Agnieszka Grochowska: Idę prosto

fot. Bewphoto

Dużo czasu spędzacie w swoim domu na Podlasiu. Jak pani, miejski człowiek, odnajduje się w wiejskim życiu?

Ja się tam totalnie odnajduję. Mam problem, żeby stamtąd wyjechać. Uważam, że człowiek jest częścią przyrody, a nie miasta. Przeczuwałam, że muszę mieć takie miejsce dla równowagi, złapania dystansu; teraz nie wyobrażam sobie bez niego życia. Tam inaczej płynie czas, jest cisza, w której można usłyszeć coś ważnego na swój temat. Jest prawdziwe życie, tak inne od na przykład facebookowego.

Facebook dla aktora to ważne narzędzie do budowania wizerunku.

Może się mylę, ale nie czuję, żeby stamtąd płynęło dla mnie coś ciekawego. Kieruję się w życiu intuicją. Śmieję się, że słyszę głosy, bo kiedy zadaję sobie jakieś pytanie, czy to zawodowe, czy prywatne, to wcześniej czy później przychodzi odpowiedź. Nie cierpię słowa „wizerunek”, nie wiadomo, co znaczy. Łatwo uwierzyć w to, jak postrzegają nas inni ludzie, czasem coś się do człowieka przykleja. Nie chcę być niewolnikiem tak zwanego wizerunku.

Pracowała pani w kilkunastu zagranicznych produkcjach. Pomogła nagroda Shooting Stars (dla obiecującej młodej aktorki), jaką przyznano pani w 2007 roku?

Bezpośrednio z kontaktów, które wtedy uzyskałam, wynikła właściwie tylko jedna propozycja, czyli „Child 44”, jedyny amerykański film, w jakim miałam przyjemność zagrać – z Tomem Hardym. Ale to zabawne, bo nagrodę dostałam w 2007 roku, a na zdjęcia próbne zostałam zaproszona w 2013, czyli sześć lat później. To pokazuje, że nigdy nic nie wiadomo. Od momentu premiery „Child 44” dostaję co roku kilka bardzo fajnych zaproszeń na zdjęcia próbne do dużych produkcji.

Powiedziała pani kiedyś, że woli grać za granicą, bo nikt pani nie zna i nie szufladkuje.

Tam funkcjonuję bez kontekstu, co pozwala na cudownie świeży kontakt. Dzięki temu mogłam zagrać w norweskiej quasi-komedii „Upperdog”, bo kiedy przyszłam na zdjęcia próbne, nikt nie miał zielonego pojęcia, że nigdy nie grałam w komedii. A nie grałam, bo nikt mnie w niej nie widział. Oprócz Krzysztofa Materny, który uważa, że mam vis comica. Jak się spotykamy, ciągle pyta: „Dlaczego nie grasz w komedii? Jesteś totalnie zabawna”.

Reżyserzy obsadzają aktorów według klucza.

Kiedy Filip Marczewski zdecydował, że obsadzi mnie w kontrowersyjnej roli w filmie „Bez wstydu”, wiele ludzi mówiło mu, że to błąd, że nie będę umiała tej roli zagrać, bo wcześniej nic podobnego nie grałam. A on odpowiadał: „No właśnie dlatego mnie ciekawi”.

Czego by pani nigdy w filmie nie zrobiła?

Na pewno nie chciałabym robić czegoś, co jest manipulacją. Wszystko polega na zaufaniu, z jednej strony do wypowiedzi artystycznej, pod którą chcemy się podpisać, a z drugiej – do reżysera.

I dlatego dobrze się pani pracuje z mężem?

Pracuje się bardzo dobrze, ale ciężko.

Bliska osoba jest bardziej wymagająca?

Też, ale przede wszystkim dlatego, że dużo więcej furtek się wtedy otwiera. Zaufanie do męża sprawia, że mniej się boję, więc wchodzę w rolę dużo głębiej, co oznacza dużo silniejsze doświadczenie. Wiem, że jestem totalnie akceptowana, więc mogę zaryzykować, zmienić dialog, stanąć na głowie, krzyczeć wszystko jedno co, jeżeli tylko będę miała taki bodziec, żeby to zrobić. Darek z kolei ma zaufanie do mnie. Wie, że dochodzenie do roli to proces, że moje emocje rosną i rosną i że w końcu muszę je wypuścić, żeby za chwilę zagrać inaczej. Ale z mężem pracuję sporadycznie.

Za niespełna trzy lata skończy pani 40 lat. Jaki to moment w pani życiu?

Ale mi pani wypomniała! [Śmiech]. Myślę, że póki żyjemy, to zawsze jest interesujący moment. Zrobiłam wystarczająco dużo, żeby mieć teraz fajny rodzaj pewności siebie. Ale mam też siłę i ciekawość nowych rzeczy, podejmowania ryzyka w stopniu dużo większym, niż kiedy byłam młodsza i kiedy bałam się popełniania błędów. Teraz chciałabym poprzekłuwać różne balony. Wiem już, że czas mija, że nie ma na co czekać. Mam jasność, czym jest teraz moje życie. Czymś konkretnym, namacalnym. Wspaniałym i trudnym. Jest w nim miejsce na pracę, rodzinę, czyli na wszystko, co najważniejsze.

Agnieszka Grochowska: aktorka teatralna i filmowa, laureatka Złotego Lwa na Festiwalu Filmowym w Gdyni za drugoplanową rolę kobiecą w filmie „Trzy minuty. 21:37” i za pierwszoplanowe role w filmach „W ciemności” oraz „Obce niebo”. Mama dwóch synów: 4,5-letniego i niespełna rocznego.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »