1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Nigella Lawson: „Jedzenie jest dla mnie źródłem nieustającej przyjemności”

Nigella Lawson (Fot. Matt Holyoak/materiały prasowe)
Podczas pandemii każdy z nas na nowo odkrył, jak cudowną ucieczką od rzeczywistości, a jednocześnie jej największą pochwałą jest jedzenie. Nigella Lawson wiedziała to już od dzieciństwa. Dziś, 24 lata od ukazania się jej bestsellerowej książki „How to eat”, nadal może być inspiracją dla wielu z nas.

Jedzenie jest dla mnie źródłem nieustających przyjemności: lubię myśleć o nim łakomie, głęboko się nad nim zastanawiać i czerpać z niego mądrość. Jedzenie daje mi otuchę, inspirację, sens i piękno; odżywia moje ciało i wyznacza początek dnia” – pisze w swojej najnowszej książce „Zrób, zjedz, powtórz”. Tytuł nieprzypadkowy, bo gotowanie i jedzenie są dla niej jak mantra, która wyznacza rytm życia, uspokaja i daje ramy. Towarzyszyły jej od dzieciństwa, podnosiły na duchu w najtrudniejszych momentach, dawały zarobek, popularność i rozpoznawalność. Właściwie nawet bardziej jedzenie niż gotowanie. Potrafi o nim mówić i pisać godzinami. W sposób, w jaki nie robił tego wcześniej żaden inny dziennikarz kulinarny ani dziennikarka, żaden inny top kucharz ani kucharka. Z przejęciem, zachwytem, poezją i oddaniem. Weźmy choćby ten fragment o solonych sardelach: „Niewiele składników wdziera się do kuchni z tak waleczną wonnością, by potem przydać potrawom fantastycznej, delikatnej głębi”. Albo ten o korzeniu selera: „Uwielbiam tego pięknego potwora z włóknistą skórą i guzowatym obliczem: przypomina kokos dotknięty albinizmem”. Kiedy czyta się jej książki lub ogląda jej programy kulinarne, człowiek ma poczucie, że Nigella Lawson właściwie mówi o sobie. Bo czyż ulubione dania nie zdradzają o nas więcej niż byśmy chcieli? Mówią przecież nie tylko o naszym smaku i upodobaniach, ale też o naszych korzeniach, przyzwyczajeniach, wspomnieniach, o największych radościach i smutkach.

Nigella Lawson (Fot. Anna Kucera/The Sydney Morning Herald/2018 Fairfax Media/Getty Images/Gallo Images)

Co więcej, mogą przenosić w czasie – do momentów, w których po raz pierwszy je jedliśmy albo które kojarzą nam się z wyjątkowymi wydarzeniami. Potrafią też regulować emocje, przynosić ulgę, pocieszać i przywoływać osoby nam bliskie, z którymi je jedliśmy lub przygotowywaliśmy. Od lat 60. XX wieku znane jest określenie „comfort food” – oznaczające jedzenie dające komfort psychiczny, czyli proste, domowe (i często kaloryczne) potrawy, jak rosół, kisiel czy frytki. Jest znane, ale rzadko używane. Spopularyzowała je dopiero w latach 90. właśnie Nigella Lawson, stając się jego największą orędowniczką, ale też, można powiedzieć, ucieleśnieniem.

Jak wyjaśnia, gotowanie i jedzenie ulubionych dań jest jak powrót do raju, a przynajmniej do miejsca, w którym czujemy się bezpieczni i kochani. „Gotowanie nie jest czymś, co można odbębnić, i basta. To lejtmotyw całego naszego życia, (…) pokarm fizyczny i duchowy. Gotowanie nie może być celem samym w sobie. Do ulubionych potraw wracamy nie tylko dlatego, że mają dla nas szczególne znaczenie – znajome dania po prostu bez trudu wychodzą nam spod ręki” – pisze w ostatniej książce. I dodaje, że ta sama potrawa za każdym razem i tak wychodzi trochę inaczej, bo za każdym razem my sami jesteśmy inni i inne są okoliczności: miotają nami inne uczucia, jesteśmy bardziej lub mniej skoncentrowani, mamy lepsze lub gorsze składniki, mniej lub bardziej rozgrzaną patelnię czy piekarnik… Jak w życiu.

Kuchenna terapia

„Moje liczne eksperymenty z medytacją zwykle kończyły się fiaskiem. Jej najlepszą namiastką jest dla mnie przyrządzanie posiłków. Rutynowa krzątanina przy obieraniu, siekaniu i mieszaniu może być balsamem dla niespokojnego umysłu. Wiele kuchennych czynności znienawidzonych nie ze względu na trudność, a ich monotonię – przykładowo skrobanie kilograma ziemniaków – tak naprawdę nas odciąża, pozwalając na odrobinę relaksu lub chociaż uciszenie skołatanych myśli”– zauważa. Nigdy nie ukrywała, że bycie w kuchni, przygotowywanie jedzenia, a wcześniej robienie zakupów, rozmyślanie o tym, co zrobi, i wreszcie samo jedzenie – to terapia, jaką sobie regularnie funduje. Z natury nieśmiała, tutaj odzyskuje pewność i siłę.

Urodziła się 6 stycznia 1960 roku w Londynie, w zamożnym domu Nigela Lawsona, konserwatywnego brytyjskiego polityka i późniejszego kanclerza skarbu w rządzie Margaret Thatcher, oraz Vanessy Salmon, spadkobierczyni potęgi Lyons and Co., brytyjskiej sieci hoteli i restauracji, która marzenie o karierze baletnicy porzuciła na rzecz wychowania czwórki dzieci: Dominica, Nigelli, Thomasiny i Horatii. Oryginalne imiona dzieci, zwłaszcza dziewczynek, były jej pomysłem. Sama Nigella w jednym z wywiadów przyznała, że jako nastolatka zdecydowanie bardziej wolałaby mieć na imię Caroline, bo bohaterki o tym imieniu były najfajniejsze w książkach, którymi się zaczytywała. Choć rodzice wychowani byli w religii żydowskiej, w domu nie kultywowano tradycji przodków, poza szczególnym podejściem do jedzenia. „Ciągle się o nim mówiło” – wspomina Nigella. Dopiero przyszli mężowie, obaj pochodzący z żydowskich domów z tradycjami, rozwinęli w niej coś w rodzaju dumy z własnych korzeni.

Nigella (na huśtawce) z rodzicami, Vanessą Salmon i Nigelem Lawsonem, oraz siostrą Thomasiną, 1965 rok (Fot. Evening Standard/Getty Images)

U Lawsonów i Salmonów świetnie się gotowało, zarówno mama Nigelli, jak i jej babcia były mistrzyniami w kuchni. Ona sama razem z młodszą o 16 miesięcy Thomasiną potrafiły przyrządzić bardzo proste sosy i pomagać w kuchni już w wieku 4–5 lat. Książki i wspólne gotowanie z babcią lub ulubioną siostrą były w młodości jedynym ratunkiem dla Nigelli, która miała trudną relację z matką. Po latach wyznała, że choć wtedy nie diagnozowano jeszcze choroby afektywnej dwubiegunowej, Vanessa Salmon musiała na nią cierpieć. Miewała bardzo częste zmiany nastrojów, mówiła wiele przykrych rzeczy, krytykowała, a nawet, jak wyjawiła Nigella kilka lat temu, zdarzało się jej uderzyć córkę. „Sądzę, że mama po prostu mnie nie lubiła” – powiedziała po latach. Z kolei ojca, kochającego, ale niepotrafiącego okazywać uczuć, dziewczynka uwielbiała.

Małżeństwo rodziców nie było szczęśliwe. Piękna, wytworna i światowa Vanessa czuła się w nim niczym w klatce. Ostatecznie do rozwodu doszło w 1980 roku. Początkowo o rozpad rodziny 20-letnia wtedy Nigella obwiniała sekretarkę i kolejną żonę ojca – Therese, ale szybko zrozumiała, że to rozstanie było tak naprawdę dla wszystkich wyzwoleniem, a dzięki nowej żonie ojciec stał się bardziej czuły wobec swoich dzieci. Nigella pokochała Therese, podobnie jak nowego partnera mamy – sir Freddiego Ayera, który wykładał filozofię na Oxfordzie. Odkąd zakochał się w Vanessie, jej relacje z córką znacznie się poprawiły. Tym większym ciosem było dla Nigelli, kiedy pięć lat później, w wieku zaledwie 48 lat matka zmarła na raka wątroby. Ona miała wtedy

25 lat. Tuż przed jej odejściem, kiedy stan Vanessy się pogarszał, Nigella razem z siostrą spędzały godziny w kuchni, radząc sobie ze wszystkimi ogarniającymi je uczuciami właśnie poprzez krojenie, szatkowanie, smażenie i gotowanie dań, jakie przypominały im dom. Do dziś pamięta, co ugotowały w wieczór, kiedy dowiedziały się, że matka odeszła – zapiekankę rybną. Pamiętała o tym także prawie dekadę później, kiedy w 1993 roku na raka piersi odeszła ukochana Thomasina. W pogodzeniu się z tą stratą znów pomogła jej kuchnia i fakt, że była już wtedy w związku z miłością swojego życia – dziennikarzem Johnem Diamondem.

Z mężem Johnem Diamondem, 2001 rok (Fot. Richard Young/Shutterstock/East News)

Poznali się w redakcji „Sunday Timesa”, gdzie oboje pracowali. Wyswatał ich właściwie brat Nigelli, Dominic, który był zawsze bardzo opiekuńczy wobec młodszej siostry. Kiedy dowiedział się, że kolejny z jej związków zakończył się rozstaniem i łzami, powiedział: „Czemu nie umówisz się dla odmiany z jakimś miłym facetem, jak John Diamond?”. Nigella posłuchała rady i szybko zakochała się w elokwentnym, choć niepozornym dziennikarzu. Jak wspomina, ujął ją jego dowcip. Pewnego razu kiedy zwierzała się koledze z redakcji, że podejrzewa u siebie cukrzycę, bo ma lekką nadwagę i jest wiecznie niezadowolona, Diamond wtrącił: „Nie masz cukrzycy, po prostu jesteś Żydówką”.

Wzięli ślub w 1992 roku w Wenecji i wkrótce doczekali się dwójki dzieci – córki Cosimy i syna Brunona. Niestety, pięć lat po ślubie John zachorował na raka gardła, zmarł cztery lata później, w 2001 roku, po przejściu licznych operacji (w tym usunięciu języka) oraz napisaniu wielu znakomitych felietonów na temat swojej choroby i powolnego odchodzenia. Miał 47 lat. Nigella kręciła wtedy kolejny sezon programu „Nigella gryzie” i była zrozpaczona. Jak sama mówi, tylko dzięki dzieciom i programowi, podczas którego mogła się skupić na jedzeniu, czyli na tu i teraz, dała radę przejść przez ten mroczny czas.

Z dziećmi – Cosimą i Brunonem, 2014 rok (Fot. Backgrid UK/Forum)

Pochwała przyjemności

„Gdybym mogła ocenzurować dowolne wyrażenie, bez wahania wybrałabym nadużywane, do cna irytujące i wcale nie tak niewinne określenie: grzeszna przyjemność” – pisze. I kontynuuje: „Nikt nie powinien się czuć winny z powodu tego, co je, ani z przyjemności, jaką dostarcza mu jedzenie. Jedynym powodem do wyrzutów sumienia (które zresztą także odradzam) jest niedocenianie tych przyjemności”. I na tym stanowisku stoi od lat. Praktycznie od dzieciństwa. Jak wyznaje, wychowała ją (i nauczyła gotować) kobieta, która przygotowywała wspaniałe uczty dla przyjaciół, sama nie jedząc prawie nic i narzucając sobie permanentne ograniczenia w imię idealnej figury. A gotowanie być może nawet prowokowało ten masochizm. Dopiero dwa tygodnie przed śmiercią, gdy wiedziała już, że jej nowotwór jest nieuleczalny, zaczęła po raz pierwszy jeść bez poczucia winy i wstydu. Właśnie dlatego jej córka tak zaciekle broni własnej rozkoszy z jedzenia i gorąco zachęca do tego innych. „Pragnę zdecydowanie podkreślić, że nie chodzi mi o tak zwane jedzenie na pocieszenie” – zaznacza. Owszem, tabliczka czekolady jest dla niej źródłem cudownych doznań, ale jest nim także talerz szpinaku z czosnkiem czy sałata z cytrynowym dressingiem. Po prostu w kwestii jedzenia ufa swojej intuicji i temu, czego jej ciało teraz potrzebuje.

Zarzucano jej, że gotuje za ciężko, za tłusto, że promuje mięso zamiast pójść w kierunku modnego wegetarianizmu, ale ona zawsze pozostawała wierna jednemu – czerpaniu przyjemności z życia, tego, które jest teraz, tu przed nią na talerzu. W kuchni nie dąży do perfekcji, sugerując czytelnikom i widzom, by eksperymentowali i dodawali takie ilości składników, jakie im najbardziej pasują. Nigdy też nie przywiązywała specjalnej wagi do swojego wyglądu. Cóż, można powiedzieć, że łatwiej to robić komuś tak naturalnie pięknemu jak ona. Ale choć Nigella zawsze miała bardzo akceptujący stosunek do własnego ciała, to są takie jego elementy, których nie chciała nikomu pokazywać.

Na przykład długo była jedyną znaną osobą, która nie pokazywała publicznie nóg, chowając je w czarnych, workowatych spodniach lub spódnicach. Za namową męża Johna Diamonda, który wierzył w nią jak nikt i namówił ją ostatecznie na romans z telewizją, zaczęła eksponować twarz, biust i podkreślać talię; dół nadal odcinała zdecydowaną kreską. Ale, jak wyjawiali jej znajomi, być może to właśnie sprawiało, że inne kobiety czuły się dobrze w jej towarzystwie. Wiedziały, że choć gotuje i wygląda jak „domowa bogini” (z tytułu jednej z jej książek), to ma jednocześnie obfite uda, które czynią ją bardziej „normalną” i przystępną. (Z kolei mężczyznom te obfite uda bardzo się podobały…) Nie lubiła też pokazywać w telewizji swoich ramion i zawsze kiedy miała do wyboru bluzkę z krótkim lub długim rękawem, wybierała tę drugą.

To wszystko nie miało oczywiście żadnego znaczenia, kiedy widziało się ją na ekranie. Zmysłowo oblizującą palce umazane sosem do pieczeni, patrzącą zalotnie w kierunku kamery czy odrzucającą do tyłu głowę i wydającą z siebie odgłosy zachwytu po skosztowaniu dowolnej potrawy. Nazywano ją „królową food porn”, mówiono, że przedkłada przyjemność nad precyzję i tak naprawdę zamiast jedzenia sprzedaje seks. Ja wolę inne określenie, które ukuł dziennikarz „Guardiana” – ona uczyniła gotowanie nowym seksem.

Zawsze jest czas na celebrację

„Rozkoszowanie się jedzeniem może być aktem wdzięczności. A świat nie zawsze obfituje w okazje do świętowania. Pewnie zabrzmi to ckliwie, jeśli powiem, że każdy posiłek, każdy kęs postrzegam jako celebrację życia – tyle że naprawdę tak jest. Kiedy czasem zdarza mi się o tym zapomnieć, mam poczucie, że straciłam wspaniałą okazję” – pisze w innym fragmencie książki. Przez lata była znana jako ta, która – tak jak jej matka – urządza wspaniałe przyjęcia. Kochała przyjmować gości, a w jej domu nie tylko można było smacznie zjeść, ale też wdać się w niezwykle interesującą literacką dysputę – w końcu studiowała angielską literaturę na Oxfordzie, a przez lata pisania do różnych czasopism i pracy w wydawnictwie zaprzyjaźniła się z całym gronem londyńskich intelektualistów. W wywiadach podkreślała, że nie jest stworzona do bycia samą, że nie lubi tak spędzać czasu ani wieść życia. Osobiste perturbacje, ale też pandemia, sprawiły, że Nigella zaczęła dostrzegać jednak wartość i przyjemność w byciu sam na sam ze sobą. „Być może w gotowaniu tylko dla siebie jest jakaś niewinność i czystość – stanie przy kuchni przestaje być aktem służebnym” – zauważa w ostatniej książce. „Kiedy pichcisz tylko dla siebie, nie musisz zgadywać upodobań swoich gości ani usprawiedliwiać własnych. Możesz za to je badać, rozwijać, podejmować ryzyko i przyznać sobie prawo do pomyłek, bez których trudno się czegokolwiek nauczyć. Jeśli skupiasz się na jedzeniu, a nie na tym, jak zostanie przyjęte – innymi słowy, kiedy czujesz, że nikt nie będzie cię oceniał – gotowanie staje się prostsze i znacznie przyjemniejsze”.

A skoro już jesteśmy przy błędach i ocenach innych… Kiedy w 2013 roku świat obiegło zdjęcie, na którym drugi mąż Nigelli, starszy od niej o 17 lat Charles Saatchi, założyciel jednej z największych agencji reklamowych na świecie, poddusza ją na tarasie restauracji w Londynie – jej kariera gwałtownie się zachwiała.

Od 10 lat ich małżeństwo uchodziło za wręcz idealne. Saatchi pomógł jej pozbierać się po śmierci pierwszego męża, zresztą jego bliskiego przyjaciela, dał jej komfort życia i pracy oraz stał się nowym ojcem dla jej dzieci. A może było tak tylko do pewnego momentu... Zdjęcie trafiło na okładki wszystkich tabloidów, a Nigella wkrótce potem wystąpiła o rozwód, nazywając ich małżeństwo „toksycznym związkiem”. Wyznała, że choć nie była bita, to do dziś nosi na sobie wiele niezagojonych emocjonalnych ran. W odwecie lub obronie, Saatchi opowiedział dziennikarzom o jej uzależnieniu od narkotyków, sugerując, że przez większość trwania ich związku była „na haju”. Choć wersję tę potwierdziły jego osobiste asystentki, to ile w tym prawdy, nie dowiedziono. Ostatecznie Nigella przyznała, że okazjonalnie zdarzyło się jej zażywać kokainę i marihuanę, czego bardzo żałuje.

Dziś, w wieku 62 lat jest wolna od nałogów, sama i samowystarczalna. (W końcu, jak kiedyś zauważyła, „jesteś samowystarczalna wtedy, gdy potrafisz się wyżywić”). Wróciła do telewizji, występuje też jako jurorka w programach, pisze książki, ale sprzedaje akcesoria do kuchni, stale rozwijając swoje kulinarno-medialne imperium.

Choć jej bliscy odchodzili lub ją krzywdzili, jedna miłość nigdy jej nie zawiodła. Do smakowania, doświadczania i cieszenia się życiem. W niedawnym wywiadzie dla „Zwierciadła” przyznała, że podczas pisania książki w trakcie pandemii pozwalała sobie każdego dnia na małą celebrację – kieliszek campari z wodą gazowaną: „Wszyscy celebrowaliśmy wtedy przyjemność spożywania posiłków, które są nie tylko paliwem dla organizmu, ale dają też cel i sprawiają radość – zwłaszcza w tak przygnębiających i bezbarwnych dniach, w tak przerażającym świecie” – dodała.

Korzystałam z książki „Nigella Lawson. A biography” autorstwa Gilly Smith.

Nigella Lawson, dziennikarka, kucharka, autorka książek kulinarnych, osobowość telewizyjna. Autorka takich bestsellerów, jak: „How to eat”, „Jak być domową boginią”, „Nigella gryzie”, „Nigella ucztuje”, „Lato w kuchni przez okrągły rok” czy „Po prostu Nigella”. Większość z nich doczekało się swojej wersji telewizyjnej. Była jurorką w programie „Master Chef”.

Polecamy książkę: „Zrób, zjedz, powtórz. Składniki, przepisy i opowieści”, tłum. Dorota Malina, wyd. Insignis.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze