1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Yasmin Levy – piosenkarska izraelska w wywiadzie o korzeniach oraz wizji tango i fado

Yasmin Levy debiutowała albumem „Romance & Yasmin”, nagrała ponadto płyty: „La Judería”, „Mano Suave”, „Sentir”, „Libertad”, „Tango”, „Rak Od Layla Echad” i w 2021 roku „Piano & Voice”. Jest laureatką Anna Lindh Award za współpracę międzykulturową. Arte TV zrealizowała o niej dokument „Music Mon Amour”. W 2008 roku została Ambasadorką Dobrej Woli organizacji charytatywnej Children of Peace. (Fot. Ali Taskiran/ materiały prasowe)
Yasmin Levy, charyzmatyczna izraelska pieśniarka, posłanniczka muzyki sefardyjskich Żydów. Śpiewa w ladino, języku swoich przodków, wygnanych z Hiszpanii w XV wieku. W Polsce Yasmin Levy wystąpiła na początku września na zakończenie Festiwalu „Warszawa Singera” z koncertem „Sephar Tango”.

Wywiad przeprowadzony przed koncertem Yasmin Levy na festiwalu „Warszawa Singera”.

Jak trafiłaś na polskie tango „To ostatnia niedziela”?
Mam polską przyjaciółkę Elżbietę, powiedziała: „Yasmina, mam dla ciebie piosenkę”. Nie biorę piosenek ot, tak. Muszą trafić do mojego serca. Kiedy usłyszałam melodię i poznałam słowa, wiedziałam, że będę mogła siebie w niej wyrazić. Zawsze śpiewam o smutku i o śmierci. Śpiewając, popełniam samobójstwo.

Najsmutniejsza piosenka, jaką śpiewałaś?
„La hija de Juan Simón” („Córka Juana Simona”) – o grabarzu, który musi złożyć do grobu swoją córkę. Nauczyłam się jej od Antonia Moliny [hiszpański aktor, śpiewak flamenco – przyp. red.]. Dorastałam z głosami Édith Piaf, Billie Holiday, Marii Callas, ale to Antonio jest moim guru. Przez całe życie musiałam przepraszać za to, że jestem smutna, melancholijna, dramatyczna. Aż odkryłam tango. To znaczy dorastałam z tangiem, ale nigdy nie zajmowałam się nim jako pieśniarka. Poczułam się jak w domu. W końcu ktoś mnie rozumie. I nie muszę za nic przepraszać. Tango to opowieść o dramacie, melancholii i smutku. Z tym programem przyjadę do Warszawy. Ale zaśpiewam też tradycyjne pieśni sefardyjskie i inne, które napisałam. Bo to wszystko składa się na Yasmin.

Słuchałem „Adio Kerida” śpiewane przez twoją matkę Kohavę Levy, ma taki kryształowy, jasny głos. Ty śpiewasz tę pieśń mocno, głęboko.
Bo taką mam osobowość. Nigdy nie usłyszysz: „O, Yasmin ma miły głos”. Raczej: „Kocham ją na śmierć i życie”. Albo: „Nie mogę jej znieść”. Wszystko jest u mnie ekstremalne. Moja mama ma anielski głos. Kiedy słyszę, jak śpiewa, jestem onieśmielona. Jest może ostatnią osobą z pokolenia śpiewającego pieśni sefardyjskie tak jak to robiono dawniej. Nie stara się na nikim zrobić wrażenia. Mam olbrzymi szacunek dla niej jako człowieka i jako pieśniarki, bo jest oryginalna.

Czasami dzielisz z nią scenę. Jak to jest?
Kocham jej śpiewanie tak bardzo, że wtedy wycofuję się. Staję za nią. Moja matka jest moją koroną.

Twój ojciec Yitzhak Levy, muzykolog, który całe życie poświęcił ratowaniu tradycyjnych pieśni sefardyjskich w języku ladino, też był śpiewakiem. Zaśpiewałaś z jego nagranym głosem.
Oj, to było dla mnie najtrudniejsze. Mam do niego tak wielki szacunek, że minęły lata, zanim pozwoliłam sobie na to, by postawić się obok niego jako równorzędna pieśniarka. Umarł, kiedy miałam rok. Dorastałam z wyobrażeniem jego wielkiego głosu. Po latach powiedziałą sobie: „On nie żyje, a ty nikogo nie ranisz swoim śpiewaniem. Spróbuj po prostu zrobić to najlepiej jak potrafisz”. I kiedy już doszło do nagrania, czułam, że tata stoi za mną. Że na mnie patrzy, przytula, jakby mówił, że wszystko jest w porządku.

W jaki sposób go poznawałaś?
Choć nie mam żadnych wspomnień z nim związanych, był obecny przez całe moje dzieciństwo. Spotykałam go każdego dnia, bo moja mama mówi o nim, jakby żył. Do dzisiaj, a od jego śmierci minęło 45 lat. Był miłością jej życia. Gdyby żył, nie zostałabym pieśniarką. Jestem tego pewna. Kiedy słyszałam, jak śpiewa, mówiłam sobie, że nie wolno mi tego robić, bo nigdy nie będę tak dobra. Poza tym on sam nie chciał, żeby któreś z jego dzieci było muzykiem. Kiedy mieliśmy pięć lat, razem z braćmi i siostrą musieliśmy uczyć się gry na fortepianie. Wiedzieliśmy, że muzyka to życie, ale nigdy, przenigdy nie może stać się zawodem. W tym przekonaniu dorastaliśmy.

Ty jedna się wyłamałaś.
Bo jestem odważną osobą. Miałam upadki, załamania psychiczne, próbowałam robić inne rzeczy, jednak uświadomiłam sobie, że bez śpiewania będę nieszczęśliwa. Kiedy decyzja zapadła, poczułam, jakby nagle świat dał mi potwierdzenie: „Jesteś gotowa? Zrób to”. I nagle – bum! Znalazłam się na swoim miejscu. Jedyną osobą, która zachęcała mnie, żebym śpiewała, była moja mama. Ojciec był od niej starszy o 27 lat. Zanim się pobrali, powiedział: „Znam to życie, nie jest dobre. Nie chcę mieć żony pieśniarki. Albo zostaniesz ze mną, albo będziesz piosenkarką”. Zakochana odpowiedziała: „Chcę być twoją żoną”. 30 lat później zapytałam: „Mamo, co byś teraz wybrała?”. „Małżeństwo z nim. Ale ty nie rób tego, co ja. Spójrz na mnie…”. Wskazała na swoje białe włosy, na swój smutek. Kiedy zaczęłam koncertować, jeździła ze mną wszędzie. Realizowałam jej własne marzenia.

Kiedy wróciła na scenę?
Żyła z ojcem przez dziesięć lat i nigdy nie sprzeniewierzyła się danej obietnicy. Kiedy umarł, zaczęła śpiewać tu i tam. Teraz ma 76 lat i więcej koncertów niż ja. Śpiewa z niedużym zespołem, nieustannie gdzieś podróżują. Właśnie, ona nie występuje. Ona śpiewa. Nie jest performerką, jest pieśniarką.

Ja dam swój najlepszy koncert, jak skończę siedemdziesiątkę. Będę wtedy gruba, usiądę na scenie z cygarem i kieliszkiem wina, i zaśpiewam. Tak jak mama nie urodziłam się, aby występować. Urodziłam się, żeby śpiewać. Bycie pieśniarką to wielka rzecz. Trzeba mieć do tego charakter. Być diwą. A ja jestem wszystkim tylko nie diwą.

Ale kiedy wchodzisz na scenę, stajesz się nią.
Na co dzień można mnie złamać jednym słowem, będę chodziła smutna przez tydzień. Ale nie na scenie. To mój salon, najbardziej naturalne miejsce, przestrzeń bezpieczeństwa. Nawet gdy występuję przed tysiącami ludzi. Przed laty jeśli ktoś z tych tysięcy nie miał na twarzy uśmiechu, czułam to. Zadręczałam się: „Nie lubi mnie, nie podoba mu się. Co zrobiłam źle?”. Rodziłam dzieci, umierali mi bliscy, a ja cały czas próbowałam zrozumieć, kim jestem. Dzisiaj nie śpiewam dla innych, śpiewam dla siebie. Już nie próbuję zadowolić ludzi. Uśmiecham się, bo ich kocham. Nie ma dla mnie znaczenia, czy mój koncert się podoba. Nic innego nie mam im do zaoferowania. Potrzebowałam ponad 20 lat, żeby zrozumieć, że kiedy żyjesz ze sobą w zgodzie, wygrywasz.

Śpiewając, zapraszam cię do mojego salonu. Na godzinę, dwie wyciągam cię z twojego świata. Sama też współpracuję z muzykami wywodzącymi się z różnych kultur – ormiańskiej, irańskiej, egipskiej, hiszpańskiej, greckiej, tureckiej. Mówię im: „To jest piosenka, którą zagramy, a teraz wnieście w nią swój świat”. Dostaję listy, w których ludzie piszą: „Yasmina, ten utwór to mój dom”. Bo go otworzyłam i każdy wniósł do niego coś od siebie. W moim domu mieści się wiele innych domów.

To tak jak z Jerozolimą?
Jestem szczęściarą, bo urodziłam się i dorastałam w tyglu Jerozolimy, w jej historycznym centrum. Moje dzieciństwo było wypełnione wszelkimi możliwymi smakami, zapachami, dźwiękami – słyszałam prawie każdy gatunek i styl muzyczny. Kiedy tworzę, one do mnie wracają. Nigdy nie myślę podczas tego procesu. Gdybym zaczęła, wszystko by przepadło. Tworzenie to moja krew, dusza, moje wspomnienia, sny, nadzieje. Mama, która woła na obiad; sąsiadka, która mówi: „Yasmin, chcę pożyczyć mleka od twojej mamy”. Dorastałam wśród Arabów – zawsze byli częścią mojego życia, wśród Marokańczyków i Irakijczyków. Wśród żydów, muzułmanów i chrześcijan. To wszystko jest w mojej muzyce. Ludzie idą na uniwersytet czy do konserwatorium, żeby się uczyć pieśni sefardyjskich. Dla mnie pieśni sefardyjskie to moja mama. Gotowała i je śpiewała.

Kiedy po raz pierwszy jechałem autobusem pełnym żołnierzy z pozornie beztroskiego Tel Awiwu do Jerozolimy, zobaczyłem miasto ciężkie, pełne napięć – ortodoksyjni Żydzi, muzułmanie, wojskowi. Nigdy ich nie czułaś?
Jest powiedzenie: „Jerozolima nie pokaże ci swojego piękna, dopóki jej nie pokochasz”. Ludzie z Tel Awiwu nie znoszą Jerozolimy. Mówią: „U nas możesz być gejem, mieć włosy przefarbowane na dowolny kolor, możesz być muzułmanką i mieć męża Żyda, możesz żyć po chrześcijańsku; co tylko chcesz, nikt nie zwróci na to uwagi. Jest luz, jest plaża”. W Jerozolimie są tradycja i krytycyzm. Kiedyś przyjechała do mnie telawiwska przyjaciółka. Położyła nogi na stole, zapaliła papierosa: „Cześć, jak się masz?”. Patrzyłam na nią oniemiała. Byłam mężatką przez 20 lat, a nigdy nie otworzyłam lodówki w domu mojej teściowej bez spytania jej o zgodę. Krzyczała: „Otwórz, to jest twój dom”. Odpowiadałam: „Nie, to twój dom. Czy mogę otworzyć?”. Kiedy przyjedziesz do Jerozolimy, miasto najpierw cię nakarmi, a dopiero potem zapyta, jak się czujesz. A w Tel Awiwie usłyszysz: „Weź sobie coś do jedzenia z kuchni”. Także dla ludzi z Jerozolimy wizyty w Tel Awiwie są trudne. Jedziemy tam z tą swoją „ciężkością” i trudno nam złapać luz.

Czym był Izrael dla Twojego ojca?
Mój ojciec urodził się w Turcji, w Manisie, gdzie mieszkał do drugiego roku życia. Był rok 1921. Trwała wojna grecko-turecka. Miasto zostało spalone. Rodzice zabrali jego i siostrę do pociągu, żeby wydostać się z kraju. Jego dziadek wdrapał się na dach. W środku nie było już miejsca. Pociąg dotarł bezpośrednio do Egiptu. Kiedy wysiedli, nie znaleźli dziadka. Do dzisiaj nie wiadomo, czy zginął podczas jazdy, spadając z dachu, czy też wszedł na dach, żeby uspokoić rodzinę, że z nią jedzie, ale zanim pociąg ruszył, zszedł, bo chciał umrzeć w Manisie. Mój ojciec wychował się w Jerozolimie, w środowisku Żydów sefardyjskich, przekazujących z pokolenia na pokolenie pamięć o wypędzeniu ich przodków z Hiszpanii w 1492 roku, ich tradycję, kulturę. Izrael był miejscem, w którym mógł być sobą. Odpocząć od tego obezwładniającego strachu. On płynie w naszych żyłach.

Izraelczycy są bardzo otwarci. Jeżdżą wszędzie, ale nigdzie nie czują się u siebie. Posmak Holokaustu jest w pierwszym pokarmie, jaki przyjmujemy po urodzeniu. Mimo to jeżdżę do Hiszpanii z miłością w sobie, bo jestem dowodem na zwycięstwo dobra – próbowaliście przechrzcić moich współbraci, ale bez powodzenia. Telewizje niemiecka i francuska zrobiły o mnie film. Zabrali mnie do Sewilli, gdzie kiedyś uczyłam się śpiewać flamenco, do mojego nauczyciela Paca Taranto. To był miły starszy człowiek. Już nie żyje. Dziennikarka zapytała: „Lubisz Yasminę?”. „Kocham ją. Dzięki Yasminie uwierzyłem, że Żydzi nie są źli”. „A czy znałeś jakichś Żydów, zanim ją poznałeś?”. „Nie”. Jego dorastanie w nienawiści do Żydów było tym samym, czym moje dorastanie ze strachem. Ile pokoleń musi minąć, byśmy się tego pozbyli? Kiedy jadę do Polski, Niemiec, Hiszpanii czy krajów islamskich, moje serce jest otwarte, nieopancerzone. Muzyka to dar, którym mogę dzielić się z ludźmi i którym mogę otwierać ich serca. Kiedy jestem na scenie i słyszę dźwięki grane przez muzyków, zawsze jestem zaskoczona – co takiego zrobiłam, że na to zasłużyłam? To moje życie? Naprawdę?! Ale kiedy kończy się koncert, zaczyna się upadek. Wracają pytania: Czy jestem coś warta, bez muzyki? Coś znaczę? Kim tak naprawdę jestem?

To jak wracasz ze sceny do życia?
Jestem szczęśliwa, że mam dzieci, dostaję od nich wiele miłości. Mam też dwa psy. Robię pranie i wiem, że gdybym nie miała nikogo, na pewno byłabym uzależniona od narkotyków. Nie miałoby mnie co wypełniać po koncercie. Moim przeznaczeniem jest bycie matką Michaela i Manueli. Miałam teraz najtrudniejszy rok, bo mi się życie rozpadło. Rozwód, było bardzo ciężko, stałam się alkoholiczką, czułam się zdruzgotana. Zastanawiam się, czy gdybym mogła cofnąć czas, zdecydowałabym się na dzieci. Przepraszam je stale, że je sprowadziłam na ten świat. To smutne, bo sam świat jest piękny. Życie jest piękne. Ale ludzkość staje się jak własna choroba. Zagryza się na śmierć. Więc patrzę na moje dzieci i pytam: Dlaczego wam to zrobiłam?

Nawet kiedy widzisz je szczęśliwe?
Nie wiedzą, z czym będą miały do czynienia. Miałam siedem lat i nauczycielkę, która przez dwa lata uprzykrzała mi życie. Obrażała mnie każdego dnia. Mówiła, że jestem głupia, brzydka. To we mnie zostało. Dopiero kiedy skończyłam 38 lat, zrozumiałam, że muszę być silna dla Michaela i Manueli. Nie dla siebie. Ja czułam się już stracona. Nie chcę sobie nawet wyobrazić, że taki nauczyciel uczyłby moje dzieci, a mnie nie byłoby obok, żeby je ochronić. A kto wie, co świat jeszcze wymyśli? Jaką krzywdę i na jak długo nią ich zainfekuje? To tylko niewielki przykład.

Człowiek, którego kochałam i poślubiłam, którego traktowałam jako najlepszego przyjaciela – złamał mi serce. Budzę się teraz i pytam: Dlaczego oddałam mu wszystko, co miałam? Ale teraz nikt już nie złamie mi serca. Gdybym kogoś skrzywdziła, czułabym wstyd. Ale nie czuję wstydu z tego powodu, że sama zostałam skrzywdzona.

Powiem ci coś bardzo osobistego, wiem, że to zostanie wydrukowane, ale ja już nie mam przed nikim tajemnic. Piłam dużo, bo nie chciałam wiedzieć. Pijesz wino i pijesz, i pijesz. Funkcjonujesz jak automat, a w środku rozpacz. Mój syn miał dziewięć lat, kiedy pewnego dnia podszedł do mnie, zabrał butelkę i powiedział: „Nie będziesz więcej piła!”. I poszedł do kuchni, żeby wylać wino. Moja sześcioletnia córka pobiegła za nim, krzycząc: „Nie, nie wylejesz tego wina!”. Patrzyłam na dwoje dzieci walczących o moją butelkę. Były pewne, że robią to dla mojego dobra. Chciały mnie uratować. Była to najpodlejsza sytuacja, w jakiej się znalazłam, a zarazem przebudzenie. Przestałam pić. Tego dnia narodziłam się na nowo. Teraz jestem najsilniejszą kobietą na świecie. Bez względu na to, ile upadków mnie czeka, za każdym razem wstanę.

Jesteś wojowniczką?
Nawet sobie nie wyobrażasz, jak wielką [śmieje się]. Też sobie tego do niedawna nie wyobrażałam. Ludzie, którzy mnie otaczają, są w szoku, jak silna jestem. Teraz prowadzę swoje życie i swój biznes, sama produkuję płyty, wychowuję dzieci. Kupiłam dom. Pewien producent powiedział mi: „Yasmin, album to nie tylko piękne piosenki, ale przekaz. Nie masz nic do powiedzenia, nie śpiewaj”. Zdarzyło się więc, że przez siedem lat nie nagrałam płyty. A teraz wszystko samo do mnie przychodzi. Jestem kobietą, którą powinnam być już dawno. Byłam nieśmiała, niepewna siebie. Teraz powtarzam: „Yasmin, jesteś najlepszym, co mogło ci się przydarzyć”. I to mówię ja! Wow! [klaszcze]. Patrzę w lustro i wiem, że lubię tę kobietę.

Jak teraz wyglądają Twoje koncerty?
Moje życie było smutne, a ja tłumaczyłam sobie, że to przez pieśni, że tak najlepiej wyrażam siebie… Teraz wiem, że smutek brał się stąd, że nie kochałam siebie. Miałam właśnie koncerty w Turcji i w Grecji – ta kobieta była inna, szczęśliwa. I tym się podzieliła ze słuchaczami. Widziałam akceptację innych kobiet, jakby mówiły: That’s my girl. Patrzę na nagrania z tych koncertów i nie dowierzam moim oczom. Na tym w Grecji było 4 tysiące ludzi. Zeszłam ze sceny i zaczęłam iść między nimi. Czułam się jak wśród przyjaciół, chociaż nikogo nie znałam. Byłam sobą. Myślę, że pierwszy raz w życiu. Dopiero w wieku 46 lat poczułam się kochana nie tylko przez moich fanów.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze