1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

„Szukam postaci odważniejszych ode mnie” – rozmowa z pisarką Sylwią Zientek

Sylwia Zientek, pisarka. Debiutowała w 2012 roku „Złudzeniami, nerwicami i sonatami”. Opublikowała między innymi trzytomową sagę o historii Warszawy „Hotel Varsovie”, a także powieści: „Próżna”, „Miraże”, „Podróż w stronę czerwieni”, „Kolonia Marusia”. W 2021 roku ukazała się jej biograficzno-reporterska książka „Polki na Montparnassie” o malarkach z kręgu École de Paris. Właśnie ukazuje się jej „Lunia i Modigliani”. (Fot. Marcin Łobaczewski)
Po przyjętych entuzjastycznie „Polkach na Montparnassie”, biograficznym kalejdoskopie polskich malarek, które emancypowały się ze świata mężczyzn, Sylwia Zientek tym razem opowiada o Amadeu Modiglianim i Ludwice Czechowskiej, która pozowała mu do kilkunastu obrazów. Powieść „Lunia i Modigliani” ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora.

Czytając Twoją książkę „Lunia i Modigliani”, widzę, że na dobre zagościłaś w artystycznym Paryżu. Pociąga Cię schyłek belle époque?
Jest bardzo ciekawy, bo wyznacza granicę – to przeddzień wybuchu pierwszej wojny światowej, która dla Francuzów była kataklizmem. Nas zajmuje bardziej druga wojna, która dla nich nie ma takiego znaczenia. Fragmenty „wojenne” pisałam z poczuciem abstrakcji – bo jakieś problemy z zaopatrzeniem albo strach, że nadlecą samoloty? Tymczasem wybuchła wojna w Ukrainie i myśl o tym, że trzeba będzie zbiegać do piwnicy, wydaje się bardzo realna. To, co zamknięte w historii i nie miało z nami łączności, jest żywe. Świat znów jest nieprzewidywalny.

Masz rację, Montparnasse mnie pochłonął. Kolekcjonujemy z mężem obrazy, żyjemy sztuką, artystami. Mój związek z Paryżem pewnie wynika też z mojej obecnej sytuacji życiowej. Mieszkam w Luksemburgu. To specyficzne miejsce, z którym trudno się zasymilować. Nie mogę przyjeżdżać do Warszawy tak często, jak bym chciała, choć jestem mentalnie z nią związana, bo mieszkałam w niej prawie 40 lat. Paryż jest na wyciągnięcie ręki, z Luksemburga trochę ponad dwie godziny pociągiem, więc co kilkanaście dni wsiadam w pociąg i jadę, jak to ładnie mówią Francuzi, „poplątać się” po paryskich ulicach.

Żeby stanąć przed kamienicą przy rue Joseph-Bara, gdzie pod numerem 3 mieszkała bohaterka Twojej powieści, Ludwika Czechowska?
Ta kamienica istnieje, choć nie ma na niej żadnej tablicy upamiętniającej jej mieszkańców. Wystarczy spojrzeć w górę – w okna marszanda Leopolda Zborowskiego, jego partnerki Hanki, czyli Anny Sierzpowskiej, ich przyjaciółki i współ­lokatorki Luni Czechowskiej, której mąż nie wrócił z frontu, a także pochodzącego z Krakowa malarza Kislinga, który miał tam swoją pracownię – żeby na chwilę cofnąć czas. Między tymi postaciami rozpięta jest fabuła mojej powieści opartej na prawdziwej historii. Starałam się być wierna faktom, a szczeliny, jakie między nimi były, wypełnić tkanką powieściową. Kiedy przyswoiłam pewną wiedzę o polskich artystach Montparnasse’u, było dla mnie bolesne, że Zborowski pozostaje tak niedocenioną postacią. Był nie tylko marszandem i przyjacielem Modiglianiego, ale też marszandem wielu malarzy. Traktuje się Zborowskiego jak kogoś z pogranicza sztuki i szarlatanerii, bo emigrant z Galicji, poeta. Nigdy nie zdobył takiej pozycji na rynku sztuki, jaka mu się należała.

Tyle że niewielu wówczas wierzyło w Modiglianiego.
A Zborowski rozpoznał jego talent i doprowadził do podpisania z Modiglianim stałego kontraktu, przekonał go, że jest w stanie mu pomóc. Wypłacał mu pensję, za którą Modigliani oddawał mu obrazy. Dzisiaj wszyscy kojarzymy wydłużone rysy twarzy, trochę wystylizowane oblicza, jakie malował.

Prawie popkultura.
Tymczasem za swojego życia nie zdobył uznania, trudno było mu sprzedać obraz za 50 franków. Był znany jako postać na Montparnassie, do czego przyczyniły się wybryki pijacko-towarzyskie. Ale jego malarstwo nie potrafiło dotrzeć do pu­bliczności. Dopiero po jego dramatycznej śmierci spowodowanej gruźlicą, a miał 36 lat, i po tragicznej śmierci jego życiowej partnerki Jeanne Hébuterne, która dwie doby później rzuciła się z okna, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży z jego drugim dzieckiem, narodziła się legenda tej pary i samego Modiglianiego. To przyczyniło się do popularności jego malarstwa. Ale to Zborowski, nie bez pomocy Hanki i Luni, przez trzy lata wykonywał ogromną pracę, aby Modigliani mógł spokojnie malować i aby go uznano. Pilnowali, żeby miał płótno, farby, narzędzia, modelki. Otaczali go opieką i stworzyli mu dom. Gdyby nie oni, prawdopodobnie większość tych obrazów, które znamy, nigdy by nie powstała.

Narratorką i bohaterką Twojej powieści jest Lunia Czechowska, która między innymi pozowała do obrazu Modiglianiego „Kobieta z wachlarzem”, skradzionego w 2010 roku z Muzeum Sztuki Współczesnej w Paryżu – dotąd się nie odnalazł. Lunia była związana z Modiglianim czy była mitomanką?
W latach 50., 60., kiedy legenda Modiglianiego eksplodowała i w Europie, i w Ameryce, Lunia Czechowska udzielała dosyć szczodrze wywiadów, w których sugerowała zażyłość i romans z nim. Natomiast w swoich wspomnieniach była zdystansowana, nie dowiadujemy się, czy tak rzeczywiście było, a może była to niespełniona fascynacja? Na pewno w mieszkaniu Zborowskich musiała między nimi zaistnieć bliskość. Przetoczył się przez nie pochód modelek, ale sama Lunia Czechowska pozowała do co najmniej 14 portretów olejnych Modiglianiego i wielu jego rysunków. Niektóre z tych obrazów zaginęły. Częściej od Luni pozowała mu tylko Jeanne. To na pewno świadczy o przyjaźni. Mnie chodziło o pokazanie specyfiki ich relacji. Budowałam ją na podstawie wspomnień, także obrazów, bo wiele z nich wyczytałam. Celowo nie określam, co było między nimi, wolę tajemnicę.

Nie miałaś poczucia, że czytelnik zada pytanie, czy Amadeo żył wyłącznie w centrum polskiej emigracji i w jakimś sensie dzięki niej? Takie wrażenie można odnieść po lekturze.
Piszę o trzech ostatnich latach, kiedy otoczony był Polakami. Spójrz na jego dorobek z tego czasu – poza portretami Luni jest kilkanaście portretów Zborowskiego, kilkanaście portretów Hanki, Kislinga, również innych polskich emigrantów. Polska kolonia na Montparnassie była liczna. Oczywiście, w kręgu Modiglianiego było też dużo Francuzów, Rosjan, których malował. Fakt, że malował przyjaciół, w tym polskich, ma łatwe wytłumaczenie. Modelki kosztowały. Wolał namówić kogoś ze swojego kręgu, by przez kilka godzin pozował.

„Lunia i Modigliani” książka autorstwa Sylwii Zientek ukazała się nakłądem wydawnictwa Agora. (Fot. materiały prasowe)

Wolisz pisać o przeszłości?
Zdecydowanie. Być może to jakaś forma ucieczki od rzeczywistości. W dzieciństwie wykształciłam w sobie taką umiejętność uciekania.

Debiutowałaś, mając 37 lat. Dlaczego tak późno?
Pisałam od dziecka, do szuflady. Bardzo się wstydziłam komuś to pokazać, towarzyszył temu ogromny lęk. Praktycznie nikt nie wiedział, że piszę. Zadebiutowałam rok po śmierci mojej mamy. To symptomatyczne, bo dopiero śmierć matki sprawiła, że odważyłam się wyjść z książkami do ludzi. To chyba sporo o mnie mówi.

Swoją powieść „Kolonia Marusia”, a to bardzo osobista historia Twojej mamy, zaczynasz wyznaniem: „Wstydziłam się jej. Najbardziej tych wcześnie zwiędłych warg, które pociągała krwistą szminką firmy Celia, ilekroć opuszczała nasze mieszkanie w bloku z wielkiej płyty. Dzieci z mojej podstawówki szydziły z jej wyglądu i śmiały się z jej sztucznej szczęki. Mówiły, że wygląda staro, jakby była moją babcią”.
Żeby to wytłumaczyć… Mama jako siedmioletnia dziewczynka uniknęła rzezi wołyńskiej. To ją naznaczyło na całe życie. Nie była w stanie się z tego wyzwolić. No i niestety przekazała tę traumę dalej, swoim dzieciom. Jestem beneficjentką traumy. Dzisiaj wiemy, że traumę można przenosić genetycznie. Mnie przekazywała ją również opowieściami. Całe swoje życie staram się spod tej traumy wydobyć, zarządzać lękiem. Bo trauma to tak naprawdę zarządzanie lękiem.

Kiedykolwiek widziałaś ją radosną?
Urodziła mnie, mając 37 lat, czyli późno jak na tamte czasy, sama zresztą uważała się z tego powodu za bohaterkę. Mam starszą o 18 lat siostrę, być może ona zna mamę inną. Ja znałam mamę bardzo nieszczęśliwą, przytłoczoną rzeczywistością, a do tego były to ponure lata 80. Kiedy chodziłam do podstawówki, była już bardzo chora, dzisiaj powiedzielibyśmy, że była w poważnej depresji, wtedy mówiono o nerwicy i przepisywano na nią relanium, o terapii w ogóle nie było mowy. Zawsze byłam osobą lękową i nie wiedziałam, skąd to się bierze. Muszę tu dodać, że przeprowadziliśmy się do Warszawy pod koniec lat 70., mama nie umiała się odnaleźć, była wyalienowana, zrezygnowała z pracy, co było jej najgorszą decyzją w życiu. Zamknęła się w domu i skupiała swoją uwagę na mnie. Byłam jej kontaktem ze światem zewnętrznym. Przychodziłam ze szkoły, rzucałam plecak, mama podawała obiad i zaczynała ciągnąć mnie do Wołynia. To były codzienne długie opowieści. Jako ośmioletnia dziewczynka miałam przerobione wszystkie formy strasznych mordów – a to widłami, a to przez obdzieranie ze skóry. Słuchałam o paleniu dobytku, ucieczkach, chowaniu się po bagnach.

W książce Katarzyny Surmiak-Domańskiej „Czystka” przeczytałam zdanie, które jest dla mnie ważne: Potrzeba opowiedzenia swojej historii to jeden z najsilniejszych instynktów. To, że moja mama nieustannie opowiadała mi tamte historie, świadczy o tym, że nie była w stanie przewalczyć swojej traumy, co wydaje mi się jej potworną tragedią. Ale tym opowiadaniem pewnie próbowała się ratować. Często mówiła, że jej mama, czyli moja babcia Konstancja, zabierała ją na zbiorowe pogrzeby ofiar wołyńskich. Było ich wiele, stawały się manifestacją strachu, bo żałobnicy wiedzieli, że następnego dnia mogą zostać zabici. Poziom lęku, żalu i osamotnienia powodował, że te pogrzeby stawały się potwornymi przeżyciami. Mówiła, że gdyby nie to, gdyby tam nie chodziła, to może by tak nie pamiętała. Ale pamiętała i karmiła mnie wizją świata zbudowanego na przekonaniu, że wszystko, co się dzieje, jest złe, wszędzie czyha niebezpieczeństwo i nikomu nie można zaufać.

Buntowałaś się?
Cały czas. Byłam chyba trudnym dzieckiem, które szukało swojej drogi. Bardzo wcześnie zainteresowałam się sztuką, zaczęłam w nią uciekać, malowałam. Chłonęłam muzykę, literaturę, co moich rodziców odrzucało. To jeszcze pogłębiło poczucie, że nie spełniam ich oczekiwań. Nie lubili mojej muzyki, nie lubili tego, że interesuję się literaturą, a ja w to brnęłam.

Bohaterowie Twoich książek zawsze potrafili się wyemancypować, iść w swoje, jak Maria Komornicka, czyli pisarz młodopolski Piotr Odmieniec Włast, o której napisałaś powieść „Podróż w stronę czerwieni”.
Komornicka do dzisiaj wymyka się badaczom. Jest niebezpieczeństwo pokazania kogoś takiego jak ona, żeby zanadto nie upraszczać – na przykład opowiadając, że chciała zmienić płeć, a żyła w czasach, kiedy to nie było możliwe, więc obcięła włosy, wybiła sobie wszystkie zęby, żeby wyglądać bardziej męsko. Nie godzę się na uproszczenia. To była skomplikowana postać, na pewno też chora psychicznie. Od tego też nie można uciec, choć można się spierać, co wywołało chorobę. Przekonuje mnie, że to reakcja otoczenia na jej niekonwencjonalny sposób życia wpędziła ją w chorobę, a nie że to choroba była źródłem jej postawy życiowej.

Na pewno szukam postaci odważniejszych ode mnie, które realizowały swoje życie, nie patrząc na konwenanse społeczne, aprobatę rodziny, oczekiwania innych. Imponuje mi odwaga. Na przykład Modigliani zawsze był obok wszelkich konwencji. Robił, co chciał. Kiedy w restauracji La Rotonde Lunia siedziała między innymi w towarzystwie męża, tylko jej zaproponował, aby poszła z nim na wino. Nie myślał, co powie na to Czechowski. Tak wyglądało ich poznanie. W pewnym momencie zrozumiałam, że albo znajdę swoją drogę i coś mnie poniesie bardzo daleko od świata moich rodziców, albo przepadnę. Tę świadomość miałam już na pewno w liceum. Uratowałam się, chociaż walka odbywa się każdego dnia, Wołyń jest częścią mojej tożsamości, codziennie zmagam się z lękiem.

Powieść „Kolonia Marusia” napisałaś z konieczności?
Już w debiutanckiej powieści „Złudzenia, nerwice i sonaty” pisałam o Wołyniu, trochę o mamie, ale nie byłam dość silna, żeby to opowiedzieć mocniej. Sam temat Wołynia był wciąż enigmatyczny, nawet dzisiaj jest trudno go wyjaśnić. Muszę szczerze wyznać, że kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, nagle zaczęłam się wstydzić tej książki. Tak bardzo solidaryzowałam się z Ukraińcami, tak im współczułam, że temat Wołynia chciałam zamieść pod dywan, zapomnieć, ale nie da się zapomnieć. Wołyń się wydarzył. Nie można patrzeć na dzisiejszych Ukraińców przez pryzmat zbrodni z lat 40. Uważałam za niewłaściwe, aby w sytuacji wojny, która trwa, wznawiać książkę o tamtej zbrodni. Napisanie powieści „Kolonia Marusia” było koniecznością, to prawda, bo musiałam to z siebie wyrzucić, ale teraz tej książki się wstydzę.

Mówisz to po raz drugi. Skąd wstyd?
Uświadomiłam sobie, że gdyby nie matka i jej codzienne opowieści, pewnie nigdy nie zostałabym pisarką. Powinnam była to w tej książce napisać sprawiedliwiej. Ale tego nie zrobiłam. Dotarło to do mnie dopiero po lekturze książki Elizabeth Strout „Mam na imię Lucy”. Czuję wobec mamy dług, bo tego nie napisałam.

Ale zadedykowałaś jej tę książkę.
Powinnam była napisać wprost, ile jej zawdzięczam. Będąc osobą z różnymi deficytami, mogłam stać się kimś innym. Nie miałam czułości, tego rodzicielskiego dotyku, więc kiedy podjęłam decyzję, że będę matką, a bardzo chciałam być matką, zapragnęłam być czuła dla swoich dzieci. Codzienne pokonywanie lęków powoduje, że jestem w życiu sprawcza. Mama nie umiała taka być.

Musiałaś jej wybaczyć?
Chorowała na raka, to był tragiczny finał jej życia, zmarła rok po tacie. Dla mnie to była skumulowana tragedia, byłam jeszcze młoda, miałam małe dzieci, pracę na cały etat. Poszłam do psychologa. Na pierwszej sesji usłyszałam, że czuję straszną nienawiść wobec matki i muszę tę złość uwolnić. Pomyślałam, że to wcale nie jest złość na matkę, raczej żal i współczucie dla niej. Myślę, że tym wybaczeniem było zrozumienie jej życia – tego, kim była. Nikt jej nie pomógł, ze wszystkim zmagała się sama, wszystko traktowała jako rozczarowanie. Świadomość tego była dla mnie przełomem.

Uwolniłaś się?
Uwalniałam. Przez kilkanaście lat byłam prawniczką w korporacji. Moje życie od strony ekonomicznej było stabilne, ale odzywało się pragnienie pisania. Tak, zadebiutowałam, mając 37 lat, ale wciąż jeszcze byłam na etacie. Pracując w korporacji, wydałam jeszcze dwie książki, jednocześnie cały czas przygotowywałam sobie plan ucieczki, bo bardzo chciałam się wyzwolić. Skończyłam 40 lat i pomyślałam, że jeśli teraz tego nie zrobię, to już po prostu się nie odważę. Rzucenie etatu to była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam.

Sztuka ratuje życie?
Serhij Żadan, ukraiński pisarz i poeta, powiedział niedawno, że bez poezji przeżyje, ale bez suchych skarpetek nie. Ale sztuka ma wpływ na mózg, potrafi zmienić pewne procesy życiowe, pokazuje to nowoczesna neurologia. Mnie sztuka uratowała. Jestem o tym przekonana. Nadal ratuje. Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, byłam w Paryżu, potwornie zdenerwowana śledziłam serwisy informacyjne. Paryż wyglądał tak, jak wyglądał, nikt się niczym nie przejmował, ludzie siedzieli w kawiarniach. Miałam bilety do Musée d’Orsay, poszłam na górę, do sali poświęconej van Goghowi, i stanęłam przed obrazem „Gwiaździsta noc”; poczułam ogromną nadzieję, jakąś iskrę wsparcia. Strasznie się spłakałam, ale wyszłam z muzeum silniejsza.

A mama się śni czasami?
Tak, bardzo często mi się śni i ciągle jest niezadowolona. Ale już nie mogę jej pomóc i nie wiem, co takiego musiałoby się stać, żeby jej życie było lepsze. Ciągle widzę w sobie to dziecko, które nie spełnia oczekiwań, a zarazem jestem już dojrzałą kobietą, która może osiągnąć to, co chce. Nie wiem, co będzie dalej, ale wiem, że jestem na właściwym miejscu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze