1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Marcin Wyrostek świętuje 25 lat na scenie: „Żyłem po wariacku”

Marcin Wyrostek: „Robię rzeczy, o których zawsze marzyłem”. (Fot. Łukasz Cinal/materiały prasowe)
„Jeśli coś się w głowie urodzi, trzeba próbować” – mówi Marcin Wyrostek i przyznaje, że dzięki uporowi i determinacji robi dziś rzeczy, o których zawsze marzył. Najpopularniejszy polski akordeonista i charyzmatyczny wirtuoz świętuje 25 lat na scenie. W szczerej rozmowie opowiada o swoich początkach, przełomowej wygranej w „Mam Talent!”, a także nadchodzących koncertach, muzycznych inspiracjach i planach na przyszłość.

Już niebawem rusza Pan w jubileuszową trasę. Podczas serii koncertów będziemy świętować 10 lat od Pana wygranej w „Mam Talent!”, 15 lat od założenia zespołu i ukończenia Akademii Muzycznej, ale też 20 lat od rozpoczęcia pracy artystycznej…
Tak, to jest dla mnie na tyle ważne, bo w 2000 roku wyjechałem z Jeleniej Góry na studia do Katowic. Jeszcze wtedy się wahałem, co będzie moją drogą życiową. Parę osób mówiło: „Muzyka? Akordeon? Pomyśl inaczej. Może jakaś Politechnika?”. Na Politechnikę też złożyłem dokumenty, ale w końcu wyjechałem do Katowic, które dziś traktuję jak mój drugi dom. Teraz nawet prezydent Katowic objął patronatem honorowym całą trasę.

Jest jeszcze jeden powód do świętowania – 25 lat grania w rodzinnym zespole prowadzonym przez Pana ojca. Czy ten zespół jeszcze funkcjonuje?
Mój tata miał zespół przez 30, może 40 lat. Od zawsze. Grał na zabawach i imprezach. Był muzykiem niespełnionym zawodowo, jeśli chodzi o ścieżkę szkolną, ale całe życie realizował się muzycznie. Do zespołu wciągnął mnie i moją siostrę. Jak byłem w liceum, graliśmy na weselach, ale kluczowym momentem był występ na Festiwalu Rodzin Muzykujących w Jeleniej Górze w Filharmonii. Od tego czasu zaczęło się takie poważniejsze koncertowanie i estradowe życie. Zagraliśmy rodzinnie, wystąpiła z nami nawet ciocia pediatra, która dostała hi-hat i pałkę perkusyjną, ale ani razu nie uderzyła w odpowiednim momencie. Tak się zestresowała. Już nawet publiczność pokazywała jej, kiedy ma uderzyć. A na finał, schodząc ze sceny, zamiast na backstage weszła do szafy, gdzie się chowa fortepian. Ten etap muzyczny był bardzo rozwijający!

A czy to prawda, że pański dziadek sprzedał krowę, aby kupić akordeon pańskiemu tacie?
Tak, mój tata chciał grać na akordeonie, a dziadek z babcią prowadzili gospodarstwo. Mieli sad owocowy, ogród kwiatowy i warzywny, były zwierzęta za domem, pastwiska… Krowa była cenna, ale dziadek sprzedał ją i kupił akordeon mojemu tacie. Tata zaczął grać, dojeżdżał pociągiem do domu kultury w Kamiennej Górze i tam miał zajęcia, a potem zdawał do Liceum Muzycznego we Wrocławiu na klarnet. Niestety po pierwszym roku nauki mój dziadek miał wypadek. Tato przerwał edukację, bo trzeba było pomóc w domu. To dało mu motywację i siłę, aby umożliwić mi i mojej siostrze edukację muzyczną.

Najbardziej przełomowym momentem były dla Pana udział i wygrana w „Mam Talent!”.
Tak, ale to nie było tak, że nie robiłem nic, nagle „trach!” i gram. Wszystkie etapy są u mnie w życiu najważniejsze: najpierw rodzinne granie, potem wyjazd do Katowic, następnie zespół. „Mam Talent!” można uznać jako ten najważniejszy krok, który to wszystko scalił i uzupełnił.

Ciekawa jestem, czy pamięta Pan, co po Pana pierwszym występie w programie powiedziała jurorka Agnieszka Chylińska?
Że odczarowałem jej akordeon?

Właśnie. Chciałabym do tego nawiązać. Ja myślę, że odczarował Pan akordeon nam wszystkim.
Nie wiem, czy mogę sobie przypisać taką zasługę, ale rzeczywiście na koncertach po „Mam Talent!” spotykałem się z taką opinią publiczności. Dużo osób mówiło, że nie zdawało sobie sprawy, że ten instrument może tak zabrzmieć i że ma takie możliwości. To była odmiana wizerunku akordeonu i to na olbrzymią skalę. Program był oglądany przez 8 milionów osób – to prawie jedna czwarta Polski, więc faktycznie udało się dotrzeć z tym przekazem do naprawdę szerokiej publiczności. Wiele osób, które spotykałem, zaczęło się chwalić tym, że mają akordeon w swoim domu, że wyciągają instrumenty i na nich grają. Każda taka historia to dla mnie olbrzymia satysfakcja.

A czy uważa Pan, że Polacy są muzykalnym narodem?
Na pewno rozśpiewanym. Jak są imprezy, to wszyscy śpiewają. Pamiętam moje dzieciństwo i spotkania ze znajomymi. Zawsze był ktoś, kto grał na gitarze. Ja brałem akordeon i graliśmy piosenki. Był z nami duch wspólnego śpiewania. Nawet teraz, jak mamy jakieś spotkanie, zawsze jakiś instrument idzie w ruch i śpiewamy. To jest fajne spędzanie czasu i bardzo obecne w naszej kulturze. Myślę, że jesteśmy muzykalni, tylko potrzebujemy edukacji, praktyki i kontaktu z muzyką. Jak się coś zostawi, to się o tym zapomina, a to są tradycje, które warto kultywować.

Potrzebujemy edukacji, ale czy wykształcenie muzyczne faktycznie pomaga w rozwijaniu kariery w Polsce? Przecież znamy artystów, którzy go nie mają, a mimo to świetnie sobie radzą – wydają album za albumem, na ich koncerty przychodzi masa osób…
Wykształcenie czasem pomaga, czasem przeszkadza. Niektórzy mogą dać się za bardzo sformatować, ociosać jak pieniek – to czasami ogranicza. Wykształcenie nie daje też gwarancji, chociaż jest pomocne. Wiedza, ale też świadomość harmoniczna, historyczna, stylistyczna – wszystkie te rzeczy są ważne, ale czasami mogą blokować. Jak się trafi na nauczyciela, który będzie dociskał do ziemi, to można mieć potem kompleks, pewną blokadę, aby zrobić cokolwiek albo wyjść poza ramy. A jeśli nie podejmie się ryzyka, aby wyjść poza strefę komfortu, to będzie się stać w miejscu.

Są liderzy zespołów, niesamowici muzycy w bandach czy amatorzy, którzy grają dużo lepiej i mają większe doświadczenie niż absolwenci studiów czy szkół muzycznych, i koncertują. Absolwenci często zostawiają granie i idą w innym kierunku. Edukacja to jedno, ale ona nie stworzy jednostki. Jeśli jednostka wykorzysta tę edukację – to jest największa wartość.

Wróćmy jeszcze do „Mam Talent!”. Czy zastanawiał się Pan, co by Pan dziś robił, gdyby nie udział w programie i w ogóle gdyby nie muzyka?
Właśnie nie wiem. Kiedyś trochę absorbowały mnie komputery – bardziej grafika komputerowa niż programowanie, chociaż w to też się trochę bawiłem. To były takie czasy, że trzeba było naprawdę z komputerem powalczyć, żeby sprawnie funkcjonował. Stawiałem systemy. Lubiłem to.

Sam się Pan tego uczył?
Tak, to były dość proste rzeczy. Chodziłem do szkoły o profilu matematyczno-informatycznym i miałem kolegów biegłych w temacie. To było naturalne w naszym środowisku. Może wybrałbym informatykę, chociaż pewnie nie byłbym w tym szczęśliwy. Motoryzacja też mnie zawsze bardzo pociągała. Pewnie nie pracowałbym na etacie, tylko realizował swoje projekty. To wynika z mojej natury. Tej naturze jest też bliski sposób mojej pracy z muzyką. Chcę być wolnym duchem.

Co Pana skłoniło, aby iść na casting do „Mam Talent!”?
Poszukiwanie magicznego momentu w życiu. Chyba każdy czeka na tę chwilę, która będzie ważna i coś odmieni. Znałem historie moich znajomych. Kolega z Jeleniej Góry, który gra na skrzypcach – Wojtek Wieczorek, wybitny skrzypek – dostał się do szkoły w Hannoverze. Nie mógł podjąć edukacji z uwagi na brak środków, ale znalazła się osoba, która sfinansowała mu stypendium. Wojtek wyjechał i dzięki temu miał możliwość rozwijać się i powalczyć. Potem koncertował na całym świecie. I takich historii było wiele…

„Mam Talent!” było jedną z tysięcy prób. Przyjeżdżałem na castingi do Warszawy. Prawie dostałem się do programu „Jaka to melodia?”, ale za chwilę leciałem do Stanów na festiwal, licząc, że może tam się coś wydarzy. Miałem wtedy styczność z menedżerem Eminema i do dziś żałuję, że nie spróbowałem go poznać. Zabrakło wtedy kilku drobnych kroków. Zawahałem się, a dziś widzę, że jeśli coś się w głowie urodzi, po prostu trzeba iść na przód i próbować, bo potem człowiek się zastanawia „co by było, gdyby…”.

Szukałem dalej – jeździłem po świecie, grałem na ulicy, na festiwalach, w ambasadach, w teatrach, z różnymi kapelami… Po długim okresie poszukiwania byłem wyczerpany. Zaczynałem już myśleć, że może ten mój moment mnie już ominął, że może go nie zauważyłem. Myślałem, że dalej już nie dam rady. Zaczynałem słabnąć. Dałem sobie deadline do końca 2009 roku. Postanowiłem, że albo coś się wydarzy, albo zrobię sobie przerwę. I na szczęście, w ostatniej chwili, wydarzył się „Mam Talent!”. Teraz to wszystko inaczej rozumiem i widzę. Każda kłoda pod twoimi nogami nie jest po to, aby cię zniechęcić, ale po to, aby sprawdzić, jak bardzo zależy ci na osiągnięciu celu.

Zaraz rozpocznie się jubileuszowa trasa. Spędził Pan 25 lat na scenie. Czy Pan sobie jakoś ten okres podsumowuje?
Jest dużo takiego sentymentalnego podsumowania, powrotu do tego, co było. Mojego taty już nie ma z nami, ale jest u góry i wiem, że cieszy się i z każdym dźwiękiem akordeonu jest ze mną.

Wszystkie etapy w moim życiu miały znaczenie. Teraz z perspektywy czasu weryfikuję, co zrobiłem dobrze, a co źle. Jestem człowiekiem, który dużo analizuje to, co było wcześniej. Zawsze widzę to, co można było zrobić lepiej, a nie zwracam zupełnie uwagi na to, co zrobiłem dobrze.

Reasumując: wydarzyło się dużo dobrych rzeczy, dużo przygód. Żałuję tylko, że nie prowadziłem pamiętnika i nie notowałem każdego dnia. Było tyle ciekawych sytuacji, detali, dlatego że żyłem po wariacku. Ciągle w ruchu, co chwilę w innym mieście, czasami kraju, kontynencie. Naprawdę szkoda, że tego nie zapisywałem, ale myślę, że gdybym jeszcze teraz usiadł, byłbym w stanie sobie wszystko przypomnieć. Wtedy nie miałem na to czasu, nawet nie miałem czasu spać.

Te 25 lat zleciało bardzo szybko. Tyle wspaniałych rzeczy się wydarzyło, a nie było czasu się tym delektować. Czasami było tego za dużo – widzę to teraz z perspektywy czasu. I to jest mój wniosek na przyszłość. Teraz będę starał się bardziej smakować życie. Usłyszałem ostatnio, że człowiek ma dwa życia i o tym drugim dowiaduje się dopiero wtedy, gdy uświadomi sobie, że ma tylko jedno. Coś w tym chyba jest. To jest taka moja jedyna refleksja, którą, mam nadzieję, wyniosę jako lekcję na przyszłość.

Nie czuje Pan wypalenia? Jest w Panu ciągle energia do działania?
Oczywiście, że tak. Największa wtedy, gdy dużo się dzieje: jestem w trasie, na koncercie, mam wywiad, nagrania lub spotkanie. Gdy mam spokój i jestem w domu, to czuję się tak, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Nie potrafię się wtedy pozbierać, dostosować do spokojnego trybu życia. Czuję, że powinienem pójść na rollercoaster, przejechać się trzy razy i będę na właściwych obrotach. Wtedy mogę normalnie działać.

Trudno jest zwolnić. Gdy tygodniami chodzę na adrenalinie, a potem daję organizmowi odpocząć, organizm mówi „nie”. Teraz już pilnuję higienicznego stylu życia, dbam o regenerację, wysypiam się i dzięki temu mam siłę na wszystko.

Co Pan poczuł, gdy dwa lata temu się okazało się, że mamy pandemię i ta wyczekana jubileuszowa trasa jednak się nie odbędzie? Domyślam się, że musiało to być bardzo ciężkie przeżycie.
Czułem wewnętrzną złość. Wszystko było przygotowane, wisiały już plakaty, byliśmy w trakcie promocji, wywiadów. Trasa się nie odbyła. Pojawiły się niepewność i pytanie: „Czy to w ogóle uda się zrobić?”. Był nowy termin na 2021 rok, ale pandemia się przedłużyła i znowu trzeba było wszystko przełożyć. Na szczęście teraz jest światełko w tunelu, że trasa się odbędzie, chociaż w dzisiejszych czasach, dopóki nie wyjdę na scenę, to nie będę pewien, czy uda się ją zrealizować. Na przykład 25 czerwca może tu spaść meteoryt. Wszystko jest możliwe. Nigdy nie mów nigdy. Gdy na koncercie zabrzmi ostatnia nuta – wtedy będę wiedział, że się udało.

W czasie kolejnych lockdownów nadrobiłem wiele zaległości. Spędziłem mnóstwo czasu z rodziną, wysypiałem się w swoim łóżku, ćwiczyłem więcej na akordeonie, realizowałem nowe muzyczne pomysły, nabrałem dystansu do wielu rzeczy.

Na koncertach pojawią się goście: Kayah, Viki Gabor, Stanisław Soyka, Kuba Badach, Magda Steczkowska… Wystąpi Pan też z siostrą.
Moja siostra Daria będzie w Katowicach. To będzie fajne przeżycie w kontekście rodzinnego muzykowania. Będą też moje zespoły Coloriage i Corazon. Cieszę się, że po latach burz, ale też słonecznych dni, jest mi dane realizować taką trasę jubileuszową z takimi wyjątkowymi ludźmi. To jest megaszczęście. Cieszę się, że taka ekipa ze mną wystąpi, że możemy razem działać już od tylu lat, tworzyć wspólne widowisko, wciągnąć ludzi w ten muzyczny klimat. To naprawdę wyjątkowa rzecz i ominęłoby mnie to wszystko, gdybym jednak poszedł na tę informatykę.

Szykuje Pan jakieś niespodzianki?
Nie mogę mówić za dużo. Delikatnie nadmienię tylko, że będzie to podróż w czasie. Będą muzyczne premiery. Podsumujemy chronologicznie to, co było, ale też pokażemy, co jeszcze przed nami.

Chciałam zapytać też o Dźwiękogród – projekt dla dzieci. Może Pan o tym opowiedzieć?
Dzieci są publicznością, która reaguje spontanicznie. Jak im się podoba – klaszczą, jak im się nie podoba – rzucają teczkami i piórnikami na scenę.

Zdarzyło się to Panu?
Na szczęście nie! Dzieciaki zawsze dawały mi energię. Dzięki ich reakcjom na koncertach wiedziałem, że moja muzyka trafia do ludzi, że muszę robić to dalej. To był mój motor. Dzieci są publicznością najprawdziwszą, niespaczoną żadną modą i tym, co się dzieje dookoła.

Projekt nosi nazwę Dźwiękogród – od „Zwierzogrodu”, bajki, która zawsze mi się podobała. Wciągamy dzieci w świat dźwięków. Mówimy o historii instrumentów i ich budowie. Publiczność czynnie uczestniczy w koncertach. Dzieciaki występują na scenie. Są piosenki z bajek Disneya i zagadki muzyczne. Zapraszamy też opiekunów, ale przede wszystkim chcemy dotrzeć do dzieci, które reagują, bawią się, chłoną wiedzę… Myślę, że edukacja odgrywa kluczową rolę w świecie i w społeczeństwie. Warto się rozwijać, poznawać nowe rzeczy, uczyć się. To ma znaczenie, nie tylko muzycznie. Tego nigdy za wiele.

Pamiętam koncert w pewnym liceum. W pierwszym rzędzie siadają dziewczyny – skórzane kurtki, kolczyk, guma i spojrzenie: „No to pokaż nam, co potrafisz…”. Koncert się kończy tym, że są zaciekawione, a więc można dotrzeć z tą muzyką i do maluchów, i do zbuntowanej młodzieży. To jest bardzo budujące.

A czy Pana syn – ośmioletni Mikołaj – interesuje się muzyką? Uczy go Pan gry na akordeonie?
Mikołaj gra na fortepianie, ma pianinko cyfrowe. Czasem gramy razem, ale nie chcę go do niczego zmuszać. Jak sam z siebie będzie chciał, będzie to robił. Raz ma większe zrywy, raz mniejsze, ale ogólnie lubi muzykę. Gdy przychodzą do niego koledzy z klasy czy z sąsiedztwa, on włącza pianino i im gra. Widzę, że sprawia mu to radość. Chcę go uczyć przez zabawę. Niech gra to, co lubi. Na razie poznaje nuty. Tu nie ma żadnego pośpiechu, wyścigu. Jeśli będzie chciał, można też spróbować z akordeonem.

Ciekawa jestem też, jakiej muzyki Pan słucha na co dzień…
Zawsze byłem fanem Carlosa Santany, ale też Stinga – mam nadzieję, że uda mi się kiedyś z nim zagrać. Słucham bardzo różnej muzyki. Gdy potrzebuję odpocząć – sięgam po Hansa Zimmera; muzykę filmową, która jest przestrzenna, oparta głównie na instrumentach, ewentualnie na wokalizach i ciekawej harmonii; jest ambientem budującym obrazy. Słucham też jazzu, zwłaszcza trąbki, np. Cheta Bakera. Ze świata popowego – piosenki Jennifer Lopez, Lady Gagi, Michaela Jacksona czy Whitney Houston, które są świetnie wyprodukowane. Zbyszek Wodecki miał taką stylistykę, że można go słuchać bez końca. To był artysta, którego ciepło wspominam, również prywatnie.

Trasa jubileuszowa obejmuje trzy koncerty – w Gdyni, Warszawie i Katowicach. Co potem? Jest szansa, aby odwiedzić też inne miasta, a może wyjechać za granicę?
W 2020 roku w planie było jeszcze Chicago. Teraz szukamy nowego, wspólnego terminu. Być może druga część jubileuszowej trasy odbędzie się jesienią – jest też taka opcja. Zaraz po koncercie w Katowicach jedziemy na Dolny Śląsk, potem znowu wracamy do Katowic, następnie wystąpimy w Rzeszowie, Świnoujściu, Głuszycy… Ciągle jesteśmy w trasie. Aktywności koncertowe trwają i stale się jeszcze rozkręcają. Mamy dużo zaplanowanych występów na jesień, koniec roku i przyszły rok. Cały czas działamy. Teraz jest trasa jubileuszowa i będziemy ogrywali nowy materiał na koncertach, a potem będą powstawały nowe albumy.

Czuje się Pan artystą spełnionym?
Myślę, że tak. Robię rzeczy, o których zawsze marzyłem. Kiedyś oglądałem festiwal w Opolu i myślałem o tym, że chciałbym tam wystąpić. Uważałem, że mógłbym się tam muzycznie odnaleźć. W głowie zasiały mi się takie obrazy i takie rzeczy się rzeczywiście zdarzyły. Potem miałem cel, żeby grać trasy koncertowe z orkiestrami smyczkowymi czy symfonicznymi – to się też teraz dzieje. Nigdy nie jestem jednak w pełni spełniony pod kątem własnego poziomu artystycznego. Zawsze mam sobie dużo do zarzucenia muzycznie i zawsze chcę więcej, lepiej, mądrzej. Tu jestem zawsze bardzo krytyczny wobec siebie. Bywają momenty, kiedy myślę sobie: „Fajnie to wyszło”, ale to są tylko momenty. Czuję, że jeszcze jest dużo zrobienia, więc na pewno nie będę się nudził.

Czego Panu życzyć z okazji tego jubileuszu? O czym Pan najbardziej marzy?
Zawsze marzyłem o trasie koncertowej opartej na stolicach europejskich i światowych. Są też pewne kultowe miejsca, w których chciałbym zagrać. Może kiedyś wystąpię ze wspomnianym wcześniej Stingiem, kto wie? Wszystko jest możliwe. Jeszcze dużo się wydarzy ciekawych rzeczy – co rusz stawiam sobie nowe wyzwania, szukam nowych inspiracji i tworzę kolejne pomysły w mojej głowie. Teraz to już moje zadanie, aby je zrealizować. A mówiąc krótko: chwilo, trwaj! Żeby było jak jest, bo jest naprawdę czadowo.

Marcin Wyrostek, akordeonista, założyciel i lider projektów Tango Corazon, Coloriage oraz Music and Dance Show. Ma na koncie pięć albumów, których jest wydawcą i producentem.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze