1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Daniel Tammet – co dał mu zespół Aspergera?

Daniel Tammet (Fot. Roberto Ricciuti/Getty Images)
Zespół Aspergera przyniósł pisarzowi Danielowi Tammetowi poczucie obcości w dzieciństwie, ale także ponadprzeciętne zdolności matematyczne i lingwistyczne. Dziś Brytyjczyk ma na koncie m.in. rekord Europy w recytowaniu z pamięci 22 514 cyfr liczby pi i jest nazywany autystycznym sawantem.

Twoje życie to opowieść o tym, jak trudność, jaką przez lata był niezdiagnozowany u ciebie zespół Aspergera (dziś mówilibyśmy raczej o spektrum autyzmu) przekuć w cenną umiejętność. Kiedy jako dziecko zdałeś sobie sprawę, że jesteś inny?
W domu rodzinnym zawsze czułem się bezpiecznie, bo moi rodzice potrafili stworzyć cudowną domową atmosferę, która mnie uspokajała, wyciszała i koiła. A ponieważ mam ośmioro rodzeństwa, zawsze otaczały mnie osoby, które mnie kochały za to, kim jestem. Gdy poszedłem do szkoły, szybko straciłem tę ochronę. Dlatego moje pierwsze wspomnienie z funkcjonowania poza domem łączy się z poczuciem braku przynależności oraz z chęcią zrozumienia sposobu, w jaki ludzie rozmawiają, bo gdy jesteś z kimś ci bliskim, jak brat czy siostra, to czasem nie musisz nic mówić – rozumiecie siebie nawzajem z sytuacji, z kontekstu, z tego, co mówi twoje ciało. Ale kiedy jesteś w szkole, to już nie działa w ten sposób. Pamiętam, że gdy się odzywałem, dzieci często się ze mnie śmiały, czegoś nie rozumiały, ja mówiłem nie to, co chciałem, albo nie tak, jak chciałem. Dlatego zwróciłem się w stronę książek.

Nastolatek Dara McAnulty, autor książki „Dziki rok”, mimo że jest od ciebie młodszy o ponad ćwierć wieku, miał podobne doświadczenia w szkole. Niby czasy się zmieniają, a wciąż jest trudno być zrozumianym przez innych.
Zauważam zmianę na lepsze, widzę, że nastawienie do osób nieneurotypowych powoli się zmienia. Czasem ludzie potrafią być bardzo wyrozumiali, gdy są sami, ale już przestają rozumieć, gdy są w grupie.

Czy na to, że po liceum zrezygnowałeś z pójścia na studia wpłynęły twoje doświadczenia ze szkoły?
Tak. Rodzice byli rozczarowani moją decyzją, mieli nadzieję, że jako pierwszy w rodzinie będę studentem. Ostatecznie szlaki przetarła moja siostra, a ja zacząłem studia jako trzydziestolatek. Dopiero wtedy byłem w stanie. Potrzebowałem więcej czasu, żeby nabrać pewności siebie i umiejętności.

Dziś, z perspektywy czasu, uważam, że podjąłem słuszną decyzję – gdybym zaczął studia dekadę wcześniej, to na pewno bym ich nie skończył. Pamiętam, że na początku liceum świetnie się uczyłem, ale ostatnie dwa lata były bardzo trudne, szło mi coraz gorzej. A potem przyszedł najgorszy moment, czyli egzaminy. Nie rozumiałem idei tego, że nagle ocenia się mnie nie na podstawie kilku lat nauki, ale jednego momentu, i od tego wyniku zależy całe moje przyszłe życie. Bardzo mnie to stresowało.

Kiedy uświadomiłeś sobie, że to, co jest twoją słabością, tak naprawdę jest czymś wyjątkowym, twoją siłą?
Po raz pierwszy – jeszcze w szkole podstawowej. Nauczyciel zauważył, że bardzo dobrze robię zadania z matematyki, a byłem jeszcze mały. Był pod ogromnym wrażeniem, dał mi do domu podręcznik na bardziej zaawansowanym poziomie. Wtedy poczułem, że mam jakiś dar. Potem w szkole średniej, podczas lekcji historii, często poprawiałem nauczyciela. Kiedy pierwszy raz to zrobiłem, usłyszałem za sobą westchnienie: „Aaach” – inne dzieci po prostu zamarły, słysząc, co mówię. Ale nauczyciel to docenił. Ostatni raz zrozumiałem to już jako dorosły. Po napisaniu autobiografii „Urodziłem się pewnego błękitnego dnia” pojawiły się krytyczne głosy, że po prostu opisałem swoje życie, każdy to może zrobić, ale to nie czyni mnie pisarzem. A potem wydałem drugą i trzecią książkę, a każda kolejna była coraz bardziej wyrafinowana, pisałem coraz lepiej literacko. I nagle okazało się, że jednak jestem pisarzem. Nawet zdobywca literackiej nagrody Nobla John Maxwell Coetzee napisał miłe zdanie o mojej pracy. Wtedy też zaprzyjaźniłem się z australijskim pisarzem i poetą, Lesem Murreyem, u którego zdiagnozowano spektrum autyzmu, a jednocześnie był uważany za jednego z najważniejszych australijskich poetów swojego pokolenia. Zrozumiałem, że pisanie też jest darem, i chociaż to jest ciężka praca, uznałem, że właśnie to będę robił i będę starał się być w tym coraz lepszy. Moją ambicją jest, aby spróbować zajść tak daleko jak mogę, i zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi.

Chciałam zahaczyć teraz o ten moment w twoim życiu, kiedy zdecydowałeś się pobić europejski rekord Guinnessa w recytacji najdłuższego zestawu cyfr w liczbie pi po przecinku. Udało się, co z jednej strony uczyniło cię sławnym, rozpoznawalnym, a z drugiej – wystawiło na większą presję ze strony mediów. Jak sobie z tym radziłeś?
Miałem dużo szczęścia, bo kiedy to się wydarzyło, mogłem zwrócić się do rodziny i przyjaciół. Nie mam ich wielu, ale są mi bardzo bliscy i mogę na nich liczyć. To, że stałem się nagle sławny, kompletnie ich nie obchodziło. Dla nich byłem tym samym Danielem co wcześniej. A potem stopniowo, z wywiadu na wywiad, uczyłem się lepiej komunikować z innymi. I to było ciekawe, bo dziennikarze pisali o mnie różne rzeczy, mogłem więc zobaczyć, jak mnie postrzegają.

Raz ktoś napisał, że chyba nie mam aspergera, bo za bardzo patrzę ludziom w oczy; ktoś inny ocenił, że jestem zbyt sztywny. Odczytywałem to najpierw jako lekcje, które muszę odrobić, żeby dopasować się do oczekiwań. Jednak potem dotarło do mnie, że to nie jest prawda, że inni postrzegają mnie poprzez różne stereotypy, które blokują zrozumienie i percepcję. Sam pracowałem bardzo ciężko, by widzieć innych właśnie takimi, jacy są, tymczasem ciągle obserwuję, że wyobrażenia na temat innych często górują nad ich prawdziwym obrazem. Staram się o tym pamiętać podczas rozmowy z nowo poznaną osobą czy podczas pisania.

W Polsce właśnie ukazała się twoja książka pod tytułem „Słowa są jak ptaki, które uczymy śpiewać”. Co przez to rozumiesz?
Przez długi czas język był dla mnie czymś, czego nie mogłem kontrolować. Ale kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że mogę i potrafię bawić się słowami, zrozumiałem, że mogę jednak kontrolować słowa, bo to przecież ja podejmuję decyzję, jak ich użyję, a nie one. Oczywiście słowa niosą ze sobą różne znaczenie, więc trzeba na nie uważać, używać ich z szacunkiem, starannością i troską – uświadomienie sobie tego było dla mnie ważną lekcją.

Kiedy zrozumiałeś, że słowa niosą ze sobą emocje? W swojej wcześniejszej autobiograficznej książce napisałeś, że przez długi czas nie rozumiałeś, co to znaczy kogoś kochać, lubić, te pojęcia sprawiały ci trudność…
Zawsze wiedziałem, że słowa i liczby niosą ze sobą emocje. To zresztą bardzo ciekawe, bo ludzie rozumieją, że słowa budzą emocje, ale wydaje im się, że liczby już nie. Tymczasem kiedy zapytasz kogoś, czy ma ulubioną liczbę, to powie, że tak, choć nie zna przyczyny. Czasem na pytanie, czy dana osoba boi się trzynastki, słyszę, że tak. A gdy pytam dlaczego, bo przecież to tylko liczba, zwykle pada odpowiedź, że właściwie to nie wiadomo. Wtedy drążę, dopytując, czemu ktoś boi się trzynastki, a nie boi się litery „e” albo „a”, i okazuje się, że liczby wywołują w nas jednak emocje, tylko trudniej nam to dostrzec.

Natomiast co do samych słów, to trudno było mi zrozumieć, w jaki sposób określony wyraz jest używany w społecznym kontekście. Nie wiedziałem, jak posługiwać się takimi słowami, jak „lubić”, „kochać”, bo ludzie korzystają z nich w bardzo różnych sytuacjach, a ja lubię być precyzyjny. Tymczasem słyszałem: „kocham herbatę” i „kocham moją mamę”. Jak możesz kochać mamę tak samo jak herbatę? To nie jest przecież to samo! Oczywiście, dziś rozumiem, że tego samego słowa używamy różnie, osoba mówiąca wie, że w zależności od kontekstu jego znaczenie się zmienia. Ale w dzieciństwie musiałem się nasłuchać innych, naobserwować i naporównywać, by w końcu zaakceptować to, że na przykład słowo, które opisuje tak ważną i piękną emocję, jak uczucie do swoich rodziców, pojawia się także w odniesieniu do muzyki, herbaty czy ulubionej pary butów. Dla mnie to było dziwne, ale w końcu zaakceptowałem, że dla innych to naturalne.

Czy to nie oznacza, że słowa nas ograniczają?
Na pewno są języki, które mają więcej słów na określenie danej emocji niż na przykład język angielski czy francuski, którymi się posługuję. Mamy więcej uczuć w sobie niż słów na ich określenie. Ludzkie serce jest zbyt złożone. Wobec tego, co ono czuje, język jest ograniczony, dlatego wciąż używamy tych samych słów. Mimo to kiedy ktoś mówi „kocham moje buty”, a za chwilę „kocham moją babcię” – i tak wiemy, że babcię kocha jednak bardziej i inaczej niż buty.

Znasz jedenaście języków. Czy może się pomyliłam co do ich liczby?
Bardzo trudno jest mi odpowiedzieć na pytanie, ile znam języków. Lingwiści nie zgadzają się między sobą, co to właściwie znaczy znać język. Czy znasz język obcy, jeśli w nim czytasz, ale nie mówisz, albo na odwrót? Czy to, że mówisz w nim, ale na przykład nie piszesz, wystarczy, żeby uznać, że go znasz? Ja używam sześciu języków.

Pytam o to, bo ciekawi mnie, czy przy znajomości tak wielu języków obcych jak w twoim przypadku, zwłaszcza że znasz także język migowy, łatwiej jest nauczyć się kolejnego? Albo łatwiej jest zrozumieć komunikację niewerbalną, mowę ciała?
Bardzo trudno odpowiedzieć na to jednoznacznie, bo na przykład wspomniany przeze mnie Les Murray, który znał ponoć 20 języków, nie był zainteresowany komunikacją w tych językach – ich znajomość służyła mu tylko do tego, by móc coś w nich przeczytać. U mnie wygląda to inaczej, owszem moja interakcja z językiem zawsze polegała na tym, żeby czytać książki, jednak odkąd mam męża, przyjaciół, znajomych i czytelników – to ważne jest dla mnie, żeby się dobrze się komunikować, czyli być zrozumiałym dla innych. Dlatego mowa ciała jest dla mnie bardzo ważna.

W ramach eksperymentu miałem nauczyć się w tydzień języka islandzkiego w stopniu komunikatywnym. Było to trudne, czułem ogromną presję. I choć dziś nie powtórzyłbym tego eksperymentu, było to ciekawe doświadczenie przede wszystkim dlatego, że miałem wspaniałą nauczycielkę. Była bardzo wyrazista, ekspresyjna, dużo wyrażała miną, gestami i dzięki temu, że cały czas coś pokazywała, islandzki szybko stał się dla mnie zrozumiały. To było wspaniałe!

Taki sposób nauki przypomina ten, w jaki języka uczą się dzieci, które obserwują momenty, gdy słowo łączy się z mową ciała. Same dzieci także wyrażają siebie i swoje emocje poprzez ciało. Teraz bardziej na to zwracam uwagę. I to wyjaśnia, dlaczego lepiej posługuję się jednym językiem obcym, a gorzej innym, bo lepiej się uczysz, gdy widzisz, jak ludzie reagują spontanicznie, wyrażając siebie w swoim języku.

Łączysz słowa i ruchy ciała?
Tak, mam nawet anegdotę, którą chciałbym ci opowiedzieć. Mój mąż robi różne rzeczy, ale jest także aktorem, więc dzięki niemu mam kontakt z innymi aktorami. I pewnego razu mogłem posłuchać, jak jeden z jego kolegów wyjaśniał, w jaki sposób zapamiętuje cały scenariusz teatralny. Sam umiem to zrobić, ale nie każdy przecież potrafi zapamiętać taki ogrom materiału. A ten aktor wyjaśnił, że kiedy uczy się tekstu, to nie tylko powtarza go w swojej głowie, ale podczas powtarzania jego ciało się porusza. Łączy poszczególne frazy z konkretnym ruchem, więc zapamiętuje je nie tylko głowa, ale także ciało, bo łączy je z pamięcią ruchu, jaki przy tym wykonywało. Ruch w tym wypadku oznacza słowo. Wcześniej sam zauważyłem, że także łączę słowa lub liczby z ruchem, ale po tym, co usłyszałem, robię to dużo bardziej świadomie.

Daniel Tammet, brytyjski poeta i prozaik, obdarzony ponadprzeciętnymi zdolnościami matematycznymi i językowymi. Rekordzista Europy w recytowaniu z pamięci 22 514 cyfr liczby pi. Autor książek, ostatnio po polsku ukazała się „Słowa są jak ptaki, które uczymy śpiewać”.

Polecamy książkę: „Słowa są jak ptaki, które uczymy śpiewać. O znaczeniach i tajemnicach języka”, Daniel Tammet, wyd. Copernicus Center Press

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze