1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Agata Buzek – mistrzyni metamorfozy

Agata Buzek: „Moje metamorfozy pozwalają mi tracić kontrolę. Prześlizgują się też w moje prywatne życie, może się uczę w ten sposób przyjmować inne zmiany? Te, których nie chcę, które trudno zaakceptować?” (Fot. Weronika Kosińska)
„Brak poczucia nieśmiertelności to jest bardzo głębokie i silne uczucie, które towarzyszy mi zawsze, mocno wpływa na moje decyzje, wybory, priorytety” – przyznaje Agata Buzek. „Co nie znaczy, że się nie gubię. Gubię się jak każdy. A może inni gubią się mniej? Albo wszyscy się dobrze maskujemy”.

W jakim stopniu Pani doświadczenia życiowe pomagają w budowaniu postaci? A może jest odwrotnie, trzeba o sobie zapomnieć, wczytać się w scenariusz, zawierzyć wyobraźni?
Pracując nad rolą, potrzebuję nazwać różnice między sobą a postacią, którą gram. Zdefiniować je, by wiedzieć, gdzie ich szukać. A robię to po to, żeby nie grać w kolejnym filmie czy spektaklu ciągle tej samej osoby, czyli siebie postawionej w różnych sytuacjach. Są aktorzy, którzy tak robią, i wychodzi im to świetnie. I wspaniale, ale to nie jest moje. Chcę szukać dalej, moje możliwości, atrybuty, wady i zalety są ograniczone tylko do mnie, a jeśli szukam gdzie indziej, w rejonach, które są dla mnie niedostępne prywatnie – wtedy mogę się rozwinąć, mogę te postaci różnicować. Mniej się boję, kiedy szukam dalej od siebie. To nie jest wtedy taki ekshibicjonizm, tylko uczestnictwo w procesie opowiadania o pewnej postaci razem z widzem. To bohaterka, a nie ja. Oczywiście widz nigdy nie wie, kiedy doświadczenia, reakcje są moje, a kiedy wykreowane przeze mnie. Może nawet ja nie zawsze to wiem?

Jakie cechy Pani charakteru ułatwiają uprawianie tego zawodu, a jakie utrudniają?
Powiem najprościej. Kocham ludzi. Myślę, że to mi pomaga, bo mój zawód polega na współpracy z innymi. Ludzie rzadko mnie drażnią, denerwują, rzadko mam ich dość. Pomagają mi także moja ciekawość, emocjonalność, łatwy kontakt z moimi emocjami, umiejętność słuchania, uważność. Za to przeszkadza mi brak odwagi, coraz mniej, bo nad tym pracuję. Czasami trudno mi wyjść z pewnej poprawności, z grzeczności i potrzebuję większego zaufania do ludzi, z którymi jestem, i poczucia bezpieczeństwa, żeby na przykład móc się wygłupić totalnie.

Co jeszcze oprócz nieśmiałości musiała Pani przepracować najbardziej, by wejść w ten zawód?
Najtrudniejsza wydawała mi się jednak ta odwaga, onieśmielenie. Wstyd? Nie, to nie jest dobre słowo. Chodzi bardziej o strach przed popełnieniem błędu, zrobieniem czegoś głupiego. Obserwuję aktorów i myślę, że oni czasami potrzebują pojechać po bandzie, bo to kompletnie uwalnia i potem można już wszystko. Dla mnie tymczasem to jest bardzo trudne, a bardzo bym chciała tego doświadczyć. Jest coś, czego zazdroszczę Maćkowi Stuhrowi. On tak wspaniale potrafi prowadzić różne imprezy, spotkania. Podziwiam, jak genialnie używa swojej błyskotliwości, inteligencji, kontaktu z ludźmi, tak na zawołanie. A mnie taka sytuacja kompletnie paraliżuje.

Pani znakiem rozpoznawczym są zachwycające metamorfozy. Co stoi za tymi transformacjami? Bo chyba nie tylko promowanie kolejnych filmowych ról!
Lubię te zmiany. Nie przyszło mi to wcześniej do głowy, ale teraz myślę, że moje metamorfozy pozwalają mi tracić kontrolę. Prześlizgują się też w moje prywatne życie, może się uczę w ten sposób przyjmować inne zmiany? Te, których nie chcę, które trudno zaakceptować?

Do roli Hanki z „lluzji”, Pani najnowszego filmu w reżyserii Marty Mironowicz, dała sobie Pani przefarbować włosy na ciemne. Co Pani pomyślała, kiedy dostała do ręki scenariusz tego filmu?
Pomyślałam, że to, co przydarzyło się jego bohaterce, trudno sobie wyobrazić, że nawet nie chcę próbować, a grając tę rolę, będę musiała.

Czy w ogóle można pogodzić się z zaginięciem własnego dziecka? Córka Hanki zaginęła, a policja wciąż nie może niczego ustalić, dlatego bohaterka „Iluzji” rozpoczyna prywatne śledztwo w tej sprawie.
Nie, nie można się z czymś takim pogodzić. Grając Hankę, doszłam do tego, że szczytem emocjonalnego ogarnięcia w takiej sytuacji jest umiejętność zintegrowania bólu ze sobą i zaakceptowania, że będzie się z nim żyło do końca życia. Więcej nie można osiągnąć, moim zdaniem.

A czy zdarzyło się pani, tak jak Hance, szukać odpowiedzi na pytania, na które nie ma odpowiedzi, poza rozumem i logiką? Zmierzać w dziwne, niewytłumaczalne rejony?
Dla mnie takie rejony są naturalne. W takich przestrzeniach często żyję i funkcjonuję. Świetnie sobie radzę też z logicznym myśleniem, z liczeniem i mnożeniem w pamięci, ale generalnie obracam się w obszarach bardziej intuicyjnych, w sferach odczuwania, poczucia połączenia z ludźmi, snów, znaków. Wychodząc rano z domu, biorę dwie chusteczki. W samochodzie kładę je na siedzeniu obok i zastanawiam się, po co je zabrałam. Potem przez cały dzień coś załatwiam, a wieczorem znów wracam do auta po trudnym, złym spotkaniu i zaczynam płakać. Widzę wtedy te chusteczki. Przygotowałam je rano dla siebie wieczornej. Mojej mamie śnią się rzeczy, które przytrafiają się mnie, a jestem 300 kilometrów od niej. To dla mnie normalna rzeczywistość.

Agata Buzek: „Mam sporo granicznych doświadczeń chorobowych. Dały mi poczucie, że nie jestem nieśmiertelna”. (Fot. Weronika Kosińska)

Zadając to pytanie, myślałam o bardziej ekstremalnych sytuacjach. O chorobie nowotworowej, z którą walczyła Pani jako dziecko. Co zmieniło w Pani życiu to doświadczenie?
To jest o tyle trudne pytanie, że nie wiem, jak by moje życie wyglądało, gdyby nie było w nim tej ciężkiej choroby. Nie mam więc porównania. Natomiast wiem, że po chorobie byłam dojrzalsza od wszystkich moich rówieśników. Mam sporo granicznych doświadczeń chorobowych. Dały mi poczucie, że nie jestem nieśmiertelna, a wydaje mi się, że młodym ludziom, przynajmniej do pewnego wieku, w ogóle nie przychodzi to do głowy. Ten brak poczucia nieśmiertelności to jest bardzo głębokie i silne uczucie, które towarzyszy mi całe życie i mocno wpływa na moje decyzje, wybory, priorytety. To nie znaczy, że się nie gubię. Przeciwnie, gubię się notorycznie. Nic nie jest i nie będzie ustawione raz na zawsze. Postanowione, zaklepane, niezmienne. Wciąż układam od nowa, szukam. Gubię się jak każdy. A może inni gubią się mniej? Albo wszyscy się dobrze maskujemy.

Co dawało Pani siłę, by przejść przez doświadczenie śmiertelnej choroby?
Siłę dawało i daje mi chyba to, że mam w sobie stosunkowo mało lęku. Bardziej boję się wkłuwania igły do żyły niż samej śmierci. Ale największą siłą są ludzie dokoła, ludzie, którzy nigdy się nie poddają. Którzy na czas mojej choroby byli w stanie zapomnieć o sobie, o swoich potrzebach. Po prostu byli i są przy mnie.

Myśli Pani o rodzicach?
Tak, przede wszystkim o rodzicach, ale też o przyjaciołach. Są wspaniali. Jest w nich miłość bezgraniczna, bezwarunkowa, idealna po prostu.

A jak rodzice przyjęli Pani decyzję o studiach aktorskich?
Rodzice bardzo dobrze na ten mój wybór zareagowali. Nie próbowali go kwestionować, niczego mi nie narzucali, nie wyglądali na przerażonych tą decyzją. Oczywiście, kiedy wyjeżdżałam już na studia do innego miasta, do Warszawy, mieli pewne obawy, że będę tam zupełnie sama, że to jest trudny kierunek i że wybrałam ciężki zawód. Pamiętam, jak kiedyś poszłyśmy z moją mamą do lekarki w związku z moimi ówczesnymi przypadłościami. No i ona oświadczyła, że muszę zrezygnować z bycia aktorką, że nie mogę prowadzić takiego trybu życia. Jej zdaniem wyglądało to tak, że potrzebuję regularnie jeść, spać, nie mogę się stresować, żyć na dużych emocjach, w wiecznej zmienności, niepewności. Muszę zmienić zawód, i to natychmiast. Moja mama, która jest chodzącym spokojem, oazą łagodności, wyszła stamtąd wściekła. Powiedziała, że do tej lekarki już nigdy nie pójdziemy i żebym zapomniała o tym, co usłyszałam, bo wszystko jakoś ogarniemy.

Skoro mówimy o rodzicach – myślę, że na początku Pani drogi aktorskiej musiało Pani ciążyć bycie córką premiera. Stąd, jak się domyślam, między innymi udział w zagranicznych produkcjach?
Nie, zupełnie nie. Jeśli chodzi o filmy zagraniczne, już na drugim roku szkoły teatralnej zagrałam we włoskim filmie. W „Balladzie o czyścicielach szyb”.

Sama Pani pojechała na casting?
Nie, wysłali mnie na ten casting z agencji, pojechałam i wygrałam go. Po prostu. Normalnym aktorskim trybem.

No właśnie. Odczarujmy trochę wyobrażenia ludzi na temat tego, jak zdobywa się angaże w zagranicznych produkcjach i role u boku takich gwiazd, jak: Juliette Binoche, Jason Statham, Isabelle Huppert czy Robert Pattinson.
To się tak jakoś składa. Naprawdę. Ani ja nikomu nie próbuję niczego udowadniać, ani ja nie wymyśliłam sobie, że tak będzie. A co do samych angaży, to na przykład Claire Denis uwielbia spektakle Krzysztofa Warlikowskiego. No i kiedy Krzysztof zabrał mnie do Paryża ze spektaklem „Fedry”, to Claire była na nim z sześć albo siedem razy. Raz przyprowadziła ze sobą Roberta Pattinsona. I potem, po jednym ze spektakli, jechałam razem z Claire taksówką na lotnisko. Zaczęła ze mną rozmawiać, powiedziała, że robi nowy film…

Przypominam, że chodziło o „High Life” z Robertem Pattinsonem i Juliette Binoche.
Tak. No i dodała, że szuka do tego projektu bardzo różnych ludzi i widziałaby w nim mnie. Zapytała, czyby mnie to interesowało, i obiecała, że przyśle scenariusz.

A jacy są ci znani i wielcy w prywatnych kontaktach? Czy zdołała się Pani z kimś zaprzyjaźnić i czy miało lub ma jakieś znaczenie to, że jest Pani Polką?
To, że jestem Polką, właściwie nie ma znaczenia, bo przy takich koprodukcjach każdy jest z innego kraju. Chociaż z drugiej strony ta polskość ma znaczenie o tyle, że budzi zainteresowanie i otwiera na szersze rozmowy, w których każdy ma inny punkt widzenia, inne doświadczenia. I to jest bardzo ciekawe. Co do przyjaźni z planu, to nieczęsto mogę powiedzieć, że się z kimś zaprzyjaźniam w tym sensie, że jesteśmy w stałym kontakcie, a potem razem jeździmy na wakacje. Po zdjęciach wszyscy się rozjeżdżają do swoich krajów, rodzin, innych prac. Jednak owszem, pozostajemy w kontakcie w social mediach, wysyłamy sobie zdjęcia, wiadomości. Kiedy przypadkiem spotkamy się potem gdzieś, na przykład na festiwalu, jest to zawsze dobre, radosne spotkanie.

Jak Pani się relaksuje, wycisza?
Mam Helenkę w domu, moją sunię. To jest wspaniałe, kiedy rano przychodzi i mnie budzi, i jest tak szczęśliwa, że otworzyłam oczy, że mamy nowy dzień, że za chwilę będzie śniadanie, wyjście z domu… Tak zaraża dobrą energią, że człowieka od razu podnosi na duchu.

A skoro mówimy o przyjemnych stronach życia, to o czym marzy Agata Buzek?
Trochę mnie Pani przyparła do muru tym pytaniem. Właśnie jestem na etapie zastanawiania się, o czym marzę. Przeraziło mnie ostatnio, że właściwie o niczym…

To straszne?
No właśnie, czy na pewno? A może po prostu jest mi dobrze? Może ja nie mam żadnych wielkich oczekiwań?

To może oznaczać, że osiągnęła Pani wyższy pułap świadomości. Może właśnie o to chodzi w życiu?
Tego nie wiem. Marzenia świadczą o tym, że człowiek idzie do przodu, jest otwarty. A może jest odwrotnie? Człowiek ma marzenia, bo jest mu źle tu i teraz i musi szukać czegoś innego. Nie umiem nazwać żadnych moich marzeń. Nie wiem, czy to świadczy o tym, że mam się strasznie źle, czy o tym, że mam się bardzo dobrze.

A może Pani bierze życie takie, jakim ono jest, i cieszy się nim?
Może…

Agata Buzek (rocznik 1976), polska aktorka teatralna i filmowa. Laureatka nagrody na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych i Polskiej Nagrody Filmowej „Orzeł” za główną rolę kobiecą w filmie „Rewers”. Ma w swojej filmografii role w polskich i zagranicznych produkcjach, między innymi: „Ballada o czyścicielach szyb”, „Zemsta”, „Ryś”, „Valerie”, „Niewinne”, „High Life”, „Córka trenera”, „Erotica”, „Moje wspaniałe życie”. Ostatnio zagrała w filmie „Iluzja”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze