Andrzej Stasiuk: Murzin i inne znajdy

fot. Rafał Masłow

Rozbija obozowiska w Rumunii, Albanii, Rosji, Mongolii. Mieszka w Beskidzie Niskim. Ma owce, sadzi drzewa. Wciąż w podróży opisuje świat pełen krajobrazów i duchów. Klnie, pije, ale opowiada o Tym, który pojawia się razem z dobrą pogodą. Zrozumieć Andrzeja Stasiuka to zrozumieć mężczyznę? A może każdego, kto ruszył w drogę?

(Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru: zwierciadło 3/2017)

Dojechałam dzięki szczęściu. Do krzyżówki w Banicy jechał przed nami pług śnieżny. A na rozjeździe do Wołowca, gdzie droga nabierała górskiej fantazji, czekał gospodarz w masywnej terenówce. Te trzy kilometry do domu torował drogę. Jest jak w bajce: konary drzew i druty wysokiego napięcia uginające się pod ciężarem śniegu. Minus 16 stopni i kurzi, jak powiedzieliby górale. Dom, gdzie mieszka i gdzie jest siedziba wydawnictwa Czarne, leży na uboczu. Furtka? Trzeba powalczyć ze skobelkiem.

Przy kuchennym stole

Pies kładzie głowę na kolanach, patrzy w oczy. W kolorze gorzkiej czekolady, długouchy gończy słowacki. Słowacja o rzut beretem stąd.

– Otworzyłem drzwi w samochodzie. Nie miał siły wskoczyć – Andrzej Stasiuk głaszcze łeb psa. – A widać było, że przyzwyczajony. Wsadziłem go na tylną kanapę i natychmiast zasnął. Taki wycieńczony. Jak się zgubiłeś w tym lesie, w górach? Czerny po słowacku, a po naszemu niepoprawnie politycznie, bo Murzin. Takie imię mu dałem, no i rodzina jest podzielona, czy to dobrze.

Dar do nadawania imion? Jedną z owiec, które miały być zamiast maszyny do strzyżenia trawy, nazwał Smoleńsk. No i tragedia, bo pies, który wabił się Dojczland, owcę zagryzł.

– To trudne, kiedy ulubiony pies zagryza lubianą owcę – wspomina. – Tu góry. Inny świat. W Warszawie wszystko pachnie kebabem. Wieś ma zapach, który pamiętam z dzieciństwa.

Wstaje od stołu w kuchni i podchodzi do okna: – Wiadomo, gdzie jesteśmy. W tym krajobrazie. Nie oszukujmy jednak, że jesteśmy stąd. Jesteśmy plemieniem wędrownym, coraz bardziej między miejscami, ideami, włóczymy się – mówi jak poeta, bo też jest autorem „Wierszy miłosnych i nie”. Zaskakujące dla tych, którzy znają tylko jego szorstką powieść „Mury Hebronu” o pobycie w więzieniu czy imprezowe „Jak zostałem pisarzem”. – Co ja wygaduję… – śmieje się.

Ikona męskości czy machista?

Obok okna zdjęcie Humphreya Bogarta, ikony męskości lat 40. i 50. XX wieku. Andrzej Stasiuk to dla wielu dziś ostatni mężczyzna.

– Co ja na to poradzę, że mam metr osiemdziesiąt dziewięć i lubię samochody? Ludzie są uwięzieni w stereotypach, prawda, Murzin? U nas seksizm jest straszny. Zwłaszcza w drodze: to ja prowadzę samochód, ja rozbijam namiot, ja gotuję, ja robię żonie rano kawę do namiotu. A ona? Podczas naszych bałkańskich i azjatyckich podróży patrzy na świat, a potem czyta. Obozowanie to męska zabawa w dom i ja to uwielbiam: rozpalać ogień, udoskonalać jakieś obozowe rzeczy. Mógłbym to robić w nieskończoność. Tu coś w garnku bulgocze, tu się kawa robi, tu zbierasz suche wielbłądzie gówno na ognisko. Tu kamienie, tu deski, bo stolik trzeba zrobić. Proste rzeczy. Szkoda czasu na zastanawianie się, zabraknie go na przeżywanie.

Psy szczekają zajadle pod oknami. – Kogo tam niesie? Murzin! Nie wolno szczekać na kota! – woła psa do domu. – Jeden wszedł, reszta została – komentuje, zamykając drzwi. – Świat nie jest sprawiedliwy.

Murzin ogonem wali w meble z radości.

Bez niej jest mnie ćwierć

„Jest we mnie ciekawość jej myśli, tego, co powie, ciekawość jej uczuć, jej życia. Jak gdzieś jadę i nie ma jej obok w samochodzie, to się czuję niepełny. Nie mam komu powiedzieć, jak jest, co widzę. Bez niej jestem jak czegoś ćwierć albo pół” („Życie to jednak strata jest”, rozmowy z Dorotą Wodecką).

Zdziwiło mnie, że podróżuje z żoną.

– A pani myślała, że z kolegami, po pijanemu? A… że sam? To trudne doświadczenie. Ostatnio z Azji wracałem dziesięć dni. Jak się jedzie samemu, to głębsza introspekcja następuje, więcej się o sobie myśli niż o „sobie w świecie”. Myśli się o strachu, o zmęczeniu, o nudzie. A to nie jest najciekawsze. Faceci w większości nie lubią swoich żon. To po co się żenili? – śmieje się. – Ja mam inaczej. Śmy, śmy… razem!

Kiedy przed 30 laty zamieszkał tu sam, a potem z Moniką Sznajderman, pisarką i antropolożką, w ich chałupie nie było prądu, a po podłodze pełzały węże. Ale też, jak mówi w książce: „To była jednak malownicza nędza (…). Nie miała wiele wspólnego z dotkliwością prawdziwej. (…) Nigdy nie przyszedł Monice do głowy pomysł, że mam pójść do pracy i zarabiać. »Masz pisać«, powtarzała”.

Teraz dom w Wołowcu jest wygodny i rozświetlony, choć bywa, że śnieg odetnie prąd.

Zza ściany słychać płacz niemowlęcia. – Młodsze dziecko córki – mówi Stasiuk. – Tak ta męskość wygląda, proszę pani, że się z jedną babą 30 lat żyje i jeździ po świecie. A w tym roku z córką jadę do Mongolii, bo ona chce.

– Miłość, skąd wiedziałem? Ja się nie zastanawiam. Autorefleksja nie jest moją mocną stroną. Kieruję się intuicją, przyjemnością, emocjami. Monika jest analityczna, prowadzi wydawnictwo, ja żyję w jego wnętrzu. To modne słowo „wspierać się”, my po prostu żyjemy razem i ciekawią nas te same rzeczy – przyznaje.

– Taki to machizm: ja płaczę na filmach. Mnie muzyka wzrusza. Fascynacja Dżyngis-chanem? On pierwszą żonę Borte do końca życia pytał, co ma zrobić. To był chłopak z małego plemienia, bez szkół. Czuję z nim wspólnotę – uśmiecha się. – Mężczyzna? Ja się wychowałem na westernach i wiem, że mężczyzna powinien przechować cechy heroiczne. Wystawiać się na ryzyko. Zużywać.

– A mężczyzna musi pić?

– Nie musi. Ale jak lubi? I potrafi? Mam kolegów, którzy nie piją, bo są AA. Jednego tu niedaleko, w dawnym PGR. Traktor kupił, zaczął zarabiać, ale patrzą na niego jak na raroga. Ja go podziwiam. Jak się posiedzi z babami, pogada, jak się otworzą, to trzeba by połowę chłopów zagnać do AA, w co drugim domu pijacka tragedia. Ale AA?! Zabiliby, jakby zaproponował…

– Mężczyzna może czegoś się bać?

– Musi, dlatego ród męski jeszcze istnieje. Ja? Śmierci. A nie? Człowiek się boi, że nie będzie się umiał zachować przy tej śmierci. O bliskich się boję: kto pierwszy. Jak sobie radzę z tym lękiem? Piszę. I nie myślę o tym tak na co dzień. No i też to życie mimo zasadzek fajne jest!

– W lesie przy bocznych drogach na starych wojennych cmentarzach zapalam świece – mówi innym tonem. – Wygląda, jakby duchy same je zapaliły. Gdyby drogi nie były zasypane, tobyśmy pojechali. Pięknie się w nocy te światła palą, w zupełnej pustce.

„Skąd ta opinia, że jest mrukiem i ignorantem” – zastanawiam się, słuchając tych opowieści. Stasiuk, jakby słyszał moje myśli, odpowiada: – Lubię, jak ludzie myślą, że jestem chamem. Obchodzą mnie łukiem, a ja lubię być sam. Za chałupą szałas wybudowałem i tam siedzę w swoim eremie, i próbuję pisać. Jest taki hyr [pogłoska], że to Monika książki mi pisze, te inteligentniejsze. I z tego się cieszę. Mam rolę i nie muszę niczego udowadniać, zagram ją, a potem wracam do swojego życia. Jakie ono jest?

Ten sad wycięty

„Nie ma już stodoły, a sad jest wycięty. Kiedyś osłaniał dom. Teraz wiatry rozpędzają się z trzech stron świata i uderzają w drewniane ściany, zwłaszcza od wschodu znad rzeki. (…) Nie ma już sadu, nie ma rozłożystych jabłoni, które brały na siebie impet powietrza i chroniły przed chłodem”.

Ten opis domu dziadków z powieści „Wschód” mam w głowie, gdy siadamy przy herbacie. Nikt tak nie pisze o uczuciach, pisząc o podróżach. Dlatego jestem przejęta i przyznaję, że trudno mi sformułować pytanie. Stasiuk się irytuje: – Ja mówię normalnie! No i już nie pamiętam, co tam powypisywałem.

– Dlaczego chcemy wrócić do tego sadu?

– Wiek dziecięcy jest wiekiem nieśmiertelności i niewinności – słyszę. – Kiedy świat do nas dociera z taką mocą, że jest w stanie zniwelować całe zło. Jego pewnie wtedy też doświadczamy, ale świat jest tak cudowny, tak głęboko wnikał w nasze serca, ciała, umysły, że przysłania to, co boli. Mnie kręciło przebywanie w świecie, a w dzieciństwie odbywało się ono najintensywniej. Azja? Wystarczyło wyjść z domu i rzeczywistość zmysłowa robiła z umysłem to, co heroina. Bez skutków ubocznych.

– Podróż to udręka – mówi, patrząc na ośnieżone drzewa, ale przypominanie sobie, gdzie człowiek był, co widział! Niestety, trzeba najpierw pojechać. Gdyby się dało bez tego, może bym się stąd nie ruszał? Tu nic się nie zmienia, tylko drzewa są wyższe. A jak się tu sprowadzaliśmy, nie było nawet jednego. Wszystkie sam posadziłem…

Pamięć ożywiać podróżą

– Się wraca i się człowiek zaszywa w jakimś kącie w śpiworze, który śmierdzi jeszcze dymem azjatyckim. Dopiero wtedy jest fajnie, kiedy się przypomina, kiedy pamięć się rozwija jak rolka filmu. Jak się jedzie, to nie ma czasu z tego, co się widzi, korzystać. Cały czas są jakieś zajęcia.

Kiedy mężczyźnie umiera matka

„Tak. Trochę jesteśmy samotni, gdy sobie siedzimy w tym porannym słońcu. To znaczy ja bardziej siedzę, a matka tylko przysiada na brzeżku i zaraz się podrywa, by zniknąć we wnętrzu domu i czegoś tam dojrzeć, coś przestawić, poprawić (…) Potem wraca, chwilę grzeje się w słońcu i znów powraca w cień domu (…) Niepokój mam po niej. Tę ruchliwość. (…) Dlatego jesteśmy trochę samotni, gdy tak siedzimy”.

We „Wschodzie” wspomina matkę, kroplę tanich perfum na palcu, którymi dotykała jego czoła, to, że była ze wsi, ale miała wiedzę taką życiową: „Lud, synku, nigdy się nie nasyci”.

– Jeżdżę do domu rodzinnego i sypiam w miejscu, gdzie umarła – mówi Stasiuk. – To już nie to samo łóżko, ale ten sam kąt pokoju. Raz mi się śniła. Prowokuję zaświaty, żeby przemówiły. Nie byłem przy jej śmierci. Chciałbym być, ale zrobiła mi psikusa…

– Jak to zmienia mężczyznę, kiedy traci matkę?

– Dorośleje. Samotność jest taka dotkliwa…

– Ojciec?

– Całe życie mieliśmy słaby kontakt. Nigdy nie został mieszczaninem, choć pracował w FSO. Budował je. Stworzył i tak wysepkę wsi. Jak urządzał obejście, to tylko elementy małej architektury przyniósł z fabryki, jakiś biało-czerwony łańcuszek. Pewnie dlatego myślę poprzez wieś, choć urodziłem się w Warszawie. Facet jak z obrazka: wychodził do roboty, przychodził z roboty. Cała rodzina podporządkowana. No, ale jakie wzorce mógł mieć od swojego ojca, chłopa podlaskiego?

– Był szczęśliwy?

– Diabli go wiedzą, czy miał jakieś uczucia. Jakieś miał! Na przykład wkurzał się. No, to musiał mieć jakieś uczucia. Wszystko własnymi rękami. Dom sam wybudował, meble zrobił z drutu, blachy, płyty.

– Czego nauczył się pan od ojca?

– Niechętnie uczyłem się od niego. Może tego, że potrafię swoimi rękami coś zrobić?

– A ma pan wady jakieś po ojcu?

– Potworny charakter. Jestem ciężkim skurwysynem, czasami…

– Zautoryzuje to pan?

– Zautoryzuję.

– Bił pana?

– To była przemoc oczywista. Nie było innych metod. Dostawałem w skórę do 16. roku życia, kiedy się ojcu sprzeciwiłem i odszedłem z domu. Ocalałem dzięki temu. Jaką ja miałem tam perspektywę? Byłbym teraz na bezrobociu po FSO. Nie było o czym rozmawiać. Czy mój ojciec słuchał Hendriksa? Musiałem sobie zbudować własny, niezależny świat. W ostatnich latach dopiero zaczęliśmy się widywać i odnajdować ślady uczuć… To intymne. W moim domu nie okazywano uczuć, a mam z obcymi, do gazety o nich mówić?! O samochodach gadajmy! Ale, błagam, nie o uczuciach!

Samochody to uczucia

„Byłem po czterdziestce, jak kupowałem. Teraz jestem po pięćdziesiątce i wciąż się jeszcze trzyma. (…) Trzysta tysięcy. Czarnohora, Bałkany, Albania zimą, Albania latem. (…) zielony osiołek został, bo jak tu się pozbyć wiernego mechanicznego bydlęcia, które nigdy nie zawiodło? Nie można. Więc trochę wczasował, trochę robił w polu, drewno woził: jak się siedzenia złożyło, to i ćwierć metra bukowych metrówek weszło, i się drapał przez najgorsze wertepy: jedynka, reduktor i smyrał z dobrze dociążonym dupskiem pod najwyższą górę, traktorek zielony” („Osiołkiem”).

W książce o samochodach „Osiołkiem” opowiada o jednym, którego marki nie zdradza. Udaje mi się ją odgadnąć na spotkaniu autorskim w Stawiskach. To tam poznajemy się i umawiamy na wywiad. – Przyjedzie do mnie, do Wołowca, w Warszawie nie umiem rozmawiać – zaprasza. – Pojeździmy po lesie. Samochód to ostatnia męska przygoda, wolność, dopóki się nie spierdoli gdzieś daleko – śmieje się Stasiuk. – Co ja tu będę z siebie mędrca robił? Fajnie jest jeździć furą po świecie. Mieć wszystko załadowane z tyłu i niczym się nie przejmować: 50 l wody, 60 l paliwa, namiot i po prostu jechać. Lubię wałęsać się po tym świecie. Snuć, przysiadać. Doceniam dom, jak wracam umęczony, umorusany po miesiącach szwendania się przez kraje tak zwane dzikie. Podróż nie jest ucieczką, jest podróżą.

Metafizyka wędrówki

Na kolejnej fotografii mężczyzna z podwiniętymi rękawami zmienia koło w amerykańskim aucie. – Zygmunt Haupt, pisarz, którego uwielbiam, złapał gumę w Ameryce! – wyjaśnia Stasiuk. – Lata 50., to były czasy! Trzeba było zdjąć koło, wyjąć dętkę, skleić, napompować i założyć. „Deszcz” to jego najdziwniejsze opowiadanie. Nie wiem o czym. O niczym, a o wszystkim. Cudowna materia języka polskiego, która oddała fragment rzeczywistości w sposób mocniejszy niż sama rzeczywistość.

Proza Haupta, podobnie jak i Stasiuka, wydaje się tylko realistycznym opisem. Jeśli się w niej zanurzyć, odsłoni świat ukryty za zasłoną codzienności.

„Żadnych świateł, osady (…) Tylko ten księżyc tuż-tuż i zarazem jednak w kosmosie, poza krawędzią ziemi, przez którą musiał się przesypywać ten piach, na którym siedzieliśmy. Obejrzałem się. Rzucaliśmy czarne cienie” („Osiołkiem”).

W prozie Stasiuka człowiek jedzie, klnie, pije i zachwyca się nieskończonością, którą odnajduje w przestrzeni. Nie bez powodu literaturoznawca prof. Michał Markowski powiedział, że Andrzej Stasiuk jest jedynym współczesnym pisarzem metafizycznym.

– Czy się zgadzam z prof. Markowskim? – Stasiuk się uśmiecha. – To inteligentny człowiek, co ja się będę z nim kłócił! Wykłada w Ameryce, książki pisze. Co ja się mam zgadzać albo nie zgadzać!

– To nowoczesna metafizyka.

– Jaka tam nowoczesna! – wzrusza ramionami. – Wakacje spędzałem na Podlasiu, a to kraina duchów. Moja babka duchy widywała. A jak można babce nie wierzyć? Nie wykluczam więc ich istnienia. Z chłopakami ze wsi chodziłem na cmentarz w nocy, a tam ich obecność była istotna. Teraz, kiedy jadę do tej krainy ważnych opowieści, patrzę na ten dom, na sad wycięty, i tym bardziej wiem, że coś jest… Zdecydowanie w pogodne dni On istnieje bardziej. Wstaje i słońce! Podnosi się za okiennicą. I jest pełna zgoda na Jego istnienie. A czasami czuję, że nie ma nic… Może on za pomocą pogody nami steruje? A Eskimosami?

Tu też jest cerkiew. Zabytek. Rzadko są msze dla tej wsi, która już wymiera. Po mszy brodaty ksiądz prawosławny wychodzi, a za nim żona, i pod cerkiew schodzą. A tam rzeki się spotykają i jest basenik taki, bunior się nazywa. Idzie on nad tę wodę. Do gaci się rozbiera, jego żona do kostiumu i pływają. Dwoje normalnych ludzi. Mówię do niego kiedyś: „Ksiądz katolicki już do mnie nie przychodzi, za daleko się zrobiło”. „To ja przyjdę” – mówi, no i może przyjdzie.

– Mężczyzna powinien być racjonalny. Stać mocno na ziemi, a nie widywać duchy – mówię zaczepnie.

– Ja piszę, żyję więc w świece nieracjonalnym. Jak już mówiłem, nie jestem za mocny w autorefleksji. Co mężczyzna powinien? Być uzupełnieniem kobiety, żeby ten świat miał jakąś harmonię.

Andrzej STASIUK – urodzony w Warszawie, autor powieści, dramatów i wierszy. Jego felietony od lat można czytać w „Tygodniku Powszechnym”. Powieść „Jadąc do Babadag” została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike, a „Biały kruk” zdobył Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Razem z żoną Moniką Sznajderman prowadzi wydawnictwo Czarne.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »