1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Matthew McConaughey: „Czuję oparcie w sobie, ufam nieznanemu”

Matthew McConaughey: „To nie jest tak, że zawsze dostaję to, czego chcę, że wszystko mi się w życiu udało. Ale uspokaja mnie myśl, że przynajmniej próbowałem”. (Fot. Getty Images)
Czy 52 lata to dobry czas na bilans? Dla aktora Matthew McConaugheya – wręcz idealny. Nie, nie wybiera się na emeryturę, ale ma już wiedzę i doświadczenie, którymi może się podzielić. Jego autobiograficzne „Zielone światła” właśnie ukazały się w Polsce. W Stanach do tej pory sprzedały się w kilku milionach egzemplarzy i nie schodzą z listy bestsellerów „New York Timesa”.

Napisałeś bardzo osobistą i szczerą książkę, która inspiruje, by szukać swoich „zielonych świateł”, czyli momentów, kiedy tragedię czy porażkę przekuwamy w siłę. Nie szczędzisz przykładów swojej determinacji, by stworzyć dla siebie najlepsze życie…
Bob Dylan powiedział kiedyś: „W życiu nie chodzi o to, by siebie odnaleźć, ale o to, by siebie stworzyć”. I ja w to wierzę. Wierzę, że możesz stworzyć człowieka, jakim chcesz być. Odkąd pamiętam, budziłem się w nocy z uporczywymi pytaniami: a co by było gdyby? Rano już wiedziałem, że muszę się dowiedzieć, muszę znaleźć odpowiedź. Napisanie „Zielonych świateł” było właśnie jednym z takich wyzwań. Ujawniłem w niej wiele historii ze swojego życia, a nawet kartek z dzienników, które prowadzę od lat. Zdecydowałem się nie tylko samodzielnie ją napisać, lecz także zostać jej redaktorem, a nawet współwydawcą.
Mogła okazać się klapą, nikogo nie obejść. Liczyłem się z tym. Ale jednocześnie czułem, że muszę to zrobić. To nie jest tak, że zawsze dostaję to, czego chcę, że wszystko mi się w życiu udało. Ale uspokaja mnie myśl, że przynajmniej próbowałem. Jeśli ponosiłem porażki, patrzyłem na siebie w lustrze i mówiłem: „To była twoja porażka, to ty zawiodłeś. Nie masz kogo obwiniać, McConaughey, po prostu nie wypaliło”. Z drugiej strony kiedy odnosiłem sukces, stawałem przed tym samym lustrem i mówiłem sobie: „To jest twój i tylko twój sukces, twoje zwycięstwo”.

Co dla Ciebie jest największym sukcesem „Zielonych świateł”?
Wydaje mi się, że dla każdego twórcy najważniejsze jest to, by jego dzieło dotarło do odbiorcy, wywołało reakcję. I zdaje się, że tak właśnie się stało. Największą frajdę mam, kiedy słyszę: „Zobaczyłem siebie w twoich historiach, także tych, które próbowałem ukryć przed samym sobą. Teraz postaram się z nimi oswoić, wyciągnąć z nich wnioski”.

Zależało mi na tym, by moje słowa były warte podzielenia się nimi ze światem. Z każdym kolejnym zdaniem zastanawiałem się, czy byłyby tak samo interesujące, gdyby napisał je ktoś anonimowy. Jestem rozpoznawalny, spodziewałem się, że niektórzy kupią moją książkę tylko dlatego, że jest moja, nawet jeśli nie będzie dobra. Wiedziałem też, że niektórzy wprost przeciwnie, nie kupią jej i nie przeczytają, nawet jeśli będzie wybitna. Musiałem zostawić te myśli i skupić się na treści. Chciałem, by czytelnik myślał sobie: „O, to mógł napisać tylko McConaughey”, by czuł, że to jest prawdziwe. I wiedziałem, że musi to być tak dobre, by było większe niż moja sława. To była moja największa ambicja. Chciałem opowiedzieć historię gościa, który walczy o to, by każdego dnia być lepszym człowiekiem.

Zbiór wspomnień i przemyśleń Matthew McConaugheya „Zielone światła” ukazał się u nas nakładem wydawnictwa Marginesy. (Fot. materiały prasowe)

To mógł być typowy hollywoodzki vanity project, zaspokojenie próżności. Słynny aktor stawia sobie pomnik za życia, pisząc autobiografię…
Nie jestem fanem takiej literatury i wiedziałem, że podobnej książki nie napiszę, chociaż dostawałem takie propozycje. Nie interesowały mnie też branżowe plotki i anegdoty i chociaż znam mnóstwo soczystych historii, to nie ja powinienem je opowiedzieć, bo nie mnie dotyczą.
„Zielone światła” rzeczywiście nie są klasyczną autobiografią, ale nie są też wspomnieniami; to słowo kojarzy mi się z emeryturą, na którą jeszcze się nie wybieram. To nie jest książka kogoś, kto jedzie w kierunku zachodzącego słońca. Jestem na półmetku mojego życia, a przynajmniej taką mam nadzieję.

Czy był moment, kiedy pomyślałeś: „To jest zbyt osobiste, o tym nie powinienem pisać”?
We wstępie wspominam o najintymniejszych momentach mojego życia: o tym, jak szantażem zmuszono mnie do pierwszego w życiu stosunku seksualnego w wieku 15 lat; o tym, że w wieku 18 lat byłem molestowany. To są bardzo mocne historie i wiedziałem, że jeśli opiszę je szczegółowo, zdominują całą książkę, przejmą narrację. W takich czasach żyjemy, to idealne tematy na nagłówki. A ja wiedziałem, że moja książka jest o czymś więcej niż to.

Jeśli pozwolisz, teraz ja przejmę narrację i zapytam Cię o jedną z moich ulubionych historii. Opowiadasz ze szczegółami o roku spędzonym w Australii. W ramach międzynarodowej wymiany studenckiej trafiłeś do rodziny w emocjonalnym sensie wręcz patologicznej. Byłeś więźniem w ich domu, by przetrwać, stworzyłeś swój własny świat, którego częścią było między innymi codzienne jedzenie sałaty lodowej z keczupem. Czy możesz jeszcze na nią patrzeć?
(śmiech) Szczerze mówiąc, to wciąż moja ulubiona odmiana sałaty! Tylko dziś nie polewam jej już keczupem. Ale rzeczywiście, za każdym razem, kiedy widzę jej liście, chichoczę w środku.

Potrafisz się dziś z tego śmiać?
O tak. Już wtedy potrafiłem. Musiałem się z tego śmiać, by to przeżyć, by nie oszaleć. Jestem pewny, że gdybym nie przetrwał tego roku, nic by się w moim życiu nie wydarzyło i nie rozmawialibyśmy teraz. To był szalony czas i w jakimś sensie potworny, a jednak powtórzyłbym to bez wahania. To jedna z ulubionych historii z mojego życia i kiedy ją komuś opowiadam, to zajmuje mi to zawsze dokładnie 42 minuty, tak bardzo ją lubię.

Dowodów na siłę Twojego charakteru w książce nie brakuje. Zastanawiasz się czasem, co trzeba w sobie mieć, by będąc młodym chłopakiem bez szczególnego aktorskiego dorobku, umówić się na spotkanie z pracującym nad „Czasem zabijania” słynnym reżyserem Joelem Schumacherem i powiedzieć mu wprost: „To ja powinienem zagrać główną rolę w twoim filmie”?
Byłem bardzo zdenerwowany, gdy wypowiadałem to zdanie. Ale naprawdę w to wierzyłem. Zanim wszedłem na spotkanie, pomyślałem: „Co ja właściwie mam do stracenia? Najwyżej powie mi »nie«. Ale spróbować muszę, po prostu muszę”. Gdybym tego nie zrobił, żałowałbym do końca życia, dręcząc się myślą, co by było, gdyby powiedział „okej”. Przecież nie było żadnych negatywnych konsekwencji zadania tego pytania, nie stałoby się nic złego. Co mógł mi powiedzieć? „Jak śmiesz!”? Nawet gdyby tak odpowiedział, to co? Byłbym w dokładnie tym samym miejscu, w jakim byłem, gdy wchodziłem na to spotkanie. Zawsze rozważam ryzyko i potencjalny zysk. Tamta sytuacja nie wydała mi się umiarkowanie ryzykowna. Większym ryzykiem byłoby niespróbowanie, niezawalczenie o siebie.

Matthew McConaughey i Samuel L. Jackson w filmie „Czas zabijania” (1996). (Fot. BEW)

Raz na jakiś czas pojawia się w życiu szansa na coś naprawdę wyjątkowego. To jest moment i jeśli nie zareagujesz, potem jest już za późno. Zostaje tylko żal, że szansa bezpowrotnie minęła. Ja chciałem wykorzystać wszystkie moje szanse. Wydaje mi się, że każdy z nas ma rezerwę sił i energii, może zawalczyć o siebie bardziej, wymagać od siebie więcej, pragnąć więcej i robić więcej. I być bardziej szczodrym w miłości – nie żałować, że mogłem jeszcze raz przytulić czy powiedzieć, że kocham, a jednak tego nie zrobiłem.

Ty zawalczyłeś także o miłość. Opisujesz moment, w którym poznałeś Camilę, miłość swojego życia. Jest to scena wręcz filmowa, czytając ją, widziałam jej sukienkę, czułam napięcie w powietrzu, uczestniczyłam w narodzinach Waszego uczucia.
I ja czułem się wtedy jak w filmie! Wszystko wydawało się wręcz nierealne, nie było w tym żadnej logiki. Kiedy zobaczyłem Camilę, usłyszałem w myślach głos mojej mamy: „Rusz dupę i idź do niej, to nie jest dziewczyna, której machasz z drugiego końca sali”. Moje ciało instynktownie ruszyło w jej kierunku. Byłem nią oszołomiony, niczym ćma lecąca ku światłu.

Ona, zdaje się, nie podzielała tego oszołomienia?
Nie, zdecydowanie nie. Ale nie poddawałem się. Na szczęście zepsuł się jej samochód, nie było zasięgu, więc nie mogłem zadzwonić po mojego kierowcę. Był środek nocy, a ona była skazana na to, by spędzić ją w moim domu. Nie muszę chyba dodawać, że próbowałem wejść do jej sypialni, startowałem dwukrotnie, za każdym razem wykopywała mnie z pokoju. Nie dała mi żadnych szans, ale to mnie nie zraziło i myślę, że moja determinacja zrobiła na niej wrażenie.

Matthew i Camila są uznawani za jedną z najszczęśliwszych par Hollywood. (Fot. East News)

Dziś jesteście zgranym małżeństwem, wspieracie się nawzajem, to Camili w pewnym sensie zawdzięczasz to, że napisałeś „Zielone światła” bez pomocy ghostwritera.
Początkowo wydawało mi się, że nie podołam temu projektowi, że nie napiszę samodzielnie książki. Może gdzieś głęboko w środku przeczuwałem, że potrafię, ale nie umiałem się do tego przyznać. Znalazłem znakomitego ghostwritera. Ale okazało się, że redakcja „New York Timesa”, w której pracuje, nie zgodziła się, by przyjął zewnętrzne zlecenie, i musiał zrezygnować z projektu. Gdy mi to oznajmił, usiadłem z moją żoną i powiedziałem: „Zdaje się, że muszę sobie znaleźć nowego…”. Nawet nie dokończyłem zdania, Camila spojrzała na mnie, ja na nią i już wiedzieliśmy. Powiedziała tylko: „Gratulacje”.

Na drugim biegunie tego, o czym mówisz, jest Twoja niezwykła umiejętność, by odpuszczać. Zostawiłeś za sobą wiele rzeczy – ostentacyjny styl życia, Hollywood, komedie romantyczne, za które proponowano Ci miliony, ale także miejsca, ludzi… Potrzebę wyzwań rozumiem, ale skąd tak częsta potrzeba ucieczki i samotności?
Kiedy siadałem do pisania książki, byłem przekonany, że jakieś 95 proc. moich sukcesów i osiągnięć było efektem mojego uporu, walki i niesamowitej determinacji. Miałem cel i robiłem wszystko, by go osiągnąć. Po czym spojrzałem na moje życie, przejrzałem się we wszystkich tych zapiskach i pomyślałem, że to tylko 50 proc.! Druga połowa to były moje decyzje, by się wycofać. Pójść na żywioł, rzucić się w przepaść. Tak było podczas spotkania z Camilą. Tak było kiedy wybrałem się do Afryki – znalazłem punkt na mapie, kupiłem bilet w jedną stronę i pojechałem, bez planu, bez wiedzy, bez wyobrażenia, co tam mnie czeka. Nie było w tym żadnej logiki. Była tylko potrzeba bycia w miejscu, w którym mogę słuchać, chłonąć i uczyć się, czekając na to, by prawda do mnie przyszła.

Odkryłem to wszystko, pracując nad książką, i byłem tym szczerze zaskoczony. Dla mnie wyznaczanie celów to sposób na życie, ja tak działam. A jednak największe, najlepsze, najpiękniejsze lekcje odebrałem, kiedy tego planu nie miałem, kiedy po prostu byłem.
Wydaje mi się, że tylko ludzie, którzy wiedzą, kim są, którzy czują się komfortowo z sobą i w sobie, są zdolni do takich ucieczek.
Tak. Znam już siebie dobrze i wiem, że są momenty, kiedy czuję, że wszystko mam pod kontrolą. I że są takie, kiedy nie mam żadnego poczucia bezpieczeństwa, nie wiem, co się dzieje, co się wydarzy. Ale czuję oparcie w sobie, ufam nieznanemu, temu, co czai się w ciemności. Ufam, że jeśli wejdę do rzeki, to jej nurt poprowadzi mnie na drugi brzeg. Ta ufność bierze się właśnie ze świadomości tego, kim jestem.

Za tym poczuciem musi też stać rodzina.
Zgadza się. Kiedy w mojej rodzinie dobrze się dzieje, kiedy mam szczęśliwe dzieci, zaopiekowane emocjonalnie i materialnie, kiedy mój związek z Camilą kwitnie – czuję, że mogę więcej, bo nie towarzyszy mi uczucie niespełnienia, istnienia brakującego elementu, który czai się za moimi plecami. Jestem kompletny. Im więcej niezałatwionych kwestii, niespełnionych pragnień niesiemy w swoim bagażu, tym trudniej skupić się na pełni bycia sobą.

Rodzina w komplecie: po prawej Matthew z Levim na barana, po lewej jego żona Camila z Vidą i Livingstonem, 2017 rok (Fot. East News)

Miałam także na myśli, że to wszystko zaczęło się jeszcze w rodzinnym domu. Odebrałeś surowe wychowanie, wiele od Was wymagano, byliście z braćmi karani, także cieleśnie. Ale jednocześnie był to dom pełen miłości.
Nigdy, nawet w najtrudniejszych momentach, nie kwestionowałem tego, że jestem przez rodziców kochany. Bez względu na kary, bójki oraz inne problemy, zawsze to wiedziałem, nawet nie musiałem się nad tym zastanawiać, ani ja, ani moi bracia. Zresztą, rodzice też to wiedzieli. Każdy z nas czuł, że pozostała czwórka go kocha. Jeśli nabroiłem, mama mówiła do mnie: „Kocham cię, ale w tej chwili cię nie lubię”. Całe życie byłem głęboko przekonany, że kiedy będzie naprawdę źle, kiedy będę potrzebował pomocy – moja rodzina będzie przy mnie, że mnie nie zawiedzie.

Strata ojca musiała być dla Ciebie strasznym przeżyciem.
Byłem wtedy młodym mężczyzną, chłopcem właściwie. Polegałem na nim, na rozłożonej przez niego siatce zabezpieczającej, chroniącej przed każdym upadkiem. Tata był najważniejszy, był ponad Bogiem, prawem i władzą. I nagle go zabrakło. Razem z nim umarł chłopiec we mnie. Musiałem dorosnąć, stać się mężczyzną.

Muzycy U2 zatytułowali swoją pierwszą płytę „Boy”, dziesięć lat później, pracując nad „Achtung Baby”, myśleli o tytule „Adam”, by podkreślić, że tamten chłopiec stał się mężczyzną. Jedna z ich płyt była ścieżką dźwiękową Twojego wchodzenia w dorosłość. Za co tak uwielbiasz ich „Rattle and Hum”?
To jest dla mnie rewolucyjny album, stworzony przez i dla rewolucjonistów. U2 zionęli na nim ogniem. Mówili o tym, co dzieje się w świecie. A temu wszystkiemu towarzyszyły wspaniałe rockandrollowe melodie, przy których możesz tańczyć. To są teksty kaznodziejów, którzy za nic nie przepraszają i nie proszą o pozwolenie. Byłem wtedy nastolatkiem, zagubionym i samotnym w dalekiej Australii, w tej płycie był cały mój świat. Ten album był dla mnie objawieniem. Zrozumiałem, że muszę zdecydować, za czym się opowiadam, czemu sprzeciwiam, jakie są moje wartości, w co wierzę. Ukształtował mnie w tych najważniejszych dla młodego człowieka latach. Był moim najlepszym przyjacielem.

Miałeś okazję powiedzieć o tym Bono?
O tak, wiele, wiele razy. (śmiech)

Matthew Mcconaughey laureat Oscara za rolę w „Witaj w klubie”. Żonaty, ma trójkę dzieci. W 2009 roku razem z żoną Camilą założyli just keep livin Foundation, zajmującą się organizowaniem zajęć pozalekcyjnych dla dzieci borykających się z trudnościami w nauce. Od 2019 roku na swojej macierzystej uczelni, Uniwersytecie Teksańskim, prowadzi autorskie zajęcia „Script to Screen”. Zbiór jego wspomnień i przemyśleń „Zielone światła” ukazał się u nas nakładem wydawnictwa Marginesy.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze