1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Andrzej Bargiel – marzyciel, wojownik

„W górach odnajduję poczucie wolności. Nie jestem uzależniony od skrajnych emocji, adrenaliny. Po prostu tam dobrze się czuję, niezależnie od tego, czy robię coś skomplikowanego, czy spaceruję” – mówi Andrzej Bargiel. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja wyborcza.pl)
Jest pierwszym człowiekiem w historii, który wszedł na wierzchołki Broad Peak i K2, a potem zjechał z obydwu szczytów na nartach. Filmy pokazujące brawurowe wyczyny Andrzeja Bargiela zapierają dech. Ale za tym pozornie niemożliwym stoją koncentracja i nieustanna ocena możliwych zagrożeń.

Z nartami na plecach wyglądasz jak wojownik z westernu. Czujesz się wojownikiem, wychodząc naprzeciw wysokim szczytom?
Idę naprzeciw marzeniu, które początkowo wydaje się niewyobrażalne, oswajam lęk, z jakim taka przygoda się wiąże. I nagle to marzenie staje się realne. Nigdy nie myślałem o sobie jak o wojowniku, ale na pewno muszę mieć cechy wojownika. Jeśli jestem, to takim, który długo się siebie uczył, dojrzewał, musiał sobie zaufać. Wiesz, kiedy zaczynałem ten sport, mało osób wierzyło w jego sens, miałem poczucie, że wszyscy próbują mnie od niego odciągnąć. Chciałem udowodnić sobie, że niemożliwe nie istnieje. To nasza głowa jest naszym największym ograniczeniem. Wojownik stale pracuje i w ten sposób każdego dnia przybliża się do celu.

Kiedy pojawia się strach?
W przestrzeni, której nie znam, albo wtedy, kiedy nie wiem, jak zareagować wobec możliwego zagrożenia. Poruszanie się w pewnych miejscach jest bardzo ryzykowne. Kiedy mam świadomość ryzyka i umiem na nie odpowiedzieć, strach przechodzi.

Himalaiści mówią, że wychodzą w góry, bo są. A Ty?
To najprostsze wytłumaczenie. Góry to moja pasja, skialpinizm daje mi dużo satysfakcji i radości, dlatego wychodzę. W górach odnajduję poczucie wolności. Nie wyobrażam sobie, żebym nagle miał przestać chodzić po górach. Nie jestem uzależniony od skrajnych emocji, adrenaliny. Po prostu w górach dobrze się czuję, niezależnie od tego, czy robię coś skomplikowanego, czy spaceruję. Nie ma Internetu, nie ma tylu bodźców. Mogę skupić się na słuchaniu muzyki, czytaniu książki. Ale żeby się wyciszyć, nie trzeba jechać w Himalaje.

Jaka muzyka współgra z Broad Peak?
Jestem muzycznym oldskulowcem. To wpływ starszego rodzeństwa. Więc: Pink Floyd, Doorsi, Metallica, Kult i Kazik Staszewski, którego jestem wielkim fanem, Kora i Maanam. To mi towarzyszyło od najmłodszych lat i tę muzykę zabieram. Kilka razy się zorientowałem, że muszę schować słuchawki do kieszeni i skupić się na tym, co wokół, bo kamienie latały…

Himalaiści zdobywają szczyt, ale to połowa sukcesu, bo muszą zachować siłę na zejście. Czy masz nad nimi przewagę, bo zjeżdżasz ze szczytu na nartach, szybciej pokonując drogę?
W łatwym terenie na pewno, bo mogę bardzo szybko uciec z dużych wysokości nieprzyjaznych dla człowieka i w ogóle do życia. Jeżeli są pionowe ściany, to wspinacze zjeżdżają na linach, a ja zjeżdżam na nartach. Nie ma zabezpieczenia, więc jeżeli popełnię błąd, to konsekwencje mogą być drastyczne. Poczułem to chyba najmocniej na K2. Wiedziałem, że muszę się tam znaleźć w dobrej kondycji, że musi być dobra widoczność, by móc podjąć wyzwanie. Zdobyłem szczyt i nie czułem satysfakcji, bo to nie było dla mnie nawet 20 proc. celu.

80 proc. to zjazd?
Potężna ściana, łączenie kilku dróg, wjeżdżanie w teren bez odwrotu. To było dla mnie bardzo skomplikowane fizycznie. K2 uznawana jest przez wspinaczy za jedną z najtrudniejszych gór świata, jeśli nie najtrudniejszą. Kiedy dodamy do tego narciarstwo, trudność się piętrzy. Kilku świetnych narciarzy podejmowało przede mną takie próby. Z różnych powodów to się im nie udało. Miałem tego świadomość.

Czy podczas zjazdu o czymś się myśli, czy jest tylko koncentracja?
Na zjeździe trzeba skoncentrować całą intuicję, całe doświadczenie, wszystkie umiejętności i jeszcze wsłuchać się w góry, wykorzystywać na bieżąco sygnały, jakie daje przyroda. Są lawiny, spadające skały, jest wiatr, dużo zagrożeń. Potrzeba olbrzymiej czujności. Ale zdarzają się odcinki bardzo przyjazne dla narciarstwa, wówczas można złapać troszeczkę luzu.

A myśl: co ja robię tu?
To się zdarza raczej na podejściu, na zjeździe już na to za późno. Pamiętam, że spałem na 8 tysiącach metrów w malutkim namiocie; wokół olbrzymie przestrzenie. Świadomość, że się jest na takiej poważnej górze w pojedynkę, daje do myślenia.

Jakie emocje miałeś podczas wyprawy na K2?
Wchodzeniu towarzyszyło mnóstwo skrajnych sytuacji, było dużo kłopotów. Podczas pierwszej wyprawy były nieodpowiednie warunki – było ciepło, anomalia pogodowa powodowała topnienie lodowca, tworzyły się chmury konwekcyjne i przyklejały do kopuły szczytowej. Powyżej 7 tysięcy metrów robiło się takie mleko. Schodziły lawiny. Wspinacze przygotowali trasę najłatwiejszą drogą na szczyt, graniami po skałach. Założyli linę i w ten sposób wielu weszło na K2. Ja stwierdziłem, że kończymy, bo nie mógłbym podjąć próby zjazdu. Ryzyko było zbyt duże. Wróciłem w kolejnym sezonie. Przystąpiłem do ataku szczytowego. Nagle kolega dostał dyskopatii na 7 tysiącach metrów, zostałem tam na dwa dni. Później szedłem do góry, nie wiedząc, czy będę wchodził jeden dzień, czy trzy. Przy niepewnej pogodzie szukałem widoczności, zakładając, że po południu przyjdzie śnieżyca, a dopiero w nocy będzie czas szczytowy. Na szczycie szybka reorganizacja i dopiero w bazie ulga, że to już, że jestem w domu. Było to jedno z mocniejszych przeżyć, jakich doświadczyłem.

Mija 15 lat, odkąd wygrałeś mistrzostwa Polski juniorów w narciarstwie wysokogórskim. Jak sobie wyobrażałeś swoją sportową karierę?
Myślałem o skialpinizmie, miałem dużą nadzieję, że zostanie dyscypliną olimpijską w Turynie w 2006 roku, ale na mistrzostwach przed igrzyskami zeszła lawina, też się pod nią znalazłem. To odsunęło tę perspektywę. Był problem z finansowaniem tego sportu. Do tego przyszedł kryzys gospodarczy w 2008 roku. Skialpinizm nie stał się także sportem olimpijskim w Van-couver w 2010. To był dla mnie trudny moment, bo nie miałem klarownego pomysłu. Musiałem pracować, żeby finansować ten sport, ale raczej nikt go poważnie nie traktował. Ojciec zawsze mi mówił, żebym w końcu wziął się do pracy, zamiast chodzić po górach. Bo to żaden zawód.

Wypominasz mu to czasami?
Nie, nigdy niczego nie rozpamiętuję. Zresztą nie dziwię się, że nie mógł sobie tego wyobrazić, to były jeszcze nieprzetarte szlaki.

Skąd zjeżdżałeś na pierwszych nartach?
Z gór w Beskidzie Wyspowym, w Łętowni, w której się wychowywałem. Nosiliśmy narty na plecach. Ubijaliśmy trasę, skocznię, skakaliśmy, oglądaliśmy skoki. To była era Adama Małysza i początek mojego narciarstwa. Nie mieliśmy wyciągów, infrastruktury, ale pasja była duża. Korzystaliśmy z tego, że mamy śnieg i góry, no i jakiś sprzęt, który pozwalał jeździć. Nie wiązaliśmy tego poważnie z przyszłością. Było to po prostu spędzanie wolnego czasu.

Małysz był Twoim idolem?
Moim pierwszym polskim sportowcem idolem był Andrzej Gołota. Po nocach oglądałem jego walki. Później idolem stał się Małysz. Ostatnim jest Robert Kubica, historia jego powrotu jest bardzo inspirująca. Walczył o niego mimo ograniczeń. Potrafił wrócić do bolidu Formuły 1, był praworęczny, nagle ma sprawną jedną rękę i musi wszystko robić lewą. Musiał przejść metamorfozę, żeby to w ogóle było możliwe.

Co mówią w Łętowni, kiedy się pojawiasz?
Mam bardzo dużą rodzinę i kiedy tam jestem, koncentruję się na niej. Nie wiem, kto co o mnie mówi.

Nasz Jędrek…
Niektórzy do mnie piszą, odzywają się, ciesząc się z tego, że osiągnąłem jakiś sukces. Zwłaszcza młodzi, dla nich szczególnie ważne jest spotykanie osób, które inspirują do robienia czegoś fajnego.

Czytałem, że angażujesz się w różne społeczne działania, że zbierałeś pieniądze na dom dziecka w Łętowni.
Zrobiliśmy licytację. Wystawiliśmy plakat zaprojektowany przez Wilhelma Sasnala na wyprawę na Everest. Był kombinezon z ilustracjami, które narysowały wspólnie dzieciaki z domu dziecka i z mojej rodziny. Janek Bajtlik, jeden z najlepszych ilustratorów, pomalował narty. Pieniądze przekazaliśmy właśnie domowi dziecka w Łętowni.

Jesteś dziewiątym z jedenaściorga rodzeństwa. Moja babcia miała szesnaścioro braci i sióstr, mówiła, że w takiej rodzinie starsze dzieci wychowują młodsze. Tak było u Ciebie?
Dokładnie tak było. Mną zajmowała się starsza siostra. Opieka płynnie przechodziła ze starszego na młodsze. Na pewno musieliśmy współpracować, tworzyć drużynę, żeby w ogóle móc funkcjonować. Każdy szukał swojej przestrzeni. Marzyłem o dużym domu, żeby każdy miał swój pokój. Teraz myślę, że sport był ucieczką. Chciałem mieć święty spokój. Góry to była moja przestrzeń, moja przygoda, nie zawsze lekka, ale nie zamieniłbym tego na wychowywanie się w mieście. Poza obowiązkami nikt nam nie organizował czasu. Wobec tego, jak to dzieciaki, byliśmy kreatywni. Nie wyjeżdżaliśmy na wakacje, nie podróżowaliśmy, ale nudy nie było.

Młodsze rodzeństwo ciągnęło się za Tobą, jak wychodziłeś?
Młodszy brat za mną ganiał, gdy na przykład biegłem grać w piłkę. Ojciec zawsze gonił nas do pracy, a ja musiałem wyskoczyć gdzieś z kolegami. Musiałem zniknąć tak, żeby nikt nie zauważył. Młody leciał za mną, a że biegał trzy razy wolniej, robiła się awantura. Mnie nie było widać, ale młody zostawiał ślad.

Czym zajmowali się rodzice?
Do dziś mają tradycyjne gospodarstwo, więc musieliśmy pomagać. Były krowy, było zboże, były warzywa, byliśmy samowystarczalni. Z perspektywy czasu oceniam, że to było w pełni ekologiczne gospodarstwo. Ale na co dzień mnóstwo pracy, bo rodzice nie mieli maszyn, ciągnika, więc wiele rzeczy robiliśmy ręcznie.

Auto?
Nie było. Podróż samochodem była atrakcją, kiedy na przykład przyjechał jakiś wujek i mogliśmy pojechać z nim do dziadków. Marzyłem, żebyśmy mieli duży samochód, żeby nie trzeba było wybierać, kto jedzie, tylko żeby wszyscy mogli się zabrać, bez tych niezręcznych sytuacji.

Chodziłem do zerówki i odprowadzałem młodszą siostrę do przedszkola czy później do szkoły, a mieliśmy trzy kilometry, więc łapaliśmy stopa.

Bez żadnej wyobraźni, że coś może się wydarzyć?
Nikt się nad tym nie zastanawiał. Wracaliśmy czasem rzeką, płynie wzdłuż drogi. To było beztroskie, bo rodzice nie mieli czasu, żeby nas odprowadzać, zajmować się nami.

Zawsze umiałeś o siebie zadbać?
Nigdy nie miałem z tym problemu. To nie było tak, że się czułem niezaopiekowany. Po prostu robiłem różne rzeczy po swojemu.

Przypiąłeś pierwsze narty i myślałeś, że ich już nie zdejmiesz?
Pierwsze tradycyjne drewniane narty były po dziadkach, dość skorodowane, wypadały z nich wiązania. Przebijałem w nich gwoździami dziury i próbowałem przemontowywać wiązania w inne miejsca, upychałem patyczki po zapałkach, żeby śruby się trzymały.

Istnieją jeszcze?
Niestety, nikt ich nie przypilnował, prawdopodobnie spłonęły. Nasz ojciec miał tendencję do palenia drewnianych rzeczy, których się nie używa. W każdym pokoju był piec. W końcu przypilnowałem, żeby zrobić instalację fotowoltaiczną, pompę ciepła i porządne ogrzewanie w domu.

A skąd pomysł, żeby zjeżdżać z najwyższych gór?
Zorganizowano zawody Elbrus Race, na których okazało się, że mogę szybko przemieszczać się na dużych wysokościach. Miałem szczęście, bo poznałem Artura Hajzera, himalaistę, który pokazał mi te góry i walczył o to, żebym dołączył do reprezentacji Polski. On mnie zaciągnął w góry. Trochę nie pasowałem do tradycyjnych wypraw, bo ciężko coś wspólnie robić, jeżeli zapinam narty i jadę na dół sam. Artur zawsze się śmiał, że byłby ze mnie superhimalaista, tylko te narty. Ale po co schodzić ze szczytów, skoro można z nich zjeżdżać? Obserwowałem osoby, które się tym zajmowały, na przykład Davo Karničara, którego miałem okazję poznać osobiście; zjechał z Everestu jako pierwszy człowiek, z użyciem tlenu. Everest to wyzwanie. Pojechałem w 2019 roku, żeby spróbować wejść bez użycia tlenu, ale mieliśmy pecha i to się nie udało. Było bardzo ciepło, nad wąską doliną, którą musieliśmy przechodzić, wisiał lodowy głaz wielkości bloku mieszkalnego. Mierząc GPS-ami, zauważyliśmy, że się przesuwa, że się oderwie. To mogło się skończyć wielką tragedią – lokalnie wywołałoby trzęsienie ziemi. Wróciliśmy do domu. Oberwał się trzy miesiące później.

Nie wchodzisz z pomocą tlenu?
Nigdy nie próbowałem, bo nie miałem takiej potrzeby. Znam swoje ciało, jest dla mnie komfortowe, że czuję limity. Wyobrażam sobie, że idę na tlenie i on się kończy, drastyczny skok, podczas którego organizm przestaje sobie radzić.

Chorowałeś na COVID-19, czy to jakoś wpłynęło na Twoją kondycję?
To było trudne. U mnie problemy były przejściowe, udało mi się po prostu odbudować wydolność. Kiedy chorowałem i tuż po, nie czułem, że wszystko działa w stu procentach. Potrzebowałem czasu. A kiedy już mogłem wyjść, od razu poszedłem w góry.

Góry śnią Ci się czasami?
Wtedy, gdy mam jakieś obawy, co pewnie wynika z intensywnego myślenia. Czasami śniło mi się, że spóźniłem się na atak szczytowy – wszyscy już poszli, a ja jestem na dole, jest wieczór i już za późno…

Ale mówimy głównie o takiej romantycznej wizji wypraw. A ta druga strona?
Na Lhotse byłem z wyprawą narodową, jeden z szerpów spadł i zginął. Nagle musisz ogarniać zwłoki… To są ekstremalne sytuacje, które jednak się zdarzają. Warto mieć takie umiejętności i świadomość tego, co robić. Jestem ratownikiem TOPR-u. Nie wyobrażam sobie, że ktoś potrzebuje pomocy, a ja nie wiem, co trzeba zrobić.

Widziałem u Ciebie na Facebooku zdjęcie Wandy Rutkiewicz. Myślisz o tym, co spotkało ją czy Jerzego Kukuczkę, jak o przestrodze?
Nie można całkowicie dać się pochłonąć pasji. Życie jest jeszcze tutaj, w dolinie, trzeba umieć złapać balans. Nie chciałbym się obudzić któregoś dnia z myślą, że nie mam niczego poza pasją. Wanda i Jurek byli pionierami. My mamy technologię, lepszy sprzęt, lepsze ubrania, większy komfort. Możemy robić to bezpieczniej. Oni kierowali się intuicją, po prostu szli do góry. To była eksploracja. Mam olbrzymi szacunek do ich wyczynów. Kiedy jestem na wyprawie, mama zawsze zamawia msze w kościele w Łętowni, żeby się dobrze skończyła.

Co jest, kiedy wracasz do domu?
Euforia, że znów jestem w życiu, za którym tęskniłem, z najbliższymi, z rodziną. Znów mogę wyspać się w łóżku, zjeść normalny posiłek, nawet się ponudzić. Ale jeżeli jestem za długo w domu, tęsknię za górami. Jednak nigdy nie rozumiałem wspinaczy, którzy są w stanie wyjechać na trzy miesiące na zimową wyprawę. Mają kilka dni działania, reszta to oczekiwanie w namiocie na pogodę.

To szerpą niekoniecznie mógłbyś być?
Na letniej wyprawie, dlaczego nie? Mam szacunek do szerpów. Zauważyli to. Nie chciałbyś z nami pracować? – pytali. Nie ma specjalnej więzi między wspinaczami a szerpami. Wspinacze sprowadzają szerpów do roli pomocników. Są osobne namioty dla szerpów, osobne dla wspinaczy. Zawsze starałem się to przełamywać. Ktoś z Europy wchodzi na szczyt ośmiotysięczny, wprowadza go pięciu szerpów, a to on jest bohaterem. Szerpowie są bezimienni. To niesprawiedliwe. Symboliczne więc było, kiedy zdobyli zimą K2. Zmiana musi nastąpić.

Było miejsce, w którym miałeś poczucie, że dotknąłeś nieba?
W wysokich górach, na przykład na K2, patrzysz na dół, na bazę, i widzisz malutkie kropeczki w oddali. Uświadamiasz sobie, jaka to odległość. Różne zjawiska atmosferyczne, światło, jakiego nie zobaczysz w dole, superzachody słońca, wschody, chmury płyną i jest radość, że jestem tu i mogę to obserwować.

I świata nie widać?
Jak to nie? Właśnie tu jest. Świat jest w tej wolności.

Andrzej Bargiel, skialpinista. Rekordzista świata w biegu na Elbrus. Jako pierwszy w historii zjechał na nartach z K2 i Broad Peak. Pobił o 12 dni rekord ustanowiony w 1999 roku przez Denisa Urubkę i Andrieja Mołotowa w zdobyciu pięciu siedmiotysięczników położonych na terenie byłego ZSRR, co wiąże się z wyróżnieniem odznaką Śnieżnej Pantery.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze