1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Agnieszka Żulewska: „Jestem wkomponowana w przyrodę”

Agnieszka Żulewska, aktorka, na co dzień w zespole TR Warszawa. Zagrała w: „Chemii”, „Demonie”, „Ostatnim komersie”, „Erotica 2022” czy „Cichej ziemi”. Świetne kreacje stworzyła też w serialach: „Rojst”, „Żmijowisko”, „Ślepnąc od świateł” i „Wielka woda”. (Fot. Mateusz Ochocki i Anna Rezulak)
Może dlatego tak wiarygodnie wypada w roli Jaśminy Tremer w najnowszym serialu Netflixa, inspirowanym powodzią tysiąclecia. Jednak w odniesieniu do aktorki Agnieszki Żulewskiej fraza „być naturalną” znaczy o wiele więcej.

Kiedy oglądałam „Wielką wodę”, nie mogłam pozbyć się myśli, jakie to niesamowite, że serial ukazuje się właśnie teraz, kiedy Odra znów trafiła na czołówki gazet i portali.
Cóż, rzeczywistość już nie pierwszy raz dogoniła obraz serialowy czy filmowy, ale co z tego? Myślę, że zarówno rządzący, jak i rządzeni nadal mają niską świadomość tego, jak bardzo rujnujemy ten świat. I niewiele, kurczę, możemy z tym zrobić, bo wszystko zależy tak naprawdę od ludzi, którzy mają bardzo wąskie horyzonty myślowe lub kierują się wyłącznie własnymi interesami i zyskami. To, co się dzieje z Odrą, to, jakie są na nią teraz pomysły – choćby budowanie progów wodnych – jest po prostu straszne, bo narusza rzekę. Z drugiej strony dzięki temu, że doszło do zanieczyszczenia Odry, coraz więcej zaczynamy na jej temat się dowiadywać. Piękne były dla mnie zwłaszcza historie ludzi na poszczególnych fragmentach rzeki, którzy publicznie wypowiadali się na temat tego, jak bardzo są z nią związani i jak bardzo ją kochają. Dobrze, by ten temat nie wygasł, żeby było o nim coraz głośniej, żebyśmy mogli poszerzać swoją wiedzę i jednoczyć się w walce o przyszłość rzek. W „Wielkiej wodzie” jest też pokazana ludzka solidarność i łączenie się we wspólnej sprawie.

W tym numerze [chodzi o listopadowe „Zwierciadła”– przyp. red] rozmawiamy o tym z Cecylią Malik, założycielką kolektywu Siostry Rzeki. Cecylia jest artystką i działaczką ekologiczną. Trochę przypomina mi bohaterkę, którą grasz – Jaśminę Tremer. Dziś takich kobiet jest coraz więcej, ale w latach 90., w których rozgrywa się akcja serialu, była totalnym ewenementem.
Zgadza się, totalnym. To były czasy, kiedy pozycja kobiety była nieporównywalnie niższa niż dzisiaj. Zamknięta w stereotypach, zepchnięta na dalszy plan. Kobiety były raczej podwładnymi, a nie szefowymi. Jaśmina łamie wszystkie te schematy. Gdybym miała taką koleżankę, z dumą przedstawiałabym ją swoim przyjaciołom. Dla mnie Jaśmina jest pełnią, źródłem, z którego można czerpać wielką energię.

Zabrzmi banalnie, ale Jaśmina jest trochę jak rzeka. Wie, dokąd i którędy zmierza, czasem się rozlewa, ale zawsze jest to po coś. Sama się napędza. Pochodzisz ze wsi, tam się urodziłaś i wychowałaś, twoja mama chyba nadal jest sołtyską Turawy…
Jest, to się nie zmieniło.

Czy rzeka, przyroda w ogóle odgrywały ważną rolę w twoim dzieciństwie?
Przez Turawę przepływa Mała Panew, która wpada do Odry. Obok niej powstał ogromny zbiornik retencyjny, Jezioro Turawskie. Więc tak, tam, skąd pochodzę, jest rzeka, jezioro, są też różne małe jeziorka, które powstały podczas jego budowy, są parki, lasy… A ja? Ja jestem wkomponowana w przyrodę. Jest mi źle w mieście, to nie jest moje miejsce. Od zawsze było we mnie przekonanie, że wszystko można przetrwać, pod warunkiem że byłoby się poza miastami, na prowincji, na wsi, w lesie, w otoczeniu natury. Ona nas wzmacnia, tymczasem miasta odcinają nas od naszych zasobów. Może nie każdego, ale mnie odcinają na pewno.

W jaki sposób?
Weźmy choćby zimę, która w naszym klimacie jest dość uciążliwa, pozbawiona światła i monochromatyczna. W mieście trudno ją znieść. Natomiast kiedy jesteś w naturze, zima objawia się zupełnie inaczej. Widzisz w niej sens. Cudownie jest obserwować zmiany pór roku poza miastem, bo wtedy przychodzą one stopniowo, są w nich porządek, logika i piękno. Zdajesz sobie sprawę, że żyjemy w najlepszej strefie klimatycznej, skoro możemy doświadczać takiego cudu. Natura uczy akceptowania zmian, przyjmowania ich jako czegoś dobrego i potrzebnego. Aby coś się urodziło, coś najpierw musi umrzeć – taka jest kolej rzeczy. Zobaczyć to można tylko w naturze.

Uciekasz w nią czasami?
Tak często, jak tylko mogę.

Fot. Mateusz Ochocki i Anna Rezulak

Wyobrażasz sobie siebie mieszkającą, tak jak Jaśmina, na Żuławach?
Jak najbardziej. Co prawda może nie w przyczepie, ale na przykład w mikrodomku, przerobionym z kontenera. To świetne miejsce dla takiej mikrorodziny jak moja. A najfajniejsze jest to, że wtedy twoim domem nie jest ten mikrokontener, tylko cała przestrzeń dookoła, gdzie łąka to salon, a las – duży pokój. Usypia cię ciepła ziemia, na której kładziesz się latem. To jest dla mnie pełnia.

Niedawno byłam na genialnej wystawie Witkacego w Muzeum Narodowym w Warszawie. Oprócz samej sztuki poruszyła mnie jego filozofia. Już w latach 20. był pesymistą, jeśli chodzi o postęp technologiczny. Maszyny uważał za naszych wrogów, był przekonany, że całe to przyspieszenie nas zgubi, bo oddala nas właśnie od natury.
Zgadzam się z nim absolutnie. Z tego tu świata zrezygnowałby, podejrzewam, znacznie szybciej.

A może natura jest mądrzejsza od nas wszystkich? Może – paradoksalnie – poprzez katastrofy naturalne, do których de facto sami doprowadzamy, próbuje nas ze sobą zbliżyć? Wasz serial też o tym opowiada.
Jego producentka Anna Kępińska, która jest z Wrocławia i była uczestniczką wielkiej powodzi, przez cały czas opowiadała nam poruszające historie z nią związane, ale jedną z nich szczególnie zapamiętałam. Działo się to na ulicy Piłsudskiego, tuż po całym dniu noszenia worków z piaskiem i bronienia Wrocławia. Wszyscy czuwali. Razem, w ciszy i spokoju, słychać było tylko szum rzeki i miasta. Zebrało się wtedy bardzo dużo ludzi.

Lubię też inną historię, również dziejącą się nocą. Jakieś dziesięć lat temu w Nowym Jorku padł prąd, a dziewięć miesięcy potem odnotowano zwiększoną o 30 proc. dzietność. Czyli ludzie byli wtedy razem. Dla mnie nie ma piękniejszych momentów niż te, kiedy w domu nagle gaśnie światło, a wszyscy zbierają się w jednym pomieszczeniu, siedzą przy świeczce i czuwają, bo jest sprawa.

Z dzieciństwa pamiętam takie blekauty w moim rodzinnym mieście, też bardzo je lubiłam. Nagle mogłam się prawie cofnąć w czasie i zaznać tego, o czym opowiadały moje ulubione filmy i książki z dawnych epok. Co zaś się tyczy wielkiej wody z 1997 roku we Wrocławiu, to byłam wtedy w liceum i pamiętam, że bardzo się cieszyłam, iż cały lipiec pada, co oczywiście potem sobie wyrzucałam. Tego deszczu mi trochę w serialu zabrakło…
Ale we Wrocławiu wtedy nie spadła ani jedna kropla. Ulewy były w Czechach, we Wrocławiu – ogromne upały. Podczas powodzi tysiąclecia miałam dziesięć lat i byłam na koloniach w Gdyni, pamiętam dzieciaki, które dzwoniły do swoich rodziców. Rozmawiały z nimi z dachów budynków, dzięki telefonom satelitarnym. Sporo osób, które znałam, potraciło całe dobytki. Pamiętam domy dla powodzian, które budowano pod Opolem, pamiętam też linię poziomu wody, jaka zarysowała się na budynkach zalanych dzielnic. Teraz Opole jest odnowione, można się w nim poczuć jak na wakacjach w Niemczech, przepięknie to wygląda, ale tamtą linię pamiętam do dziś.

Ten serial opowiada też o sile społeczności. Nie masz wrażenia, że miasta nie sprzyjają jednak jej tworzeniu? Na wsi te więzi nawiązują się chyba inaczej.
W mieście na każdą relację musimy bardzo zapracować. Mamy swoją paczkę lub siatkę znajomych i tyle. Czasem mówimy „dzień dobry” sąsiadom – jeśli mówimy, bo brak zaufania w Polsce jest bardzo wysoki. W innych krajach, kiedy idą dwie osoby pustą drogą, jest oczywiste, że się ze sobą przywitają, u nas niekoniecznie, a nawet prawie na pewno nie. Natomiast na wsi jest cały czas tak samo. Mówię to choćby na przykładzie Turawy. Moja mama jest bardzo obecna w strukturach tej małej społeczności i widzę, jak ona się świetnie organizuje i jak bardzo jest od siebie zależna.

Może w takich małych strukturach bardziej się widzi tę zależność…
Ona jest tam wręcz organiczna. Wpływa na to oczywiście wiele czynników, w mieście jest duże przetasowanie ludzi, właściwie nie przyzwyczajamy się do miejsca, w którym mieszkamy, natomiast na wsi wszystko to jest budowane przez lata, zakorzenione, rozpoznane. Kocham tam wracać i uwielbiam, jak mama zaczyna mi opowiadać najnowsze plotki. A że ktoś ukradł próg zwalniający i są podejrzenia, że to ten i ten; a to, że śmierdziało gdzieś gnojówką i ludzie pisali do niej ze skargami; a to, że pług nie dojechał i drogi są zasypane. Kradzież roweru jest tu podniesiona do rangi najważniejszego wydarzenia. I to jest prawdziwe życie. Poza tym na wsi nie czujesz się samotny, tu dba się o tych, którzy zostali sami.

Anna i Adam, bohaterowie filmu „Cicha ziemia”, w którym grasz i który brał udział w konkursie głównym podczas festiwalu w Gdyni, to zdecydowanie mieszkańcy dużego miasta.
Zdecydowanie. Tak naprawdę to wcale nie jestem pewna, czy oni mają jakichś przyjaciół, społeczność, na której im zależy. Jeśli nawiązują relacje, to są one bardzo wykalkulowane, zawsze utrzymują innych na dystans.

Sądzisz, że tacy się powoli stajemy? Jak oni? Nie chcę ich nazwać potworami, myślę, że są raczej jak maszyny.
W dodatku maszyny poruszające się w obszarze, w którym nie ma za dużo miejsca na zmienne, na nieprzewidywalne. A kiedy dochodzi do naruszenia tej przez nich wyreżyserowanej i zaprojektowanej przestrzeni życia, kompletnie sobie z tym nie radzą. Moim zdaniem jest coraz więcej takich par. Ludzi, którzy się izolują, bo jest to dla nich wygodne, bo wtedy są panami swojego życia. To oczywiście bierze się z ogromnego lęku, a rzeczywistość nie pomaga w tym, by się na nią otwierać, kłaść na niej i oddawać ciężar. Dlatego ludzie się spinają, grodzą i zamykają na innych.

Nie tylko żyjemy w pewnej bańce, ale też przenosząc się w dowolny obszar świata, przenosimy się tam – a przynajmniej dzisiejsza rzeczywistość nam to umożliwia – też razem z tą bańką. Ze swoimi mediami społecznościowymi, przydatnymi sprzętami, ubraniami, własnymi środkami transportu.
Możesz być w najbardziej egzotycznym zakątku świata i nie widzieć, jakie to miejsce jest naprawdę. Czy to jest Meksyk, Sztokholm, czy Warszawa…

Fot. Mateusz Ochocki i Anna Rezulak

Kilka lat temu opowiadałaś o swojej podróży do Amazonii. Tam chyba nie da się zabrać ze sobą swojej bańki?
Myślę, że się da. Wyobraź sobie, że dokładnie nad Amazonką, w miejscu, gdzie mieściła się kiedyś willa Pabla Escobara, króla narkotyków, stworzono dziś luksusowy kurort, więc jak masz dużo pieniędzy, możesz tu przylecieć awionetką czy przypłynąć luksusową łodzią. A tuż obok są anakondy i aligatory, a przede wszystkim są ludzie, którzy żyją tak, jak my dziś już chyba nie potrafimy, czyli w ubogich, skromnych warunkach, ale za to blisko siebie i przyrody. Oglądanie ich tam było dla mnie wielkim przywilejem, mam świadomość, że ten świat powoli odchodzi, a Puszcza Amazońska jest coraz bardziej zawłaszczana i wycinana.

W jednym z wywiadów mówiłaś, że podczas tej wyprawy miałaś poczucie, jakbyś cofnęła się do dzieciństwa. Czyli czasu, kiedy robiłaś to, co chciałaś, jadłaś, kiedy byłaś głodna, spałaś, kiedy chciało ci się spać i kiedy świat był jednym wielkim placem zabaw. Utraciliśmy już chyba tę dziecięcą radość życia.
Ale świat jest placem zabaw. Tylko my o tym zapominamy, coś sobie na to nakładamy. Choćby przekonanie, że musimy produktywnie spędzać każdą minutę i zarabiać pieniądze.

Masz małego synka, czy to pomaga ci spojrzeć na świat jak na plac zabaw?
Ten zupełnie nowy stan bycia rodzicem jest dla mnie i dla mojego chłopaka wspaniały. Bardzo nam się to dobrze wczytało. Odnajdujemy przyjemność w najprostszych rzeczach. Dziecko nas uziemiło; zrozumieliśmy, że nie musimy nic więcej. Życie będzie się oczywiście toczyć, jeszcze wiele wyzwań przed nami, ale w tym momencie jesteśmy wystarczający w tym, czym jesteśmy. Niedawno byliśmy na spacerze z Guciem i wspólnie doszliśmy do wniosku, że najmilsze, co może być, to iść na spacer w wygodnych butach, z małym na ręku. Tyle, nic więcej.

Mówiłyśmy o tym, że łąka może być twoim salonem; ja tego lata w Warszawie często miałam poczucie, że miasto jest moim mieszkaniem. Za każdym razem kiedy siadaliśmy na schodach czy krawężnikach, używaliśmy go właśnie tak, jak się używa pomieszczenia, w którym się żyje. Gościliśmy się w nim.

Rozgościłaś się już w Warszawie?
Tak, ja to miasto bardzo lubię. Mimo że tęsknię do natury i z pewnością kiedyś do niej wrócę, to wiem, że Warszawa potrafi być wspaniała. Ma wiele dobrych miejsc, kocham patrzeć na to, jak zmienia się krajobraz nad Wisłą w zależności od pory roku. Choć potrafi też dać w kość. Teraz na przykład jest taki czas, kiedy dzieje się tu niemożliwa ilość remontów. Dokądkolwiek pójdziesz, remont. Czasem sobie myślę, że właśnie tak musi być w piekle, czymkolwiek piekło jest, jeśli jest. Miałam ostatnio takie marzenie, żeby wszystko nagle stanęło, a remonty zostały przerwane. W ciągu 50 lat natura zrobiłaby tu totalne spustoszenie, to wszystko by zarosło…

I byłoby pięknie.
Masz rację. Ale jesteśmy chyba w mniejszości, ludzie lubią w naturze porządek, równo przycięte trawniki i klomby. Wszystko, co się nie podporządkowuje, jest chwastem.
A jak widzisz przyszłość naszego świata i swoją? Czy może jak się jest matką, myśli się więcej o teraźniejszości niż przyszłości?
Jest tak dużo emocji i tak dużo się dzieje, że cała uwaga rzeczywiście nakierowuje się na moment, który jest teraz. Ale jeśli pytasz o przyszłość, to mam poczucie, że nie mamy co się bać o przyszłe pokolenia. Nasi rodzice zawsze się zamartwiali o to, jak my sobie poradzimy. Jak możemy, tak sobie radzimy, więc oni też sobie poradzą. Raz będzie im łatwiej, raz trudniej, ale tak sobie postanowili. Taki moment wybrali, by przyjść na świat. I z pewnością przyszli po coś. Więc się o nich nie boję. I nie mam pojęcia, co się wydarzy. No powiedz, umiesz sobie to wyobrazić? Pierwsze nasuwają się raczej myśli katastroficzne, ale rośnie we mnie też takie przekonanie, że nie wszystko stracone. Jest tyle działań i inicjatyw, które sprawiają, że znów zaczynam wierzyć w ludzi i w to, że człowiek dla tej planety potrafi być dobry, jeśli tylko zechce. Zobaczymy, jak to będzie.
A jeśli chodzi o mnie, bo wszyscy i tak głównie myślimy o sobie, to chciałabym umrzeć bez bólu i w otoczeniu bliskich, przeżywszy dobre życie…

Jak królowa Elżbieta II?
Jak królowa Elżbieta II. Jej śmierć w jakimś sensie jest dla mnie pięknym wydarzeniem, choć sama królowa jest i była mi zawsze dość obojętna. Są po prostu takie śmierci, które powinno się obchodzić jak święto. Tymczasem my zmarginalizowaliśmy śmierć, zepchnęliśmy ją w obszar największego strachu. To on powoduje, że ten temat od siebie odsuwamy. Tymczasem przecież każda noc i każdy sen oswajają nas z tym, że pewnego dnia odejdziemy. Wiadomo, że jak ktoś odchodzi za szybko, przez chorobę czy w wyniku wypadku, czy jak odchodzą dzieci – nie sposób się na to zgodzić. Ale jeśli ktoś żegna się z nami po takim pełnym, spełnionym życiu, to jego odejście powinno być świętem. Tak naprawdę odchodzimy dopiero wtedy, gdy ostatni żyjący człowiek przestanie o nas pamiętać. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze