1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Kobiety z bagażem – uciekły z Ukrainy i budują nowe życie

Karolina Wysocka, Wiktoria Szeremetiewa, Natalia Krawczuk (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Trzy osobiste historie, trzy świadectwa. Opowieści o tym, jak to jest musieć uciekać z własnego kraju, z własnego domu, z dziećmi. Ale też o tym, jak znajduje się wsparcie i pomoc, po czym zakasuje się rękawy i zaczyna pracę.

Podróż z miasteczka wojskowego Nowogujwinsk do Lublina zajęła jej dobę. Nie opuszczałaby domu, gdyby nie syn – siedmioletni Sasza, który bardziej niż ubrań, zabawek i swojego biurka potrzebuje spokoju. W jej oazie wśród lasów, w domu, na który pracowała tyle lat, 24 lutego od godziny piątej rano słychać było spadające na pobliskie lotnisko bomby. – Mogliśmy wyjechać w pierwszą niedzielę po wybuchu wojny. Wszyscy. Mąż po wojnie w Donbasie, gdzie został postrzelony w głowę, miał problemy neurologiczne. Mógł skorzystać ze zwolnienia ze służby. Nie zrobił tego. Powtarzał: „Jeśli wszyscy mężczyźni, którzy mogą, wyjadą, to kto będzie bronił Ukrainy?” – opowiada Janina Chudiakowa. Pierwszy, trzeci, szósty dzień… Tyle wytrzymali we troje.

Janina: spakować życie

Te ostatnie dni w swoim kraju wspomina: – Kładliśmy się spać w ubraniach i z plecakiem przy łóżku. Stale budziły nas syreny alarmowe. Kilka razy każdej nocy uciekaliśmy do piwnicy. Ustaliliśmy, że pojadę z synem do Polski, moje patriotyczne uczucia odsunęłam na bok i skupiłam się na dziecku, bo nic poza nim nie ma teraz znaczenia.

I ze łzami w oczach powtarza, że do dziś nie rozumie, jak w ogóle mogło do wojny dojść, jak ma z tym żyć. Nawet teraz, w Polsce, zdarza się, że rankami Janina w pierwszych chwilach świadomości zastanawia się, gdzie, dlaczego i po co tu jest. Z wyjazdu pamięta migawki: niebieskie z zimna dłonie i twarz Saszy, kobietę stojącą w kolejce do granicy z trzydniowym dzieckiem na ręku, załamanych ludzi, którzy uciekali z domu, nie wiadomo na jak długo i dokąd.

– Od 12. roku życia – mówi Janina – chodziłam do pracy na bazarze, żeby zarobić na leki dla ojca chorego na nowotwór. Potem zatrudniałam się w sklepie, banku, firmie informatycznej, miałam też własną działalność. W ostatnich latach pracowałam w mojej ukochanej branży kawiarnianej. Zarabiałam, żeby mieć mnóstwo rzeczy, piękny stół, duży dywan, wielki telewizor, nowy samochód, elegancki dom… Co z tym wszystkim? Najważniejsze jest dla mnie nie to, co można trzymać w ręku, ale ten, kogo można trzymać za rękę. Te rzeczy, na które ciężko pracowałam, straciły wartość. Trudno to pojąć i przyjąć do wiadomości, kiedy musisz swoje życie zmieścić w torbie czy plecaku. Najchętniej nie brałabym niczego poza swoim mężem – zaczyna płakać. – Dostałam od losu bolesną lekcję. Już rozumiem, że niczego naprawdę nie potrzebujemy poza sobą i bezpieczeństwem.

O nowym życiu w Polsce mówi tak, jakby wszystko miała dobrze przemyślane. – Chciałabym podziękować każdemu Polakowi z osobna. Za to, że wyciągacie do nas ręce i otwieracie serca, kiedy jesteśmy rozbici i nie wiemy, co robić.

Janina Chudiakowa i Sabina Obwiosło-Budzyń (Fot. Rafał Kaźmierczak)

Podkreśla też, że nie potrzebuje pomocy, tylko szansy. Adze, która przywiozła ją z Lublina do Zagłębia, na propozycję złożenia dokumentów o pomoc od rządu powiedziała krótko: – Chcę iść do pracy, żeby płacić u was podatki, kupić bilet na autobus, zrobić zakupy, wynająć mieszkanie. Wesprzeć ekonomicznie Polskę, która nie jest gotowa na przyjęcie kilku milionów uchodźców.

Nie musiała długo czekać. Na jej drodze stanęło kilka ważnych kobiet – w tym Sabina Obwiosło-Budzyń, właścicielka firmy z Będzina, w której Janina Chudiakowa znalazła zatrudnienie. Czy była to forma zakamuflowanej pomocy? Sabina: – Nie, nie była. O powiększeniu zespołu myśleliśmy od dłuższego czasu. Szukaliśmy osoby kompetentnej i osobowościowo pasującej do naszej firmy. Janina jest taką osobą. Stworzenie jej przestrzeni do pracy faktycznie stało się jedną z form naszej pomocy kierowanej do osób uciekających przed wojną, jednak nie było intencją samą w sobie – wyjaśnia. Stanowisko: w recepcji i przy administracji danych. Ku zaskoczeniu Sabiny na rozmowie kwalifikacyjnej Janina, zaledwie po pięciu dniach pobytu w Polsce, ujawniła taki zasób słów, że można się z nią było w naszym języku bez problemu dogadać. – Już po paru minutach zrozumiałam – wspomina jej pracodawczyni – że to bardzo zdeterminowana i konsekwentna osoba. Pytania dotyczące przyszłych obowiązków świadczyły o tym, że jest profesjonalistką. Nie miałam wątpliwości, że takiej osoby szukamy – dodaje.

Wiktoria: flakonik perfum

Także w Żytomierzu ostrzał artyleryjski zaczął się 24 lutego nad ranem. Z czasem siła ataku Rosjan na to 260-tysięczne miasto się wzmogła – na osiedla mieszkalne zaczęły spadać bomby. Ta data podzieliła życie Wiktorii Szeremetiewej na dwa etapy. Ten przed wojną – ze spokojną codziennością wypełnioną pracą we własnym salonie kosmetologicznym, szkołą i zajęciami pozalekcyjnymi ośmioletniej córki Ewy. I ten po jej wybuchu. – Wcześniej moje życie było po prostu prekrasne, wspaniałe – mówi Wiktoria. – Miałam wszystko, o czym marzyłam: cudowne dziecko, własne mieszkanie, dobrze prosperujący biznes. Kiedy wybuchła wojna, pomogłam opuścić miasto mojej mamie, siostrze z maleńką córką, pracownicom salonu. Wyprawiłam je do Polski, upewniłam się, że są bezpieczne, i dopiero wtedy postanowiłam wyjechać z dzieckiem. Chociaż z sąsiadkami zrobiłyśmy w piwnicy prowizoryczny dziecięcy pokoik ze ścianami wyklejanymi wesołą tapetą, łóżkiem i zabawkami, nie sposób było zamaskować tym lęku i rozpaczy, ale też chodzących pod nogami myszy i szczurów. W pewnym momencie ataki następowały tak często, że niemożliwe było nie tylko spanie, lecz także wejście do mieszkania, żeby przygotować posiłki.

Po czterech dobach niemal bez snu rozpoczęły 1 marca podróż do Polski od punktu kontrolnego wojsk obrony terytorialnej przy wyjeździe z Żytomierza. – Kiedy trzeba było zatrzymać samochód, żeby pokazać paszporty, zobaczyłam lecące w naszą stronę trzy rosyjskie rakiety. Mężczyzna siedzący z przodu rzucił się z auta na ziemię, a mnie siedzącej z tyłu z dzieckiem na kolanach pozostało tylko zakryć jej oczy i uszy. Rakiety przeleciały tuż nad nami i trafiły w pobliski szpital. To był wyraźny znak, że podjęłam słuszną decyzję, aby wyjechać – tak opowiada o ostatnich chwilach w ich mieście. I jeszcze o tym, jak w jakimś dziwnym odruchu, kiedy wychodziła już z mieszkania, zawróciła i wzięła flakonik perfum. Jak to tłumaczy? Wiktoria: – Jestem kobietą. Chciałam mieć ze sobą coś, co będzie mi o tym przypominać w każdych warunkach. Podobnie zrobiła moja babcia Polka, którą wywozili do obozu Auschwitz. Jedyne, co ze sobą wzięła, to była czerwona szminka.

Wiktoria i mała Ewa po przyjeździe do Polski spędziły 24 godziny w punkcie pomocy uchodźcom w domu kultury w Dołhobyczowie, skąd wolontariusze zabrali je na Śląsk, do Bierunia. Wiktoria od razu zaczęła szukać pracy: – Wiele razy w życiu zaczynałam od zera. Nie bałam się, bo wiedziałam, że kolejny raz sobie poradzę. Mam wykształcenie medyczne i doświadczenie wojskowe. Od 18 lat zajmuję się kosmetologią, w tym medycyną estetyczną i makijażem permanentnym. W tej ostatniej dziedzinie z sukcesami, między innymi tytułami mistrzowskimi w czempionatach Ukrainy i Austrii. Mój były mąż zawsze się dziwił, że ludzie, których biznesy odnoszą sukces, kupują auta, futra z norek, a ja stale inwestowałam w swój rozwój zawodowy i wiedzę. Dlaczego? Kocham tę profesję i uważam, że kobieta – czy w związku, czy singielka – powinna być samodzielna.

W Polsce znalazła pracę zgodną ze swoim wykształceniem: w Bieruniu zajmuje się pielęgniarstwem, w Tychach – kosmetologią. W jej głosie chwilami słychać smutek, który stara się skrzętnie ukryć pod uśmiechem, a czasami zaskakująco wręcz optymistycznym podejściem: – W końcu trafiłam do Polski, kraju bliskiego mojemu sercu ze względu na pochodzenie babci, dziadka i mamy. Uzyskałam tu wsparcie, jakiego się nie spodziewałam i za które pragnę wszystkim podziękować. Mimo że wyrobiłam kartę Polaka sześć lat temu, przyjeżdżałam tu tylko turystycznie. Przed laty dostałam się na studia psychologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale nie udało mi się wtedy tu zamieszkać. Przez Polskę przeszła w tym pechowym roku wielka powódź i zabrakło pieniędzy na stypendia dla zagranicznych studentów, a koszty życia w Krakowie były dla mnie zbyt duże. Coś mnie jednak do Polski nadal ciągnęło. Wierzę, że każdy z nas ma w życiu wyznaczony szlak. Mój prowadził tutaj. Co ciekawe, trafiłam do miasteczka, które leży po sąsiedzku z Oświęcimiem, gdzie zmarł w obozie pracy mój dziadek i skąd wyszła moja babcia – opowiada Wiktoria. Czy mimo to myśli o powrocie? – Chcemy żyć w spokoju i normalności. Tego nam teraz potrzeba.

Natalia: w zasięgu wzroku

Przejście graniczne Korczowa-Krakowiec Mały od Lwowa dzieli zaledwie 75 kilometrów. Drogę tę Natalia Krawczuk z czteroletnim Artemem i dziesięcioletnim Świętosławem pokonywała 56 godzin. Pierwszy etap podróży przejechali samochodem, którym kierował mąż Natalii. Dwie noce i dwa dni stali w korku na drodze prowadzącej do Polski. Kiedy byli tuż obok przejścia granicznego, pożegnali się. – Było już widać szlabany. Mąż wracał do Lwowa, zaciągnął się do wojsk obrony terytorialnej. W Korczowej wtedy jeszcze nie można było przejść granicy pieszo, więc ja z dziećmi musiałam dojść do stojących niedaleko autobusów. Miałam jedną zieloną walizkę i około 400 dolarów. 200 dolarów zapłaciłam ukraińskiemu przewoźnikowi za przewiezienie przez granicę i transport do Krakowa. I to tylko dlatego, że Artem siedział mi na kolanach i nie potrzebował osobnego biletu… – widać, że Natalii ciężko o tym mówić. – Artem, mój młodszy syn, nie chciał się rozstać z ojcem. Płakał tak długo, aż zasnął w autokarze. Nie rozumiał, co się dzieje. Mówiłam, że jedziemy nad morze, więc do dziś pyta, kiedy tam trafimy – opowiada przejęta.

Z Krakowa trafiła do Tychów. Przez kilka dni mieszkała z dziećmi u znajomych jej męża, potem dzięki pomocy ludzi dobrej woli trafiła do samodzielnego mieszkania, które udostępniła Kasia, Polka mieszkająca w Niemczech. Natalia: – W okolicy było cicho, to zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Nic nie latało po niebie, nic nie spadało na głowę, nie wyły alarmy. Na początku nie czułam nic, z czasem zaczęły dochodzić do mnie emocje. Poraziła mnie też – pozytywnie – skala pomocy, jaką uzyskałam. Niczego nie oczekiwałam, a dostałam tak wiele – opowiada. Dzieci od razu poszły do szkoły, a ona z marszu zaczęła szukać pracy. – Byłam na rozmowach w kilku salonach stylizacji paznokci. Problemem było to, że jestem usamodzielnioną mamą i nie mogę pracować wieczorami oraz we wszystkie weekendy. Okazało się też, że są pewne różnice – w Polsce stosuje się trochę inne metody na przykład usuwania skórek czy nakładania produktów. Na szczęście Karolina z salonu, w którym teraz pracuję, dostrzegła we mnie potencjał, doceniła moje dziesięcioletnie doświadczenie. Szybko nauczyłam się od niej nowych metod, a ja zdradziłam jej kilka tajników z dziedziny stylizacji brwi i depilacji – dodaje z uśmiechem.

To działa w obie strony

Wiktoria Szeremetiewa i Natalia Krawczuk zaczęły w kwietniu pracę w tym samym salonie kosmetycznym – w centrum 130-tysięcznych Tychów. Ich szefową jest Karolina Wysocka. Dlaczego zdecydowała się przyjąć do siebie Natalię i Wiktorię? – Chciałam poszerzyć ofertę. Ukraińskie stylistki i kosmetolożki mają bardzo dobrą opinię i solidne rzemiosło – wyjaśnia. Czy nie boi się zatrudniać samodzielnych matek? – Sama przez dwa lata byłam w takiej sytuacji, doskonale je rozumiem. Oferuję im elastyczne ramy czasowe tak, żeby miały czas na życie rodzinne, staram się budować przyjazną atmosferę. Wierzę, że jeśli będę dla nich dobra, one odpłacą mi tym samym.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze