Charlize Theron: Małżeństwo? To nie dla mnie!

Status międzynarodowej gwiazdy, tytuł jednej z najpiękniejszych kobiet na świecie, 177 cm wzrostu, Oscar na koncie, cięty język, dwójka dzieci… Złośliwi powiedzieliby, że to nawet sześć powodów, dla których jeszcze nie wyszła za mąż. Charlize Theron ma jednak lepsze wytłumaczenie. Dla ułatwienia ujęliśmy je w kilku punktach.

W 2014 roku zaręczyła się z aktorem Seanem Pennem, ale konsekwentnie unikała odpowiedzi na pytanie, czy narzeczeństwo skończy się ślubem. W 2015 roku w wywiadzie dla magazynu „Esquire” mówiła: „Myślę, że zbytnio koncentrujemy się na planowaniu i przewidywaniu przyszłości, do tego stopnia, że zapominamy żyć chwilą obecną. Ja jestem otwarta na wszystko, co przyniesie jutro”. Zapytana przez miesięcznik „Vogue”, czy zmieniła zdanie na temat ślubu, odpowiedziała wymijająco: „Zawsze jest mi strasznie smutno, kiedy jestem na czyimś ślubie. Widzę dwoje ludzi, którzy zamiast spędzać ten czas ze sobą i świętować miłość, biegają pośród gości, pytając, czy wszyscy są zadowoleni. Myślę, że im człowiek jest starszy, tym bardziej chce skupiać się tylko na rzeczach, które są naprawdę dla niego istotne”. Małżeństwo? To nie dla mnie” – wyznała pierwszy raz w 2009 roku, kiedy jeszcze była w wieloletnim związku z aktorem Stuartem Townsendem. „Nigdy nie marzyłam o tym, by iść do ołtarza w białej sukni. To piękna ceremonia, ale po prostu nie dla mnie”. Dodała, że czuje się aktualnie bardzo szczęśliwa i że jej partner zdaje sobie sprawę z tego, jakie jest jej zdanie w tej kwestii. Dwa lata później na antenie CNN w programie Piersa Morgana prowokowała: „Zamierzam być wieczną narzeczoną, dopóki w Ameryce nie będą legalne małżeństwa jednopłciowe”. Tłumaczyła, że choć dla niej ślub nie jest czymś istotnym, to wie, że dla wielu osób tak, i jest wściekła na rząd, że odbiera im do tego prawo. „Czy to znaczy, że ty sama nigdy nie wyjdziesz za mąż?” – drążył dziennikarz. „Tak, choć tak naprawdę wszystkie moje związki traktuję jak małżeństwa. Uważam, że bycie razem zobowiązuje do szczerości i odnoszenia się do siebie z szacunkiem. To, czego chcę, to dojrzały, głęboki związek z drugą osobą. I takie związki zawsze tworzyłam”.

Prawo do życia według własnych zasad zawsze było dla urodzonej w Republice Południowej Afryki aktorki nadrzędne. I choć mogłoby się wydawać, że świat show-biznesu taką dowolność gwarantuje, to wobec kobiet od zawsze był w tej kwestii niesprawiedliwy. Wyjść za mąż i urodzić dzieci – to nadal hollywoodzki standard, który stosuje się nawet w odniesieniu do pierwszoligowych aktorek, mających długą listę sukcesów zawodowych. Charlize Theron temu trendowi się nie poddaje. Ma 43 lata, jest singielką oraz samotną mamą i te dwa określenia – „singielka” i „samotna matka” – nosi niczym sztandar, zadając kłam tym, którzy uważają, że singielki żyją bez zobowiązań, a samotnym matkom trzeba współczuć. Cóż, jej można tylko zazdrościć.

1. Długi cień przeszłości

Drążąc temat jej niechęci do małżeństwa, dziennikarze często wskazywali na jej trudną przeszłość, a właściwie na jedno tragiczne zdarzenie, którego Charlize była świadkiem, gdy miała zaledwie 15 lat. Jej matka Gerda zastrzeliła ojca Charlize podczas domowej awantury. Nie postawiono jej zarzutów, uznano bowiem, że działała w obronie własnej i córki. Traumatyczne doświadczenie wpłynęło na życie młodej dziewczyny, ale, jak sama zaznacza, nie w taki sposób, jak wszyscy myślą. Nie sprawiło, że boi się związków i mężczyzn, ale uczyniło ją silniejszą i przekonaną, że potrafi dać sobie w życiu radę. W 2005 roku w rozmowie z Oprah Winfrey wyznała: „Sposób, w jaki zginął mój tata, był traumatyczny, dałabym wszystko, żeby to się nie stało. Ale nie jestem w stanie zmienić przeszłości. Kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, nie znosiłam o tym mówić, bo wydawało mi się, że odtwarzanie w kółko tej historii czyni mnie ofiarą. A nie chciałam być w takiej roli. Nie chciałam, by tamto zdarzenie zdefiniowało moje życie”.

Do tragedii z 1990 roku rzadko wraca w wywiadach. Rok temu w The Howard Stern Show wyznała: „Przez wiele lat udawałam, że nic się nie stało. Kiedy ktoś pytał mnie o tatę, odpowiadałam, że zginął w wypadku. Zmagałam się z tym do czasu, aż poszłam na terapię”. Kilkuletnią terapię zakończyła po trzydziestce. „Okazało się, że tak naprawdę nie sama śmierć ojca miała na mnie największy wpływ, ale dzieciństwo spędzone w ciągłym lęku o to, w jakim dziś tata będzie humorze, kiedy wróci, i w jakim stanie. Czy dziś się napije czy nie. Tu nie chodziło tylko o traumę tamtej jednej nocy, ale o kilkanaście lat życia w strachu. Z perspektywy czasu myślę, że obie z mamą dość dobrze sobie z tym poradziłyśmy”.

2. Przykład mamy

„Mam niesamowitą mamę” – mówiła w tym samym wywiadzie. „Była i jest dla mnie wielką inspiracją. Znalazła w sobie siłę, by przejść przez to wszystko i jeszcze pomóc mi pokierować własnym życiem”. Podczas tegorocznego wręczenia nagród amerykańskiego „Elle” aktorka tłumaczyła: „Mama zawsze mi powtarzała, żebym była dzielna, i nauczyła mnie taką być. Nie wiem, kim byłabym bez niej”.

Gerda towarzyszyła córce na niejednym rozdaniu Oscarów, wspólnie wychowują dwójkę adoptowanych dzieci aktorki, 6-letniego Jacksona i 3-letnią August. Mama była też jej największą fanką, kiedy Charlize jako 16-latka wyjechała najpierw do Włoch, by pracować jako modelka, a potem do Stanów Zjednoczonych, gdzie postanowiła, że będzie tancerką baletową. Kiedy po paru latach nauki okazało się, że ciało nie wytrzymuje treningów i grozi jej poważna kontuzja kolan, Gerda skierowała jej myśli ku aktorstwu. „Pomyśl, przecież w tańcu najbardziej podoba ci się tak naprawdę opowiadanie historii, a na czym innym polega aktorstwo?” – podsunęła wtedy 19-letniej córce. I kupiła jej bilet w jedną stronę do Hollywood. W programie Ellen DeGeneres Charlize śmiała się z tego, jak z mamą były wtedy naiwne. „Słyszałyśmy tylko, że filmy kręcą w Hollywood, a kiedy zobaczyłyśmy na bilecie nazwę Los Angeles, myślałyśmy, że ktoś się pomylił. Naprawdę nie wiem, jakim cudem nasz plan wypalił”.

3. Kierownica we własnych rękach

W The Howard Stern Show aktorka tłumaczyła, że mamie udało się pozbierać po śmierci ojca dzięki sile i konsekwencji. „Jej filozofia była prosta: tak, to, co się zdarzyło, było straszne, przyznaj to i dokonaj wyboru, czy chcesz iść na dno, czy płynąć dalej”. Charlize postanowiła płynąć. Choć zawód modelki nie był spełnieniem jej marzeń („lubię mieć coś do powiedzenia”), to dawał jej pieniądze i niezależność, no i szansę na zwiedzenie świata. Na dłuższą metę jednak pragnęła czegoś innego. Balet wydawał się właśnie tym czymś. Dawał jej też dyscyplinę, której bardzo wtedy potrzebowała. Wiedziała, że im więcej będzie pracować, tym będzie lepsza. I choć ostatecznie skierowała się ku aktorstwu, to dzięki modelingowi chodzi teraz po czerwonym dywanie niczym po wybiegu, a balet nadał jej ruchom gracji i elegancji, dzięki którym fani określają ją jako „boską”, a reżyserzy chętnie obsadzają w roli królowych.

Droga do Hollywood nie była jednak usłana różami. Pierwsze castingi, małe rólki, kończące się pieniądze. Ale gdyby nie to… Historia o tym, jak dostała się pod skrzydła amerykańskiego agenta gwiazd, jest prawdziwa. Charlize była bez grosza przy duszy i chciała zrealizować czek za ostatnie zlecenie w roli modelki. Czek był zagraniczny, a urzędnik w banku nieprzejednany. Charlize zrobiła więc awanturę. „Nie ma niczego potężniejszego niż bezbronna kobieta” – śmiała się w rozmowie z Oprah Winfrey. „Wiedziałam, że to moja ostatnia deska ratunku, znałam swoją siłę”. Jej temperament i cięty język zainteresowały mężczyznę, który też stał w kolejce – pomógł przekonać urzędnika, by założył jej konto i zrealizował czek, a potem wręczył jej swoją wizytówkę. To był John Crosby, agent m.in. Rene Russo i Johna Hurta.

Jej kariera aktorska ruszyła z kopyta od roli w „Adwokacie diabła”, mimo to reżyserzy widzieli w niej głównie piękność, która świetnie wypada w roli zranionych kobiet. Ich uznanie wywalczyła rolą seryjnej zabójczyni w „Monster”, do której przytyła kilkanaście kilo, wyznaczając tym samym nowa regułę w Hollywood – piękna kobieta musi się oszpecić, by zobaczono w niej poważną aktorkę. Kilka lat później w „Mad Maksie” miała ogoloną głowę, a rok temu do roli matki trójki dzieci w filmie „Tully” znów przytyła 15 kilo. Po raz kolejny potwierdzając, że to ona ustala swoje granice.

4. Świadome macierzyństwo

Kwestię posiadania dzieci też postanowiła wziąć w swoje ręce. W wywiadzie dla „Elle” aktorka wyznała, że kiedy skończyła 30 lat, poczuła, że jest ten czas. „Gdy miałam 20 lat, bałam się bycia matką. Kiedy przekroczyłam trzydziestkę, poczułam, że jestem gotowa. Ale macierzyństwo nie nadchodziło. Krążyły mi po głowie różne myśli, zastanawiałam się, czy jeśli wreszcie będę miała dzieci, wciąż będzie to moja świadoma decyzja, czy już raczej pewna konieczność. Zdecydowałam się na adopcję przemyślaną, podpartą latami rozmyślań na ten temat. Nie chciałam przegapić odpowiedniego momentu, więc po prostu zrobiłam to i już”.

Nie była wtedy w związku, ale wiedziała, czego chce. A nawet, że od zawsze tego chciała: „Kiedy wypełniałam formalności związane z pierwszą adopcją, mama pokazała mi list, który napisałam do niej, gdy byłam dzieckiem. Pytam w nim, czy możemy wybrać się do sierocińca. W RPA sierocińce są wpisane w krajobraz. Od najmłodszych lat byłam świadoma tego, jak dużo jest niechcianych dzieci na świecie. Nigdy nie widziałam różnicy między wychowaniem dzieci własnych – biologicznych – i adoptowanych. Nie mam poczucia, żeby cokolwiek mnie omijało. Od zawsze myślałam o adopcji, nawet wtedy gdy byłam młoda i żyłam w związku” – mówiła w wywiadzie dla „Elle”. I choć lubi podkreślać, że jest samotną matką, zaraz potem dodaje, że wierzy w stare powiedzenie, że aby wychować dziecko, potrzebna jest cała wioska. I ona taką wioskę właśnie ma: mamę, nianię oraz mnóstwo przyjaciół i sąsiadów, którzy czynnie uczestniczą w opiece nad maluchami. Plus dwa psy, Denver i Delilah, które aktorka uważa za „pełnoprawnych” członków rodziny i opiekunów jej dzieci.

5. Miłość, po prostu miłość

Choć Charlize nie wierzy w małżeństwo, wierzy w miłość. We wspomnianym wywiadzie dla CNN mówiła, że miłość to nasze boskie prawo i że sama jest „dziewczyną, która lubi być w relacjach”. Ale mówiąc „relacje”, ma na myśli też te rodzinne i przyjacielskie. Podkreśla, że zawsze jest bardzo blisko z tymi, których kocha. A siebie traktuje z dystansem. Nieraz śmiała się ze swojej nerwicy natręctw (kiedy wynajmuje pokój hotelowy, musi najpierw opróżnić wszystkie szafy i szuflady, a potem poukładać w nich rzeczy według jedynie sobie znanego porządku), dodając, że pewnie dlatego nie znalazła sobie jeszcze męża. Innym razem wspomniała, że wszystkiego na temat związków nauczyła się, oglądając film „Plusk” z Daryl Hannah i Tomem Hanksem, więc to im trzeba dziękować za to, że nadal jest singielką. Podczas wizyty w programie Ellen DeGeneres z kolei mówiła, że nigdy chyba nie umówi się na randkę przez Internet, bo w tych kwestiach jest staroświecka.

Charlize Theron wielokrotnie udowadniała, że najbardziej zależy jej na związku z samą sobą. Jest zadowolona z życia, jakie wiedzie, dobrze się czuje w swoim ciele. A to, że w jej życiu nie ma męża, nie znaczy, że nie ma w nim miłości. Jest przecież miłość do dzieci, do mamy, do przyjaciół, psów, do pracy… To naprawdę dużo miłości, nawet jak na gwiazdę prosto z Hollywood.