Danuta Stenka: Anioł Intuicji

fot. BewPhoto

Choć, jak mówi, w zawodzie znalazła się przez przypadek, trudno sobie bez niej wyobrazić teatry Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jarzyny czy Mai Kleczewskiej. Danuta Stenka jest aktorką najwyższej próby. Twarzą polskiego kina. Nie lubi, kiedy mówi się o niej „gwiazda”. Od razu dodaje: „Gwiazda świeci własnym światłem”.

„Koncert życzeń” to wstrząsający monodram w reżyserii Yany Ross, jaki grasz w TR Warszawa i Łaźni Nowej w Krakowie. Krytyk Łukasz Maciejewski, i zarazem autor wywiadu rzeki z tobą, pisał: „To pełna suspensu nuda życia, którą ogląda się niczym Hitchcockowski thriller. W przedstawieniu nie pada ani jedno słowo, a ma się wrażenie, że powiedzieliśmy sobie wszystko”. Widzowie są wokół ciebie, chodzą wokół zaimprowizowanego mieszkania… Bliżej widz już chyba być nie może?

Yana zobaczyła tę przestrzeń jako instalację. Ja, kiedy się w niej znalazłam – jako wysepkę na oceanie. Setki mil do lądu za kulisami. Jestem oglądana z każdej strony. Wydało się to piekielnie ryzykowne. Odległość między mną a widzem jest taka jak w tej chwili między nami. Bywało, że widzowie opierali się o blat stołu kuchennego, przy którym siedzę. Dzieliło nas kilka centymetrów. Po pierwszych spektaklach pojawił się pomysł odsunięcia widzów od sceny, zaznaczenia przestrzeni taśmą czy sznurami jak w muzeum. Kiedy zaczęto ją przyklejać, powiedziałam: „Kochani, nie, już nie”. Zrozumiałam, że widzowie tworzą ściany mojego domu. Ich bliskość jest niezbędna. Zdarza się, że ktoś wchodzi na scenę. Ktoś próbował odebrać mi rekwizyty, odruchowo strąciłam tę rękę. Pewna pani weszła, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście przed snem zakręciłam kurki z gazem. Może sądziła, że chcę się otruć?

Coraz częściej wpatrujemy się w zwyczajność, może stąd empatia wobec takich bohaterek jak ta, którą grasz, czy Olive Kitteridge z powieści Elizabeth Strout i popularnego serialu. Jak myślisz?

Uderza to, jak bardzo niektóre czynności mamy w ciele. Jak je nieświadomie powtarzamy. Jak wypełniają nasze życie, coś w nim czasem zastępują. Praca, powrót do domu, kolacja… Moja bohaterka jest samotna. Ludzie widzą w niej siebie. Mężczyźni i kobiety. Młodzi i starsi. Kiedyś w trakcie spektaklu ktoś znudzony krzyknął: „Czy coś się tu w końcu wydarzy?!”. Po tym samym spektaklu garderobiana przyniosła mi liścik od dziewczyny, która nie chciała się ruszyć z teatru. Po prostu siedziała pod filarem roztrzęsiona i płakała. Dwie skrajne emocje.

Może ta pierwsza była obronna? Co czujesz, schodząc po „Koncercie…” ze sceny?

Jakbym przebiegła kilometry. A w tym spektaklu nie ma żadnego fizycznego wysiłku. Nie ma wielkiej amplitudy uczuć. Kiedy słucham Leonarda Cohena, być może wędruję za daleko we wspomnienia, co rozbija mnie na ułamek sekundy, ale nawet nie wszyscy to zauważają. Tyle.

Więc dlaczego?

Jestem dyżurną od ról dramatycznych. Żeby je wypełnić, muszę do pracy przynieść w „brzuchu” kulę człowieczego bólu, mieć jego zapasy. Więc przychodzę do teatru z lękiem. Nigdy nie wiem, czy jest go dość, czy będę w stanie odpowiednio nim nasycić rolę. W czasie spektaklu wyrzucam ten ból z siebie, wypluwam go. Kiedy schodzę ze sceny, czuję się lekka. Często po dramatycznych historiach na scenie wracamy do garderób wśród śmiechu i wygłupów. Uwolnieni. Natomiast kiedy gram „Koncert życzeń”, mogę przyjść do teatru z pustym „brzuchem”. Takim zwykłym. Takie w nim nic jak całe to życie, jakie się za chwilę na scenie objawi. Milczenie sprawia, że każdą emocję, która się pojawia, połykam. Chowam w „brzuchu”, zanim zacznie rozchwiewać moje poukładane życie. Siłą bezwładności połykam nawet ukłony. Dopiero w kulisach próbuję się od tego uwolnić, wypuścić z siebie. Tyle tego we mnie, duszę się. Moje ciało reaguje tak, jakby mnie ktoś przytrzymywał pod wodą. Wynurzam się i wreszcie zaczynam oddychać.

A z czego bierzesz tę kulę bólu, o której wspomniałaś?

Z życia. Taką kulę, większą czy mniejszą, każdy w sobie nosi. Z obserwacji. Z rozmów. Z lektury, muzyki… Czasem nie wiem, skąd pochodzą pewne emocje. Mam dziwnie działającą pamięć. W zawodzie mam z niej ogromny pożytek. Bardzo szybko uczę się tekstu, bardzo szybko potrafię go z pamięci wyrzucić, ale też w odpowiedniej sytuacji przywołać go do życia, nawet po latach. Natomiast nie zapamiętuję – poza jakąś myślą, atmosferą, jakimiś pojedynczymi sytuacjami – większości przeczytanych książek czy obejrzanych filmów. Kiedy ktoś mnie o nie pyta, często się zawieszam. Nie wiem, czy je widziałam, czytałam, czy czytałam o nich, czy ktoś mi o nich opowiadał… Ale kiedy pracuję nad rolą, pamięć nagle podaje mi na tacy scenę z zapomnianego filmu czy książki z emocjami, których szukam. Do których nie miałam dostępu.

Wciąż jesteś niepewna w zawodzie?

Jestem już dla siebie łaskawsza. Daję sobie prawo do popełniania błędów. Kiedyś najdrobniejsze, przez innych niezauważone, były dla mnie przyczyną tragedii. Teraz wiem, że posiadam jakiś warsztat, ale to Pan Bóg odkręca kranik. Lub go nie odkręca. Kiedy wydarza się na scenie, w mojej roli, coś naprawdę wyjątkowego, wiem, że nie jest to ani moja zasługa, ani moja własność. I nie mnie należą się podziękowania. To ja czuję się obdarowana.

Zdarza ci się być szczęśliwą na scenie?

O, zdarza się. A zdarzało ci się we śnie latać? To podobny stan. Czujesz się uwolniony, unosisz się nad ziemią. Jakby ani na ciało, ani na ducha nie działała grawitacja. Bo kiedy jestem bardzo spięta, chcę zagrać perfekcyjnie, zamykam mojego ducha w klatce i nawet on nie jest w stanie pofrunąć.

Jesteś wobec siebie wymagająca?

Bardzo. Po mamie. Zawsze od siebie wiele wymagała, często zbyt wiele. Moje starsze dziecko odziedziczyło to po niej w większym stopniu niż ja. Potrafi wszystko fantastycznie zaplanować i skrupulatnie realizować. Zazdroszczę. Też planuję, realizuję, ale jednocześnie się temu wymykam. W zawodzie również z jednej strony jestem dziewczyną po mat-fizie, która musi wszystko dokładnie wiedzieć, wpisać w kratki, z drugiej – zrywam się ze smyczy logiki i poukładania. To odziedziczyło po mnie moje młodsze dziecko.

Kolegom też stawiasz wymagania?

Nie umiem egzekwować od partnera tak jak od siebie. Bardzo cenię współpracę z Jaśkiem Fryczem, z którym spotkaliśmy się na dłużej w serialu „Zaginiona”. Nie krępował się mówić, że coś zrobiłam źle. I ode mnie wymagał tego samego. To nie zawsze jest miłe, ale bezcenne. Wierzyć partnerowi. Wiedziałam, że jeśli on kiwnie głową, jest OK. Nie wszyscy lubią, kiedy im się doradza, podpowiada. Ja uwielbiam pracę zespołową, wymianę energii, pomysłów taką, jaką proponują Grześ Jarzyna, Iza Cywińska, Yana Ross, Maja Kleczewska, Krzyś Warlikowski… Na rzecz pracy zespołowej jestem w stanie zrezygnować ze swoich pomysłów na własną rolę. Nie bez żalu, ale ze świadomością, że jeżeli świat, który wspólnie tworzymy, będzie ciekawszy, moja rola zyska.

Aktorstwo dużo cię kosztuje?

Tak, jednak rekompensują to chwile szczęścia, choć jest ich mniej. Znalazłam się w tym zawodzie przez przypadek, ale… tak musiało się stać. Wszystko poza mną na to pracowało. Czasami mogłam osiągnąć prosty sukces, a wybierałam coś, co stawiało mnie na granicy porażki, ale w efekcie okazywało się, że to potrzebne, żeby pójść dalej. Jestem osobą wierzącą, praktykującą i od dziecka słyszałam, że każdy ma swojego Anioła Stróża. Jak na tych obrazkach, na których anioł prowadzi dzieciątko przez kładkę. Całkiem niedawno olśniło mnie, że Aniołem Stróżem jest intuicja… Droga, którą prowadzi intuicja, nie musi być łatwa. Moja mama ma niesamowity zmysł, potrafi przewidzieć, że coś się wydarzy. Część jej licznego rodzeństwa mieszka w Trójmieście. Chętnie przyjeżdżali do nas na wieś z rodzinami. Mama powiedziała kiedyś, w czasie, kiedy telefonów prawie nie było: „Czuję, że dziś przyjedzie wujek Franek”. I zabierała się do sprzątania, pieczenia ciasta. Mijały dwie godziny i pod dom zajeżdżał samochód, a w nim nie kto inny, tylko wujek Franek.

Znasz wojenną historię swojej rodziny?

Dziadkowie ze strony taty spędzili wojnę w Gowidlinie, mamy – w Kłobuczynie. Ojciec mojej mamy dziadek Jakub był sołtysem w Kłobuczynie, gdzie jak to na Kaszubach były gospodarstwa polskie i niemieckie. Wśród sąsiadów dobrzy i źli Niemcy. Jeden z nich za wszelką cenę usiłował zniszczyć dziadka i jego rodzinę. Nawet jego dzieci znęcały się nad moją mamą i jej rodzeństwem, rzucały w nich kamieniami, wracając ze szkoły. Donosił, wpadał z żołnierzami niemieckimi, żeby złapać dziadków na mieleniu mąki na żarnach, które zostały zaplombowane. Koniecznie chciał, żeby dziadkowie trafili do obozu Stutthof. Ale był w Kłobuczynie i dobry Niemiec, który wpadł do dziadków z ostrzeżeniem: „Uciekajcie dzisiaj do lasu, bo przyjdą po was…”. Rodzina miała gotowe węzełki, żeby móc w każdej chwili uciec. W lesie był bunkier, w którym, kiedy sytuacja się odwróciła, dziadek ukrywał przed Rosjanami i żywił niemieckie kobiety. Innym razem, za sprawą złego Niemca, żołnierze wyprowadzili dziadka pod bronią. Chcieli go rozstrzelać. Rodzina już się z nim pożegnała. Ale społeczność niemiecka, która znała dziadka sprzed wojny, kiedy był już sołtysem z nadania (jak powtarzano z dumą w rodzinie), wstawiła się za nim, tłumacząc, że zawsze był sprawiedliwy, traktował na równi Polaków i Niemców, a kiedy wieszał ogłoszenie, to i po polsku, i po niemiecku. Żołnierze poczęstowali go cygarem i wypuścili do domu. Nie jako kolaborującego, ale jako sprawiedliwego. Zły Niemiec miał wypadek i zmarł, a kiedy wkroczyli Rosjanie, zabrali jego żonę. Dzieci zostały same, głodowały. Przyszły do dziadków, prosząc o chleb. I dostały. Zgodnie z Ewangelią: oni w ciebie kamieniem, ty im chlebem.

Zagrałaś teraz w filmie „Zgoda” w reż. Macieja Sobieszczańskiego. Rzecz dzieje się u schyłku wojny. Powstaje obóz pracy dla Niemców, Ślązaków i Polaków. Są dobrzy i źli ludzie. I historia miłosna ponad podziałami, które czynią ją niewłaściwą…

Tak, ta sama nieszczęsna sytuacja dla ludzkości. Patrzymy na siebie stereotypowo, przyczepiając sobie nawzajem etykietki. Człowiek się nie liczy, bo go zza nich nie widzimy. Nawet nie próbujemy – etykietka mówi nam, kim ma dla nas być. Zbudowałam w sobie tamę dla wszystkiego, co negatywne, żeby nie poszło w świat. Staram się to przekazać córkom. I nadal sama się tego uczę, bo czasami tama pęka, robią się szczeliny i coś wypływa. Energia wraca. Jak bumerang. Więc wolę, żeby krążyła dobra. I upominam się o dobro. Bo to obowiązek. Trzeba upominać się o dobro i o sprawiedliwość jak mój dziadek Jakub. Na pewno też popełniam błąd oceny, wiem, że nie jestem nieomylna, więc pracuję nad sobą. Nie znoszę podziałów. Nie godzę się na to, co się u nas w tej chwili dzieje. Ktoś mnie zapytał, czy aktor powinien zabierać głos w sprawach ważnych dla kraju. Powinien. Jest obywatelem. Ma do tego takie samo prawo jak górnik, pielęgniarka, pani sprzątająca, minister.

Jesteś silna?

Od początku obsadzano mnie w rolach silnych kobiet, a ja zastanawiałam się: „Jak to?!”. Ja, ta przerażona, która ciągle się wszystkiego boi, a najbardziej tego, że światło jupitera wychwyci ją z tłumu. Ale wchodząc na scenę, w rolach tych silnych bab czułam, że ich siła należy do mnie. Nie wymyślam jej. Aż zdarzyło się coś dla mnie ważnego. Osoba, która stała w teatralnej hierarchii nade mną, angażując mnie do współpracy, podkreślała, że mając status gwiazdy – nie lubię tego określenia – będę traktowana w szczególny sposób. Zgodziła się na coś, o co poprosiłam. A potem nagle, kiedy stało się to dla niej niewygodne, usłyszałam, że gwiazdorzę i chcę uzależnić od siebie cały zespół. Poczułam, jakby stawiała stopę w żołnierskim buciorze na mojej twarzy i próbowała wcisnąć ją w glebę. Okazało się, że wszystko psuję. Moja mama ma powiedzenie, które mi wpoiła: swoją szkodą, ale zgodą. Niestety, zdarzało mi się dla złej sprawy rezygnować z siebie, bo ktoś miał mocniejsze łokcie. Ale tym razem stało się coś dziwnego. Nawet teraz, kiedy o tym mówię, czuję tamte emocje. To było wręcz fizyczne doznanie. Usłyszałam te słowa i zmroziło mnie, zimny prąd rozlał się po całym ciele. Wtedy poczułam ten bucior i nagle zimno zaczęło schodzić do samej ziemi, a ja zostałam spokojnym kamieniem. Bez odrobiny zdenerwowania odpowiedziałam: „Ostatnia rzecz, jaką chciałabym zrobić, to psuć pracę w teatrze, więc mam propozycję: rozstańmy się”. A muszę zaznaczyć, że wiązałam z tą współpracą duże nadzieje. Po chwili okazało się, że da się wszystko ułożyć bezboleśnie dla wszystkich. To było bardzo przykre doświadczenie, a zarazem objawienie – poczułam moc i spokój. Zrozumiałam, że naprawdę nic nie muszę. Nie muszę nawet uprawiać tego zawodu, jeśli miałabym przekroczyć granicę, której przekroczyć nie chcę. Cieszę się, że mogłam tego doświadczyć. I znów pomyślałam o mamie. Urodziła się jako dziecko bardzo słabe, rodzice nie byli pewni, czy przeżyje, dlatego angażowali ją do najlżejszych zadań. Tymczasem w życiu okazało się, że ma wielką, niezwykłą siłę.

Kiedykolwiek walczyłaś o coś w zawodzie?

Żeby być widzianą? Nie. Nawet nie zapraszam znajomych na spektakle. Koledzy zapraszają, to jest normalne i na pewno miłe. Ja nigdy nie jestem pewna, czy spektakl będzie dla tej osoby interesujący. Wolę jej nie fundować ewentualnych dwu godzin nudy czy irytacji.

A marzenia?

Zawodowe? Nawet na początku, w teatrze w Szczecinie, nie wystawałam pod tablicą, na której ogłaszano obsadę. Jakoś mi się zawsze coś dostawało od losu. Nigdy nie marzyłam o rolach. Może dlatego, że nigdy nie marzyłam o tym zawodzie.

A w życiu?

Marzy mi się starość w zdrowiu i z dobrym wzrokiem. Czytałabym książki na leżaku w ogrodzie, nadrabiała lektury, które mi z braku czasu umykają.

Wytrzymałabyś?

Ale chodziłabym też do kina, do teatru, spotykałabym się ze znajomymi. Podróżowałabym, jeśli byłoby mnie na to stać. Chciałabym, żeby moje córki odnalazły siebie w życiu. Przyjęły tę sinusoidę, po której ono biegnie, żeby mogły powiedzieć: „Kurczę, lubię swoje życie ze wszystkim, co w nim jest”.

Lubisz życie?

Bardzo! Pozwalam sobie na spojrzenie z lotu ptaka i nawet kiedy wydaje mi się, że szklanka jest do połowy pusta, bo z natury chyba jestem pesymistką, mówię: „Oj, Stenia, przestań, popatrz, jakie fajne”.

Stenia?

Tak mówi do mnie rodzina. W Teatrze Dramatycznym była portierka, która mówiła o mnie „pani Stenia”. Myślała, że Stenka to zdrobnienie od imienia, może od Stefania. Więc mówię: „Stenia, przestań, przecież lubisz to swoje życie!”. Lubię, nawet te trudne momenty, bo kiedy się rozglądam, widzę, ile prawdziwych tragedii mi oszczędzono. Lubię je tak po prostu. I oby tak dalej!

Danuta Stenka- aktorka Teatru Narodowego. Związana również z zespołami teatrów Krzysztofa Warlikowskiego i Grzegorza Jarzyny. Od czasu serialu „Boża podszewka” w reż. Izabelli Cywińskiej zagrała w wielu filmach i serialach telewizyjnych, m.in. w: „Kochankach z Marony”, „Cudzie purymowym”, „Chopinie. Pragnieniu miłości”, „Zaginionej”, „Ekstradycji”, „Nigdy w życiu!”, „Bezmiarze sprawiedliwości”, „Katyniu”, „Czasie honoru”, „Bez tajemnic”, „Instynkcie”, „Prowokatorze”, „Lekarzach”, „Wojennych dziewczynach”, „Sztuce kochania”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »