1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Paulina Przybysz: „Mówi się trudno i płynie się dalej”

Paulina Przybysz: „Ja swoją drogę ideowego działania znalazłam w muzyce, w sztuce. Wierzę, że to jest mocny sposób przekazu. Powtarzam od lat, że bardziej pamięta się słowa piosenek niż najważniejsze przemowy polityków czy aktywistów”. (Fot. Silvia Pogoda)
Czuję, że zmiana może dokonać się poprzez spokój i autentyczność naszych kobiecych postaw. Ja swoją drogę ideowego działania znalazłam w muzyce, w sztuce. Wierzę, że to jest mocny sposób przekazu. Powtarzam od lat, że bardziej pamięta się słowa piosenek niż najważniejsze przemowy polityków czy aktywistów – mówi wokalistka i autorka tekstów Paulina Przybysz.

Dlaczego Breakouci, dlaczego nagrałaś covery?
Ten projekt pierwotnie powstał podczas Męskiego Grania. W ramach festiwalu zawsze przygotowywane są tak zwane projekty specjalne. Zagraliśmy, była wersja koncertowa, udana, jak sądzę, i stwierdziliśmy, że szkoda by było nie zarejestrować tego i nie wydać.

Pytam o to dlatego, że żyjemy w bardzo specyficznych, bogatych w ciężkie doświadczenia czasach, i mam poczucie, że oczekujemy od artystów, by mówili jednak własnym głosem, by tekst był twój. Nie masz takiej potrzeby?
Ja cały czas mówię coś od siebie, wydaję różne rzeczy, bo jak najbardziej mam tę potrzebę. Nie czuję, bym coś zaniedbała, zespół Rita Pax ma na koncie dwie płyty, mocno under­groundowe, szczere i bezkompromisowe.

Nieodkryte, niedocenione, takie masz poczucie?
Mam cichą nadzieję, że nagranie Breakoutów, materiału, który jest w DNA Polaka, pomoże składowi Rita Pax wydobyć się na powierzchnię ziemi… Może ktoś, kto posłucha nas w tym wydaniu, sięgnie po autorskie płyty, które utopiły się w gąszczu alternatywnej muzyki. Będziemy teraz zresztą wrzucać sukcesywnie zdigitalizowane wersje, bo byliśmy na tyle undergroundowym zespołem, że tak jak Thom Yorke [lider zespołu Radiohead – przyp. red.] obraziliśmy się na Spotify. Teraz powoli wracamy, nagranie Breakoutów pobudziło nas do działania, do wspólnego spędzania czasu i będziemy nagrywać nowe autorskie rzeczy. Zresztą na płycie, o której rozmawiamy, jest jeden utwór, „Stare dusze”, który jest w pełni nasz.

A co jest twojego, bliskiego tobie w Breakoutach?
Jest tam trochę moich rodziców, szczególnie taty. Pamiętam, jak byłyśmy z Natalią jeszcze małe, tata grał na gitarze i podśpiewywał „Kiedy byłem małym chłopcem”. Ten numer jest mi najbliższy. Znam go od taty, a dopiero potem z winyli. Mam przyjemne wspomnienia, to w pewnym sensie dla mnie sentymentalna podróż w czasie. Ale tak generalnie mam poczucie, że Breakout, podobnie jak Czesław Niemen czy Krystyna Prońko, to artyści, którzy „przyprowadzali” do Polski Zachód, to powiew światowego grania i przy okazji moje klimaty. Jestem wychowana na muzyce amerykańskiej, więcej słuchałam Billie Holiday niż Beaty Kozidrak. Zresztą zespół Sistars miał też przenosić nas, twórców, i naszego odbiorcę na Zachód; przynajmniej dawać poczucie, że jesteśmy zlepieni z tym światem z filmów. Nikt tak wtedy nie grał, a my uparliśmy się, że działamy po swojemu. Myślę, że Breakout szedł podobnym tropem, zafascynowany Claptonem, Animalsami czy Stonesami przenosił ten sznyt do Polski. Słychać tam ten błotnisty blues, który wtedy był tu czymś zupełnie nieznanym. Lubię podróż muzyki po globie, lubię, kiedy jazz miesza się na przykład z hip-hopem, klasyka z rockiem i tak dalej. Ten proces jest piękny i nieodwracalny, organiczny.

Wspomniałaś o Sistars. Mam poczucie, że byłyście wtedy z Natalią w każdym sensie, nie tylko muzycznym, niszowe – niszowo mówiłyście o lekcjach muzyki z szamanem, niszowo żyłyście. Czy masz wrażenie, że zapoczątkowałyście coś, co na przestrzeni lat stało się mainstreamem?
Na pewno nie czuję się dziś mainstreamem, być może zmieniłam się w międzyczasie. Są chwile, kiedy zastanawiam się, jak podsumuję siebie za kilkadziesiąt lat, dokąd dotrę na tej swojej bezkompromisowej autentyczności, w którą brnę. Bo zdaję sobie sprawę, że we współczesnej branży rozrywkowej to wcale nie musi być klucz do sukcesu. Dla mnie sukces mieści się przede wszystkim w byciu sobą i w ciągłym poczuciu, że jest się wolnym człowiekiem. Wiem, że w mediach wciąż więcej jest skandalu i uproszczonych form muzycznych, trochę melodii, a trochę fitnessu i szałowych obrazków. Ale czy to droga dla mnie? Raczej nie. Jest także wiele bardzo dobrej muzyki, nie sposób zachwycić się wszystkim, co wartościowe, nawet jeżeli się poszukuje. Sama nie jestem w stanie docenić na bieżąco wszystkiego, co na to docenienie zasługuje. Mam na swojej liście albumy z 2020 roku, które czekają w kolejce do przesłuchania, przegapiłam je, choć są warte uwagi. Czasy są dziwne, jest łatwiej i trudniej jednocześnie, technologia truje, ale też daje szansę na rozwój. Na pewno wszyscy jesteśmy przebodźcowani i muzyce to raczej nie służy, chociaż może też powoduje różne połączenia, na które nie wpadlibyśmy w stonowanym, ascetycznym życiu. Złapałam się ostatnio na tym, że pokonując dłuższą trasę, nie włączam muzyki, tylko otwieram okno i słucham szumu samochodów zlepiającego się ze śpiewem ptaków, bo mózg domaga się odpoczynku chociażby od myślenia o tym, czego mam ochotę posłuchać.

Co tobie zabrały, a może dały długie miesiące pandemii, kiedy muzycy nie koncertowali, nie wyruszali w trasę?
Zdecydowanie dały! Dały mi pierwsze w życiu poczucie posiadania domu, mieszkania w nim tak na poważnie. Pierwszy raz doświadczyłam tego, czym jest weekend, że to czas dla rodziny, na bycie razem, bycie blisko. Dużo było przytulania i głaskania psa. Mogłam gotować w duchu zero waste – z tego, co zostało z wczoraj, zrobić coś na dzisiaj. Doświadczyłam ciągłości życia, zasmakowałam tego, że mój dom stoi praktycznie w lesie. To są zupełnie zwyczajne rzeczy, których ja po prostu wcześniej nie miałam, bo w kalendarzu były ciągle wyjazdy.

Złapałam oddech, miałam możliwość obserwowania moich dzieci non stop – to było naprawdę ekstra. Pandemia pozwoliła mi też na spokojnie zweryfikować, które z moich zawodowych aktywności były robione z rozpędu, a które miały prawdziwy sens. Zorientowałam się, że nie umiałam odmawiać albo niosło mnie takie pożądanie miliona współprac, zawsze byłam ciekawa, co z tego wyjdzie. Fajnie, ale po pierwsze, za dużo, po drugie, odciągało mnie to od własnej twórczości. Zobaczyłam, że za bardzo byłam rozproszona. Pandemia pozwoliła mi także pobyć z samą sobą w studiu. Spędziłam sporo godzin z Pauliną, która dużo śpiewała. Grałam też na wiolonczeli. Lubiłam ten czas.

W czasie zamknięcia oprócz pracy nad płytą z Ritą Pax zrobiliśmy też z Kubą Więckiem, niemal „wysyłkowo”, album „Kwiateczki”. Zagłębiłam się w twórczości Jana Kochanowskiego. Uczyłam się śpiewać i rapować po staropolsku, co było bardzo ciekawą podróżą. Myślę, że to moja kolejna płyta, która zostanie w bardzo głębokiej niszy. Wydana została przez Polish Jazz, okazuje się, że jestem pierwszą od 1989 roku kobietą, która figuruje w serii Polish Jazz! To mnie bardzo wzrusza.

A coś ci pandemia zabrała?
No, powiedzmy otwarcie, finanse to nie była mocna strona artystów w tym czasie, też to dotkliwie odczułam. Ale mam poczucie, że to, co mogłam wziąć dla siebie i mojej rodziny z tego czasu, wzięłam. Mam też swoje przemyślenia dotyczące planowania. Dziś ono jest naznaczone takim „odrętwieniem”. Trzeba podszkolić się w elastyczności. A nieprzewidywalność to nie jest coś, z czym człowiek dobrze sobie radzi. Ja radzę sobie kiepsko. Uczę się tego. Uczę się też oswajać strach, bo dużo go w ostatnim czasie. Początek pandemii, kiedy wpadliśmy w panikę i na przykład myliśmy wszystkie zakupy, to było dla mojego mózgu bardzo dziwaczne doświadczenie.

Dałaś się ponieść lękowi?
Miałam dużo szczęścia, bo w moim najbliższym gronie nikt nie stracił życia ani nie doznał poważnego uszczerbku na zdrowiu, ale te wszystkie historie, które do mnie dochodziły, rzeczywiście nie napawały nadzieją. Ja w ogóle całe życie pracuję nad tym, żeby bać się jak najmniej, dzisiejsze czasy temu raczej nie sprzyjają, kapitalizm też bazuje na straszeniu nas, to wszystko totalnie zabija frajdę z teraz. Jeszcze nie skończyła się pandemia i zaczęła się obok nas wojna… Trudno złapać stabilizację, ale trzeba głęboko oddychać.

Co ten „dziwny” czas zmienił w waszych domowych rozmowach? O czym rozmawiasz teraz z córkami?
Nie wiem, czy umiem to opisać, ale myślę, że więcej przekazu do moich córek jest nie w tym, co mówię, ale w mojej postawie. Zobaczyłam w moich córkach strach. Sam początek lockdownu był dla nich trochę jak przygoda, wymyślały rozmaite aktywności i bawiły się. Ale z czasem to zamknięcie w domu przestało być dla nich tak atrakcyjne. Wojna zdecydowanie jest tematem, który poruszamy w domu dość często. Ciężko jest, i tyle. Momentami staram się przyjąć postawę rybki Dory z filmu „Gdzie jest Nemo”: „Mówi się trudno i płynie się dalej”.

I jak ci to wychodzi?
Różnie. Ta postawa nie ma oczywiście nic wspólnego z obojętnością na dramat, który się rozgrywa; robimy to, co możemy, pomagamy, nie udajemy absolutnie, że tego okrucieństwa, bólu nie ma. Chodzi po prostu o wykształcenie jakiegoś mechanizmu obronnego, który pozwoli przetrwać.

Na tydzień przed wybuchem wojny w Ukrainie moja starsza córka zadzwoniła do mnie ze spotkania z koleżankami i zapytała, czy będzie u nas wojna. Zamarłam, nie znałam odpowiedzi na to pytanie, a była we mnie jako matce potrzeba chronienia dziecka, zapewnienia go, że jest bezpieczne. Jednocześnie wiem, że zaufanie do rodzica pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy autentyczni, potrafimy powiedzieć: „nie wiem”. Ale czy to ten moment, to pytanie, na które dziecko powinno usłyszeć: „nie wiem”? Jeśli chodzi o pomysł na wychowanie, bardziej niż Superniania przekonuje mnie Jesper Juul. Jego szkoła prowadzi mnie przez macierzyństwo.

Nie da się dzieci uchronić przed faktami, odsunąć od tego, co się dzieje. Moje córki mają 13 i 10 lat, są już „podłączone” do informacji. Staramy się wspólnie oswajać lęk i działać. Dużo grałam dla Ukrainy, starsza córka była ze mną na tych koncertach. Uczestniczymy w zbiórkach, robimy zakupy. Trzeba jakoś funkcjonować, pomagać, ale też nie wolno nam, tak sądzę, zawieszać swojego życia, dać się sparaliżować strachem, pewnie to jest celem agresorów.

Wychowujesz dzieci czy wychowujesz dziewczynki? Niektórzy sądzą, że to jest pewna różnica. I żeby kobieta w przyszłości była silna i niezależna, trzeba mocno nad tym pracować.
Wychowuję przede wszystkim ludzi, takie mam poczucie. Moja starsza córka ma duszę działaczki na rzecz tolerancji w bardzo różnych aspektach, i rasowych, i płciowych, i muzycznych, wszelakich. Dużo rozmawiamy o tym, co dzieje się u jej rówieśników, kto jakie ma problemy, jakie są reakcje nauczycieli na różne zdarzenia. Jasne, że wychowuję dziewczyny, ale najbardziej zależy mi na tym, żeby były świadomymi, otwartymi, przyzwoitymi ludźmi.

Pytam o to nie bez powodu. Nie jest tajemnicą, że Polska przez ostatnie lata nie jest miejscem sprzyjającym kobietom… Musimy się w różnych kwestiach przedzierać.
To prawda. Wydaje się, że będą z nich twarde feministki, tak mi to wygląda. Starsza córka jest bardzo obowiązkowa, jeśli chodzi o obecność na wszelkich manifestacjach, demonstracjach, paradach równości, strajkach kobiet. Muszę to wręcz trochę hamować, bo to nie zawsze są odpowiednie miejsca i okoliczności dla dziecka. Niemniej startują od innego zera. Czuję, jak w linii kobiet rodziny egzekwujemy nasze prawa do wolności i równości coraz odważniej, rzeczy, które dla mnie były trudne do powiedzenia głośno, są dla nich oczywistością, której nawet nie trzeba specjalnie manifestować.

Jesteś kobietą, która uważa, że z feminizmem i wszystkim, co się z nim wiąże, można przesadzić?
Dla mnie definicja feminizmu to po prostu równość. I w tak rozumianym feminizmie nie można przegiąć. Pod tym się podpisuję i mam nadzieję, że słychać i czuć to w tekstach, które piszę. Jednocześnie nie chciałabym, żeby pokolenie moje i moich córek spaliło się w walce. Czuję, że ta zmiana może dokonać się w inny sposób, poprzez spokój i autentyczność naszych kobiecych postaw. Walka, krzyk to jest jednak zawsze kij, który ma dwa końce. Podziwiam aktywistów, ludzi walczących, ale ponieważ znam ich kilkoro, wiem, że to bardzo kosztowny dla psychiki sposób życia. Są odważni, piękni, ale dostają bardzo po tyłku. I nie wiem, czy chciałabym takiego losu dla moich dzieci… Ja swoją drogę ideowego działania znalazłam w muzyce, w sztuce. Wierzę, że to jest mocny sposób przekazu. Powtarzam od lat, że bardziej pamięta się słowa piosenek niż najważniejsze przemowy polityków czy aktywistów. Więcej osób zaśpiewa Lennona, niż zacytuje we właściwy sposób Martina Luthera Kinga czy Bidena. Chociaż z przemówień Zełenskiego trzeba będzie już zaraz robić piosenki!

Paulina Przybysz, piosenkarka i autorka tekstów. W 2001 roku, razem z siostrą Natalią Przybysz, założyła zespół Sistars, który z kilkuletnią przerwą istniał do 2013 roku. Obecnie nagrywa z zespołem Rita Pax, właśnie ukazał się ich najnowszy album „Piękno. Tribute to Breakout”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze