1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Coś, co nie daje spokoju. Grażyna Torbicka rozmawia z reżyserem filmu „Broad Peak”

Leszek Dawid, reżyser i scenarzysta filmowy. Za film „Jesteś Bogiem” dostał Orła w kategorii Nagroda Publiczności oraz aż trzy Złote Lwy. Ma na swoim koncie także seriale: „Nielegalni” (razem z Janem P. Matuszyńskim), „Pakt” (razem z Markiem Lechkim) czy „W głębi lasu” (razem z Bartoszem Konopką). (Fot. Anna Rezulak, Mateusz Ochocki)
Leszek Dawid zrobił już kiedyś film górski, ale – jak przyznaje – zadawał wtedy niewłaściwe pytania. Po latach ponownie podjął tę próbę. „To nie jest film stricte wspinaczkowy. On mówi o postawie wobec życia, która nie zależy od tego, czy się wspinamy, czy robimy cokolwiek innego” – wyjaśnia w rozmowie z Grażyną Torbicką. Jego „Broad Peak” można oglądać na platformie Netfix.

Masz lęk wysokości?
Nie, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

A wspinaczka górska kiedykolwiek była Twoją pasją?
Nie wiem, czy „pasja” to dobre słowo, ale tak, wspinałem się. Jak byłem młodym chłopakiem, to jeździłem w góry, robiłem różne kursy. Tatry, Alpy, Dolomity – podszedłem do tego bardzo rzetelnie. Zrobiłem kurs skałkowy, taternicki letni i zimowy, ale to była wspinaczka nastawiona bardziej na eksplorowanie ciekawych ścian niż na zaliczanie popularnych wierzchołków.

Pytam o to, bo byłam ciekawa, co sprawiło, że podjąłeś temat wspinaczki wyczynowej i życia himalaistów. To bardzo hermetyczny świat.
Punktem wyjścia do tego filmu była próba opowiedzenia historii, która jest trudna do przeniesienia na język filmowy. Traktowałem to w kategoriach wyzwania. Zrobiłem w szkole filmowej film górski, za który wyleciałem, i wiedziałem, że mierząc się z tym tematem jeszcze raz, zmierzę się z czymś, co jest supertrudne do opowiedzenia. Ale wewnętrzna potrzeba była silniejsza.

Zrobiłeś film i wyleciałeś ze szkoły?
To był film o Marcinie Tomaszewskim. To znany wspinacz, alpinista wielkościanowy. Bardzo mi imponował, robił solo bez zabezpieczenia rzeczy, których ja nie potrafiłem zrobić nawet w zespole z zabezpieczeniem. Nakręciłem o nim dokument, trochę na przekór temu, co powinienem wtedy w szkole robić – na taśmie, a nie na cyfrze. Generalnie wszedłem wtedy na ścieżkę konfrontacji z moimi opiekunami, no i wyleciałem. De facto film dostał różne nagrody, więc to nie była ocena mojej pracy, tylko raczej mojej postawy. Ale niezależnie od tamtego doświadczenia, zabierając się za film o górach, wiedziałem, że nie będę już tak naiwny jak wtedy, kiedy zadawałem Tomaszewskiemu pytanie: Marcin, po co ty to wszystko robisz? Marcin wtedy odpowiedział: „A skąd ja mam to wiedzieć?”. Teraz już wiedziałem, że takich pytań nie powinienem zadawać, bo na pewno nie dostanę na nie odpowiedzi.

Ale wielu widzów, oglądając „Broad Peak” i patrząc na zmagania himalaistów, wśród nich Macieja Berbeki, właśnie te pytania sobie zadaje: Po co oni to robią? Dlaczego narażają swoje życie? Przecież mają rodzinę, dzieci. Mówisz, że to naiwne, ale jednocześnie to naturalne, że chcemy zrozumieć.
To już inna kwestia. Myśląc o realizacji tego tematu, chciałem przybliżyć się do jednej z motywacji, przyjrzeć się jednostkowemu przypadkowi. Podczas wyprawy w 2013 roku na Broad Peak wchodziła czwórka himalaistów plus Krzysztof Wielicki w bazie, na dole. Każdemu z nich z osobna można byłoby się przyjrzeć i każda historia byłaby inna. Wybraliśmy historię Berbeki, bo ona wydawała nam się najbardziej wzruszająca i najbardziej bolesna. Broad Peak był dla niego jak zadra, która tkwiła w nim przez 25 lat i nie dawała spokoju. Przybliżając jedną z tych motywacji, mówię o tym, że naiwne jest szukanie odpowiedzi uniwersalnej dla wszystkich.

Maciej Berbeka dla mnie jest postacią o tyle ciekawą, że miał bardzo szerokie zainteresowania pozawspinaczkowe. Był absolwentem Liceum Technik Plastycznych im. Kenara w Zakopanem, absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, współpracował z Teatrem Witkacego, tak jak jego żona Ewa. Tego w filmie nie ma. Dlaczego?
Zbudowanie struktury tego filmu było dla mnie dużym wyzwaniem. W większości jest ona wypełniona pierwszą wyprawą, powrotem i drugą wyprawą. Czas pomiędzy jest czasem zawieszenia. To znaczy okresem, w którym strasznie trudno mu się odnaleźć w kontekście tego, co przeżył podczas pierwszej wyprawy. Nie było miejsca i czasu na to, żeby opowiedzieć o wszechstronnej działalności Berbeki. Zresztą on był w górach cały czas, jako ceniony przewodnik wysokogórski jeździł z wyprawami komercyjnymi. To była świadoma decyzja, że skupiamy się na jednym aspekcie, a mianowicie na tej zadrze pod nazwą Broad Peak.

To, co odróżnia Twój film od innych opowiadających o wyprawach wysokogórskich, to kwestia, która bezpośrednio dotyczy Macieja Berbeki, mianowicie walka o to, by zachować swój honor. Dla mnie to jest opowieść o uczciwości wobec siebie, wierności wobec swoich ideałów. Pierwsza wyprawa w 1998 roku zmieniła jego życie, nie dlatego, że podjął wtedy wyzwanie zdobycia szczytu Broad Peak, tylko dlatego, że czuł się oszukany przez kolegów.
Ta zadra ma wiele wymiarów. Jednym jest wymiar honoru i tego, że człowiekowi na wskroś uczciwemu trudno było żyć z piętnem oszusta. Ci, którzy nie znali okoliczności i nie wnikali w nie, po prostu myśleli: „Berbeka twierdzi, że był na szczycie, ale de facto na nim nie był”. Drugi wymiar to świadomość tego, że otarł się wtedy o śmierć. Że był już po tamtej stronie, a mimo to wraca. To jest coś, co mnie szalenie interesuje; jak duża jest potrzeba oczyszczenia się z zarzutów, mimo świadomości, ile być może trzeba będzie za to zapłacić. Tym bardziej że w ostatecznym ataku szczytowym wyprawy z 2013 roku uciekający szybko czas był dużym kłopotem. Oni wiedzieli, że igrają z losem, że będzie ciężko. Jednak ta potrzeba rehabilitacji, odzyskania dobrego imienia była na tyle silna, że nie powstrzymała Berbeki.

W filmie pokazujesz, że łatka oszusta była mu przypięta niezasłużenie. Dlaczego wtedy koledzy nie powiedzieli mu, że wszedł jedynie na przedwierzchołek, na Rocky Summit? Nie wyjaśnili tego nawet, gdy w kraju trwało świętowanie zdobycia przez Polaka Broad Peak, a informacja poszła w świat. Dlaczego nie wyjaśnili tej sytuacji? Przyjaciele, ludzie, którym ufał, gdy pokonywali kolejne metry stromych ścian Himalajów. Skazali go na coś, czego nikomu nie życzę.
Rozmawiałem z wieloma żyjącymi świadkami tamtych zdarzeń. Pytałem: „Słuchajcie, dlaczego właściwie mu nie powiedzieliście?”. Nie znają odpowiedzi na to pytanie. Nie ma już z nami Andrzeja Zawady, na którego przekierowują całą uwagę, mówiąc, że właściwie to była rola kierownika. Wiadomo było, że jak Berbeka był na górze, to była kompletna zadyma, wichura. Jeżeliby mu wtedy powiedzieli, że nie jest na szczycie, to na bank poszedłby dalej i nie wrócił, więc paradoksalnie ocalili mu życie. Zszedł już z poważnymi odmrożeniami, helikopter zabrał go wprost spod ściany. Nawet nie zszedł do bazy, tak był wycieńczony. Gdy przebywał w szpitalu i trwało leczenie, to też nie był dobry moment. Alek Lwow, który po trzech miesiącach pisze w dobrej wierze prawdę, bo kiedyś trzeba ją powiedzieć, nie wykonuje wcześniej telefonu. Nie dzwoni do Berbeki, nie uprzedza, tylko po prostu publikuje relację z wyprawy w „Taterniczku”. Berbeka dowiaduje się, że nie zdobył szczytu, czytając powszechnie dostępną gazetkę. Zatem rzeczywiście sposób załatwienia tego jest daleki od tego, jak byśmy sobie życzyli, ale im więcej czasu od tego mijało, tym zadanie stawało się trudniejsze.

Jest jeszcze inny aspekt, związany z faktem, że ta ekipa, która miała zdobyć K2 i na którą poszły ogromne środki – szczytu jednak nie zdobyła, a sukces był wtedy potrzebny. Czy nie lepiej iść samemu, niezależnie od grupy, zmagać się tylko z samym sobą, a nie z presją opinii publicznej? Jak sądzisz?
Nie robiłem tego filmu po to, żeby powiedzieć, że nie istnieje już potencjał zespołu we wspinaniu. Pokazuję, jak skomplikowana była sytuacja, jak trudno o jednoznaczną ocenę. I teraz paralelą przeskakujemy do 2013 roku, bo tym, co mnie najbardziej w tym wszystkim męczyło, była dyskusja, która się rozpętała po zdobyciu wierzchołka i śmierci dwóch himalaistów. Dlaczego tak się stało, kto jest za to odpowiedzialny… Czułem, że nie chcę zajmować stanowiska na zasadzie osądu, tylko przybliżyć skomplikowaną sytuację, która się wtedy wydarzyła.

Pokazujesz też, jak silny był związek Macieja Berbeki z żoną Ewą. Czytałam gdzieś jej wypowiedź, że zna wielu mężów, ojców rodzin, którzy nie byli himalaistami, a byli znacznie bardziej nieobecni w rodzinie niż Maciej Berbeka. Była między nimi szczególna więź, wzajemne zrozumienie konieczności realizacji siebie, swoich pasji, co nie oznacza niedarzenia miłością drugiej osoby.
Tak, to był wyjątkowy związek. Myśmy mieli okazję spotkać się z Ewą, która nam o tym opowiadała. Dużo dowiedzieliśmy się także z opowieści ich synów. Ta relacja była cudownym uzupełnianiem się, pełnym zrozumienia dla potrzeb drugiej osoby. Myślę, że to nie tylko budowało fundamenty ich związku, ale też jakiś rodzaj metafizycznego przeżycia. Kiedy Ewa dowiedziała się, że Maciek zaginął 6 marca, a to było dokładnie, co do dnia, 25 lat od momentu, kiedy po raz pierwszy wszedł na przedwierzchołek Broad Peaku, powiedziała, że to musi mieć jakieś znaczenie.

Podczas seansu cały czas zastanawiałam się, jak pokazać to, co jest najważniejsze, czyli to, co dzieje się w głowie Macieja Berbeki. Co każe mu podejmować takie, a nie inne decyzje. Jak znaleźć klucz, jak znaleźć rozwiązanie tego wyzwania.
Tego właśnie nauczyła mnie moja szkolna historia – żeby nie szukać obok. Żeby nie gonić za spektakularnością zdarzeń, żeby nie bać się pokazać bezkompromisowego trwania, które jest w górach bardzo charakterystyczne. Myśmy się przyczepili z kamerą do Berbeki. Skoro nie może nam opowiedzieć, dlaczego wchodzi, to może pozwoli nam pójść za sobą. No i nam pozwolił. Wspinaczka wysokogórska to nie jest jakieś specjalnie szybkie tempo, więc leziemy z nim, trochę trwamy, trochę słuchamy ciszy… Przyznaję, takie naciąganie struny wytrzymałości widza to był ryzykowny zabieg.

Ale skuteczny. Ja czułam chłód, wiatr, ciężki oddech.
My też to odczuwaliśmy, i to naprawdę.

Gdzie kręciliście najbardziej wymagające sceny?
Pojechaliśmy w Karakorum, czyli pod tytułowy Broad Peak, żeby wleźć na niego przynajmniej odrobinę i po prostu tam być. Niespecjalnie lubię filmy górskie właśnie dlatego, że one są przeważnie jakoś spreparowane. Green screeny, które potem są wypełniane spektakularnymi widokami. Ta kombinowana sceneria mnie nie przekonuje. W rozmowie z producentami od samego początku ustalaliśmy więc, że zrobimy to tylko w takim charakterze, który będzie zbliżony do warunków naturalnych. I byliśmy w tym konsekwentni – wchodziliśmy na bardzo dużą wysokość, w zimie, kiedy w górach naprawdę było zimno i sypało śniegiem; dodatkowo wspomagaliśmy wiatr dmuchawami. Przez to osiągnęliśmy wrażenie, że w tym po prostu jesteśmy, uczestniczymy. Jeśli aktorzy w scenie mieli do pokonania szczelinę, to kręciliśmy to przy prawdziwej szczelinie na lodowcu.

Ten film jest też opowieścią o naturze i relacji człowieka z nią. Uświadamia, jak małym punkcikiem jesteśmy na planecie Ziemia, podczas gdy uważamy się za jej właścicieli.
Ukazanie tej skali było dla nas bardzo ważne. Człowiek czuje się tak mały, tak znikomy w obliczu surowej, dzikiej przyrody. To sprzyja poczuciu silnego kontaktu z samym sobą.

Ireneusz Czop jest bardzo przekonujący w roli Maćka Berbeki. Obaj mają coś podobnego w rysach twarz, a to moim zdaniem znaczy, że emocjonalnie mogliby być sobie bliscy.
Irek wykonał bardzo dużą pracę. On nigdy się nie wspinał. Nie miał takich doświadczeń jak ja czy Łukasz Gutt, autor zdjęć, który wcześniej był na Grenlandii. Irek jeździł na szkolenia w Tatry i Alpy, chciał się nauczyć wszystkich technik wspinaczkowych, ale też poobcować z górami. I w pewnym sensie, zagłębiając się w tę historię, stał się Berbeką. To jest umiejętność aktorska, którą ogromnie podziwiam, taki rodzaj identyfikacji z postacią. Fantastycznie było obserwować, jak pracuje, a było to dla niego bardzo wyczerpujące, bo realizowaliśmy zdjęcia długo. Musiał zostać w postaci nie tylko mentalnie, ale też fizycznie. Pokazujemy Berbekę na przestrzeni 25 lat, ale kręciliśmy zdjęcia niechronologicznie, przeskakiwaliśmy w czasie. To było dla Irka wymagające i obciążające. Czuł się tak jak himalaista w górach, który niby ma zespół, ma reżysera, ale i tak jest zdany tylko na siebie. Bo jak jest zimno, to jest zimno, jak jest niewygodnie, to jest niewygodnie. Jak się wspinamy i jest ekspozycja, to trzeba umieć zapanować nad pewnymi emocjami, choćby nad strachem, ale też nad sprzętem – nie tylko żeby przetrwać, ale też żeby to wyglądało dobrze dla człowieka, który ma doświadczenie górskie i umie się wspinać.

Można by pomyśleć, że sceny z jamy, którą schodząc z Rocky Summit, Berbeka wykopał, żeby przetrwać, były kręcone w studiu.
Moim zdaniem tego się nie da oszukać. Zawsze poczujesz, że to jest na niby. Jeżeli aktor wejdzie do prawdziwej jamy śnieżnej, nawet na wysokości paru tysięcy metrów, to tam jest naprawdę zimno, i to po prostu się przenosi na obraz. Otwartość Irka na to, żeby pracować w takich warunkach, była duża, z czego się bardzo cieszę.

Czyli kino to nie jest znowu taka iluzja.
Zależy, jak na to spojrzeć. Oczywiście to jest iluzja, ale ponieważ ten film jest nastawiony na pewnego rodzaju współodczuwanie, wiedziałem, że w tym akurat obszarze nie powinniśmy udawać. Bo nie można zabrać widza w taką podróż z kimś, kto tak naprawdę nie czuje tego, tylko udaje, że czuje.

Czy żyjący członkowie tej tak zwanej ekipy lodowych wojowników widzieli film?
Tak, bardzo nam zależało, aby ci, którzy są protoplastami tej historii, czyli: Bielecki, Małek, Wielicki, Lwow, rodzina Kowalskich, zobaczyli film na indywidualnych projekcjach. Są pod wrażeniem autentyczności i rozmachu. Film widzieli też synowie Berbeków. Myślę, że dla nich to jest najbardziej emocjonalna podróż, podobnie jak dla rodziny Tomka Kowalskiego, bo to jest przeżycie tej historii raz jeszcze. Są nią mocno poruszeni.

Myślę, że dla Ciebie to też ważny moment, bo jak mówisz, za ten pierwszy film górski wyleciałeś ze szkoły. Teraz postanowiłeś powrócić. Trochę jak Maciej Berbeka. Realizujesz coś, co Ci długo leżało na sercu.
Przyznaję, jest w tym jakiś rodzaj przekory. Byłbym oszustem, gdybym nie przyznał, że była we mnie potrzeba zmierzenia się z tematem po raz kolejny. Ale nie w wymiarze: wrócić czy nie wrócić na studia, a tym samym do zawodu – tę sprawę załatwiłem już dawno, mam to już za sobą. To, co teraz jest dla mnie ważne, wiąże się z kolejnym podejściem do tematu „film górski”. Pomimo że tamten szkolny film „Geronimo” ludziom się podobał i przyniósł mi pierwsze nagrody na festiwalach, miałem poczucie, że nie dotknąłem tego, z czym do tego filmu szedłem, czyli właściwie nie dotknąłem Marcina Tomaszewskiego, bo okazało się, że on jest nie do dotknięcia. Jak mówię, złe pytania mu zadawałem. Wracam, żeby spróbować znaleźć inne ścieżki. Bardziej uniwersalne. To nie jest film stricte wspinaczkowy. On mówi o postawie wobec życia, która nie zależy od tego, czy się wspinamy, czy robimy cokolwiek innego.

Dokładnie dziesięć lat temu w filmie „Jesteś Bogiem” opowiadałeś o Piotrze „Magiku” Łuszczu, liderze Paktofoniki, teraz Maciej Berbeka. Jest coś, co łączy tych bohaterów?
To szalenie atrakcyjne przyglądać się takim ludziom ze względu na ich determinację. A łączy ich to, że mają w sobie coś, co nie daje im spokoju.

A co Tobie, jako twórcy, nie daje spokoju?
Myślę, że niezdefiniowanie tego jest właśnie ogromną siłą, bo dzięki temu tworzenie może być ciągłym poszukiwaniem. Cieszę się, że jeszcze tego nie znalazłem.

Leszek Dawid, reżyser i scenarzysta filmowy. Za film „Jesteś Bogiem” dostał Orła w kategorii Nagroda Publiczności oraz aż trzy Złote Lwy. Ma na swoim koncie także seriale: „Nielegalni” (razem z Janem P. Matuszyńskim), „Pakt” (razem z Markiem Lechkim) czy „W głębi lasu” (razem z Bartoszem Konopką).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze