1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Kaśka Sochacka: „Jestem po brzegi wypełniona melancholią”

Kaśka Sochacka (Fot. Adam Słomiński/Jazzboy)
Czas to w jej przypadku słowo klucz. Bo Kaśka Sochacka jak mało kto pisze i śpiewa o przemijaniu. Bo na swój muzyczny debiut czekała latami. Bo dokładnie potrafi wskazać, kiedy zaczęło się dla niej nowe życie, za które jest zwyczajnie wdzięczna.

Niedawno platforma Spotify zaprosiła Cię do akcji Equal [wspierającej i promującej artystki z całego świata – przyp. red.]. W jej ramach na Times Square wyświetlano Twoją podobiznę. Widziałaś to na żywo – siebie na tym gigantycznym ekranie wysokości biurowca?
Nie, na żywo nie, ale relacje udostępnione przez Spotify też robiły na mnie wrażenie. Muszę się kiedyś wybrać do Nowego Jorku, zwizualizować sobie to, co widziałam tylko na komórce.

Na komórce czy na własne oczy – ciekawa jestem, jakie myśli przychodzą do głowy, kiedy ogląda się siebie w takiej skali i w tak prestiżowej sytuacji…
Myśli się: „O, wow, to jestem ja? Naprawdę ja?”. (śmiech) Ekstra-uczucie. I nie chodzi tylko o billboard na Times Square. Ja, ogólnie rzecz biorąc, kiedy wydawałam płytę, nie spodziewałam się tych wszystkich rzeczy, które się po jej wydaniu wydarzyły. Tak, fantazjowałam o tym, że ktoś tam będzie moich piosenek słuchał, że ludzie będą przychodzić na koncerty. Takie wizje pojawiały się w mojej głowie, ale te sukcesy – jeśli tak to, co się właśnie dzieje, można nazwać – przerosły moje wyobrażenie.

A wracając do Nowego Jorku, bardzo się cieszę, że dowiedziałam się o całej akcji właściwie już po fakcie, kiedy wszystko było dopięte na ostatni guzik. Dostałam po prostu z wytwórni informację: „Tak w ogóle, Kaśka, to mamy dla ciebie taką niespodziankę…”. Gdybym wiedziała, że trwają rozmowy, a potem nic by z tego jednak nie wyszło, byłoby mi przykro. A tak, nie było mowy o rozczarowaniu.

Masz za sobą trochę takich doświadczeń: rozczarowań, czekania na telefon, mejli pozostawionych bez odpowiedzi. Lata czekania, aż wreszcie będziesz mogła wydać swoją płytę. Dlaczego zdecydowałaś się to wszystko opisać i dołączyć ten tekst do debiutanckiego albumu „Ciche dni”?
Prawdę mówiąc, to nie był mój pomysł, tylko Uzka [Pawła Jóźwickiego, szefa wytwórni Jazzboy – przyp. red.], który zadzwonił do mnie w Wigilię 2020 roku i oprócz życzeń złożył mi propozycję, żebym spisała wszystko, co się wydarzyło przez te lata, od kiedy podpisałam kontrakt. Nie zastanawiałam się ani chwili i jeszcze tego samego dnia zaczęłam pisać.

Wiem, jak smakuje gorzka pigułka zawodu, i dobrze znam ten schemat, o którym przed chwilą mówiłam: czekanie i radość na myśl, że się coś wydarzy, a potem bolesny powrót do rzeczywistości. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że każde takie niepowodzenie hartowało mnie, mój charakter i w dłuższej perspektywie działało na mnie budująco. Dlatego pomyślałam sobie, że skoro wreszcie moje wielkie marzenie się spełnia, to może tą historią jestem w stanie – nie wiem – kogoś zmobilizować, podnieść na duchu, sprawić, żeby się nie poddawał, wrócił do czegoś, w co już przestał wierzyć? Starałam się opisać wszystko bardzo skrupulatnie, przypominając sobie, co w danych momentach czułam i usłyszałam, jak najwierniej oddać te wszystkie emocje. Pisanie przychodziło mi łatwo. Gorzej było, kiedy miałam to finalnie wysłać do Jazzboya. A już najgorzej, kiedy to poszło do drukarni i miało ukazać się razem z płytą. To ten moment, kiedy się naprawdę wystraszyłam: Może to jednak było niepotrzebne? Może za bardzo się odsłoniłam? Po co to komu?

Co myślisz o tej decyzji teraz?
Dostałam dużo wiadomości zwrotnych od ludzi, że ta historia była im potrzebna, dała im nadzieję. Nadal dużo ich dostaję, więc to chyba był dobry pomysł. W każdym razie przestałam się martwić.

A dlaczego zatytułowałaś ten tekst „Love story”?
Bo to typowa historia miłosna, tylko że z wyjątkowym partnerem. (śmiech) Trudne bywały i moja miłość do muzyki, i relacje z wytwórnią.

Do tej części Twojego życia chciałabym jeszcze wrócić, tymczasem zapytam o to, co działo się wcześniej. O Twoje rodzinne Pradła. Jura Krakowsko-Częstochowska – piękne okolice!
Kilka kilometrów od Pradeł leżą Podlesice z grotami skalnymi, Górą Zborów, ostańcami i wszystkim tym, po co turyści przyjeżdżają w te okolice. Pradła to taka „wsi spokojna, wsi wesoła”, dużo zieleni, polnych ścieżek, lasów. Spokój, cisza. Wychowałam się w sielskich okolicznościach przyrody. W jakichś trudniejszych momentach – takich, jakie ma każdy dzieciak, bo się na przykład obrazi, zdenerwuje albo potrzebuje po prostu odreagować – biegałam na górkę za domem. Sama, z walkmanem na uszach. Za górką rozpościerały się już dolina i wąwóz, otwierał się widok na las. Pamiętam, że lubiłam tam wziąć głęboki oddech i po prostu patrzeć przed siebie, słuchając muzy. Nadal, kiedy wracam do Pradeł, czuję ten niewyobrażalny spokój.

Co leciało w słuchawkach walkmana?
Wszystkiego po trochu. Mam prawie o dekadę starsze rodzeństwo i każde z nich słuchało totalnie innych rzeczy. Jeden brat uwielbiał rap – Tupaca, Eminema; drugi, który grał na perkusji – AC/DC, Guns N’ Roses. Siostra wolała zdecydowanie delikatniejszą muzę. A ja od nich wszystko chłonęłam. Zresztą nie tylko to. U nas w domu zawsze było dużo różnej muzyki. Mój tata w przeszłości grał na gitarze i trąbce, z kolei z inicjatywy mojej mamy – aktywistki i fanki folkloru – powstał lokalny zespół pieśni i tańca. Mama sprowadziła choreografa i głównego solistę z ZPiT „Śląsk”, który przyjeżdżał na naszą wioskę i nas ogarniał. (śmiech)

Bracia i siostra też śpiewali, więc oni, jako ci starsi, z marszu zostali do tego zespołu wcieleni. Ja najpierw obserwowałam to wszystko zza spódnicy mamy, ale kiedy podrosłam, też zaczęłam występować. Myślę sobie, że to, czym wtedy nasiąkłam, jest w moich piosenkach do wyłapania. To taki element mojej tożsamości.

Jakie jeszcze znaczenie ma to, że jesteś z małej miejscowości?
Chodzi ci o tę małomiasteczkowość, o której śpiewał Dawid Podsiadło? Tak, ona na pewno we mnie była. Mówię to z czułością. I ze świadomością, że Dawid jest jednak z całkiem sporej Dąbrowy Górniczej, a ja z Pradeł, więc mówimy w ogóle o innej skali.

Z jednej strony byłam przekonana, że świat stoi przede mną otworem, wystarczy tylko po niego sięgnąć. A z drugiej… Chodziłam do liceum do Zawiercia. I czułam, że jestem z małej wioski, a nie z Zawiercia. Po czym pojechałam na studia do Krakowa i tam też czułam, że jestem z małej wioski, a nie z Krakowa. Obserwowałam swoje koleżanki i wydawały mi się takie światowe. Miałam w sobie coś takiego: one przodem, ja poczekam. Jakiś rodzaj dyskomfortu, niepewności.

Kiedy Ci przeszło?
Z wiekiem. Zrozumiałam, że bez względu na pochodzenie wszyscy przeżywamy podobne rzeczy, nasze doświadczenia albo przynajmniej nasze emocje są podobne.

W sieci znalazłam zdanie, które mi się spodobało: „Sochacka jak nikt inny pięknie śpiewa o rozpadających się związkach”. W twoich tekstach jest bardzo dużo melancholii, smutku. W tobie też?
Śmiało mogę stwierdzić, że jestem po brzegi wypełniona melancholią. Często dopada mnie świadomość, że to, co wydaje mi się dziś oczywiste, za chwilę może takie nie być. Przemijanie, ulotność to dosyć częste refleksje u mnie. A smutek? Oczywiście też go w sobie mam, ale generalnie nazwałabym siebie optymistką – staram się patrzeć na przyszłość zawsze z nadzieją. „Niebo było różowe, a więc tak wygląda nasz koniec” jest o rozstaniu, ale i o tym, że świat może być piękny, że tych pięknych rzeczy w życiu jest cała masa. Albo: „Boję się o ciebie, że cię kiedyś stracę” – dla mnie to jest wyznanie miłości. Refleksyjne, ale jest. Wydaje mi się, że w moich piosenkach, oprócz nutki goryczy, zawsze można znaleźć dużo światła, ciepła.

A postać z balkonu, o której śpiewasz w innym utworze, że tyle chciałabyś jej powiedzieć? Pojawia się na chwilę i znika za zasłonką. Kim jest ta osoba?
To moja mama. I jedno ze wspomnień, które się zapętla jak GIF, wciąż do mnie wraca.

Czy to opis jakiegoś trudnego momentu w Waszym życiu?
Po prostu momentu. Myślę, że jest w tym konkretnym opisie chwili bardzo dużo… Kurczę, widzisz, wzruszyłam się. Przepraszam, zupełnie się tego nie spodziewałam.

Takie emocje to coś, za co ludzie uwielbiają Twoje piosenki. Dlaczego więc tak długo czekałaś na debiut? Już w 2014 roku po castingu do talent show wydawało się, że zaraz wydasz płytę.
Wpłynęło na to wiele czynników. Tak w wielkim skrócie, kiedy podpisywałam kontrakt, sporo się w moim życiu prywatnym działo. Poczułam wtedy, że nic nie jest ważne, że nie mam siły o nic walczyć, pukać do różnych drzwi, wchodzić, gdzie mnie nie chcą, oknami, podsyłać piosenki, napierać. Nie miałam na to siły ani chęci. Chęć przychodziła powoli, a jak już trochę się procentowo odbudowała, to z kolei z tej drugiej strony nie było takiego zainteresowania, które by mi te procenty dodatkowo podbijało. Wiele zawdzięczam tu Agacie Trafalskiej [cenionej autorce tekstów piosenek, reżyserce teledysków – przyp. red.], z którą zaczęłam pracować w 2019 roku, początkowo nad jedną piosenką do płyty. Później ta współpraca przeniosła się na jeszcze kilka piosenek, teledysków, zdjęć. To od Agaty usłyszałam, że moje wiersze to prawdziwa literatura i że w ten sposób powinnam pisać też piosenki. Wcześniej nie miałam odwagi, żeby aż tak się odsłonić. Od tego zaczęła się tak naprawdę zasadnicza praca nad płytą. Do tego doszedł jeszcze Olek Świerkot, mój producent – znany między innymi ze współpracy z Dawidem Podsiadłą czy Kortezem – który też we mnie mocno uwierzył i stał się nieocenionym wsparciem przy tej płycie. No, a na koniec, jak już wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, przyszła pandemia i na chwilę nas zastopowała.

Przez te wszystkie lata myślałaś o sobie „wokalistka”, „autorka piosenek”? Czułaś się nią, kiedy na przykład siedziałaś w biurze nad fakturami?
Pisanie i tworzenie melodii było dla mnie zawsze czymś tak oczywistym jak oddychanie. Na komputerze mam chyba z 2000 wierszy, nowe powstają na bieżąco. Miałam zawsze jakiś zespół, z którym się spotykałam, żeby nad tymi piosenkami pracować. Nie poddawałam się nawet w tych najtrudniejszych momentach, kiedy wydawało mi się, że tak na poważnie to się chyba z tą muzyką nie uda. Bo nie umiem inaczej. Bo jestem w sklepie, na spacerze, sprzątam w chacie i pomysły przychodzą do mnie same. Coś spisuję albo wyciągam telefon, włączam dyktafon i nagrywam melodię. Muszę to z siebie wyrzucić.

Nie zapomnę, jak poszłam – jako magister ekonomii – na rozmowę kwalifikacyjną do banku. Rozmowa w języku angielskim, bank był jednym z tych największych międzynarodowych, poważna sprawa. W pewnym momencie prowadząca rozmowę zadała mi standardowe pytanie: „No dobrze, a gdzie się pani widzi za następne pięć lat?”. Odpowiedziałam, tak jak czułam, zupełnie szczerze, że za pięć lat widzę się na scenie. Ze szczegółami. Z tego, co pamiętam, od razu mi podziękowano. (śmiech) Ale w sumie wizualizacja zadziałała, spełniło mi się. Chwilę później kupiłam sobie odpowiedni sprzęt do domu i zaczęłam sama produkować muzykę. Pochłaniało mnie to bez reszty. Byłam cieniem człowieka, chodziłam do pracy niedospana, niedojedzona. Zombi. A jak wracałam z roboty, to nie szłam spać, tylko siadałam do komponowania. Aż doszłam do punktu, w którym uznałam, że stawiam wszystko na jedną kartę. Dobiję się do wytwórni. To był moment zwrotny.

Ile zagrałaś koncertów przez ostatni rok?
Od czerwca 2021, od kiedy zaczęłam koncertować, miałam przerwę na święta Bożego Narodzenia i w styczniu, a poza tym de facto cały czas jesteśmy w trasie. I też naprawdę zdaję sobie sprawę, że to się nie musiało wydarzyć. Mimo tych siedmiu lat, tej próby charakteru. Jestem zwyczajnie bardzo wdzięczna.

Na scenę wychodzisz zwykle w czarnym golfie. Po sobie wiem, że taki strój działa jak zbroja.
Tak, czuję się w nim bezpiecznie. Czerń daje mi też poczucie, że ludzie skupiają się na tym, co mam do powiedzenia, o czym śpiewam, a nie na tym, jak wyglądam.

Dopamina nadal działa? Nie czujesz zmęczenia?
Na razie cieszę się moim, jakkolwiek patrzeć, nowym życiem. Jesienią wydaliśmy „Ministory”, a ja już mam poczucie, że trzeba robić kolejne piosenki. Czuję przypływ energii, dopamina działa, choć zaliczyłam w zeszłym roku przygodę, kiedy moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Nie byłam chora, tylko wyczerpana, musieliśmy odwołać koncerty, nie dało się i już. Coś à propos badania własnych granic; już wiem, że je mam. (śmiech)

Powolutku wracam do zwykłych czynności, które kiedyś były dla mnie oczywiste, choćby regularnego czytania książek. Tak czy inaczej, nie narzekam, bo to przecież wszystko, czego chciałam.

Kaśka Sochacka, wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka, laureatka dwóch Fryderyków 2022 – za fonograficzny debiut roku oraz za najlepszą płytę z gatunku indie pop. Debiutanckie „Ciche dni” wydała w marcu 2021, a w listopadzie półgodzinny album z siedmioma utworami „Ministory”. Jest jedną z gwiazd trwającego całe wakacje festiwalu Letnie Brzmienia – cyklu koncertów odbywających się w 13 miastach Polski.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze