudnym. Oczywiście z racji zawodu jest ono bogate i ekscytujące, bo spotykam niezwykłych ludzi, przyjaźnię się z artystami, miałam szansę uścisnąć dłoń wielu autorytetom, jestem częścią wielkich wydarzeń, zjeździłam cały świat. Bardzo to doceniam, to wielki bonus. Ale moje normalne życie nie różni się niczym od waszego! Uwielbiam jeździć na rowerze, spędzać czas ze swoim partnerem na oglądaniu filmów, rozmowach, słuchaniu muzyki, odwiedzaniu muzeów i galerii sztuki, podróżowaniu, czasem na oddawaniu się rozrywce. Ciągle mam w sobie potrzebę szaleństwa, takiego dziecięcego, zwariowanego (co czasem kończy się kontuzjami!). A czasem lubię zaszyć się w mieszkaniu z moimi dwoma kotami i nie być dla nikogo. Mam stąd kilka kroków do Nowego Teatru – tak się urządziłam [śmiech]. Jestem hedonistką.

Nawet w tych czasach?
Lubię życie, a przez hedonizm rozumiem wdzięczność za to, że jestem zdrowa, sprawna, mam gdzie mieszkać, co jeść, że mam fantastycznych przyjaciół, mieszkam w fajnym mieście, mogę pójść do restauracji, napić się dobrego wina, zabawić się. Uwielbiam jeść, więc czeka mnie teraz duże wyrzeczenie, bo będę musiała odchudzić się do roli w filmie Sławka Fabickiego „Lęk”, w którym gram chorą na raka. Jestem przerażona, ale bardzo się cieszę na ten film, to będzie wyzwanie. Tak więc – widzisz – otwierają się kolejne drzwi!

Jako hedonistka musiałaś przeżywać w pandemii katusze.
No właśnie nie. Wiem, że może to dziwnie zabrzmieć, ale ponieważ w tym czasie bardzo dużo pracowałam, to na początku potraktowałam pandemię jak odwołane lekcje, wagary. Potem włączył się niepokój, jak długo to wszystko potrwa, strach o ludzi, świat. Od tamtego czasu jestem może mniej beztroska, ale nie tracę nadziei.

Nie martwisz się, co będzie?
Martwię się wieloma rzeczami, widzę je takie, jakimi są, ale wierzę, że będzie dobrze, wierzę w siłę ludzi, którzy potrafią podnieść się po traumach, upadkach. Jestem optymistką. Oczywiście przeraża i boli cierpienie ludzi. Nikt nie przypuszczał chyba, że wojna stanie się rzeczywistością. Nie rozumiem tego i nie zgadzam się na to. Pomagam, angażuję się, wspieram tak, jak mogę. Widzę, jak ten dramat wyzwala w ludziach pokłady empatii i otwiera serca. Wierzę, że na zawsze zmieni priorytety, bo w tej sytuacji liczą się fundamentalne wartości: pomoc, bliskość, otwartość i wspólnota. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze